piątek, 9 marca 2012

GAMMA RAY - Majestic (2005)


Szatan, zło, piekło, wampiry i GAMMA RAY. Ku takiej tematyce zespół właściwie zmierzał od momentu „Short As Hell” z „Powerplant” tym samym zmieniając nieco swój styl. Oczywiście power metal przodował jako ten styl wiodący, ale słychać było że zespół zaczął sięgać po sporo patentów heavy metalowych spod znaku JUDAS PRIEST. Sporo było tego na energicznym , dynamicznym „No World Order” jednak to wszystko jest niczym przy „Majestic” będący punktem kulminacyjnym, ostatnim przystankiem tej wycieczki w mroczną tematykę, w cięższe granie wzorowane na muzyce JUDAS PRIEST z albumu „Painkiller”. To wydawnictwo jest wyjątkowe i to się przejawia na kilku płaszczyznach. Wyjątkowy dlatego, że podzielił fanów na tych, którzy narzekają że to nie GAMMA RAY, że zatracili tutaj swój charakter oraz na drugich, którzy widzą w tym albumie jeden z najlepszych rzeczy jakie stworzył zespół. Czy zatracili charakter? Ja mam wrażenie że odświeżyli formułę, nieco oparli ją o JUDAS PRIEST, BLACK SABBATH, poparli nowoczesnym, mięsistym brzmieniem, uzupełniając o różne smaczki, a tam jakieś klawisze, a tam znowu coś innego. Może brakuje komuś szybkich kompozycji? Cóż są i takie, ale ja mam wrażenie że zespół postawił tutaj przede wszystkim na ciężar, mrok, nieco świeższą formułę co dało właściwie bardzo urozmaicony materiał, który zaskakuje właściwie od początku do końca. Starzy fani, będą narzekać. Tylko pytanie fani kogo? GAMMY może i tak ale Hansena na pewno nie. Właściwie ja to widzę jako jego kolejny popis, który mi przypomina choćby czasy „Walls Of jericho”. Podobna agresja, pesymizm, no i ta lekkość, melodyjność która najbardziej daje się we znaki przy pojedynkach na solówki między Kaiem a Henjem i przypominają mi się stare czasy HELLOWEEN. Pod tym względem jest to jeden z najlepszych albumów power metalowych. Niezwykła rytmika, melodyjność, finezyjność i te przejścia, coś pięknego. Fani Hansena będą zadowoleni bo jego kawałki oddają jego styl, ale potrafią też zaskoczyć świeżością i pomysłowością. Fani Hansena docenią ten album, przede wszystkim ze względu na wysoką formę wokalną Kaia, do dziś jest to mój ulubiony krążek pod tym względem, zaraz obok „Walls Of Jericho” czy też „Land Of the Free” . Produkcja albumu też jest taka jak przystało na czasy współczesne. Jest nowocześnie, ale też nie postawiono na jakiś plastik, ale na prawdziwe soczyste brzmienie, które pozwala poczuć słuchaczowi moc tego materiału. Tutaj jednak kompozycje mówią same za siebie.

Kai Hansen właściwie przez ostatnie albumy dostarczał nam znakomite otwieracze, tak też jest i tym razem. „My temple” to kompozycja zróżnicowana i w obrębie tych 5 minut dzieje się naprawdę sporo. Można odnieść wrażenie że ekipa Hansena nigdy nie grała tak zróżnicowanie. A to szybkie otwarcie, takie power metalowe, a to później zwolnienie oparcie o riff w stylu JUDAS PRIEST, lecz brzmiący o wiele nowocześniej, kończąc na nastrojowym, podniosłym, klimatycznym refrenie i mrocznym motywie „Sabbath Bloody Sabbath”. Śmiało można rzec że gdzieś to już było, ale GAMMA RAY podaje to w takiej formie że nie ma to znaczenie. Niektórzy bezmyślnie kopiują innych, a Hansena bierze pewien pomysł i interpretuje go po swojemu. Fani power metalowej jazdy ucieszy taki może nieco neoklasyczny, taki melodyjny i przebojowy „Fight” który jest autorstwa Richtera. Jeden z niewielu wątków, który jest mnie pesymistyczny i nawiązuje do tej radosnej GAMMY RAY. Praca gitar jest tutaj fenomenalna, zwłaszcza pojedynki na solówki, które przywołują najlepsze lata Hansena. Ktoś powie co to u diabła jest w „Strange World”? Groove metal albo inne cholerstwo, gdzie jest GAMMA? Jest i to słychać, najlepiej oczywiście w tej szybszej, dynamicznej formule którą słychać w drugiej części. Ale sam pomysł, aranżacja jest świeża i zarazem taka utrzymana w stylu GAMMY RAY. Znów mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym utworem, który cały czas zaskakuje. A to raz jest wolniej, posępnie, a to zaraz szybciej, power metalowo i znów praca gitar budzi respekt. To że Hansen inspirował się „Painkillerem” JUDAS PRIEST podczas tworzenia tego albumu świetnie dowodzi „Hell Is Thy Home”, który nawiązuje do motywu gitarowego „Leather Rebel”. Nawet sam Kai śpiewa momentami niczym sam Rob Halford. Sztuka polega na tym, że kawałek jest przerobiony tak ze brzmi jak GAMMA RAY i to trudna sztuka. Pierwszą nieco dłuższą kompozycją na albumie jest mroczny „Blood Religion” który ma coś z rycerskiego metalu. Jest to jeden z moich ulubionych kawałków GAMMY, zróżnicowany, nie przewidywalny i bardzo koncertowy. Zaczyna się mrocznie, spokojnie, potem jest już bardziej zadziorne, ale dominuje średnie tempo, no i zespół przyspiesza przy energicznych solówkach, które przypominają mi poniekąd „Victim Of fate”. Idąc zgodnie z pewną regułą na tym albumie, że co utwór to co innego mamy taki „Condemned To Hell” który jest mrocznym kawałkiem, właściwie bardziej pasuje on do „The Dark Ride” HELLOWEEN. Jest mrocznie, ciężko, nowocześnie, są nowe patenty, ale też i stare . Kolejny dowód na to, że Daniel Zimmermann jest znakomitym kompozytorem i to właśnie on jest autorem „Spiritual Dictator” który zadowoli starych fanów, bo znów mamy power metalową jazdą, choć też nie obyło się bez świeżych elementów i zaskakujących rozwiązań. Nie wiem czemu ale gdy słucham riffu to na myśl przychodzi mi Ritchie Blackmore'a. Znów przebojowy refren i zapadająca melodia. Kolejny hicior. Inne oblicze GAMMA RAY objawia w kolejnym długim, mrocznym kawałku a mianowicie „Majesty”. I podoba się jego nowoczesny wydźwięk i dzieje się tutaj sporo, a Hansen pokazuje z jaką lekkością można balansować na pograniczu różnych gatunków, a to nie lada sztuka, żeby z czymś nie przesadzić. Kompozycja bogata w różne smaczki i oddaje idealnie jaki jest album. To tez właśnie z tego kawałka wzięto nazwę albumu, a więc to on niesie z sobą główną ideę krążka. Oczywiście mamy też rockowy kawałek o balladowym zacięciu czyli „How Long” a także monumentalny, podniosły „Revelation” który jest autorstwa Richtera. Oczywiście jak przystało na utwór zamykający jest to najdłuższa kompozycja z albumu i też brzmi inaczej niż dotychczasowe kompozycje i to jest urok tego krążka. Co utwór to zaskoczenie, co utwór to inny pomysł, nieco inny styl, a jednak całościowo wszystko jest spójny, uzupełnia się i tworzy spójną całość. Każdy element tej układanki odgrywa swoją rolę.

Majestic” to jeden z najlepszych albumów GAMMA RAY, jeden z tych najlepszych albumów XXI wieku. Krążek wybitny, bo pokazuje jak muzyka może być nie przewidywalna, jak może porywać świeżością, jednocześnie budzić radość słuchacza pewnymi sprawdzonymi patentami. W dobie kiedy pojawia się coraz więcej klonów HELLOWEEN, w dobie kiedy konkurencja rośnie w siłę ekipa Hansena nagrywa wybitne dzieło które pokazuje że power metal nie musi być skostniały, przewidywalny, słodki i wtórny, że wciąż można jeszcze zaskoczyć fanów. Hansen pokazał że wciąż ma to coś jako kompozytor i po raz kolejny bóg power metalu pokazał gdzie jest miejsce innych kapel power metalowych. Nieco inny, nieco mroczniejszy, nieco cięższy, ale to wciąż GAMMA RAY na najwyższym poziomie.

Ocena: 10/10

HELLOWEEN - Walls Of Jericho (1985)


Po co czekać rok albo 2 na wydanie krążka debiutanckiego, kiedy można kluć metal póki gorący? Tak też za ciosem poszedł niemiecki HELLOWEEN po entuzjastycznym przyjęciu mini lp zespół właściwie pod koniec roku 1985 wydaje swój debiutancki album „Walls Of Jericho” który okazał się jeszcze bardziej dojrzalszym albumem, który umocnił pozycję zespołu, tym samym poszerzając ich grono słuchaczy, fanów. Muzycznie jest to kontynuacja stylu wypracowanego na mini albumie, choć jakby mamy bardziej urozmaicony materiał i więcej udzielił się w komponowaniu Micheal Weikath. Dalej jest ta melodyjność wyjęta jakby z gatunku heavy metalowego oraz dzikość, dynamika, agresja wyjęta z thrash metalu. Dalej tez pozostała niezwykła przebojowość i chwytliwość. Nie muszę chyba dodawać że jak na owe czasy, zespół brzmiał oryginalnie. Dopełnieniem niezwykłego talentu kompozytorskiego i niezwykłych umiejętności muzyków jest znów takie nieco thrash metalowe brzmienie, nieco przybrudzone, takie mięsiste. Oczywiście jeśli chodzi o warstwę liryczną jest pesymistycznie, ale już mniej niż na poprzednim wydawnictwie. Pewną w stosunku do „Helloween” różnicą jest wokal Kai;a Hansena, który wg mnie brzmi bardziej specyficznie aniżeli na mini lp. Więcej śpiewa falsetem niczym King Diamond, mniej ostrości jest, ale to wciąż znakomity i oryginalny wokal, który sprawił, że ten album przeszedł do historii metalu.

Zaskoczenia nie ma, jest intro w postaci tytułowego „Walls Of Jericho”, który nawiązuje do słynnej melodii, która znana jest z tego że rozpoczyna każdy koncert. No i do tego zawsze musowe „Happy Hellowen, Helloween”. Jest klimat i świetnie dopasowane partie trąbek. Po kilku sekundach słychać już tylko mocny, agresywny riff Hansena i zaczyna się kultowy „Ride The Sky”. Utwór o którym można by pisać i pisać, który można chwalić za wszystko. Za ostry, agresywny riff Hansena, który jest nieco przesiąknięty thrash metalem. Do tego ten brud, to mięsiste brzmienie i wszystko brzmi jak powinno. Dużym atutem jest bez wątpienia tutaj szybkość dynamika, melodyjność , a także zwolnienie w chwili prostego, łatwo zapadającego refrenu. Można rzec killer i murowany hit koncertowym. A solówki w wykonaniu duetu Hansen/Wiekath też robią do dziś ogromne wrażenie. Jedna z najlepszych kompozycji Hansena i widocznie on sam o tym wie skoro w GAMMA RAY sięga po nią dość często. Nic dziwnego bo jest właśnie definicja stylu Hansena jako wokalisty, kompozytora i gitarzysty. Inny styl ma pan Weikath, czy gorszy lepszy każdy sam powinien ocenić. Ja tam zawsze byłem za Kaiem. Co mi się nie podoba w takim „Reptile” to że mamy na początku wszystkie zwrotki a potem już sam refren kilka razy. Wiem, takie czepianie się na siłę, ale jednak jest to nieco inny styl niż ten jaki ma Kai. Sam utwór znakomity, a to choćby z tego względu że jest zagrany jakby ciężej, jest jakby nieco mroczniej i to robi wrażenie. Można mówić śmiało o kolejnym przeboju, bo refren jest tutaj kluczowym elementem którym o tym przesądza. Bardziej znanym i zarazem ciekawszą kompozycją pana Weiketha jest dynamiczny „Guardians”. Utwór bardzo melodyjny i to właściwie w każdej sferze, a to czy mamy na myśli zwrotki, sekcje rytmiczną, z naciskiem na bas Markusa, a to czy riff, czy zapadający refren odzwierciedlający taki wręcz podręcznikowy power metalowy refren. Co może się też podobać, to sposób w jaki tutaj śpiewa Kai Hansen, normalnie ciarki przechodzą. Może mało technicznie, ale oryginalności nie można odmówić. Bardziej zaskakującą kompozycją jest bez wątpienia „Phanthoms Of Death”. Utwór jakby bardziej rockowy, bardziej zadziorny, nieco surowszy, a mimo to wciąż utrzymany w pewnej formule. Jak się dobrze wsłucha to można usłyszeć wsparcie klawiszowe podczas zwrotek, można też wyłapać złożony i urozmaicony charakter utworu. Przewija się tutaj sporo intrygujących motywów gitarowych i nawet zwolnienie i zmiana motywu w środkowej fazie sprawia że utwór robi wrażenie, przechodząc jako kolejny killer. Takich pesymistycznych tekstów jak ten tutaj jest mniej i to właściwie jeden z nie wielu przykładów. Wystarczy przyjrzeć się hymnom wychwalającym heavy metal, czyli rozpędzony, power metalowy „Metal Invaders” z intrygującą partią Markusa, a także urozmaiconym wokalem Hansena, a także koncertowy „Heavy Metal (Is the Law)”. Ten drugi znów oparty o dziki riff, przesiąknięty agresywnym thrash metalem. Do tego chwytliwa linia wokalna i refren, a to sprawia że mamy kolejny przebój. Z kolei żartobliwy „Gorgar” nawiązuje stylem do „Reptile” znów mamy bardziej stonowane tempo i cięższy riff. Całość zamyka melancholijnie brzmiący „How Many Tears” który brzmi jak ballada w przyspieszeniu. Mamy tutaj wszystko od wolnego, nastrojowego, ballodowego grania z którego znany jest Micheal Weikath, po szybsze, power metalowe momenty, aż po podniosłe, emocjonalne tak jak choćby w refrenie. Piękna kompozycja wieńcząca wielkie dzieło wielkiego zespołu.


Arcydzieło w przypadku tego albumu nie będzie nad użyciem. Czysta perfekcja pod każdym względem, zarówno technicznym, kompozytorskim, jak i czysto aranżacyjnym. Album przede wszystkim jest urozmaicony i wyrównany. Nie ma słabszych momentów i właściwie od początku do końca mamy do czynienia z przebojami. „Walls Of Jericho” śmiało można zaliczyć do grona albumów, dzięki którym narodził się power metal. Sam zespół przeszedł po tym albumie kilka zmian, jedną z nich było zrezygnowanie Kai z wokalu. Również w dalszej karierze zespół odszedł od takiego agresywnego grania, przesiąkniętego thrash metalem. Klasyka jeśli chodzi o power metal i jeden z najlepszych albumów HELLOWEEN, jak i sam power metal.

Ocena: 10/10

HELLOWEEN - Helloween (1985)


Każdy gatunek heavy metalu ma swój początek, każdy rodzaj ma swojego pioniera. W przypadku power metalu jednogłośnie wszyscy powiedzą ...HELLOWEEN. Zespół legenda i choć dzisiaj już są cieniem siebie, choć grają nieco inaczej, to jednak trzeba im oddać hołd za to co zrobili. Stworzyli podwaliny pod nowy gatunek, który dzisiaj ma się bardzo dobrze i ciągle ulega ewolucji. Historia HELLOWEEN jest bardzo bogata i o tym zespole już napisano właściwie wszystko i samych faktów, wydarzeń jest na tyle, że starczyło by to na pracę magisterską. Oszczędzę wam tutaj jakiś długaśnych biografii, bo od tego są fanowskie strony, czy też oficjalna strona zespołu, do których odsyłam. Początków HELLOWEEN można się doszukiwać pod koniec lat 70 kiedy to został założony zespół GENTRY z inicjatywy śpiewającego gitarzysty Kai'a Hansena i jego znajomego Pieta Sielcka. Obaj panowie są dzisiaj metalowemu światu bardzo dobrze znani. Piet Sielck kieruje IRON SAVIOR, a Kai Hansen ma GAMMA RAY. Nie muszę chyba dodawać że oba zespoły grają oczywiście power metal. W 1980 r kapelę obu panów zasili basista Markus Grosskopf oraz perkusista Ingo Schwichteberg. Wtedy też została zmieniona nazwa kapeli na SECOND HELL. W tamtym okresie powstały takie utwory jak „Victim of Fate” czy też „Murder” do których dojdziemy przy opisywaniu mini albumu. Wracając do wątku historycznego, styl kapeli nie odpowiadał Pietowi, to też dał sobie spokój z graniem i powierzył się roli producenta płyt metalowych. Jego miejsce zajął oczywiście Micheal Weikath z POWERFOOL, który stał się bardzo istotnym elementem zespołu i dziś doczekał się nawet roli lidera zespołu. Wtedy też po raz kolejny ze spół zmienił nazwę kapeli na IRON FIST. Jak się dobrze poszukam w internecie to można znaleźć demo tej formacji. Piet jak wiadomo po wrócił do muzyki zakładając wraz Kaiem IRON SAVIOR. Rok 1984 to również ważna data, bo wtedy oficjalnie zostaje powołana do życia nowa nazwa kapeli, a mianowicie „Helloween” będąca zapożyczeniem z nazwy filmu „Halloween” Johna Carpentera. W tym samym czasie pojawiła się na rynku muzycznym składanka wytwórni NOISE RECORDS „Death metal” na której znalazł się „Metal Invaders” i „Oernest To Life”. To otworzyło zespołowi bramy do wielkiej kariery. Te dwa utwory tak przypadły do gustu szefom wytwórni, że popisali z zespołem profesjonalny kontrakt płytowy. I tak rok później ukazuje się mini lp zatytułowany po prostu „Helloween”. Ten mini lp to jest przedsmak tego czego będzie można się spodziewać na pełnym albumie czyli „Walls Of Jericho” . Choć lp i pełny album są ściśle powiązane, to można odczuć że mimo wszystko pod względem wokalu Hansena, brzmienia, riffów, całej konstrukcji jest to jeden z ostrzejszych materiałów. Tutaj można doszukać się inspiracji thrash metalem. Jest takie ostre, nieco surowe, mięsiste brzmienie, niezwykłe umiejętności muzyków Markusa, który ma charakterystyczny styl szarpania strun gitar, Ingo robi demolkę swoim dynamicznymi, głośnymi i pełnymi energii partiami. Duet gitarzystów jest wręcz idealny, jest chemia, nic porozumienia. Oczywiście bez problemu można wskazać lidera. Hansen to człowiek dzięki któremu ten mini lp brzmi tak a nie inaczej, to on ukształtował styl zespołu, nadał temu krążkowi charakteru. Tutaj zespół już wyrobił swoją charakterystyczną formułę, która w dużym stopniu zależała od Hansena. To on był głównym kompozytorem, to jego styl gry na gitarze oraz charakterystyczna maniera wokalna sprawiła że muzyka jaką grał HELLOWEEN była czymś nowym. Mini lp można traktować osobno bo tak wymaga tego historia, ale muzycznie świetnie się uzupełnia z „Walls Of jericho” w takiej formie było już później wydawane.

Mini album powiecie, co tam może się dziać, pewnie jakieś same odrzuty i mało interesujące kompozycje. No jednak te pięć utworów które znalazły się na tym krążku to 5 killerów i właściwie utwory po które HELLOWEEN jak i sam Kai w GAMMA RAY nie sięga, a jak już to bardzo rzadko. Obecnie kto jedynie ma odwagę i dobre predyspozycje do grania tego materiału to STORMWARRIOR, gdzie często zapraszają Kai'a do roli wokalisty. Wracając do materiału, dominują właściwie szybkie, dynamiczne kompozycje, gdzie mamy miks dzikości, ostrości, która przypomina thrash metal oraz melodyjności wyjętej z heavy metalu. Do historii zespołu przeszedł melodyjny „Starlight” z zabawnym intrem nawiązującym do filmu „Halloween” , rozpędzony, momentami wręcz thrash metalowy „Murder”, rytmiczny „Warrior” który oddaje znakomicie styl Kaia jako kompozytora i gitarzysty. Co może się podobać to niesamowicie melodyjny motyw i ciekawa współpraca dwóch wioślarzy. Na jeszcze większe wyróżnienie zasługuje mroczny „Victim of Fate”, który wydaje się być bardziej złożoną kompozycją. Przede wszystkim trwa ponad 6 minut, ma nieco bardziej stonowane tempo, nieco bardziej połamaną melodię, do tego rytmiczna linię wokalną Hansena. Ciekawie się robi w połowie utworu, kiedy zespół zwalnia i słychać tylko upiorny motyw i demoniczny wokal Hansena, który przypomina poniekąd wyczyny Kinga Diamonda. Jedna z moich ulubionych kompozycji HELLOWEEN jak i samego Hansena. Całość zamyka nieco wyróżniający się na tle pozostałych „Cry For Freedom”. Przede wszystkim wyróżnia się tym że jest bardziej zróżnicowaną kompozycją i mamy tutaj zarówno nastrojowy, wręcz balladowy początek i power metalowe rozwinięcie z rycerskimi chórkami. Zakończenie godne mistrzów. Utwór jest idealnym pomostem między mini lp a „Walls Of Jericho”.

Materiał może i krótki, może i można było od razu skręcić pełny album, ale nie zmienia to faktu że zespół stworzył dzieło wybitne, które pozwoliło zespołowi się wpisać na listę pionierów power metalu. Kapela stworzyła własny styl opierający się na energicznych solówkach, riffach, chwytliwych melodiach, rozpędzonej sekcji rytmicznej i oryginalnym wokalu Hansena. To plus kompozytorski talent i pomysł na siebie. To wszystko się przedłożyło że HELLOWEEN stworzył dzieło wybitne, które jest tylko zwiastunem kolejnego dzieła, który tylko umocni pozycję zespołu i przyniesie im jeszcze większą sławę. „Helloween” to przede wszystkim popis talentu Kaia Hansena.

Ocena: 10/10

czwartek, 8 marca 2012

BLACKSMITH - Fire From Within (1989)


W roku 2011 reaktywowała się jedna z ciekawszych kapel, a mianowicie amerykański BLACKSMITH który został założony w 1984 roku. Kapela, która gdzieś w natłoku takich wydarzeń jak trudności z wydaniem pierwszej płyty, a także przy konfrontacji z silną konkurencją przepadła w roku 1991. Oczywiście zostawiła po sobie mini album „Blacksmith” z 1986r , a także przede wszystkim debiutancki „Fire From Within” z 1989 roku. Niektórzy potrzebują lat i kilku płyt żeby w końcu nagrać coś wybitnego, ale nie BLACKSMITH, który już za pierwszym strzałem wydaję znakomity krążek który klimatem, posępnością przypomni słuchaczom najlepsze lata MERCYFUL FATE. Natomiast pod względem dynami, stylu w jakim się obraca przypomni najlepsze lata METAL CHURCH, gdzie jest tutaj zarówno coś z power metalu i coś z heavy metalu. Kiedy zaś zespół przyspiesza namyśli mam AGENT STEEL z debiutu. Ogólnie słychać różne patenty, ale słychać też oryginalne podejście, swój własny charakter zespołu. Aby mówić w tym wypadku o dziele wybitnym to trzeba zadbać o wiele kwestii. Brzmienie, aranżacje, same pomysły, klimat i wierzcie lub nie, ale wszystko stoi na wysokim poziomie. Produkcja nieco przybrudzona, nieco surowa, ale jakże mroczna zarazem i świetnie to komponuje się ze stylem kapeli. Już przy otwierającym „The Beast” ciarki przechodzą. Jest mroczny klimat, jest pomysłowość i nie sposób tutaj sobie nie skojarzyć to przerażające wejście z twórczością Kinga Diamonda. Ten utwór również świetnie zwiastuje to czego można się spodziewać po tym albumie. Jest jeden z pierwszych kolosów, które właściwie stanowią trzon i podstawę albumu. Na 9 kompozycji przypada jakoś z dwie krótsze kompozycje. To tylko świadczy o pomysłowości muzyków i ich wybitności. Wystarczy się w słuchacz jak ów utwór jest bogaty w różne, zróżnicowane partie gitarowe Davida Smitha, który jest kimś więcej niż jakiś tam rzemieślnikiem co skupia się tylko na graniu. On dostarcza wiele emocji, wiele energii i mocy. Każda z tych partii jest atrakcyjna, intrygująca i wciągająca. Można tylko z wielkim podziwem wsłuchiwać się ową lekkość przechodzenia między motywami, melodiami. Kompozycja też powala dynamiką jaką gotuje nam sekcja rytmiczna i słychać w tym nieco wpływów AGENT STEEL. Chris Caglione jako perkusista wyczynia tutaj cuda. No i nie można zapomnieć przede wszystkim o wyczynach wokalnych Malcolma, który ma niezwykły potencjał. Czasami śpiewa niczym wokalista METAL CHURCH, a czasami niczym sam King Diamond. Może się podobać to jak zespół z dużą lekkością urozmaica swoje utwory co słychać w mrocznym, posępnym „House”, który ma swoje dwa oblicza. Również i szybsze momenty się pojawiają. Chirurgiczna perfekcja w szybkim, zwartym „Louder than Hell” też potrafi przekonać jeśli ma się wątpliwości. Tutaj przede wszystkim zapada w pamięci niezwykły wyczyny wokalisty Malcolma, który bez problemu sięga najwyższych rejestrów. Czas nie zna granic w epickim, mrocznym „A Taste Of Darkness” który jest do szpiku złowieszczy, pełen ciekawych pokręconych melodii i można wyczuć coś z BLACK SABBATH czy też wcześniej wspomnianego MERCYFUL FATE. Kontynuację klimatu można wyczuć w „The Bonemarch / Tower of London”, które początkowo zalatuję w rejony IRON MAIDEN, ale potem jest nieco rockowo, nieco bardziej rytmicznie, ale posępne tempo znów sprawia że utwór jest mroczny. Do grona wybornych kompozycji również śmiało można zaliczyć nieco dynamiczny „Theatres Des Vampires” który również jest urozmaicony i z dominowany przez różnorodne melodie i motywy gitarowe. Na tle tych mocnych, energicznych kompozycji znakomicie prezentuje się o dziwo, piękna nastrojowa ballada „Hell To Pay”, która przypomina stylem lata 60-70. Jest to któraś z rzędu kompozycja o ambitnej aranżacji. Najszybszym i zarazem najkrótszym utworem jest „Fug it” i ciekawi mnie jakby brzmiała nieco bardziej rozwinięta wersja tego kawałka. I nie wiele odbiega „Black Attack” od tego co zespół prezentował do tej pory na tym albumie. Znów dużo zróżnicowanych melodii, motywów, a i przebojowy charakter został tutaj utrzymany.

Kto by pomyślał że po nagraniu takiego albumu jak „Fire From Within” kapela się rozpadnie? Nie zrozumcie mnie źle, ale słuchając tego krążka nie idzie właściwie doszukać się jakichkolwiek wad. Umiejętności muzyków są na bardzo wysokim poziomie, co słychać po samych kompozycjach. Tutaj nie ma mowy o fuszerce, krążek dopracowany w każdym celu. To co wyróżnia tą kapelę to na pewno umiejętność z różnicowania danego utworu różnymi motywami. Nie każdemu ta sztuka się udaję. W roku 2011 kapela się reaktywowała i obecnie pracuje nad nowym materiałem. Czy będą wstanie osiągnąć taki sam wysoki poziom? Zobaczymy.


Ocena: 9.5/10

LONDON - Don't Cry Wolf (1986)


Czasami kapele heavy metalowe nie grzeszą oryginalnością jeśli chodzi o nazwę swojej formacji i jednym z bardzo dobrych przykładów jest bez wątpienia dość mało znana kapela amerykańska o nazwie LONDON. Z jednej strony jest to śmieszne i mało przyciągające, a z drugiej bardzo intrygujące bo zastanawia na ile w tym faktycznie grania brytyjskiego. Jednym z takich brytyjskich wpływów jakie można usłyszeć to bez wątpienia DEF LEPPARD i przez większość utworów można coś tam wychwycić ze stylu tej kapeli, a najbardziej ten charakter zadziorny, przebojowy „Hit And Run”. Jednak jak wiele kapel LONDON czerpie z wielu patentów i właściwie słychać coś z JUDAS PRIEST, momentami z ACCEPT , WARLOCK , a najlepiej po prostu napisać że grają heavy metal z elementami glamu i hard rocka ala MOTLEY CRUE. Historia zespołu właściwie sięga roku 1979 kiedy to został założony z inicjatywy gitarzysty Lizziego Greya i basisty Nikkiego Sixxa , który później przejdzie do MOTLEY CRUE. Co ciekawe zespół do tej pory reaktywował się 3 razy, pierwszy 1984, a ostatni w 2006 roku. Wiele razy się reaktywowali i też wiele razy było kilka roszad personalnych. Swój pierwszy album wydali w 1985 roku, a w 1986 ukazał się „Don't Cry Wolf”, który będzie przedmiotem dzisiejszych moich rozważań. Od strony technicznej album jest dobrze przyrządzony, brzmienie choć dalekie od ideału to nadaje muzyce odpowiedniego klimatu i charakteru. Również aranżacje starannie zagrane, choć z nutką wtórności i przewidywalności.

Czego należy się spodziewać po zawartości? Przede wszystkim zwartości i prostoty. Od monotonności i nudy krążek nieco ratuje poprzez przebojowość i melodyjne motywy gitarowe, tak jak to słychać w otwierającym „Drop The Bomb” który mimo nieco topornego riffu, potrafi zapaść w pamięci za sprawą chwytliwego refrenu. Czasami zespół nieco przyspieszy obroty tak jak w dynamicznym „Set me free”. Nie da się ukryć że właśnie w takiej kombinacji zespół prezentuje się najbardziej okazale. Szybki, energiczny motyw gitarowy w wykonaniu Lizziego Grey'a który ma swoje momenty glorii i chwały i to jeden z nich. Nie ma on problemów z wygrywaniem finezyjnych, melodyjnych solówek, które potrafią porwać słuchacza. Trzeba przyznać, że jego umiejętności podciągają poziom albumu. Czasami partie są proste i może mało oryginalne tak jak choćby w „Under The Gun” ale stonowane tempo, znakomity wokal Nadira D Priesta a także partie klawiszowe nadające niezwykłej przestrzeni i melodyjności utworowi sprawiły że mamy kolejny przebój. Nie jestem fanem THE BEATLES ale cover „Oh darling” wyszedł znakomicie. W sumie kawałek można potraktować jak balladę, odpoczynek przed mocniejszym uderzeniem. A takowe następuje wraz z najszybszą kompozycją jaką można usłyszeć na albumie, a mianowicie „Fast as Light”, który ma coś z DIO, JUDAS PRIEST i ACCEPT. Kompozycja o tyle atrakcyjna, bo można w końcu poczuć prawdziwą moc sekcji rytmicznej, a nie tylko monotonne pitu pitu. Dopełnieniem jest niezwykły popis gitarowy Lizziego i ostry niczym brzytwa wokal Nadira. A gdyby było więcej takich kawałków to pewnie mielibyśmy do czynienia z wybitnym albumem. W podobnej koncepcji utrzymany jest też „Put out Of The Fire”, który ma sporo wspólnego z rock'n rollem. Nie obyło się bez wpadki, a tą bez wątpienia jest „Killing Time” I poza ciekawym tempem i pulsującym basem to utwór taki dość przeciętny, zwłaszcza na tle dwóch poprzednich. Szybko złe wrażenie zaciera kolejna petarda, a mianowicie „We want Everthing”, który jest bardzo energiczną kompozycją opartą na rozpędzonej sekcji rytmicznej i chwytliwym riffie. Pod względem przebojowości przypomina mi się WARLOCK. Całość zamyka „ For Whom The Bell Tolls” gdzie gościnnie wystąpił wokalista WASP - Blackie Lawless. I niestety ale poza klimatem to za wiele do zaoferowania ta kompozycja nie ma.


Słuchając „Don't Cry Wolf” mogłoby się wydawać że mamy do czynienia z znaną wielką kapelą, cóż rynek muzyczny na to im nie pozwolił bo przecież potencjał w nich był i to słychać. Lizzie jako gitarzysta nie miał problemów z wygrywaniem ciekawych partii gitarowych, a Nadir jako wokalista bije na głowę nie jednego krzykacza z tamtego okresu. Problemy jakie napotkały zespół a także konkurencja zweryfikowały miejsce zespołu na rynku. Sam album prezentuje się bardzo dobrze, bo nie ma jakiś większych powodów do narzekania, są zapadające motywy, są chwytliwe melodie, refreny i zróżnicowanie, więc pozostaje nic tylko posłuchać na co ich stać.


Ocena: 7.5/10

wtorek, 6 marca 2012

STEELER - Rullin The earth (1985)


Jak przystało na solidną niemiecką machinę, heavy metalowy STEELER nie kazał czekać długo swoim fanom na kolejny album z rasowym heavy metalem oddający w pełni niemiecki heavy metal spod znaku WARLOCK, ACCEPT, RUNNING WILD, czy też SCORPIONS. „Rullin The Earth” to tak na dobrą sprawę kontynuacja muzyczna stylu wypracowanego na debiutanckim „Steeler”. Choć nie obeszło się też bez pewnych kosmetycznych zmian. Przede wszystkim można wyłapać wpływy innych kapel niż typowo niemieckich, są wpływy brytyjskie, a nawet amerykańskie. Słychać przede wszystkim dojrzałość muzyków, zwłaszcza Petera Burtza, który tym razem się jakby bardziej oszczędzał i już jego wokal nie jest taki zadziorny jak na debiucie. Co nie ulega zmianie to popisy gitarowe Axela, które w dalszym ciągu urzekają słuchacza swoją energią, melodyjnością i zadziorności, a lekkość przechodzenia między motywami sprawia że słucha się tego z wielkim podziwem. Niestety poprawie nie uległa produkcja i brzmienie albumu i to jest bez wątpienia wielka strata dla samego wydawnictwa.

To co z czego Axel jest dzisiaj znany to również z klimatycznych intr, które otwierają album. Tutaj może nie do końca jest to zaprezentowane, ale jakby nie było tytułowy „Rullin The earth” rozpoczyna się bardzo klimatycznie i spokojnie. Utwór jest bez wątpienia dobrym przykładem jak grać energicznie i dynamicznie. Choć brzmi to wtórnie i zalatuje pod „Back In The Village” IRON MAIDEN to może się podobać, przede wszystkim ze względu na bardzo elektryzującą solówkę Axela. Również nie można odmówić dynamiki i rytmiczności nieco rockowemu „ Shellshock”, który pod względem konstrukcji i melodyjności przypomina mi PRETTY MAIDS czy też 220 VOLT. Jedną z najciekawszych kompozycji jest bez wątpienia stonowany „Le The Blood Run Red” który cechuje się rockową zadziornością i taką lekkością. Co może przykuć szczególną uwagę słuchacza to bez wątpienia linia melodyjna stworzona przez Axela, a także bojowe chórki. Oczywiście nie mogło się obyć bez pięknej ballady i w tej roli „Heading For The End” , który jednak nie robi większego wrażenia. Bez wątpienia ostoją i najbardziej atrakcyjnymi utworami są dwa szybkie killery, a mianowicie „Maniac” z prostym refrenem i takim dość sztandarowym riffem, które można by przyporządkować do wielu kapel, a także nieco rockowy „Run With The Pack” z jedną z najciekawszych solówek na albumie. Również do grona najbardziej wybitnych momentów na wydawnictwie zaliczyć można instrumentalny „S.F.M 1”, który przypomina poniekąd instrumentalne utwory IRON MAIDEN. Ale w żaden sposób nie można tutaj podważyć stylu, bardzo charakterystycznego dla Axela. Choć tutaj jeszcze brakuje tej finezji, tego wyczucia, tych emocji. Całość zamyka najdłuższa kompozycja, a mianowicie „ Turning Wheels”, która zbudowana jest na bazie wolnego tempa, nieco bardziej klimatycznego motywu i nawet ocieranie się o balladę wyszło utworowi na dobre.

Jeśli coś się sprawdza to po co to zmieniać? Skoro debiut STEELER był bardzo udanym albumem z dużą dawką energii, wypełniony po brzegi przebojami, jeśli potrafił zachwycić styl i forma, to po co to zmieniać, kiedy można sukcesywnie kontynuować i umacniać swoją pozycję. „Rullin The Earth” to właściwie bardzo udana kontynuacja debiutu. W dalszym ciągu dostajemy bardzo solidny materiał, który cechują się dużą melodyjnością, zróżnicowaniem, co sprawia że łatwo wchłania się poszczególne utwory. Kolejny solidny krążek w ramach niemieckiego heavy metalu.

Ocena: 8.5/10

STEELER - Steeler (1983)


Axel Rudi Pell to postać która właściwie nie musiałbym przedstawiać. Jeden z bardziej utalentowanych gitarzystów wywodzących się z Niemiec, który kunsztem i finezją przypomina takiego Ritchiego Blackmore'a. Dzisiaj postrzegany jako jeden z czołowych muzyków melodyjnego metalu, który przez wielu jest uważany za głównego przedstawiciela owej odmiany metalu. Obecnie przymierza się do wydania kolejnego swojego albumu pod szyldem AXEL RUDI PELL, jednak jego początki nie są związane z jego własnym zespołem, a z STEELER, który śmiało można zaliczyć do grona grającego typowego heavy metalu, gdzie słychać taki miks SCORPIONS z ACCEPT, ale nie tylko i można tu przytoczyć znacznie więcej podobnie grających kapel. Sama kapela została założona w 1981 roku z inicjatywy Axela i basisty Volkera Krawczyka. Kontrastując obecnie co gra Axel z tym co grał w STEELER to jest sporo różnic. Przede wszystkim muzyka STEELER jest prostsza, bardziej energiczna, mniej złożona, nieco ostrzejsza, nieco bardziej zadziorna, no i jest ta hard rockowa przebojowość. Wokal Petera Burtza też odbiega tego w jaki sposób śpiewa Johny Gioeli. Peter to typ rasowego wokalisty metalowego, który skupia się na zadziorności i na tym żeby dany kawałek brzmiał ostro i dziko. Punktem stycznym jest niezwykła gra Axela Rudi Pellego, który nawet w tak prymitywnej formie brzmi nadzwyczajnie. Gdyby nie osoba Axela, to nie wiem czy debiutanckim albumem „ Steeler” ktoś by się zachwycał? Brzmienie krążka jak i cała produkcja nie należy do najlepszych, również sam styl i muzyka nie jest jakaś nadzwyczaj wyróżniająca się od tego co grano w owym czasie. Jednakże smykałka Axela do tworzenia znakomitych utworów i jego umiejętności grania finezyjnych, melodyjnych i złożonych solówek sprawia, że album z miejsca awansuje do grona bardzo dobrych.

Właściwie nie można narzekać na brak przebojów, dobrych zapadających motywów, melodii, czy porywających refrenów. Nie można narzekać na nudę, bo właściwie od początku do końca album dostarcza sporo pozytywnej energii. Właściwie album jest zdominowany przez szybkie, dynamiczne, rozpędzone kompozycje jak choćby otwierający „Chains Are broken” , hard rockowy „ Gonna Find Some Place In Hell” z bardzo chwytliwą linią melodyjną Axela, czy też popularny „Call Her Princess” który można powiązać ze wczesnym Axelem solo. Mieszankę wczesnego AC/DC a także KROKUS można usłyszeć w szalonym „Heavy metal Century” . Oczywiście całość w dość ciekawy sposób urozmaica bardziej true metalowy, posępny „Long Way”, utrzymany średnim tempie „Hydrophobia” nawiązujący do twórczości JUDAS PRIEST, a także nastrojowa ballada „Fallen Angel” z finezyjnym popisem Axela, gdzie tym razem można poczuć emocje jakie niosę ze sobą.

Steeler” to może album który w istocie przypomina inne wydawnictwa z tego okresu, to krążek który jak spora część albumów z tego okresu zawiera solidny materiał, na cechowany przebojowością, przepełniony chwytliwymi melodiami. I właściwie gdyby nie kunszt Axela jako kompozytora i gitarzystę, to zapewne pamiętaliby bo o tym albumie, zespole, tylko nieliczni, a tak grono fanów tej kapeli jest znacznie szersze. Kolejny dowód na to, że heavy metal niemiecki jest solidny i można na nim bez warunkowo polegać.

Ocena: 8.5/10

RED LAMB - Red Lamb (2012)


Pewnie nie jeden z fanów ciężkiej muzyki przy okazji sukcesu nowego albumu ANTHRAX zastanawiał się co porabia były gitarzysta owej grupy, a mianowicie Dan Spitz? Cóż Dan jak wiadomo dysponuje niezwykłym talentem jeśli chodzi o grę na gitarze, to jego intrygujące, czasami shredowe solówki zdobiły największe albumy ANTHRAX. Nic dziwnego, że Dan powraca na scenę metalową z nowym zespołem, w którym udział zadeklarował w owym czasie również inna znana postać thrash metalu, a mianowicie Dave Mustain – lider MEGADETH. I tak wspólnymi siłami pod szyldem RED LAMB zrodzonym w głowie Dana nagrali swój debiutancki album „Red Lamb”, który swoją premierę miał stosunkowo nie dawno. Czego można się spodziewać po owym wydawnictwie? Na pewno nie drugiego ANTHRAX, do końca też nie drugiego MEGADETH, choć tego drugiego słychać najwięcej w muzyce RED LAMB, ale to nic dziwnego skoro Dave Mustain miał spory udział w komponowaniu kompozycji i jego piętno odbiło się na muzyce tej kapeli. Jednak gdyby już tak do czegoś przyrównać to co grają to pewnie niektórzy wskażą DISTURBED, czy RAGE AGAINTS THE MACHINE i w sumie nie mnie jest tutaj wskazywać, bo aż tak takim specjalistą stylów obu zespołów nie jestem, ale nie można na pewno tutaj mówić o czystym thrash metalu to na pewno.

Jest heavy metal, nieco muzyki alternatywnej tak jak choćby w nieco spokojnym, rockowym „Warpaint”, który podkreśla nieco psychodeliczny klimat albumu. Mamy też nieco technicznego grania, które pod względem struktury, ułożenia przypomina to co gra MEGADETH i takie właśnie jest dynamiczny „ Keep Pushing Me” , ponury, mroczny i nieco taki teatralny „Don't Threaten To Love me” gdzie recytowane kolejne partie tekstu mogą przyprawić o dreszcze. I nie trzeba być jakimś wielkim fanem MEGADETH, żeby nie wychwycić tych charakterystycznych elementów muzyki Dave'a Musteina w niemal wszystkich utworach. W „Temptation” połamane melodie, nacisk na techniczne granie nasuwa tylko jedną kapele, tak samo urozmaicona, mocna sekcja rytmiczna w „Get Up” też przypomina dokonania MEGADETH, choć raczej te bardziej współczesne. Są tez utwory które próbują choć na moment zerwać z podobieństwem do kapeli Musteina i świetnie sobie w tym aspekcie w mój ulubionym utworze z całej płyty , a mianowicie „The Cage”, który okazał się idealnym wyborem jeśli chodzi o promocję. Spytacie czemu? Kawałek jest momentami psychodeliczny, nieco rockowy, ponury i taki nieco marszowy. Są też momenty kiedy przyspieszają i można usłyszeć coś z ANTHRAX. Też wyróżnić można „One Shell” ze względu na taki nieco punkowo- rockowy styl. Szybkich utworów o takim dużym pokładzie agresji nie ma zbyt wiele to fakt, ale nie oznacza też że ich nie ma. Do tego wybornego grona zaliczyć należy „Angels Of war” , melodyjny „Watchman” czy też agresywny „Puzzle Box”. Z powyższego opisu można wywnioskować że mamy do czynienia z różnicowanym materiałem, co poniekąd jest prawdą. Niestety szkoda że Dave Mustain aż tak maczał w materiale, bo tak otrzymaliśmy nieco odświeżony MEGADETH, który brzmi lepiej niż sam MEGADETH, który ostatnio stacza się na dno. Dan Spitz myślę że też nie pokazał wszystkiego i nie wiem czy to nie wina samego Dave'a, które poniekąd narzucił pewną strukturę, pewną formułę. Ciekawe jakby brzmiał album gdyby nie Mustain? Gdyby tak więcej było samego Dana? Kto wie może byłby materiał na miarę rewelacyjnego otwieracza „The Cage”? A tak znów mamy nieco przekombinowany, nowocześnie brzmiący album z mocnym brzmieniem, będącym zasłoną dymną. Na pewno jest to wydawnictwo, które ze względu na dwóch znanych muzyków z świata thrash metalu przyciągnie nie małe grono słuchaczy. Jednak owe wielkie postaci nie gwarantują tez już na starcie arcydzieła.

Ocena: 6.5/10

poniedziałek, 5 marca 2012

PŁYTA MIESIĄCA STYCZEŃ 2012

Wyścig o miano płyty roku rozpoczął się na nowo, zresztą jak co roku, wraz z dniem pierwszego stycznia. Jednym z moich pretendentów był niemal od samego początku PRIMAL FEAR i to jeszcze grubo przed premierą. Powód? Bardzo dobre kawałki promujące „Unbreakable” który dawał nadzieję na powrót do korzeni. A tego od nich wymagałem ja jak i większość fanów, zwłaszcza pod ich ostatnich wyczynach i niepotrzebnym eksperymentowania. Zawsze byli postrzegani jako niemiecka wersja JUDAS PRIEST i tego powinni się trzymać. Ich nowe wydawnictwo przerosło moje wszelkie oczekiwania i dostałem jeden z ich najlepszych albumów. Na podobnym poziomie muzycznym utrzymany jest też nowy STEELWING i tutaj przeżyłem jeszcze większe zaskoczenie, bo po nich spodziewałem się co najwyżej średniego albumu, a tutaj proszę klimat s-f, melodie, struktura jakby wyjęte z lat 80 i fanom tamtego okresu przypadnie na pewno do gustu. Jednak to jeszcze nie było największe zniszczenie z tego miesiąca. Największe spustoszenie przyniosły dwa albumy z gatunku thrash metal. Mowa o znanym i co raz bardziej popularnym SUICIDAL ANGELS , który nagrał naprawdę bardzo brutalny, bez kompromisowy album, który odzwierciedla prawdziwą naturę tego gatunku. Jeden z nie wielu współczesnych zespołów, który podtrzymuje tradycję z należytym szacunkiem. Drugi album które mnie zniszczył i to jest bez wątpienia numer jeden z tego miesiąca to jest debiutancki „For Humanity” GAME OVER. Świetny przykład, że można grac agresywnie, dynamicznie i melodyjnie, taki thrash metal najbardziej lubię. Jednak miesiąc styczeń to nie tylko miesiąc udanych krążków, to także miesiąc gdzie wyszło wiele słabszych albumów, lub średnich. Do średnich zaliczam: nowy AXEVYPER zawierający bardzo wtórny materiał, SAVAGE MESSIAH, gdzie jest zbyt nijaki materiał i rozbicie gatunkowe , czy też power metalowy ECLIPTICA, które niczego nowego do gatunku nie wnosi. Były też jeszcze słabsze albumy jak choćby nowy IRON FIRE który zaprezentował strasznie nudny i przewidywalny materiał. 

1.  Game Over - For Humanity (16.01.2012) 

 Thrash Metal przeżywa kryzys tak mogło by się wydawać, ale kiedy słucha się tego albumu, to mam wrażenie że nie jest tak źle, przynajmniej jeśli już mowa o mniej znane kapele. Tutaj mamy debiutantów, którzy grają agresywnie, dynamicznie i zarazem melodyjnie. Nie biorą jeńców, więc może zapomnieć o jakiś spokojnych, miałkich utworach. Jak dla mnie perfekcja.


2. Suicidal Angels - Bloodbath (27.01.2012)
 Spójrz na okładkę, potem posłuchaj, jeszcze raz spójrz na okładkę i będziesz wiedział że oddaje ona zawartość . Jeden z tych zespołów który podtrzymuje ogień prawdziwego thrash metalu, to właśnie takim albumom jak ten płonie płomień prawdziwego, brutalnego, bezkompromisowego thrash metalu. W dzisiejszych czasach ciężko. Od początku do końca album sieje zniszczenie.


3. Primal Fear - Unbreakable (20.01.2012)

Płyta heavy metalowa na jaką czekał świat. PRIMAL FEAR wraca do korzeni, grając znów pod JUDAS PRIEST i choć robi to ocierając się momentami o plagiat to robi to z wielką klasą, stawiając na melodie i energię. Masa hitów, które na stałe zagoszczą w setliście zespołu.



sobota, 3 marca 2012

DARK EMPIRE - From Refuge To Ruin (2012)


Pora oddzielić małych chłopców od prawdziwych mężczyzn, czas na prawdziwe męskie granie, gdzie nie idzie się na kompromisy, gdzie nie ma czasu na sentymenty, na łagodne i nie wyraźny hity, czas na prawdziwie ostry heavy metal. Nowoczesny, drapieżny, przemyślany i urozmaicony, podany w formie dość bardzo oryginalnej. Czas na nowy album DARK EMPIRE. Właśnie skończyło się ostateczne odliczanie do premiery, skończył czas wyczekiwania, można się delektować tym co zespół stworzył. Album na pewno będzie budził pewne kontrowersje, bo nie jest to styl jaki niektórzy by chcieli, czyli melodyjny power metal z debiutu, fakt bliższe jest do „Humanity Dethroned”, z tym że tutaj jest jakby mniej kombinowania, mniej owej elektroniki i udziwnień, jest więcej atrakcyjnych melodii, więcej jest jasnych rozwiązań, a jednocześnie dalej jest brutalnie, nowocześnie, agresywnie i progresywnie. Właściwie kapela założona w 2004 roku z inicjatywy gitarzysty Matta Moltiego cały czas konsekwentnie się rozwija i ten nowy album jest tego najlepszym przykładem. Album będzie budził kontrowersję już nie tylko pod względem wykonania, aranżacja, stylu, ale przede wszystkim ze względu na nowego wokalistę. Nowym gardłowym został Brian Larkin, który zastąpił Jensa Carlsonna, który idealnie się sprawdzał w muzyce jaką grał zespół. Wokalnie panowie mają wiele wspólnego, przede wszystkim podobna agresja, maniera, a to sprawia że większych niezadowoleń ze strony słuchaczy nie powinniśmy uświadczyć. „From Refuge to Ruin „ jako trzeci album prezentuje się jako krążek bardziej dojrzały, na pewno bardziej przemyślany i dopieszczony a to zarówno pod względem brzmieniowym, upiększając album w brzmienie dość nowoczesne, takie nieco thrash metalowe czy też death metalowe. Jest to swego rodzaju popis kompozytorski i aranżacyjny lidera grupy, a mianowicie Matta Molitiego. To on tutaj miesza takie gatunki jak power metal, thrash metal , czy tez progresive metal i taka kombinacja może się podobać, zwłaszcza kiedy wszystko jest wymieszane z umiarem. Partie gitarowe brzmią bardzo ambitnie, na swój sposób oryginalnie, a przede wszystkim może się podobać lekkość przechodzenia między różnymi gatunkami, między różnymi ładunkami emocjonalnymi, czyniąc ten album zróżnicowany. Niestety w natłoku samego brzmienia i wykonania gdzieś gubi się przystępność i łatwość odbioru owego materiału i brakuje może takich rasowych przebojów, zapadających momentów i to jest największa ujma tego krążka.

Na tym albumie przemawia przede wszystkim muzyka i moc jaką z sobą niesie. Tym razem materiał nie weźmie jeńców. Zaczyna się od potężnego uderzenia w postaci „A Plague in the Throne Room”, który słusznie został wybrany na kawałek promujący album. Jest przede wszystkim brutalność w linii wokalnej, w partiach gitarowych, jest dynamit w sekcji rytmicznej i słychać też w końcu jakiś melodyjny i chwytliwy refren, czego mi brakowało na poprzednim albumie. Pomysłowe są też tutaj solówki i tak samo pomysłowy jest mroczny, zadziorny „Dreaming in Vengeance”, który jest przyozdobiony w różne progresywne zagrywki i połamane melodie i to mi przypomina MYRATH, czy też SYPHONY X. Z kolei pod względem melodyjnym i chwytliwości to mam skojarzenia z takim PERSUADER. Kompozycja choć trwa ponad 7 minut, to jest naprawdę bogata w różne ciekawe melodie, a i solówek intrygujących nie brakuje. Dla nieco zrównoważenia sił mamy nieco spokojniejszy „The Crimson Portrait”, choć słowo spokojny nie do końca tutaj pasuje. Jest dużo wolnych, klimatycznych, spokojnych momentów, ale sam kawałek jest bardzo zadziorny i też nie ustępuje pod względem siły i mocnego kopa poprzednim. Ale miło że w tak wąskiej konwencji zespół potrafi zaskoczyć. Czasami po prostu zespół nie bawi się z słuchaczem i po prostu gra brutalnie, z polotem i dynamitem w ręku, tak jak to jest w przypadku „Dark Seeds of Depravity” który jest bez wątpienia jednym z brutalniejszych utworów. No sporo w tym z PERSUADER i więcej nie trzeba żeby usłyszeć ten kawałek. W podobnym stylu utrzymany jest też nieco przesiąknięty thrash metalem „Lest Ye Be Judged” czy też power metalowy „Black Hearts Demise” z hymnowym refrenem. Co może niektórych przerazić to dwa kolosy , które łącznie trwają 24 minuty! Pierwszym jest 'From Refuge to Ruin” i zestawiając to z innymi kawałkami wychodzi że to najwolniejszy kawałek i zarazem najbardziej klimatyczny. Ciekawie jest budowane tutaj napięcie, a same partie gitarowe mogą zachwycić świeżością i pomysłowością. Jednak poczucie dłużenia się dało o sobie znać i w przypadku „The Cleansing Fires” również . Sporo się dzieje w tej kompozycji to prawda, jednak jedno wymiarowość i niemal identyczne motywy są tutaj nie na korzyść.

From Refuge to Ruin” to album bardzo dojrzały, przemyślany, ale słychać tutaj kontynuację stylu z poprzedniego albumu,z tym że jest to podane w bardziej przystępnej formie. Zmiana wokalisty jakiś większych zmian nie wniosła ze sobą i dalej jest to mocne, zadziorne, pełne brutalności granie, wzbogacone o progresywne i thrash metalowe patenty, do tego gdzieś jest tutaj power metal. Aranżacje jak i samo wykonanie może wzbudzać zachwyt, może przyciągnąć rzeszę słuchaczy, ale w tym wszystkim można doszukać się małej wpadki. Zespół nie pomyślał o przebojowości i właściwie ciężko tutaj wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystko jest na tym samym poziomie i utrzymane w niemal tym samym stylu. To wcale nie oznacza, że album jest nudny i nie przystępny dla słuchacza. Wszystko jest w waszych rękach drodzy czytelnicy, to w sumie od was poniekąd zależy czy wam się spodoba. Ode mnie możecie dostać na zachętę finalną ocenę.

Ocena: 8/10

AMBERIAN DAWN - Circus Black (2012)


Ci którzy czują niedosyt po ostatnim wyczynie NIGHTWISH mogę z większym entuzjazmem sięgnąć po nowy album AMBERIAN DAWN, który stylistycznie nie odbiega od tego co gra wyżej wspomniany zespół i nawet pochodzą z tego samego kraju, a mianowicie Finlandii. „Circus black” bo tak się nazywa nowy krążek tej formacji i choć nie ma takiego rozmachu i muzycznego przepychu co ostatni album NIGHTWISH to jednak ma to coś czego mi tam brakowało, a mianowicie samego pierwiastka metalu. Tutaj to jest. Zanim jednak zacznę się wgłębiać w sam album warto przybliżyć nieco niektórym czytelnikom sylwetkę samego zespołu. Kapela została założona w 2006 roku z inicjatywy gitarzystę Tuomasa Seppälä i basistę Tommi Kuri. Do tej pory formacja wydała 3 albumy, a „Circus Black” to ich czwarta płyta studyjna i trzeba przyznać, że fanów zespołu ona zadowoli w 100 %, gdyż nie ma tutaj jakiś rewolucji muzycznej, a jedynie umocnienie swojej pozycji jako zespołu grającego symfoniczny power metal. W przeciwieństwie do NIGHTWISH niniejsza kapela dysponuje operową wokalistką w postaci Heidi Parviainen, który dysponuje głosem o szerokiej skali, a w takiej muzyce to jest wręcz wymagane i mile widziane. Tak więc album zjedna sobie fanów Tarjii a także jej ery w NIGHTWISH, gdyż również i tutaj jest bardzo metalowa muzyka, czego mi brakowało na komercyjnym wydawnictwie zespołu. Czego można się spodziewać po „Circus Black”? Przede wszystkim dojrzałości pod względem zarówno technicznym, jak i kompozytorskim. Zdobyte doświadczenie, a także rozwinięte umiejętności muzyków przedłożyły się na sam materiał, który można określić mianem zróżnicowanego i przebojowego.

Już na samą myśl przychodzi NIGHTWISH, czy też VISION OF ATLANTIS kiedy słucha się takiego przebojowego „Circus Black”, który w zupełności oddaje to z czym mamy do czynienia i w jakiej formule trzyma się kapela. Samo wykonanie nadzwyczaj dobre, fakt nieco okrojone z oryginalności i zaskoczenia. Natomiast zespół nadrabia przede wszystkim warsztatem, melodiami i przebojowością. Świetnie dopasowano patenty symfoniczne do rockowego riffu. Poziomem nie odbiega też power metalowy „Cold Kiss” który też przesiąknięty jest nieco mroczniejszym klimatem. Nie wiem czy trafionym pomysłem okazały się tutaj wszelkiego rodzaju zwolnienia. Na szczęście kawałek potrafi zapaść w pamięci a to już coś. Trzeba przyznać, że w stylizacji power metalowej zespół brzmi najlepiej. Dzięki takimi utworami jak rozpędzony „Fight”, melodyjny „Letter” czy też przebojowy „Lily of the Moon” album sporo zyskuje i brzmi bardzo atrakcyjnie. Żeby nie popaść w rutynę zespół czasami stawia na wolniejsze i bardziej klimatyczne motywy tak jak choćby w „Charnel’s Ball” i jest to jedyny kawałek w takiej formie które mi przypadł do gustu. Duża w tym zasługa samego motywu, który jest chwytliwy i taki zapadający w pamięci. W podobnej stylizacji utrzymany jest nieco mniej atrakcyjny „ I share With you this dream” który jak dla mnie zbyt komercyjnie brzmi. Do udanych kompozycji śmiało można zaliczyć za to taki instrumentalny „Rivalry Between Good and Evil”, który w dobrym świetle postawia duet gitarzystów, którzy jak można usłyszeć fascynują się nieco neoklasycznym metalem, co brzmi bardzo dobrze. Ten utwór dowodzi, że muzycy mają umiejętności i wszelkie zarzuty należy kierować w stronę procesu komponowania utworów. Tu właśnie leży problem, bo zespołowi wystarczyło pomysłów na kilka utworów, a reszta niestety nie do końca zachwyca i jest kilka niedociągnięć.

Circus Black” to album kierowany przede wszystkim do fanów symfonicznego power metalu, do tych osób które kiedy usłyszą coś w stylu NIGHTWISH to ślinka cieknie. Album jest łatwy w odbiorze i duża w tym zasługa melodyjnego charakteru materiału. Dla mnie jednak to wciąż tylko średnie granie, momentami nieco wyżej mierzone, ale zbyt wtórne i zbyt mało ambitne. Album dla mało wymagających i wyłącznie na kilka odtworzeń, bez możliwości na dłuższy pobyt w odtwarzaczu.

Ocena: 6/10

NIGHTQUEEN - For Queen and Metal (2012)


Wystarczy chwytliwa nazwa i ładna okładka albumu i już jest wystarczający powód żeby zainteresować się na poważniej danym wydawnictwem. Tak też było u mnie w przypadku tegorocznego NIGHTQUEEN. Jest to kapela której rodzimym miastem jest Belgia, a ich głównym celem jest granie symfonicznego power metalu, który poniekąd zawiera elementy HELLOWEEN z czasów „Master of the Rings” czy też nieco elementów z muzyki SILENT FORCE. Krótko mówiąc jest to już przetarty metal, który jest do bólu wtórny, przewidywalny. To też od razu wiadomo że mamy do czynienia z muzycznymi amatorami, którzy grają pod szyldem NIGHTQUEEN od 2004 kiedy to kapela została założona. Słuchając debiutanckiego albumu „For queen and Metal” ciężko właściwie pochwalić za coś muzyków, na próżno tutaj wsłuchiwać się w detale, w celu zmierzenia postępów muzyków, których nie ma. Królową bez wątpienia jest wokalistka Keely Larreina, który śpiewa całkiem przyzwoicie, przede wszystkim klimatycznie. Natomiast pod względem techniki, mocy to już nieco gorzej się prezentuje i to słychać już podczas dynamicznego „Nightfall”. Co z tego, że utwór brzmi całkiem przyzwoicie za sprawą melodyjnych partii gitarowych, chwytliwego refrenu i brzmi nadzwyczaj dobrze, ale wokal potrafi nieco ochłodzić przedwczesne zachwyty, sprowadzając nas na ziemie, dając do zrozumienia że wokal i całkiem dobre tło nie idzie tutaj w parze. Ten utwór jest przykładem w jakiej stylizacji powinni się trzymać muzycy, cóż nic dziwnego że kompozycje bliźniaczo podobne stanowią grupę najlepszych utworów. Nieco bardziej zadziorny, rytmiczny „Mystical Night”, dynamiczny „Rebel To Rebel”, rozpędzony, podniosły „ Screaming For Mercy”. Te kompozycje świetnie dowodzą o sprawności sekcji rytmicznej, która jest jedną z takich nie licznych atrakcji na tym krążku. Jest moc i dynamika, czego czasami nie potrafię wyczuć słuchając partii gitarowych duetu Elroy/ Zeco, którzy są zwykłymi rzemieślnikami i tylko taki z nich pożytek że grać potrafią. Ilekroć zespół zwalnia, ilekroć wkracza w bardziej stonowane stylizacje tak jak choćby w tytułowym „For Queen and metal” czy też w klimatycznym „Lady Fantasy” tyle razy czuć monotonność, miałkie ocierające o komercję granie i nie wiele to ma wspólnego z metalem, ale fani takich klimatów, może będą bardziej podatni na tanie chwyty tego zespołu. Oczywiście nie mogło się obyć bez prowizorycznego urozmaicenia w ramach którego mamy i rozlazłą balladę „Nocturnal thoughts” i bardziej przekonujący kolos „Dark Fairy”, który mimo swojego oklepanego charakteru, mimo utartych melodii jest jedną z najbardziej przekonujących kompozycji z całego albumu. To właśnie tutaj wokal brzmi jakoś bardziej atrakcyjnie, to właśnie tutaj muzycy błyszczą umiejętnościami i przekonują że nie taki straszny diabeł jako zobrazowały wcześniejsze kompozycje. Jednak to wszystko zostało zrealizowane za późno bo po 8 minutach kończy się album i pozostawia słuchacza w rozbiciu emocjonalnym. Z jednej strony ostatni utwór robi bardzo pozytywne wrażenie i dowodzi tylko, że kapela nie dała z siebie 100 %, a z drugiej strony mamy obraz całej płyty, które przedstawia się jako słabe wydawnictwo, przesiąknięte wtórnością, oklepanymi motywami, nietrafionymi pomysłami kompozytorskimi, co przedkłada się na to że towarzyszy nam niemal przez cały krążek nuda. Tym razem nazwa zespołu i okładka nie mają nic wspólnego z poziomem materiału. Pozostaje mi nic innego jak surowo ocenić owe dzieło.

Ocena : 3/10

czwartek, 1 marca 2012

WISE MAN - First Warning (1986)


Moje zainteresowanie niemiecką sceną heavy metalową przeradza się powoli w obsesję, a w ramach dość częstego odwiedzania tamtych rejonów mam dla was coś nieco innego. Coś wręcz odbiegającego od stylu w jakim trzymają się kapele z tamtego rejonu. Styl który nie ma związku z teutońskim, topornym, rasowym heavy metalem jaki jest charakterystyczny dla tego kraju. Styl które można określić jako miks heavy metalu z hard rockiem, a więc coś na miarę hard'n heavy w stylu RATT, DOKKEN czy też opisywanego na łamach bloga WARRIOR. Tak Niemcy mają swojego odpowiednika, a jest nim mało znany WISE MAN, który został założony w 1982 roku. Zaczęło się niewinnie bo od dema w postaci „Paranoid” w 1985 roku, a rok później uporczywość i cierpliwość zespołu zaowocowała pełnometrażowym albumem. „First Warning” to kawał porządnej muzyki w klimacie heavy metalu i hard rocka. Co ciekawe zespół szczędzi sobie granie na siłę, stawiając na krótki, dynamiczny i zwarty materiał, który wypełniony jest przebojami o zabarwieniu radosnym, luzackim i bardzo melodyjnym.

Na cały materiał składa się 9 kompozycji trwających nie całe 35 minut, co sprawia że album nie nudzi i szybko przemija. Hmm choć, nie fortunnie wg mnie został wybrany na otwarcie taki „In The beginning”, który jest właściwie kawałkiem instrumentalnym, aczkolwiek nie ma tutaj jakieś szarszy gitarowej, jakiejś inwazji dźwięków, a jedynie słychać jakieś ozdobniki, które mają budować tajemniczy klimat, co też się udaję. Dajmy spokój już temu kawałkowi i dajmy się porwać bojowemu, koncertowemu „Don't Play With The devil”, który trafia w 100 % w mój gust. Jest ciekawy motyw ocierający się o twórczość wcześniej wspomnianych kapel, a także RAINBOW z albumu „Bent Out Of Shape” co tylko stawia kawałek w jeszcze lepszym świetle. Może przesadzę, ale wokal Wernera strasznie mi przypomina mi wyczyny Turnera z RAINBOW. Sekcja rytmiczna też nawiązuję w tym przypadku do tej z tęczy Blackmore;a. Jest ciepła, momentami jednostajna i mało urozmaicona, ale nadająca utworom mocy. Świetna aranżacja, linia wokalna, klimatyczne chórki, hard rockowy feeling, chwytliwy motyw i prosty refren sprawiają ze mamy pierwszy przebój i poniekąd zaostrza się apetyt na resztę materiału. Zawodu nie przynosi bardziej komercyjny „Wrong Way” z nieco sztucznie brzmiącą perkusją. Utwór ma niezwykła przestrzeń, która wytwarzają syntezatory. Co ciekawe rytmiczność, zadziorność i hard rockowe szaleństwo są tak tutaj autentyczne, że czynią muzykę WISE MAN bardzo atrakcyjną. Kolejny przebój i w takiej kategorii można śmiało rozpatrywać „Sweet Dreamer” mający nieco ostrzejszy riff i gdyby nie ciepły klimat i syntezatory to zapewne można by to pomylić z heavy metalem, a tak nie ma wątpliwości że to hard rock. Może niektórym jednostkom przeszkadzać, nowoczesne ozdobniki, nieco takie futurystyczne, nieco elektroniczne, ale myślę że to właśnie czyni ową muzykę WISE MAN bardzo melodyjną, świeża i na swój sposób nietypową. Jeśli chodzi o duet Ritt/Wrede zaskakuje swoimi partiami w dynamicznym, wręcz speed metalowym „Fast'n Ready” i to właśnie tutaj się przekonujemy, że potrafią grać nie tylko melodyjne i ciepłe partie gitarowe, ale też nieco ostrzejsze, nieco bardziej metalowe, co właśnie słychać w tym utworze. Ich warsztat muzyczny jest na bardzo wysokim poziomie i nic dziwnego skoro obecnie Ritt gra w znanym, wręcz kultowym GRAVE DIGGER. Najdłuższą kompozycją jest ” In The Night At 4.16 „ która ma ciekawy główny motyw przyozdobiony dzwonkami. Kolejny przebój z dopieszczoną aranżacją, z tajemniczym klimatem i serią atrakcyjnych i energicznych solówek. Z kolei „I'm Cryin'” można potraktować jako balladę, dodam tylko tyle że i w takiej formule zespół brzmi wybornie i autentycznie. No jak miło buja refren i jak wielki wpływ wywiera na słuchaczu ta lekkość. Nie wiem czemu ale „I'm A Mover” skojarzył mi się a to z jednej strony z AC/DC a z drugiej z DEF LEPPARD,a ta mieszanka jest nadzwyczaj efektywna. Nieco słabiej wypada zamykający „You Got The Feeling”, z które uleciała przebojowość i melodyjność, która nam towarzyszyła na poprzednich utworach. Wykonanie i staranność sprawiają, że utwór jednak jako tako nie psuje ostatecznego efektu i właściwie album pozostawia po sobie całkiem dobre wrażenie.

Malkontenci znajdą coś negatywnego, a to że już to gdzieś było, a to że jest to zbyt komercyjne, momentami może zbyt melodyjne i przesadzone. Jednak umiejętności muzyków, pomysłowość, same kompozycje i ich wykonanie mówią coś zupełnie innego, a przynajmniej mi. Kolejny zespół który dopisują do tych ulubionych z tamtego rejonu. Co ciekawe jest to bardzo nie niemiecka płyta, która od początku do końca zapewnia niezwykłą rozrywkę i relaks na najwyższym poziomie.

Ocena: 9/10

AXTION - Look Out For The Night (1985)


Amerykański AXTION to kapela której inspiracją muzyczną był RIOT, hard rockowy UFO, KROKUS czy też wczesny IRON MAIDEN. Zespół założony w 1982 r jednak długo nie zabawił na rynku muzycznym, gdyż po wydaniu debiutu „Look Out For The Night” się rozpadł. Jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy był sam styl i to w jaki zespół prezentował swoje umiejętności. Po prostu zero oryginalności, brak jakiś świeżych pomysłów, a samo podanie oklepanych pomysłów co najwyżej przeciętne. Takich zespołów było w owym okresie pełno, to też ciężko było się AXTION czymś wyróżnić. Na tle umiejętności wokalista randy Amos nie wyróżniał się i niczym specjalnym się nie zapisał w mojej pamięci. Tylko tyle że miał coś z maniery Puala di Anno, natomiast same jego umiejętności bardzo przeciętne, ale z drugiej strony inna maniera wokalna nie bardzo by tu pasowała. Nie wiele też wynika ze współpracy gitarzystów Weldon/Lazzari i właściwie nie słychać tego wsparcia drugiej gitary.

Same partie dobre takie na skraju heavy metalu i hard rocka, mieszając przy tym coś z wcześniej wspomnianych kapel dorzucając pazur i zadziorność takiego JUDAS PRIEST. Nie powiem jest to zagrane na przyzwoitym poziomie i da się słuchać, ale nic ponadto nie otrzymamy. Co z tego że taki otwierający „Road Runnin” ma zadatki na prawdziwego killera, skoro prostota i oklepany motyw dają tylko poniekąd częściową satysfakcję. Jest zadzior, naturalność, nieco surowości i przebojowości, ale to wciąż za mało, przy silnej konkurencji. Nawet zwolnienie tempa i przejście na bardziej stonowane tempo w „Spread The Axtion” nie pomaga i szczerze już daje się wyczuć rutynę i monotonność. Co ciekawe zabieg przejścia do bardziej spokojnych klimatów, wręcz balladowych jak to ma miejsce w „Hold Me Tight” też nie sprzyja albumowi, ba wręcz go pogrąża, stawiając w złym świetle. Pierwszą oznaką zainteresowania z mojej strony okazał się energiczny i dynamiczny „Fury Of The Tempest” i tutaj właściwie po raz pierwszy miałem frajdę z partii gitarowych, które brzmią tutaj bardzo melodyjnie i rytmicznie. Jest to bardzo dobra robota, aczkolwiek też nie wykraczająca poza pewne standardy . Skoro już jesteśmy przy plusach i znaczących kompozycjach to warto tutaj wymienić rozpędzony, zadziorny „Precious Rock” nawiązujący do wczesnego JUDAS PRIEST. Co ciekawie zespół ma problemy przy krótkich kompozycjach, a tak świetnie sobie radzi z kolosem jak „Look Out for The Night”. Ciekawie został tutaj połączona epickość z mrokiem i gdzieś tutaj można wyczuć ducha BLACK SABBATH. Czym utwór zaskakuje? Niemal wszystkim. Strukturą, pomysłowością, ambitną aranżacją i złożonością, czego nie można było uświadczyć wcześniej. Również bardzo dobrze prezentuje się nieco hard rockowy „Your Numbers Up” z radosnym, chwytliwym motywem gitarowym, choć nieco przeszkadza mi tutaj spłaszczona perkusja i właściwie przez cały album ten element nie brzmi do końca tak jak bym chciał. No i zakończenie w postaci koncertowego „Stand Up” można uznać za miłe dla ucha. Do plusów zaliczyć należy także udane brzmienie, które idealnie się uzupełnia z stylem w jakim obraca się kapela.

Poza rasowym, autentycznym brzmieniem i kilkoma mocnymi utworami do plusów warto też zaliczyć klimatyczną okładkę frontową. Jednak nie dajmy się przekupić tymi tanimi chwytami, po raz przejrzeć na oczy i postawić sprawę jasno. AXTION to kolejny średni zespół, który dzięki właściwemu okresowi i zdolności grania mógł zaistnieć na scenie i zaprezentować swój własny materiał. Niestety materiał ten okazał się wtórny, przewidywalny i mało przekonujący, a to przyczyniło się że więcej o tym zespole już nie usłyszano, może i to dobrze? Ocena: 4.5/10

środa, 29 lutego 2012

LA PAZ - Granite (2012)

Jednym z bardziej pożądanych wokalistów w branży muzyki rockowej, heavy metalowej ostatnim czasy jest bez wątpienia żyjąca legenda, a mianowicie DOGGIE WHITE. Rozsławiony przede wszystkim za sprawą Ritchie Blackmore'a i RAINBOW, a także za sprawą udzielania swojego głosu na płytach YNGWIE MALMSTEENA. Znany też za sprawą CORNERSTONE i nie tylko. Ostatni rok był dla niego bardzo pracowity. Solowy album, a także krążki wydanie pod szyldem takich zespołów jak MINISTRY i DEMONS EYE. Mało kto za to pamięta jego udział w szkockim LA PAZ w połowie lat 80, który jednak nigdy nie zdobył takiej sławy jak choćby RAINBOW. Reaktywowany zespół właśnie wydał swój nowy album „Granite” będący mieszanką AOR i hard rocka. Co ciekawe niektórzy zbyt entuzjastycznie chwalą album i takie opisywanie go jako płyta która zadowoli fanów DEEP PURPLE czy RAINBOW to według mnie zbyt duże nadużycie i właściwie ten album i muzyka zawarta na tym wydawnictwie wiele wspólnego z owymi zespołami nie ma. „Granite” to bardzo ciepła płyta, przemyślana, szczera i emocjonalna, przemyślana. Jednak nie chwalmy dnia przed zachodem słońca bo i na tej płycie nie obyło się bez wpadek i niedopracowań. Czego mi brakuje ? Przede wszystkim kompozycji, które by miały charakter unikalny, niepowtarzalny, które by się wyróżniały od tego średniactwa jakie ostatnio serwował Doggie, czegoś bardziej zapadającego w pamięci, cóż niestety. Choć kompozycje są dopieszczone pod względem brzmieniowym, instrumentalnym i aranżacyjnym, to jednak czuję niedosyt zwłaszcza pod względem kompozytorskim. Brakuje mi hiciorów, którym mógłbym rozchwytywać album, które by nadawały jemu więcej energii, żywiołowości, szaleństwa. Hmm nie mogę też powiedzieć że tego nie ma, bo już na wstępie dostajemy taki dość melodyjny, zadziorny "To Good To Lose" z ciekawym przyozdobiony partiami syntezatorów. Jednak mam wrażenie że i tutaj utwór zbyt lekki, zbyt łagodny, ale to może być dla niektórych atut, bo taki właśnie jest nowy krążek LA PAZ. Nie wiele od otwieracza nie odbiega też taki rytmiczny „Just For Today” czy też „Lesson In Love”. Do moich ulubionych kompozycji z tego albumu zaliczam rozpędzony, dynamiczny i melodyjny „Young And Restless” i szkoda że jest to właściwie jeden z nie wielu utworów, który jest taki energiczny i taki przebojowy. Tak powinien brzmieć wg mnie cały album. Ostatnim ważnym dla mnie utworem z tego krążka jest trwający prawie 10 minut „Shame The Devil”.Mamy tutaj zarówno spokojny, nastrojowy wstęp, a także bardziej ostrzejsze granie. Bardziej złożone melodie, atrakcyjne partie gitarowe oraz progresywne zacięcie dało w efekcie wg mnie najlepszy album na płycie. Szkoda, że utworów które można się wypowiadać w superlatywach jest mało. Cały album zdominowany jest przez sentymentalne, melancholijne motywy i czasami nieco przytłaczają. Słychać to choćby w „This Boy” który w połowie jest atrakcyjny, bo za dużo tutaj wg mnie smęcenia i zbyt mało konkretów. Co z tego, że jest to zgrabnie zagrane, skoro nie zapada w pamięci. Nie do końca mnie przekonała mnie też ballad a”Amy” która jest nijaka, ani klimat mnie nie powaliła, ani pod względem atrakcyjności. Niedosyt czuję słuchając takiego melodyjnego „Still In Love” z atrakcyjną solówką. Brakuje mi tutaj przede wszystkim dynamiki i elementu zaskoczenia. Brzmi to bliźniaczo podobnie do tego co zespół prezentował do tej pory.

„Granite” to bardzo zgrabny, solidny album z bardzo dojrzałą i emocjonalną muzyką. Nie podlega wątpliwości że wykonanie i umiejętności muzyków są godne uwagi i stanowią ostoję owego wydawnictwa. Brakuje mi jednak tutaj kopa i jakiś motywów, melodii, które byłyby godne zapamiętania. Wszystko jest chwilowe i w czasie słuchania może się to podobać, ale gdy płyta doleci do końca i zapadnie cisza, to już nie wiele się pamięta z owego słuchania. Brakuje energii, przebojów, które porwały by słuchacza. 3-4 kompozycje zaliczę do udanych, a reszta jak dla mnie zbyt melancholijna, zbyt oklepana i bez większego zaskoczenia. Szkoda, bo można było spodziewać się czegoś więcej po tym albumie. Ocena: 5.5/10

sobota, 25 lutego 2012

RAGE - 21 (2012)


Moja przygoda z niemieckim RAGE nigdy właściwie nie skończyła się sukcesem i moim większym zamiłowaniem do tego zespołu. A to próbowałem uderzyć w album polecany przez jednego znajomego, a to chciałem zacząć od początku, a to od końca i zawsze tak samo się kończyło. Co mnie zawsze przeszkadzało w tym zespole to jego toporność, niemiecka kwadratowość i jakieś takie pokręcone melodie, które nigdy do końca nie trafiały w mój gust, w dodatku wokal Petera Wagnera mnie dręczył ową ma Nie wystarczyło mi ani cierpliwości ani sił na kolejne próby. Nowy rok, nowy album RAGE i nowe nadzieje. Tym razem zespół poszedł mi na rękę porzucił eksperymentowanie, porzucił jakieś symfoniczne i inne patenty jakoś nie pasujące do tego zespołu i jego przeszłości. Album „21” to przede wszystkim płyta która powinna zaspokoić oczekiwania starych zagorzałych fanów i przykuć uwagę nowych takich jak ja. Mamy tutaj heavy/ power metal z pewnymi pierwiastkami thrash metalu, co powinno ucieszyć fanów starego RAGE. Peter Wagner brzmi w końcu tak jak sobie to wyobrażałem tak nieco w stylu Pieta Sielcka z IRON SAVIOR czasami wdający się w nieco ostrzejsze partie wokalne czyli growl, a wszystko świetnie wkomponowuje do ostrego, dynamicznego tła. Zarówno zauroczyła mnie dynamiczna i pełna niespodzianek sekcja rytmiczna, z dużym naciskiem na fenomenalne wyczyny perkusisty Andre Hillgersa jak i ostre , pełne melodyjności riffy Victora Smolskiego podkreślające biegłość , lekkość i lekarską precyzję w wygrywaniu atrakcyjnych partii. Pierwszy raz tak mnie zaskoczyli, pierwszy raz tak spodobało mi się w pełni co ci panowie razem stworzyli.

Można by się spierać że 11 utworów trwających ponad godzinę to lekka przesada i zagrożenie znudzenia materiału w połowie. Tutaj zespół zaskoczy chyba każdego. Nie ma jakiś większych wpadek pod względem kompozytorskim i każdy utwór jest na wysokim poziomie, a takie cechy jak dynamika, agresja, ostrość,dzikość, melodyjność, ba nawet przebojowość sprawiają że każdy z nich jest atrakcją i ostoją albumu. Choć jest duży nacisk na agresję i dzikość to trzeba przyznać, że kapela nie dopuściła do rutyny i właściwie co utwór to jest pewne urozmaicenie. Intro „House Wins” właściwie niczego nie zdradza, a raczej robi dobry grunt pod tytułowy „21”. Który również zaczyna się klimatem z poprzedniego kawałka. Choć utwór trwa 6 minut to właśnie jego wybrano na tego który miał zachęcić wszystkich do sięgnięcia po album. Zabieg udany, bo wybrali naprawdę reprezentatywny kawałek. Odzwierciedla w 100 % charakter owego wydawnictwa. Jest ciężar, dzikość, melodyjność przebojowość, thrash metalowa motoryka i kawałek jest utrzymany w takim heavy/power metalu z pewnymi cechami thrash metalu. Na myśl przychodzi mi poniekąd taki HELSTAR nawet główny motyw taki w ich stylu. RAGE tak brutalnie nie brzmiał na ostatnich wydawnictwach, takiej melodyjności i przebojowego refrenu też dawno nie uświadczyłem na ich płytach. Jeszcze lepszy wydaję się taki brutalny, pełen energii „Forever Dead” zawierający sporo ciekawych, wręcz wirtuozerskich popisów gitarowych. Taki RAGE to ja mogę zawsze i wszędzie słuchać. Jeden z tych najlepszych power metalowych refrenów jakie słyszałem w tym roku, prosty, ale jaki chwytliwy. Tego mi brakowało na poprzednich albumach. Również nowym dla mnie zjawiskiem są bardzo dobrze wyważone solówki, między ciężarem a chwytliwością. Ciekawie jakby brzmiał rozwinięty pomysł z intra „Feel My Pain”? Oj byłby to dobry materiał na balladę. Cóż a tak mamy melodyjny i bardzo rytmiczny kawałek będący mieszanką power metalu z hard rockowym luzem i przebojowością. Choć jest tutaj ostry riff, to można wyczuć tą lekkość w linii melodyjnej. A gdyby tak Peter Wagner śpiewał przez cały czas tak jak w „Serial Killer”? Byłbym wtedy najszczęśliwszym człowiek, bo wg mnie w takiej stylizacji brzmi jego wokal jeszcze ciekawiej, bardziej naturalnie. Ten brutalny wokal idealnie się wpasowuje się w brutalnie zagrany riff, choć może nie potrzebne było tutaj wplątywanie power metalowej przebojowości i łagodności w refrenie? Cóż może nieco źle rzutować na cały utwór, ale tak czy siak jest to kolejny killer na albumie o jaki było ciężko prosić na poprzednich wydawnictwach. Najdłuższą kompozycją na krążku jest złożony, nieco pompatyczny, pełen niespodzianek 'Psycho Terror” z bardzo zadziornym riffem. Również wielką atrakcją albumu jest przebojowy, rozpędzony „Destiny” który jest wzorem dla RAGE na kolejne lata i wydawnictwa. Nieco słabiej wypada nieco taki „death Romantic” gdzie znów nie potrzebnie kombinują. Na szczęście utwór też ma sporo dynamicznych i melodyjnych momentów, które pozwalają przebrnąć przez ten nieco dziwaczny kawałek. Czegoś mi też brakuje w takim „Black & White”, może takiej dzikości co na poprzednich kawałkach? Ale ta lekkość i hard rockowy feeling może też zjednoczyć ze sobą fanów właśnie takiego grania. Wszystko wynagradza kolejna power metalowa petarda z pierwiastkiem thrash metalu a mianowicie „Concrete wall” i oby więcej takich kompozycji w przyszłości. Całość zamyka rockowa ballada „Eternally” udowadniająca że zespół potrafi nie tylko gryźć ale i przytulić kiedy robi się nam smutno.

RAGE wrócił i to z albumem jaki fani się domagali. Zespół w bardzo dobrej formie i z każdy z muzyków zaliczył zwyżkę. Do tego dochodzi ostre, mocne brzmienie, które idealnie się komponuje z materiałem, który jest pełen brutalności i dzikich riffów. Po licznych próbach eksperymentowania i wyczerpaniu pomysłów, zespół wrócił do tego co go wyniosło na wyżyny i zrobił to w takiej formie przystępnej że nawet i ja jako osoba nie będąca miłośnikiem tego zespołu przekonała się do ich stylu i do tego że tworzą dobrą muzykę. Tak jak przystało na kapelę z taką doświadczaniem i z takim stażem dostaliśmy naprawdę bardzo mocny album na wysokim poziomie. To może być punkt zwrotny w mojej przygodzie z RAGE. Ocena: 8.5/10

BLACK MESSIAH - The Final Journey (2012)


Niemiecki BLACK MESSIAH odkryłem za sprawą „First war of the World” i muszę przyznać że spodobało mi się biegłość zespołu w tylu różnych odmianach metalu. Na ową kontrowersyjną mieszankę składają się takie gatunki jak symfoniczny metal, black metal, viking metal, a także folk metal. Wszystko tak wymieszane, że jednocześnie otrzymujemy chwytliwe, zapadające melodie, motywy i element dzikości. Całość oczywiście utrzymana w radosnym, momentami imprezowym folkowym stylu. Tak zapamiętałem tamten album. Minęły 3 lata i przyszła pora na przypomnienie sobie o tym niemieckim odkryciu które wtedy dokonałem. „The Final Jounrey” to tytuł albumu, który nie dawno miał premierę. Ciekawe czy oznacza, że zespół zamierza kończyć swoją muzyczną karierę, czy oznacza drogę jaką zespół przebył, aby osiągnąć styl jaki teraz prezentuje. Bo po tym jak założyli kapelę w 1994 roku to nie grali w takim stylu jak dzisiaj. Ich główną ideologią na początku kariery było granie black metalu nieco przesiąkniętego death metalem, dopiero z czasem ich styl ewoluował. Konfrontując ten nowy album z poprzednim można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z kontynuacją niemal pod każdym względem. Zarówno technicznie jak i stylistycznie można wyłapać punkty styczne między obydwoma albumami. Niczym specjalnym nie jest dobre brzmienie, bo niemiecka solidność już z tego słynie, natomiast przy czym warto się nieco bardziej rozpisać to sam materiał, bo ten tutaj jest niczym park rozrywki dla każdego inna forma owego rozrywki. Pierwszym taką atrakcją jest podniosły, zróżnicowany „Windloni”. Znajdziemy tutaj zarówno sporo elementów symfonicznych, na szczęście są one ozdobą do vikingowo – folkowego motywu gitarowe. Wszystko brzmi tak jak powinno,m dynamicznie, melodyjnie i pomysłowo. Zaskoczeniem nie powinna być biegłość muzyków w mieszaniu stylów, motywów i utwór podobnie jak cały album jest pełen podobnych zabiegów. Dopełnieniem owego stylu i charakteru utworu jest bez wątpienia chłodny i nieco bojowy klimat. Można by pisać długa o umiejętnościach muzyków, o tym jak to są świetni w tym co robią, tylko po co mam was tym zanudzać? Jednym z najatrakcyjniejszych utworów tegorocznych dla mnie jest bez wątpienia taki „Der Ring Mit Dem Kreuzktóry wyróżnia naprawdę atrakcyjny motyw gitarowy. Charakteryzuje się przede wszystkim dużą swobodą, radością i takim imprezowym feelingiem. To też utwór pod względem stylistycznym ma sporo nawiązań do folkowego metalu. Oczywiście świetnie się w to wpasowuje epickie, podniosłe chórki, a także symfoniczne ozdobniki. Rycerski charakter i klimat wojny da się wyczuć bez większego wysiłku w „To become A Man”. Oczywiście i tutaj zespół bawi się motywami i tempem grania, przez co kawałek identyfikuje się zresztą kompozycji. W podobnym stylu utrzymany jest „Feld Der Ehre” , zaś „Lindsfarne” to jego przeciwieństwo, gdyż oparty jest na szybszym motywie bardziej dynamicznej sekcji rytmicznej. Całość zamyka koncepcyjna saga ‘The Naglfar Saga’ który składa się z 4 części. Trzeba przyznać, że jest to idealne podsumowanie tego albumu, podkreślające styl zespołu, wyciągając na światło dzienne te wszystkie patenty, które składają się na ich muzykę. Saga jest bardzo złożona i pełna niespodzianek i cały czas się coś dzieje. Na bazie tego jakże interesującego i pełnego niespodzianek materiału można wywnioskować że muzycy się znają na swoim fachu i nie mają większych problemów z nagraniem atrakcyjnego materiału, a owa lekkość mieszania wcześniej wspomnianych gatunków to już wręcz wizytówka tej niemieckiej kapeli. Jedną wada która czasami mnie drażni to ojczysty język kapeli oraz momentami chaotycznie brzmiąca warstwa instrumentalna. Całościowo słucha się tego z wielkim odprężeniem i radością, oby więcej takiej muzyki w takim stylu. Ocena: 7.5/10

PRIMAL ROCK REBELLION - Awoken Broken (2012)


PRIMAL ROCK REBELLION to nazwa zespołu, która na pewno nie każdemu musi być znana, bo jest to świeżo powstały projekt i prędzej już ludzie będą kojarzyć nazwiska dwóch muzyków, którzy założyli ów projekt. No bo jak tutaj nie znać Adriana Smitha z IRON MAIDEN i Mike Goodmana znanego z występów w SIK TH. Nie musicie się obawiać kolejnego klona żelaznej dziewicy bo ów projekt to mieszanka rocka, muzyki alternatywnej, czasami muzyki heavy metalowej. I takiej muzyki możecie oczekiwać po debiutanckim albumie „Awoken Broken”. Może się podobać oryginalnie podejście do muzyki rockowej, może się podobać podkład, gdzie Adrian jak zwykle daje popis swoich umiejętności i to właśnie jego partie gitarowe, pełne progresywnych zacięć stanowią atrakcję owego albumu i niemal w każdej kompozycji można coś ciekawego wyłapać. Bolączką tego krążka bez wątpienia jest sam aspekt kompozytorskim, bo utwory same w sobie nie należą do atrakcyjnych. Ani melodie ani linie wokalne do końca nie przekonują i zostawiają sporo do życzenia. „Mirror And the Moon” może i podobać się ze względu na duży wachlarz melodii i zróżnicowanych motywów, ale jako utwór nie trafia do mnie. Zbyt mało konkretny. „Snake Leaders” wyróżnia się ponurym, mrocznym klimatem i pomysł może i ciekawy, ale zrealizowany już nieco gorzej. Szkoda, że brzmi tutaj wszystko tak topornie i nijako. Również gdzieś się gubi miły i przyjemny dla ucha refren „Tortured Tone”, ale nic dziwnego kiedy jest przytłoczony zbiorem mało pasujących motywów gitarowych i nic nie wnoszących linii wokalnych. Z pośród mało atrakcyjnego materiału jaki stworzyli dwaj znani muzycy do atrakcyjnych można zaliczyć dwa utwory promujące album. Zadziorny „No Place like Home” z nieco ostrzejsza partią gitarową Adriana Smitha a także melodyjny i bujający „I seee The Lights”. Podobać się też może progresywny „Bright as a Fire” który ma ciekawe i ambitnie brzmiące partie gitarowe, ale i tutaj czegoś mi brakuje. Może szczypty przebojowości? Ten aspekt tutaj praktycznie nie funkcjonuje. Instrumentalnie dobrze wypada też taki „Savage world” i jest to kolejny średni kawałek, który skupia się wokół wyjątkowego talentu gitarowego Adriana. Nie liczy się już ani wokal, cały aspekt kompozytorskim. I to jest jedyna atrakcja tego albumu – popisy gitarowe Adriana i sporo tutaj odniesień do solowej działalności tego muzyka. Niestety gdy spojrzy się na album jako całość, gdzie liczy się atrakcyjność melodii, łatwość odbioru i coś więcej niż tylko pięknie brzmiące partie gitarowe, to album jest średni i to bardzo. Nawet w kategorii rockowej album nie ma większych szans na jakieś wysokie miejsce. Mam nadzieję że to jedno płytowy projekt i że Adrian Smith w przyszłości spłodzi coś ciekawszego. Ocena: 4/10

PICTURE - Warhorse (2012)


W dobie technologii i nowinek technicznych można wiele zdziałać w przemyśle muzycznym. Kiedyś liczyła się pomysłowość oraz umiejętności muzyków, teraz można większość niedoskonałości zatuszować i wręcz przeciwnie dać słuchaczowi powody do radości. Na pewno nie jeden z fanów mocnego heavy metalu wzdychnie przy nowym albumie weteranów holenderskiego heavy metalu a mianowicie PICTURE. Spytacie dlaczego? Sporo ciężaru, sporo mocnego grania, toporny i taki nieco ospały. Kapela została założona w roku 1979 i działała sukcesywnie do roku 1999 potem nastąpił rozpadł i ponowna reaktywacja wraz z rokiem 2007. czas przyszedł na drugim album po reaktywacji, a mianowicie „Warhorse”, gdzie swój debiutancki występ zalicza nowy nabytek zespołu czyli gitarzysta Gert Nijboer a także Mike Fergusson. Pod względem czysto technicznym brzmi to całkiem profesjonalnie, zwłaszcza kiedy słucha się takiego kawałka jak „Stand My Ground” będący jednym z nie wielu przykładów jak powinien brzmieć album. Powinien być energiczny, dynamiczny, pełen werwy, a melodie powinny być sojusznikiem ostrej i rozpędzonej sekcji rytmicznej. Skojarzenia z takim DIO, JUDAS PRIEST, są jak najbardziej na miejscu. Niestety to jest kropla pośród morza w którym jest pełno mało atrakcyjnych motywów i nietrafionych pomysłów. No jak ma porwać ponury klimat i średnie tempo, do tego toporne partie gitarowe, a takie duety nie są przeze mnie uwielbiane i akceptowane. Taki jest „Shadow Of The damned” , czy też „Rejected”. Niestety w zespół wpadł w pułapkę monotonności znacznie szybciej niż myślałem. „Edge of Hell” czy też "The King is Losing his Crown" brzmią bardzo podobnie, a jedynie może je wyróżnić fakt, że gdzieś zostały tutaj wpleciony motywy charakterystyczne dla groove metalu. Czegoś więcej można było się spodziewać po melodyjnym „Killer In my Sights” czy też nieco rockowym „My Kinda women” który wyróżnia się na tle innych atrakcyjnie zaaranżowaną perkusją. I dla osłody dostałem energiczny „War Horse” utrzymany w konwencji heavy/power metalowej. Jest to druga moja ulubiona kompozycja z tego albumu. Może jestem kapryśny, ale gdyby tak brzmiał cały album to zapewne zyskał by sporo na atrakcyjności. Nie każdego może kręcić taki ołowiany, ponury, toporny heavy metal jaki prezentuje PICTURE na „Warhorse”. Poza 3-4 kompozycjami które potrafi zauroczyć pomysłowością, wykonaniem i melodyjnością, to właściwie strasznie się nudziłem i cierpliwie wyczekiwałem końca. Monotonność, rutyna, wałkowanie w kółko tego samego, do tego toporne motywy, ponury klimat i złudzenie, że wszystko strasznie się wlecze sprawiają że owy album więcej nie zagości w moim odtwarzaczu. Odrobina technicznych poprawek, mocne, ciężkie brzmienie i nieco ostrzejsze riffy i album gotowy, a raczej pułapka. Technicznie album robi wrażenie, ale to tylko złudnie piękna powierzchniowa warstwa, a gdy się ją zedrze to już „Warhorse” nie jest tak mocny jak mogłoby się wydawać na wstępie. Ocena: 3.5/10

piątek, 24 lutego 2012

SYE - wings Of Change (1988)


W ramach wycieczek do przeszłości mam do przedstawienia kolejny stary zespół, który nie istnieje już od ponad 20 lat. Zaskoczeniem nie będzie zapewne że po raz kolejny jest to rzecz z Kanady i że jest zespół które nie należy do znanych i sławionych. Mowa o formacji SYE złożonej z trzech muzyków. Liderem był bez wątpienia Barnie Carlos łączy funkcje wokalisty i gitarzysty. I musiałbym ignorantem żeby nie docenić jego wyczynów zwłaszcza na drugim albumie „Wings Of Change” gdzie zespół zrezygnował z grania hard'n heavy na rzecz bardziej heavy metalowej formuły. To właśnie na tym albumie Barnie brzmi wybornie, trzyma się zarówno średnich rejestrów jak i wysokich. Jego maniera jak i chrypa sprawiają że jest zadziorność i pewien pierwiastek spontaniczności i nie pewności co może się wydarzyć. Również jako gitarzysta sprawdza się znakomicie w stylu bardziej metalowym. Z dużą lekkością przychodzą mu melodyjne partie i wszystko co wygrywa jest nad wymiar dobre i bardzo atrakcyjne dla ucha. Przez cały czas dotrzymuje mu tempa dynamiczna i bardzo urozmaicona sekcja rytmiczna, która świetnie się uzupełnia z tym co wyprawia Barnie. Pod względem technicznym tez nie ma na co narzekać, bo brzmienie jest dobrze wyważone między surowością, a czystością.

Pod klimatyczną okładką frontową kryje się 9 w miarę zróżnicowanych kompozycji, trzymających właściwie jeden, wyrównany poziom. Udanym zabiegiem okazało się wystawienie jako otwieracza takiego „Born again”, który reprezentuje speed metalowe granie i trzeba przyznać, że brzmi to rewelacyjnie. Jest agresja, dynamika i jednocześnie nie zatracono melodyjności. Rock;n rollowy feeling można wychwycić w „Do Or Die”, któremu nie można odmówić zadziorności i przebojowości. Zabrakło mi nieco dynamiki i jakiegoś pomysłu w stonowanym „Take Cover”, który wypada nieco blado przy poprzednich kompozycjach. Również tylko średni jest „Fox On The Run” będący coverem SWEET. Z kolei gdy słucham instrumentalnego „Strings” to na myśl przychodzi mi „Coast To Coast” SCORPIONS gdzie jest podobny motyw gitarowy, podobne tempo i aranżacja. Jedną z najlepszych kompozycji na albumie bez wątpienia jest speed/power metalowy „Run Wild” z energicznym i dynamicznym motywem i kawałek wyróżnia się atrakcyjnymi partiami gitarowymi i zapadającym refrenem. Takich perełek w takiej stylizacji mogło być znacznie więcej. Kolejny dowód na to że w zespole drzemał niemały potencjał. 'Wings Of Change” to też tylko dobry instrumental, bo owe wygrywane tutaj melodie i motywy takie nieco ponure i mało dopracowane. Na koniec warto wspomnieć o kolejnym kilerze a mianowicie „Speed Master” i to kolejny dowód na to, że zespół najlepiej radzi sobie w takiej formule. Szkoda że w takiej konwencji utrzymane jest zaledwie 3-4 kompozycje. Gdyby zespół pokusił się o materiał wypełniony tylko takimi kompozycjami, wtedy na pewno ostateczna ocena by podskoczyła o kilka oczek.

Tak jak z jednej strony jest to dobry album z dobrze przyrządzonym materiałem, tak z drugiej ich forma oraz wtórność nie budzi większego zachwytu. Ot co średnia krajowa utrzymana. Jest kilka mocnych momentów, które przyprawiają o szybsze bicie serca, ale większość to heavy metal jakiego pełno było na rynku. Potencjał zespół miał, ale nie wykorzystał go w pełni, przez co otrzymaliśmy przeciętny album, który mógł znacznie lepiej brzmieć. Ocena: 6/10