Włoski power metal od lat potrafi dostarczyć zarówno prawdziwe perełki, jak i zespoły mocno zapatrzone w klasykę gatunku. Aletheya należy zdecydowanie do tej drugiej grupy, choć ich debiutancki „Chance to Reborn” pokazuje, że za znajomymi schematami stoi zespół posiadający sporo muzycznych umiejętności i przede wszystkim ogromną sympatię do europejskiego power metalu. To album bardzo mocno zakorzeniony w brzmieniu końcówki lat 90. i początku XXI wieku, gdzie liczą się szybkie tempa, galopujące riffy, melodyjne refreny, klawisze oraz charakterystyczna podniosłość. To laurka dla fanów takich zespołów jak Power Quest, Edguy, czy Gaia Epicus. Debiutancki album włoskiej formacji ukazał się 18 września.
Aletheya działa od 2023 roku, a siła tej kapeli tkwi w mocnej sekcji rytmicznej oraz ciekawych zagrywkach gitarowych Francesco Menale. To właśnie on nadaje całości klasycznego charakteru. Potrafi grać melodyjnie, choć wciąż musi popracować nad bardziej pomysłowymi motywami i elementem zaskoczenia. Wszystko to jest dobre i zespół ma spory potencjał, tylko niestety niewiele zostaje w głowie po przesłuchaniu płyty. Brakuje rasowych hitów.
Największym problemem „Chance to Reborn” jest jednak brak większej oryginalności. Aletheya bardzo dobrze wie, jak powinien brzmieć klasyczny europejski power metal, ale momentami aż za bardzo trzyma się sprawdzonych schematów. Niektóre utwory zaczynają przez to zlewać się ze sobą, a po niemal 50 minutach można odczuć pewne zmęczenie podobną formułą. To nie jest album, który próbuje przewrócić gatunek do góry nogami. Zamiast tego Włosi wybierają bezpieczną drogę i z dużym szacunkiem czerpią z Helloween, Stratovariusa, Gamma Ray, Rhapsody czy Vision Divine.
Nie zmienia to faktu, że „Chance to Reborn” jest bardzo solidnym debiutem. Muzycy prezentują wysoki poziom techniczny, kompozycje są pełne energii, a produkcja brzmi nowocześnie i profesjonalnie. Jest tu również sporo melodii, dzięki czemu album powinien przypaść do gustu przede wszystkim fanom klasycznego europejskiego power metalu. Brakuje jeszcze własnego, łatwo rozpoznawalnego charakteru, ale potencjał zdecydowanie jest.
Już otwierający „Eyes of the Stone” ustawia kierunek całego materiału. Początkowo spokojniejszy, szybko przechodzi w dynamiczną power metalową jazdę napędzaną podwójną stopą i melodyjnymi gitarami. Słychać tutaj ducha Helloween, Stratovariusa czy Gamma Ray, choć Aletheya nie ogranicza się wyłącznie do kopiowania jednego stylu. W kolejnych kompozycjach pojawiają się również bardziej symfoniczne i progresywne akcenty, przywodzące na myśl Rhapsody, Vision Divine czy momentami Angrę. Bardzo dobre otarcie płyty, tylko jakoś nie do końca mogę przekonać się do wokalu Gianni Carcione. Jest wg mnie trochę za łagodny i brakuje mi tutaj drapieżności. Mimo wszystko pasuje do całości.
„Shame” jest nieco mroczniejszym fragmentem, w którym udało się połączyć ciężar gitar z melodyką typową dla power metalu. „The Rule” to z kolei jeden z najbardziej reprezentatywnych momentów płyty – szybki, podniosły i oparty na mocnym refrenie. Wokal Gianniego Carcione jest tutaj szczególnie istotnym elementem. Jego głos nie jest typowym, przesadnie wysokim power metalowym wokalem. Ma w sobie charakterystyczną, lekko chropowatą barwę, ale potrafi również wejść w wysokie rejestry. Akurat " The rule" to jeden z najlepszych kawałków na płycie, który potrafi nieco dłużej zostać w pamięci.
Echoes of Oblivion” przynosi więcej atmosfery i symfonicznego klimatu, natomiast „Invisible Heroes” ponownie przyspiesza i stawia na melodyjne, podnoszące na duchu granie. „Chasing the Sun” należy do bardziej przystępnych kawałków na płycie – jest jasny, melodyjny i posiada ten charakterystyczny dla europejskiego power metalu optymizm. Tytułowy „Chance to Reborn” jest natomiast jednym z centralnych punktów albumu. Jest odpowiednio podniosły, dynamiczny i pełen charakterystycznych dla gatunku zmian tempa, melodyjnych gitar oraz klawiszowych ozdobników. Kolejna dawka pozytywnego power metalu i choć nie ma w tym za grosz oryginalności to słucha się tego przyjemnie.
„Stealer” ponownie wciska pedał gazu. Jest tutaj więcej gitarowej agresji, ale Aletheya nie rezygnuje z chwytliwych melodii. Ten utwór też zaliczam do tych najlepszych na płycie i w końcu band pokazuje, że potrafi tworzyć wielkie hity.
Całość wieńczy „Waves of Sorrow”, najdłuższy i bardziej melancholijny fragment albumu. To udane zakończenie, pozwalające na chwilę odetchnąć po zdecydowanie bardziej dynamicznej większości materiału.
„Chance to Reborn” to solidna dawka klasycznego power metalu – szybkiego, melodyjnego i pełnego podniosłego klimatu. Aletheya nie odkrywa tutaj Ameryki, ale robi to, co potrafi najlepiej: gra muzykę z pasją i wyraźnym szacunkiem do złotej ery europejskiego power metalu. Na debiut jest naprawdę dobrze, choć przy kolejnej płycie chciałoby się usłyszeć więcej własnych pomysłów i odwagi w wychodzeniu poza utarte schematy.
Ocena : 7.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz