Debiutancki album hiszpańskiego zespołu Whirlwind skradł serca fanów heavy/power/speed metalu – zwłaszcza tych, którzy kochają twórczość Running Wild czy Blazon Stone. Formacja działa od 2012 roku i ma już na koncie dwa albumy studyjne. Z każdym kolejnym wydawnictwem nabiera rozpędu, udowadniając, że muzyki w klimatach Running Wild nigdy za wiele. Debiut był wyraźnie przesiąknięty inspiracjami twórczością Rock’n Rolfa i wypełniony przebojowymi numerami… a jak wypada drugi album?
„1640”, który ukazał się 24 kwietnia nakładem Dying Victims Productions, to swoista kontynuacja stylu i jakości znanych z „1714”. To kolejny hołd dla Running Wild. Może i nie ma tu ani krzty oryginalności, niczego przełomowego, ale zespół dostarcza ogromnej frajdy – szczególnie fanom, którzy tęsknią za czasami „Port Royal” czy „Death or Glory”. Tę właśnie lukę stara się wypełnić hiszpański Whirlwind.
Sposób konstruowania kompozycji, aranżacji i riffów wyraźnie nawiązuje do stylu Rock’n Rolfa. Robią to jednak na tyle umiejętnie, że słychać w tym autentyczną pasję i miłość do heavy metalu. Techniczne przygotowanie, dbałość o detale i talent muzyków to niewątpliwe atuty zespołu. Za każdym razem, gdy sięgam po ich muzykę, nie mogę wyjść z podziwu nad wokalem Hectora Llaurado – jego charyzma, drapieżność i siła robią ogromne wrażenie. Na uwagę zasługuje także gitarowy duet Wild/Julio, który stawia na klimat lat 80., sprawdzone patenty i chwytliwe solówki. Inspiracje Running Wild są tu oczywiste, ale w tym przypadku to zaleta, nie wada. Wszystko jest przemyślane i zapewnia słuchaczowi rozrywkę na wysokim poziomie.
Zespół potrafi znakomicie oddać klimat klasycznych płyt Running Wild, co słychać już w klimatycznym intro „1640”, przywodzącym na myśl erę „Death or Glory”. Nastrój ten kontynuuje rozpędzony „Days of Doom” – rasowy killer, który brzmi jakby powstało w złotej erze twórczości Running wild. Mocne otwarcie. Następnie otrzymujemy energetyczny „Rage of the Conqueror”, również utrzymany w duchu klasycznego Running Wild – pełen pasji i świeżości, przywołujący skojarzenia z „Pile of Skulls”.
W szybkich numerach Whirlwind czuje się najlepiej, ale w nieco wolniejszym „Winds of Ash and Dust” także wypada przekonująco – to chwytliwy, heavy metalowy kawałek o dużym potencjale przebojowym. Nieco słabiej prezentuje się „Lese Majesty”, który na tle reszty materiału wypada blado. Z kolei „Through Fire and Blood” ukazuje bardziej stonowane oblicze zespołu – to solidny utwór, choć brakuje mu wyrazistości i pomysłu, który wyniósłby go na wyższy poziom.
Whirlwind najlepiej odnajduje się jednak w szybkich, dynamicznych kompozycjach, czego dowodem jest „Ready to Explode”. „By the Blood on Our Veins” pełni rolę hymnu w stylu „Prisoners of Our Time” i brzmi naprawdę imponująco – to epicki, klasyczny heavy metal w najlepszym wydaniu. Na zakończenie otrzymujemy długi, rozbudowany „Marching to Victory”, który stanowi punkt kulminacyjny albumu i pokazuje, że zespół potrafi tworzyć epickie formy na poziomie Running Wild.
Hiszpański Whirlwind dołącza tym samym do grona takich zespołów jak Silverbones, Blazon Stone czy Lonewolf – formacji wiernie oddających ducha klasycznego Running Wild. Takich kapel zdecydowanie potrzeba więcej. „1640” może nie jest albumem roku i nie jest wolny od drobnych niedociągnięć, ale jako całość broni się znakomicie. To płyta pełna energii, przebojowości i ducha starego heavy metalu. Whirlwind jest obecnie na fali – oby w przyszłości kontynuowali tę obrana ścieżkę.
Ocena: 9/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz