Zbyt długo milczał włoski band o nazwie Skanners.8 lat czekania na nowy materiał to kawał czasu i wiele się mogło zadziać. "Temptation" to nowe dzieło i nie ma tutaj mowy o kopii "Factory of Steel". Tym razem band postanowił zaskoczyć swoich słuchaczy i zmienił swój styl. Radosny heavy/power metal z wyraźnymi wpływami Primal Fear zastąpiono nowoczesnym, mrocznym heavy/power metalem. Ta przemiana kojarzy mi się z Iron Fire i obecne wcielania tych dwóch kapel jest bardzo podobne. Wszystko pięknie, szkoda tylko że muzyka utraciła na jakości. Nie ma już takiej przebojowości i muzyka nie jest tak łatwa w odbiorze. Wciąż mocnym atutem zespołu jest wokalista Claudio Pisoni, który ma ciekawą barwę. Szkoda tylko, że nie ma już takiego pola do popisu. Brzmienie przybrudzone, takie bardziej nowoczesne i takie tłumiące wszystko. To wszystko jeszcze idzie jakoś przetrawić, ale zawartość mocno zawodzi.
Co z tego, że otwieracz "In flammen 666" jest ostry, agresywny i w klimatach Bloodbound, czy Nocturnal Rites, jak brzmi to troszkę słabo. Przesadzono z nowoczesnością i nie przekonuje mnie to. Nieco hard rockowy "Rays in darkness" nasuwa poprzednie płyty tej kapeli i to jest dobry kawałek. W podobnych klimatach mamy "Rolling in the fire". Spokojniejszy "Cut my heart" to kolejny przykład, że nowe wcielenie kapeli nie sprawdza się tak jakbyśmy tego chcieli. Z takich szybszych kawałków mamy rozpędzony "Demons of Tommorow" i jest tu moc. Jeden z ciekawszych kawałków na albumie. Na plus trzeba zaliczyć przebojowy "Lost in paradise" czy agresywny i mroczniejszy "Back to the past". Na deser mamy balladę "Always remember", który też nie robi większego wrażenia.
Bardzo czekałem na nowy krążek Skanners.Szkoda tylko, że moja oczekiwania nie zostały spełnione. Płyta ma kilka przebłysków, kilka dobrych momentów, ale całościowo wypada to średnio. Wolałbym usłyszeć powtórkę z "Factory of steel" niż ten pseudo nowoczesny heavy/power metal.
Ocena: 5.5/10
poniedziałek, 1 kwietnia 2019
piątek, 29 marca 2019
RAVENOUS - Eat the fallen (2019)
Nie sądziłem, że coś w tym roku jeszcze mnie tak pozytywnie zaskoczy jak kanadyjski band o nazwie Ravenous, który właśnie wydał swój debiutancki album "Eat the Fallen". Już sama frontowa okładka jest kontrowersyjna i taka nieco doom metalowa. Jednak nie tyla okładka mnie zszokowała co zawartość i styl tej kapeli. Band łamie bariery muzyczne, zwłaszcza te znane mi w power metalowym światku. Dochodzi tutaj do krzyżowania patentów wypracowanych przez Falconer, Blind Guardian, Van Canto, Orden Ogan, Running Wild czy Powerwolf. Wydaja się to niemożliwe, ale band właśnie to robi. Wokalista brzmi jak Atilla i ma bardzo specyficzną manierą. Buduje klimat i nadaje całości taki nieco teatralny charakter. Folkowe zacięcie w jego głosie jest wyczuwalne. Znakomicie sprawdza się w podniosłych refrenach, które są główną atrakcją w muzyce tej młodej kapeli. Stać ich na wiele i drzemie ogromny potencjał. Skoro już na pierwszym krążku tworzą takie perełki, to co będzie za kilka lat? To jest pytanie!
Wycie wilków i wkracza "The hunger never dies". Co za szybkość, co za energia, co za świeżość. Valax jako gitarzysta daje czadu i już go uwielbiam. Riff brzmi jak mieszanka Blind Guardian, Running Wild i Powerwolf. Czad! "Space and Time" jest przyozdobiony symfonicznymi patentami i jest to kolejny killer. Znów echa Running Wild i Orden Ogan są tutaj wyczuwalne. Miłym zaskoczeniem jest marszowy i bardziej epicki "Doom holds the Key", w którym słychać bardzo fajne nawiązanie do "Warriors of the World" Manowar. Wystarczy wsłuchać się w tekst i styl w jakim śpiewa wokalista. Folkowe klimaty i nawiązanie do Falconer w "Adrift" to kolejne świetne urozmaicenie stylu kapeli.Band imponuje swoją energią i zapałem i takie petardy jak "Mercenary" są tutaj imponujące. Młoda kapela, a tak dojrzała i tak pomysłowa. Fanom starego Blind Guardian może się spodobać "Beyond the Ice". Ile w tym szczerości i miłości do power metalu. Nie brzmi to jak amerykański power metal, lecz właśnie jak typowy niemiecki power metal. "Strength of Warrior" to już bardziej rycerski heavy/power metal, ale znów słychać echa Powerwolf. Początek "A tale of good omens" taki w stylu Van Canto, choć sam kawałek taki bardziej marszowy i znów echa Running Wild czy Manowar są wyczuwalne. Wyszło to znakomicie. I na finał mamy cover Blind Guardian. "The bards Songs" w pełnym przyspieszaniu to coś nowego. Wyszło ciekawie i przede wszystkim słychać autentyczność Ravenous.
Uwaga na rynek power metalowy wypłynął nowy band głodny sukcesu i mają predyspozycje by zostać nową gwiazdą gatunku. Jesteś fanem Blind Guardian, Powerwolf, Running Wild czy Falconer? To jest to bez wątpienia album dla ciebie! "Eat The Fallen" to płyta którą ciężką rozpatrywać w kategorii debiutu. Jest tutaj wszystko i nie ma słabych punktów. Prawdziwa perełka o której będzie się pisać latami! Czekam na więcej ! Póki co pozostaje włączyć "repeat"!
Ocena: 10/10
Wycie wilków i wkracza "The hunger never dies". Co za szybkość, co za energia, co za świeżość. Valax jako gitarzysta daje czadu i już go uwielbiam. Riff brzmi jak mieszanka Blind Guardian, Running Wild i Powerwolf. Czad! "Space and Time" jest przyozdobiony symfonicznymi patentami i jest to kolejny killer. Znów echa Running Wild i Orden Ogan są tutaj wyczuwalne. Miłym zaskoczeniem jest marszowy i bardziej epicki "Doom holds the Key", w którym słychać bardzo fajne nawiązanie do "Warriors of the World" Manowar. Wystarczy wsłuchać się w tekst i styl w jakim śpiewa wokalista. Folkowe klimaty i nawiązanie do Falconer w "Adrift" to kolejne świetne urozmaicenie stylu kapeli.Band imponuje swoją energią i zapałem i takie petardy jak "Mercenary" są tutaj imponujące. Młoda kapela, a tak dojrzała i tak pomysłowa. Fanom starego Blind Guardian może się spodobać "Beyond the Ice". Ile w tym szczerości i miłości do power metalu. Nie brzmi to jak amerykański power metal, lecz właśnie jak typowy niemiecki power metal. "Strength of Warrior" to już bardziej rycerski heavy/power metal, ale znów słychać echa Powerwolf. Początek "A tale of good omens" taki w stylu Van Canto, choć sam kawałek taki bardziej marszowy i znów echa Running Wild czy Manowar są wyczuwalne. Wyszło to znakomicie. I na finał mamy cover Blind Guardian. "The bards Songs" w pełnym przyspieszaniu to coś nowego. Wyszło ciekawie i przede wszystkim słychać autentyczność Ravenous.
Uwaga na rynek power metalowy wypłynął nowy band głodny sukcesu i mają predyspozycje by zostać nową gwiazdą gatunku. Jesteś fanem Blind Guardian, Powerwolf, Running Wild czy Falconer? To jest to bez wątpienia album dla ciebie! "Eat The Fallen" to płyta którą ciężką rozpatrywać w kategorii debiutu. Jest tutaj wszystko i nie ma słabych punktów. Prawdziwa perełka o której będzie się pisać latami! Czekam na więcej ! Póki co pozostaje włączyć "repeat"!
Ocena: 10/10
PARAGON - Controlled Demolition (2019)
Niemiecki band o nazwie Paragon przeżywa drugą młodość niczym thrash metalowy Overkill. Te dwa różne zespoły ostatnio zaczyna łączyć jakby więcej. Overkill przełamał się od czasu "Ironbound" nagrywa kolejny płyty utrzymane w tym stylu. Paragon w roku 2012 wydał "Force of destruction", który jest ich najlepszym albumem i kolejne dzieła bazują w oparciu o schemat tamtego dzieła. "Hell Beyond hell" to kolejna perełka i potwierdzenie znakomitej formy kapeli, tak więc oczekiwania względem nowego wydawnictwa były ogromne. Czy mamy "Force of Destruction part 3:?
Stylistycznie band kontynuuje to co wypracował na "Force of destruction". Jest mieszanka topornego, niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept, Udo czy Grave Digger z niemieckim power metalem w stylu Gamma Ray czy Iron Savior. To jest coś co znamy w przypadku Paragon. Jednak tym razem band jakby nieco zaskakuje nas bowiem są momenty w których jest mrocznie, nawet doom metalowo. Jest klimat s-f, jest też sporo agresji i thrash metalowego łojenia w stylu właśnie Overkill. To jest największe zaskoczenie w przypadku "Controlled Demolition". Świetnym dopełnieniem całości jest mocne, zadziorne i ostre jak brzytwa brzmienie. Tutaj się popisał Piet Sielck z Iron Savior, który stworzył coś imponującego. Skojarzenia z Iron Savior są jak najbardziej na miejscu.
Kiedy inny eksperymentują ze swoim stylem, kiedy inni idą w komercje, albo co gorsze podrabiania innych, to Paragon robi swoje i wydaje kolejną petardę. Podobała wam się dwa poprzednie krążki tej kapeli? To "Controlled Destruction" przypadnie wam do gustu.
Przyjrzyjmy się zawartości. Pisałem, że jest klimat s-f i owszem, a najlepszym tego dowodem jest pełen grozy tytułowy "Controlled Demolition", który jest tajemniczy i pełen nawiązań do ścieżek dźwiękowych Johna Carpantera. Pierwsze skojarzenie to kultowy "Coś". Znakomite wejście, a najlepsze jest to że czuć od razu ciężar i moc. Osłupienia i szoku można doznać przy "Reborn". Niby typowy utwór tej kapeli, jednak tak ostro i brutalnie to jeszcze nie było. Słychać inspiracji Overkill. Co mamy dalej? Fani Iron Savior i Accept pokochają nieco zadziorny "Abattoir", który utrzymany jest w średnim tempie. Gitarzyści Kruse i Bertram dają tutaj czadu i grają z pazurem. Każdy riff, każda solówka jest tutaj na wagę złota. Więcej klasycznego niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept czy Grave Digger mamy w chwytliwym "Mean Machine". Kolejny killer i znów przykład ile przebojowości jest na nowym krążku. Na "Force of destruction" był "Blood and Iron" tutaj jest za to "Deathlines". Mroczny kawałek o rozbudowanej formie, z dużą liczbą ciekawych motywów. Jest epicko, mrocznie i ciężko. Killer, który pokazuje siłę Paragon. "Musangwe (bKF) to cholernie szybki kawałek, w którym dominuje speed/power metal. Ostry riff, szybkie tempo i killer murowany. Tutaj band znakomicie nawiązuje do twórczości Gamma ray czy Iron Savior. W podobnych klimatach utrzymany jest przebojowy "Timeless Souls". Niezwykle pomysłowy główny motyw i duża dawka Iron Savior w brutalnej oprawie. Jak ktoś lubi ostatni album Overkill ten polubi thrash metalowy "Blackbell". Znów zachwyca lekkość i przebojowość w okolicach refrenu. Bushi to lider grupy i to on decyduje o charakterze tej kapeli. Na krążku jest w znakomitej formie i potwierdza to bez wątpienia brutalny "The enemy within". Zapędy iście w stylu "Painkiller" Judas Priest i to jest atut tej płyty bez wątpienia. Płytę promował z świetnym skutkiem mocny i melodyjny "Black Widow". Typowy Paragon jaki znamy, czyli dużo niemieckiego heavy/power metalu. Całość zamyka kolejny killer w postaci "of blood and gore". Znów mamy mieszankę moich ulubionych kapel. Brutalność i pazur na miarę Overkill czy Judas Priest. Jest też szybkość i moc w stylu Gamma ray czy Iron Savior. Znakomite zwieńczenie tego świetnego albumu.
To było do przewidzenia. Paragon od kilku lat jest w świetnej formie i mimo że "Controlled Demoliton" to 12 album to jest to bez wątpienia jeden z ich najlepszych albumów. Mamy świetne nawiązanie do "Force of Destrucion", ale jest brutalniej i band ociera się momentami o thrash metal. Nie ma słabych kawałków, nie ma stosowania półśrodków i Paragon nie bierze tutaj jeńców. Ta płyta jest perfekcyjna i może namieszać w tym roku. Widzę ich w moim top 10. Brać w ciemno!
Ocena: 10/10
Stylistycznie band kontynuuje to co wypracował na "Force of destruction". Jest mieszanka topornego, niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept, Udo czy Grave Digger z niemieckim power metalem w stylu Gamma Ray czy Iron Savior. To jest coś co znamy w przypadku Paragon. Jednak tym razem band jakby nieco zaskakuje nas bowiem są momenty w których jest mrocznie, nawet doom metalowo. Jest klimat s-f, jest też sporo agresji i thrash metalowego łojenia w stylu właśnie Overkill. To jest największe zaskoczenie w przypadku "Controlled Demolition". Świetnym dopełnieniem całości jest mocne, zadziorne i ostre jak brzytwa brzmienie. Tutaj się popisał Piet Sielck z Iron Savior, który stworzył coś imponującego. Skojarzenia z Iron Savior są jak najbardziej na miejscu.
Kiedy inny eksperymentują ze swoim stylem, kiedy inni idą w komercje, albo co gorsze podrabiania innych, to Paragon robi swoje i wydaje kolejną petardę. Podobała wam się dwa poprzednie krążki tej kapeli? To "Controlled Destruction" przypadnie wam do gustu.
Przyjrzyjmy się zawartości. Pisałem, że jest klimat s-f i owszem, a najlepszym tego dowodem jest pełen grozy tytułowy "Controlled Demolition", który jest tajemniczy i pełen nawiązań do ścieżek dźwiękowych Johna Carpantera. Pierwsze skojarzenie to kultowy "Coś". Znakomite wejście, a najlepsze jest to że czuć od razu ciężar i moc. Osłupienia i szoku można doznać przy "Reborn". Niby typowy utwór tej kapeli, jednak tak ostro i brutalnie to jeszcze nie było. Słychać inspiracji Overkill. Co mamy dalej? Fani Iron Savior i Accept pokochają nieco zadziorny "Abattoir", który utrzymany jest w średnim tempie. Gitarzyści Kruse i Bertram dają tutaj czadu i grają z pazurem. Każdy riff, każda solówka jest tutaj na wagę złota. Więcej klasycznego niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept czy Grave Digger mamy w chwytliwym "Mean Machine". Kolejny killer i znów przykład ile przebojowości jest na nowym krążku. Na "Force of destruction" był "Blood and Iron" tutaj jest za to "Deathlines". Mroczny kawałek o rozbudowanej formie, z dużą liczbą ciekawych motywów. Jest epicko, mrocznie i ciężko. Killer, który pokazuje siłę Paragon. "Musangwe (bKF) to cholernie szybki kawałek, w którym dominuje speed/power metal. Ostry riff, szybkie tempo i killer murowany. Tutaj band znakomicie nawiązuje do twórczości Gamma ray czy Iron Savior. W podobnych klimatach utrzymany jest przebojowy "Timeless Souls". Niezwykle pomysłowy główny motyw i duża dawka Iron Savior w brutalnej oprawie. Jak ktoś lubi ostatni album Overkill ten polubi thrash metalowy "Blackbell". Znów zachwyca lekkość i przebojowość w okolicach refrenu. Bushi to lider grupy i to on decyduje o charakterze tej kapeli. Na krążku jest w znakomitej formie i potwierdza to bez wątpienia brutalny "The enemy within". Zapędy iście w stylu "Painkiller" Judas Priest i to jest atut tej płyty bez wątpienia. Płytę promował z świetnym skutkiem mocny i melodyjny "Black Widow". Typowy Paragon jaki znamy, czyli dużo niemieckiego heavy/power metalu. Całość zamyka kolejny killer w postaci "of blood and gore". Znów mamy mieszankę moich ulubionych kapel. Brutalność i pazur na miarę Overkill czy Judas Priest. Jest też szybkość i moc w stylu Gamma ray czy Iron Savior. Znakomite zwieńczenie tego świetnego albumu.
To było do przewidzenia. Paragon od kilku lat jest w świetnej formie i mimo że "Controlled Demoliton" to 12 album to jest to bez wątpienia jeden z ich najlepszych albumów. Mamy świetne nawiązanie do "Force of Destrucion", ale jest brutalniej i band ociera się momentami o thrash metal. Nie ma słabych kawałków, nie ma stosowania półśrodków i Paragon nie bierze tutaj jeńców. Ta płyta jest perfekcyjna i może namieszać w tym roku. Widzę ich w moim top 10. Brać w ciemno!
Ocena: 10/10
czwartek, 28 marca 2019
HELL FIRE - Mania (2019)
"Mania" to trzeci album amerykańskiej formacji Hell Fire. Band kontynuuje styl, który wypracował na dwóch poprzednich wydawnictwach. Nie ma tutaj miejsca na eksperymenty, bowiem band stawia na klasyczny heavy/speed metal. Ta prosta i sprawdzona muzyka zdaje egzamin, bo panowie grają to co im w duszy gra. Jet to muzyka prosto z serca i grana z pasją. Fani Diamond head, iron maiden czy angel witch będą w siódmym niebie. "Mania" to album osadzony w latach 80, pełen energii i ciekawych rozwiązań. Śmiało można mówić o klasycznym heavy/speed metalowym albumem i zyska sporo grono fanów. Mocne, przybrudzone brzmienie i tajemnicza okładka, to tylko część atutów nowego dzieła amerykanów.
Hell Fire to przede wszystkim utalentowany gitarzysta Tony Campos, który stawia na ostre, zadziorne riffy i prawdziwą jazdę bez trzymanki. Fani klasycznych heavy metalowych albumów docenią jego pracę na "Mania". Ciężko sobie wyobrazić jakby brzmiał Hell Fire bez wokalisty Jake Nunn. To jego wokal jest tutaj sporą atrakcją. Nadaje całości bez wątpienia agresji i klasycznego wydźwięku.
Materiał tutaj jest po prostu od początku do końca zagrany z polotem i bez jakiegoś udziwnienia. Otwierający album "Warpath" to prawdziwa speed metalowa petarda. Mamy tutaj mieszankę Angel Witch, Motorhead czy Agent Steel. Dalej mamy bardziej rozbudowany "Mania" gdzie band przemyca patenty wyjęte z twórczości Black Sabbath, czy Judas Priest. Band bardzo fajnie wplata elementy NWOBHM, co potwierdza przebojowy "On the loose". Znakomite nawiązanie do twórczości Iron Maiden. Jednym z ostrzejszych kawałków na płycie jest "Born to Burn", w którym band ociera się o speed/thrash metal. Mamy jeszcze rozbudowany, klimatyczny "Transcending Evil". Wiele energii znajdziemy w "Lashing Out", który jeszcze raz ociera się o Iron Maiden. Nie brakuje też miłych nawiązań do Black Sabbath co potwierdza nieco mroczniejszy "The Dreamer" czy "Knights of the holly" to przykłady idealnego odwzorowania stylistyki NWOBHM.
Niby nic nowego, niby słyszało się podobne albumy, to jednak muzyka zawarta na tym albumie dostarcza sporo frajdy. Heavy/Speed metal w klimatach lat 80 i wszystko jasne. Można brać w ciemno.
Ocena:9/10
Hell Fire to przede wszystkim utalentowany gitarzysta Tony Campos, który stawia na ostre, zadziorne riffy i prawdziwą jazdę bez trzymanki. Fani klasycznych heavy metalowych albumów docenią jego pracę na "Mania". Ciężko sobie wyobrazić jakby brzmiał Hell Fire bez wokalisty Jake Nunn. To jego wokal jest tutaj sporą atrakcją. Nadaje całości bez wątpienia agresji i klasycznego wydźwięku.
Materiał tutaj jest po prostu od początku do końca zagrany z polotem i bez jakiegoś udziwnienia. Otwierający album "Warpath" to prawdziwa speed metalowa petarda. Mamy tutaj mieszankę Angel Witch, Motorhead czy Agent Steel. Dalej mamy bardziej rozbudowany "Mania" gdzie band przemyca patenty wyjęte z twórczości Black Sabbath, czy Judas Priest. Band bardzo fajnie wplata elementy NWOBHM, co potwierdza przebojowy "On the loose". Znakomite nawiązanie do twórczości Iron Maiden. Jednym z ostrzejszych kawałków na płycie jest "Born to Burn", w którym band ociera się o speed/thrash metal. Mamy jeszcze rozbudowany, klimatyczny "Transcending Evil". Wiele energii znajdziemy w "Lashing Out", który jeszcze raz ociera się o Iron Maiden. Nie brakuje też miłych nawiązań do Black Sabbath co potwierdza nieco mroczniejszy "The Dreamer" czy "Knights of the holly" to przykłady idealnego odwzorowania stylistyki NWOBHM.
Niby nic nowego, niby słyszało się podobne albumy, to jednak muzyka zawarta na tym albumie dostarcza sporo frajdy. Heavy/Speed metal w klimatach lat 80 i wszystko jasne. Można brać w ciemno.
Ocena:9/10
poniedziałek, 25 marca 2019
BATTLE BEAST - No more hollywood endings (2019)
W tym roku doszło do starcia Beast in black oraz Battle beast.Anton Kabanen to dawny gitarzysta Battle Beast i kiedy odszedł z zespołu w 2015 r to założył Beast in Black. Ta kapela to znakomita alternatywna wersja Battle Beast i grają melodyjny, nieco dyskotekowy power metal. W sumie to od czego zaczyna Battle Beast. Co do właśnie Battle beast to band ostatnio pokazywał, że jest w formie i nagrywał bardzo udane albumy. "No more Hollywood endings" to coś nowego w dyskografii zespołu, to próba zaskoczenia słuchacza. Czy dobra? O to jest pytanie.
Battle beast postawił na słodkość, na bardziej komercyjne patenty i w efekcie dostajemy album bardziej rockowy, bardziej popowy. Miło słyszeć, że kapela próbuje urozmaicić swój styl, szkoda tylko że pominęli tutaj główny składnik czyli power metal. Mało metalu, mało agresji, troszkę mało ciekawych melodii. Jest za to przebojowo i kiczowato. Juuso i Joona nie mają za dużo do roboty i mało tutaj godnych uwagi partii gitarowych. Wszystko zdominowało komercyjne patenty i partie klawiszowe. Pod tym względem Battle Beast wypada naprawdę blado i nie mają startu do nowego krążka Beast in black.
Niby dobrze rokuje otwieracz "Unbroken", który przecież brzmi jeszcze jak typowy Battle Beast, który znamy. Prosty, chwytliwy kawałek z wyrazistym motywem klawiszowym. W kategorii przebojowości tytułowy "No more hollywood endings" wypada bardzo dobrze. Trochę w tym Nightwish, ale brakuje kopa i power metalu. To, że jest coś nie tak z zespołem na tej płycie sygnalizuje bez wątpienia rockowy "Unfairy tales". Cierpliwość i wszelka wyrozumiałość zostaje wyczerpana przy popowym "Endless Summer". Nie wiem co tutaj się zadziało, ale to nie jest Battle Beast jaki znam i jaki lubię. Band za bardzo przekombinował swój styl. Echa starego Battle beast mamy w mocniejszym "The Hero" i tutaj znów troszkę skojarzeń z Nightwish i trochę z Sabaton. Spokojniejszy i balladowy "I wish" to kolejny przejaw popowego wydźwięku płyty. Płyta powinna być w klimatach rozpędzonego "The Golden Horde" i to jest Battle Beast na jaki fani czekają. Trochę dziwne, że cała płyta ślimaczy się i dopiero w 10 kawałku mamy prawdziwy power metal. To jest przerażające. W podobnym klimacie jest "World on Fire" czy zamykający "My last dream".
To tegoroczne starcie Battle Beast przegrał z Beast in Black. Battle beast rozczarował na całej linii. Pogubili się w swoim stylu. Porzucili gdzieś melodyjny power metal na rzecz rockowy, czy nawet popowych rozwiązań. Szkoda, że band tak marnuje swój potencjał. Jedno z największych rozczarowań tego roku.
Ocena: 4.5/10
Battle beast postawił na słodkość, na bardziej komercyjne patenty i w efekcie dostajemy album bardziej rockowy, bardziej popowy. Miło słyszeć, że kapela próbuje urozmaicić swój styl, szkoda tylko że pominęli tutaj główny składnik czyli power metal. Mało metalu, mało agresji, troszkę mało ciekawych melodii. Jest za to przebojowo i kiczowato. Juuso i Joona nie mają za dużo do roboty i mało tutaj godnych uwagi partii gitarowych. Wszystko zdominowało komercyjne patenty i partie klawiszowe. Pod tym względem Battle Beast wypada naprawdę blado i nie mają startu do nowego krążka Beast in black.
Niby dobrze rokuje otwieracz "Unbroken", który przecież brzmi jeszcze jak typowy Battle Beast, który znamy. Prosty, chwytliwy kawałek z wyrazistym motywem klawiszowym. W kategorii przebojowości tytułowy "No more hollywood endings" wypada bardzo dobrze. Trochę w tym Nightwish, ale brakuje kopa i power metalu. To, że jest coś nie tak z zespołem na tej płycie sygnalizuje bez wątpienia rockowy "Unfairy tales". Cierpliwość i wszelka wyrozumiałość zostaje wyczerpana przy popowym "Endless Summer". Nie wiem co tutaj się zadziało, ale to nie jest Battle Beast jaki znam i jaki lubię. Band za bardzo przekombinował swój styl. Echa starego Battle beast mamy w mocniejszym "The Hero" i tutaj znów troszkę skojarzeń z Nightwish i trochę z Sabaton. Spokojniejszy i balladowy "I wish" to kolejny przejaw popowego wydźwięku płyty. Płyta powinna być w klimatach rozpędzonego "The Golden Horde" i to jest Battle Beast na jaki fani czekają. Trochę dziwne, że cała płyta ślimaczy się i dopiero w 10 kawałku mamy prawdziwy power metal. To jest przerażające. W podobnym klimacie jest "World on Fire" czy zamykający "My last dream".
To tegoroczne starcie Battle Beast przegrał z Beast in Black. Battle beast rozczarował na całej linii. Pogubili się w swoim stylu. Porzucili gdzieś melodyjny power metal na rzecz rockowy, czy nawet popowych rozwiązań. Szkoda, że band tak marnuje swój potencjał. Jedno z największych rozczarowań tego roku.
Ocena: 4.5/10
piątek, 22 marca 2019
ELVENPATH - The path of the dark king (2019)
Po 4 latach przerwy niemiecki Elvenpath powraca z nowym krążkiem. "The path of the dark king" to 5 wydawnictwo tej formacji. Jest to dzieło, które stylistycznie nawiązuje do "Pieces of fate" i nie ma tutaj żadnego elementu zaskoczenie. Mamy sprawdzony styl i band po prostu kontynuuje granie mieszanki heavy/power metalu. W ich muzyce mamy sporo elementów wyjętych z twórczości Majesty, Udo czy Judas Priest. Nowe dzieło wypełniony jest zarówno rozpędzonymi killerami utrzymanymi w klimatach Primal Fear, ale nie brakuje też złożonych i bardziej epickich kawałków. Tak więc nie ma powodów do nudy, bo band dostarcza słuchaczowi sporo frajdy. Warto mieć jednak na uwadze fakt, że band odgrzewa znane patenty i gra w oklepanej stylistyce. Specyficzny głos wokalista Dragutina też jednym może się podobać, a innych może drażnić. Na pewno band potrafi grać i wie jak to robić, szkoda tylko że nie mogą przebić pewnego określonego poziomu. Brakuje "kropki nad i" i takiego lepszego dopracowania całości. Na pochwałę zasługują bez wątpienia gitarzyści, bowiem Oliver i Till dają czadu. Sporo tutaj ostrych riffów i ciekawych pojedynków na solówki. Dzieje się sporo w tej kwestii. Płytę otwiera nieco chaotyczny "Combat zone Europe", który jest mocno wzorowany na twórczości Cage. Nawet wokal Dragutina brzmi tutaj niczym wokal Sean Pecka. Dalej mamy epicki i bardziej złożony "One strong Voice", ale to dopiero "targaryen Fire" imponuje stylistyką i agresywnością. Wpływy Primal Fear i Cage są tutaj słyszalne. Fanom Manowar może przypaść do gustu rozbudowany i epicki kolos w postaci "The sword of gideon". W takiej samej tonacji utrzymany jest podniosły i rycerski "Devils game and Gods Masquerade". Kolejną power metalową petardą na płycie jest energiczny "Black Wings". Prawdziwą perełką jest tutaj 15 minutowy "The Mountain Course", w którym dochodzi do krzyżowania stylistyki Manowar, Blind Guardian czy Iron Maiden. Niezwykle dojrzały i wciągający utwór. Elvenpath zrobił to co do nich należało, czyli nagrali znów dobry album, który zawiera zarówno killery jak i bardziej rozbudowane kompozycje. Wszystko ładnie i pięknie, szkoda tylko że jest to dobry album, który niczym nie zaskakuje i nie wybija się ponad przeciętność.
Ocena: 6/10
Ocena: 6/10
środa, 20 marca 2019
A NEW REVENGE - Enemies & Lovers (2019)
Do trzech razy sztuka. Tim Ripper Owens to utalentowany wokalista, który śpiewać potrafić i ma w sobie to coś. Jednak w tym roku coś nie umie porwać słuchaczy swoimi płytami. The three Tremors był chaotyczny i ciężko strawny, a Spirits of Fire mimo świetnego składu nie prezentował nic ciekawego. Teraz czas na trzeci tegoroczny album z Timem na pokładzie. Mowa o kapeli A new Revenge, która 29 marca wyda swój debiutancki krążek zatytułowany "Enemies & Lovers".
Tim Ripper, który znany jest z Iced Earth czy Judas Priest to nie jedyna gwiazda w tej kapeli. Jest też gitarzysta Keri Kelli, który znany jest z występów obok Slasha i Alice Coopera. Mamy też perkusistę Jamesa Kottaka znanego z Scorpions czy Warrant. Na pokładzie A New Revenge jest jeszcze basista Rudy Sarzo, który dał się poznać w zespołach Ronniego James Dio czy Ozziego Osbourne'a. Takie nazwiska gwarantują wielkie wydarzenie muzyczne i płytę wartą uwagi. Czy rzeczywiście tak jest?
Tym razem Tim Ripper zaskakuje bowiem to co kapela prezentuje to mieszanka klasycznego heavy metalu i hard rocka. Nie ma jakiś nie potrzebnych eksperymentów, czy silenia się na agresywne granie. Mamy takie proste chwytliwe granie, które jest nastawione na chwytliwe melodie, wpadające w ucho refreny. Ta muzyka ma po prostu być łatwa w odbiorze i łatwa do zapamiętania. Tak też jest, a miłym atutem jest to że band dobrze się czuje w takich klimatach. Znakomicie zostało dopasowane tutaj soczyste i drapieżne brzmienie. Przypomina to trochę sound ostatnich płyt Scorpions.
Mocne otwarcie w postaci "The Distance Between" dobrze wróży. Prosty riff, old scholowy klimat i chwytliwy refren czynią ten otwieracz prawdziwym killerem. Płytę z bardzo dobrym skutkiem promował "The Way". Kawałek jest niezwykle melodyjny i przesiąknięty hard rockiem. W podobnym klimacie utrzymany jest rytmiczny "Never let You go". Przebój goni przebój, a "Glorious" to jeden z takich najbardziej wyrazistych. Mamy echa Scorpions, czy Judas Priest i to jest dobra mieszanka. Nieco nowocześniejszy "The fallen" też dobrze wypada i imponuje pomysłowym motywem. Na płycie pojawia się też ballada w postaci "Only The pretty ones" i w takim wydaniu Tim i spółka też błyszczą. Moim faworytem jest energiczny "Heres to Us" i to jest prawdziwy killer. Nie wiele gorszy jest melodyjny "scars".
Tak jak dwa inne projekty z Timem na wokalu zawiodły, tak A new Revenge jest wart uwagi. Mamy dużo klasycznych patentów, mamy nawiązanie do twórczości Scorpions, Judas Priest czy Dokken. Słucha się tego jednym tchem i każdy utwór jest tutaj na wagę złota. Mam nadzieję, że panowie będą dalej kontynuować swoją działalność, bo prawdziwego old scholego hard'n heavy nigdy dość.
Ocena: 8/10
Tim Ripper, który znany jest z Iced Earth czy Judas Priest to nie jedyna gwiazda w tej kapeli. Jest też gitarzysta Keri Kelli, który znany jest z występów obok Slasha i Alice Coopera. Mamy też perkusistę Jamesa Kottaka znanego z Scorpions czy Warrant. Na pokładzie A New Revenge jest jeszcze basista Rudy Sarzo, który dał się poznać w zespołach Ronniego James Dio czy Ozziego Osbourne'a. Takie nazwiska gwarantują wielkie wydarzenie muzyczne i płytę wartą uwagi. Czy rzeczywiście tak jest?
Tym razem Tim Ripper zaskakuje bowiem to co kapela prezentuje to mieszanka klasycznego heavy metalu i hard rocka. Nie ma jakiś nie potrzebnych eksperymentów, czy silenia się na agresywne granie. Mamy takie proste chwytliwe granie, które jest nastawione na chwytliwe melodie, wpadające w ucho refreny. Ta muzyka ma po prostu być łatwa w odbiorze i łatwa do zapamiętania. Tak też jest, a miłym atutem jest to że band dobrze się czuje w takich klimatach. Znakomicie zostało dopasowane tutaj soczyste i drapieżne brzmienie. Przypomina to trochę sound ostatnich płyt Scorpions.
Mocne otwarcie w postaci "The Distance Between" dobrze wróży. Prosty riff, old scholowy klimat i chwytliwy refren czynią ten otwieracz prawdziwym killerem. Płytę z bardzo dobrym skutkiem promował "The Way". Kawałek jest niezwykle melodyjny i przesiąknięty hard rockiem. W podobnym klimacie utrzymany jest rytmiczny "Never let You go". Przebój goni przebój, a "Glorious" to jeden z takich najbardziej wyrazistych. Mamy echa Scorpions, czy Judas Priest i to jest dobra mieszanka. Nieco nowocześniejszy "The fallen" też dobrze wypada i imponuje pomysłowym motywem. Na płycie pojawia się też ballada w postaci "Only The pretty ones" i w takim wydaniu Tim i spółka też błyszczą. Moim faworytem jest energiczny "Heres to Us" i to jest prawdziwy killer. Nie wiele gorszy jest melodyjny "scars".
Tak jak dwa inne projekty z Timem na wokalu zawiodły, tak A new Revenge jest wart uwagi. Mamy dużo klasycznych patentów, mamy nawiązanie do twórczości Scorpions, Judas Priest czy Dokken. Słucha się tego jednym tchem i każdy utwór jest tutaj na wagę złota. Mam nadzieję, że panowie będą dalej kontynuować swoją działalność, bo prawdziwego old scholego hard'n heavy nigdy dość.
Ocena: 8/10
HAUNT - If icarus could fly (2019)
Fani Cauldron, Pounder czy Night Demon mogą zacierać rączki na nowy krążek amerykańskiej formacji Haunt. Ten młody zespół jest głodny sukcesu i wie co chce grać i w jaki sposób. Działają od 2017r i w swojej muzyce zawierają patenty, które pojawiały się w latach 80. Znajdziemy tutaj odesłań do twórczości Angel Witch, Judas Priest czy Iron Maiden. Po roku od wydania debiutu Haunt powrócił z bardzo mocną kontynuacją w postaci "If icarus could fly".
Nie ma tutaj elementu zaskoczenia, nie ma niczego nowego. Band za to sukcesywnie kontynuuje to co zaprezentował na "Burst into flame". Jest klimatycznie, oldschoolowo, a przede wszystkim dużo odesłań do lat 80. Wystarczy spojrzeć na prostą i taką przesiąkniętą latami 80 okładkę czy na przybrudzone brzmienie. Wszystko bardzo ładnie się zazębia, Cały band funkcjonuje dzięki liderowi Treverowi Williama Churcha. Jego barwa głosu i zagrywki gitarowe są mocno wzorowane na kultowych kapel lat 80. Skoro wszystko tak ładnie brzmi, to gdzie jest haczyk?
"If icarus could fly" to kawał solidnego klasycznego heavy metalu osadzonego w latach 80. To bardzo poukładany materiał, który jest swoistą kontynuacją stylu z debiutu. Nie ma zaskoczenia, nie ma też czegoś co zwołuje świat, ale jest to płyta którą miło się słucha. Pozycja skierowana do mniej wymagającego słuchacza.
Ocena: 6.5/10
poniedziałek, 18 marca 2019
RUTHLESS - Evil Within (2019)
"Evil Within" to tytuł nowego krążka amerykańskiej formacji Ruthless, którego premiera przewidziana jest na maj roku 2019. To pozycja skierowana do maniaków amerykańskiego power metalu, zwłaszcza tych słuchaczy, którzy gustują w takich kapelach jak Cities, Warlord, Attacker czy Tyrant. Co warto wiedzieć to, że jest to trzeci album w dyskografii kapeli i jest to pierwszy album z nowym składem. Jest to wydawnictwo, które przede wszystkim zawiera klasyczny heavy/power metal w amerykańskiej odsłonie i najlepsze jest to że jest to muzyka zagrana na bardzo dobrym poziomie.
Duży plusem jest tutaj klimatyczna okładka, która jest taka utrzymana w amerykańskim stylu. Dopasowane i przybrudzone brzmienie mocne osadzone w latach 80 czy 90 jest tutaj miłym dodatkiem. Dla zespołu na pewno łatwiej było osiągnąć taki rezultat, zwłaszcza że grają od 1982 r. Na nowym krążku mamy zupełnie inny skład w porównaniu do "They Rise". W zespole zostali oczywiście gitarzysta Ken Mcgee i wokalista Sammy Dejohn. To oni napędzają band i stanowią o jego stylu i charakterze. Kawał dobrej roboty tutaj robią, ale i nowy muzycy dają z siebie 100 %.
Płytę otwiera klimatyczny, ale przede wszystkim rozbudowany "Storm of Souls". Zaczyna się mrocznie, może nieco topornie. Plusem tutaj są liczne przejścia gitarzystów i duża dawka różnych ciekawych motywów. Więcej agresji i dynamiki znajdziemy w zadziornym "Atrocities", z kolei echa Mercyful Fate czy Omen dają o sobie znać w melodyjnym "In blood". Jednym z najlepszych utworów na płycie jest bez wątpienia "Evil Within". Jest ciekawy riff, pomysłowe motywy i znakomita współpraca gitarzystów. Utwór ma w sobie to coś!. Band imponuje agresją i thrash metalowym feelingiem w "Skulls". Podobnie jest z mrocznym i dynamicznym "Death March", który ociera się o thrash metal z lat 90. Całość zamyka rozpędzony "Cryptic Ruins" i to kolejna petarda na płycie.
4lata czekania i Ruthless powrócił do nas z naprawdę przemyślanym i poukładanym albumem. Jest klasycznie, mocno i bardzo amerykańsko. "Evil Within" to jeden z ich mocniejszych wydawnictw w dyskografii zespołu. Warto znać ten krążek!
Ocena: 8/10
Duży plusem jest tutaj klimatyczna okładka, która jest taka utrzymana w amerykańskim stylu. Dopasowane i przybrudzone brzmienie mocne osadzone w latach 80 czy 90 jest tutaj miłym dodatkiem. Dla zespołu na pewno łatwiej było osiągnąć taki rezultat, zwłaszcza że grają od 1982 r. Na nowym krążku mamy zupełnie inny skład w porównaniu do "They Rise". W zespole zostali oczywiście gitarzysta Ken Mcgee i wokalista Sammy Dejohn. To oni napędzają band i stanowią o jego stylu i charakterze. Kawał dobrej roboty tutaj robią, ale i nowy muzycy dają z siebie 100 %.
Płytę otwiera klimatyczny, ale przede wszystkim rozbudowany "Storm of Souls". Zaczyna się mrocznie, może nieco topornie. Plusem tutaj są liczne przejścia gitarzystów i duża dawka różnych ciekawych motywów. Więcej agresji i dynamiki znajdziemy w zadziornym "Atrocities", z kolei echa Mercyful Fate czy Omen dają o sobie znać w melodyjnym "In blood". Jednym z najlepszych utworów na płycie jest bez wątpienia "Evil Within". Jest ciekawy riff, pomysłowe motywy i znakomita współpraca gitarzystów. Utwór ma w sobie to coś!. Band imponuje agresją i thrash metalowym feelingiem w "Skulls". Podobnie jest z mrocznym i dynamicznym "Death March", który ociera się o thrash metal z lat 90. Całość zamyka rozpędzony "Cryptic Ruins" i to kolejna petarda na płycie.
4lata czekania i Ruthless powrócił do nas z naprawdę przemyślanym i poukładanym albumem. Jest klasycznie, mocno i bardzo amerykańsko. "Evil Within" to jeden z ich mocniejszych wydawnictw w dyskografii zespołu. Warto znać ten krążek!
Ocena: 8/10
czwartek, 14 marca 2019
DAMON JOHNSON - Memoirs of an uprising (2019)
Na okładce widnieje logo Damon Johnson i już wiadomo o kogo chodzi. Tak to jest wokalista, kompozytor i gitarzysta, który dał się poznać jako członek Thin Lizzy, grał u boku Alice Coopera i najbardziej zapadł jako członek grupy Black Star Riders. To muzyk, którego w duszy gra hard rock i to taki klasyczny osadzony w latach 70 czy 80. Obecnie daje opust swojemu talentowi w solowej karierze, a jego ostatni album "Memoirs of an uprising" to kawał porządnego hard rocka. Słychać inspirację jego macierzystych zespołów, ale też klasyki spod znaku Ac/Dc, Aerosmith czy Deep Purple. Riffy są zagrane na luzie i bez większej spiny, co dobitnie to pokazuje lekki "Call it a trade". Nie brakuje prostych rozwiązań, które imponują energią i pomysłowością. To właśnie taka muzyka zostaje zaprezentowana w otwierającym "Shivering Shivering". Nieco młodzieżowy riff sprawdza się tutaj idealnie. Bluesowy klimat jaki pojawia się w "Down on me" to bez wątpienia ukłon w stronę Deep purple. Jeszcze więcej pozytywnej energii mamy w dynamicznym "Rage with me" i to kolejny jeden z ciekawszych kawałków na płycie. Spokojniejszy "So brutal" stara się być ballada, choć to nie do końca to wychodzi. Na sam koniec mamy melodyjny i taki pozytywny "Glorious", który idealnie wieńczy całość. Jaki jest efekt? Nowe dzieło Damona to wycieczka w rejony tradycyjnego hard rocka. Nie ma tutaj niespodzianki, nie ma też niczego co by nas wyrwało z papci. Jest jednak solidny materiał, który miło się słucha. Jeśli nic więcej wam nie potrzeba to śmiało możecie sięgnąć po to wydawnictwo. Kawał solidnego hard rocka, który mocno czerpie z klasyki. Idealna muzyka do auta.
Ocena: 6.5/10
Ocena: 6.5/10
WITCHLORDS - Demons in the dark (2019)
Chcecie poczuć dreszczyk emocji? Chcecie poczuć moc prawdziwego old schoolowego power metalu w stylu Helloween czy Blind Guardian? Belgijski Witchlords właśnie stara się dostarczyć takich emocji i bez większego wstydu zbliża się poziomem do wielkich zespołów z kategorii power metalu. Tą młodą formację tworzy 3 odważnych muzyków, którzy wiedza czego chcą i jak to osiągnąć. Debiut w postaci"Demons in the dark" to pozycja, która może wiele zdziałać i śmiało można mówić o jednej z najciekawszych albumów w tym roku.
Już mroczna, klimatyczna i taka oldscholowa okładka kryje sporo i zachęca by odpalić płytę. Brzmienie mocno osadzone jest w niemieckiej scenie metalowej i najlepsze jest to, że band wykorzystuje sporo znanych i oklepanych patentów. Jednak tak je odświeża, tak je podaje że brzmi to świeżo, mocarnie i z pazurem. Brakowało ostatnio takiego prostego, mocnego uderzenia w starym stylu.
Czy można było lepiej zacząć album niż od takiej petardy jak "Demons in the dark"? Tytułowy kawałek to mieszanka Helloween, Chinchilla, Scanner czy Primal fear. Mocny riff i chwytliwy refren sieją tutaj spustoszenie. Prawdziwy killer w starym stylu."The heroes's Fate" pokazuje jak świetnym liderem jest Kristof Dedene, który imponuje techniką i zadziornym wokalem. Ma w sobie to coś. Dalej mamy klimatyczny i pełen mroku "The horde". Ciarki przechodzą od samego początku i same wykonanie robi ogromne wrażenie. Jest epicko, jest klasycznie i tego się trzymajmy. Bardzo zacny riff pojawia się w przebojowym "Tomb kings". Kolejny killer na płycie i robi się coraz ciekawiej. Ostry "Master of fear" to taka mieszanka Primal Fear, czy Cage i brzmi to bardzo dobrze. Band stawia na szybkie, proste i treściwe granie i przykładem tego jest "Green Menace" czy speed metalowy "Chaos".
Całość jest bardzo umiejętnie podana i słucha się tego jednym tchem. Może brzmi nieco wtórnie, może momentami nieco surowo. Jest jednak duży pokład energii i agresji. Taki power metal w oldscholowym wydaniu. Fani lat 90 będą zachwyceni.
Ocena: 8.5/10
Już mroczna, klimatyczna i taka oldscholowa okładka kryje sporo i zachęca by odpalić płytę. Brzmienie mocno osadzone jest w niemieckiej scenie metalowej i najlepsze jest to, że band wykorzystuje sporo znanych i oklepanych patentów. Jednak tak je odświeża, tak je podaje że brzmi to świeżo, mocarnie i z pazurem. Brakowało ostatnio takiego prostego, mocnego uderzenia w starym stylu.
Czy można było lepiej zacząć album niż od takiej petardy jak "Demons in the dark"? Tytułowy kawałek to mieszanka Helloween, Chinchilla, Scanner czy Primal fear. Mocny riff i chwytliwy refren sieją tutaj spustoszenie. Prawdziwy killer w starym stylu."The heroes's Fate" pokazuje jak świetnym liderem jest Kristof Dedene, który imponuje techniką i zadziornym wokalem. Ma w sobie to coś. Dalej mamy klimatyczny i pełen mroku "The horde". Ciarki przechodzą od samego początku i same wykonanie robi ogromne wrażenie. Jest epicko, jest klasycznie i tego się trzymajmy. Bardzo zacny riff pojawia się w przebojowym "Tomb kings". Kolejny killer na płycie i robi się coraz ciekawiej. Ostry "Master of fear" to taka mieszanka Primal Fear, czy Cage i brzmi to bardzo dobrze. Band stawia na szybkie, proste i treściwe granie i przykładem tego jest "Green Menace" czy speed metalowy "Chaos".
Całość jest bardzo umiejętnie podana i słucha się tego jednym tchem. Może brzmi nieco wtórnie, może momentami nieco surowo. Jest jednak duży pokład energii i agresji. Taki power metal w oldscholowym wydaniu. Fani lat 90 będą zachwyceni.
Ocena: 8.5/10
środa, 13 marca 2019
Týr - Hel (2019)
Na dworze jakoś tak ponuro, chłodno i mroczno, to najlepszy czas by zagłębić się w świat wikingów. Pochodzący z Wysp Owczych Týr to najlepsza pozycja, by dać się porwać w ten wyjątkowy świat. Okazja ku temu jest bardzo dobra, bo Tyr właśnie wydali nowy krążek zatytułowany"Hel". Bez owijania w bawełnę można śmiało uznać nowe dzieło tej kapeli jednym z najlepszych, a z pewnością najlepszy od czasów bardzo udanego "By the light of the nothern star".
Týr działa sukcesywnie od 1998 r i już dawno wypracował swój własny styl, w którym dochodzi do zacierania granic między taki stylami jak heavy/power metal oraz folk/death metalem. W ich muzyce słychać inspirację Amon Amarth, Falconer, Ensiferum, Turisas czy Wintersun. W zespole pojawiło się dwóch nowych muzyków. Mamy nowego perkusistę Tadeus Rieckmann i gitarzysta Attila Voros. Wnieśli powiew świeżości, spory ładunek mocy i agresywność. Najlepsze jest to, że styl się nie zmienił i mamy tutaj Týr taki jaki znamy. Skandynawski klimat, ten chłód i świat zakręcony wokół wikingów jest tutaj gęsty i wciąga słuchacza od samego początku. Nie uświadczymy tutaj słabych utworów bo każdy tutaj jest wartościowy.
Trzeba mocno uderzyć na starcie, pokazać swoją moc i zaskoczyć fanów po 6 latach przerwy. "Gates of Hell" w którym jest dużo heavy/power metal sprawdza się idealnie. Niezwykle przebojowa kompozycja , która imponuje pozytywną energią. W podobnej konwencji utrzymany jest niezwykle melodyjny "All heroes fall". Więcej epickości i świata wikingów mamy w zadziornym "Gymr". Folkowe patenty pojawiają się w "Downhill drunk", z kolei "Empire of the north" przemyca troszkę elementów death metalu. Kolejny killer na płycie to rozpędzony "King of Time" i jest to jeden z moich faworytów. W "Againts the gods" pojawia się troszkę black metalowych inspiracji, ale wciąż dominuje heavy/power metal. Duży plus za dużo ciekawych melodii w "songs of War". Cały czas się coś dzieje i tempo nie opada.
Jest ogień, jest mrok, jest dużo klimaty skandynawskiego, nie brakuje otoczki wokół Wikingów . Poziom wysoki i tutaj zespół się spiął i nagrał perełkę. Znakomicie band wymieszał różne gatunki i efektem jest "Hel", czyli jeden z ich najlepszych wydawnictw.
Ocena: 9/10
poniedziałek, 11 marca 2019
FORGED IN BLACK -Descent of the serpent (2019)
Po 6 latach przerwy powraca brytyjska formacja Forged in Black. "Descent of the serpent" to mieszanka patentów takich kapel jak Heathen, Mercyful Fate, czy Candlemass. Forged in black działa od 2013 r i ma na swoim koncie dwa krążki, z czego pierwszy jest bardziej thrash metalowy, a a najnowszy "Descent of the serpent" pokazuje power metalowe oblicze kapeli. Ta wokalista brytyjska formacja gra solidny power/heavy/thrash gdzie nie brakuje mrocznego klimatu, zadziornych riffów, czy chwytliwych melodii. Motorem napędowym kapeli jest bez wątpienia Chris, który imponuje charakterystyczną manierą i zadziornością.Andy Songhust i Chris Bone tworzą zgrany duet gitarowy, gdzie stawiają na mroczny klimat, na ostrość. Wszystko jest zagrane porządnie, bez większego szaleństwa. Brakuje właśnie jakiegoś ognia, elementu zaskoczenia. Rzemieślnicze granie, które po prostu nie powala na kolana . Na pewno warto ich pochwalić za miłą dla oka okładkę i mocne, thrash metalowe brzmienie. Jeśli spojrzeć na zawartość to trzeba zwrócić uwagę na rozpędzony, power metalowy "Seek no evil". Solidny heavy/thrash metal mamy w melodyjny "One in the chamber". Jest to bez wątpienia jeden z ciekawszych utworów na płycie. Jeszcze więcej agresji, power metalu jak i thrash metalu mamy w przebojowym "Descent of the serpent". Bardzo dobrze wypada stonowany i nieco toporny "One last sign". Na wyróżnienie zasługuje klimatyczny, mroczny "Palm of Silver" gdzie band przemyca sporo patentów Kinga Diamonda. Na koniec mamy dwa nieco dłuższe kawałki w postaci "Vendetta" i "When hell is done". Kawał porządnego heavy/power metalu z domieszką thrash metalu. Można tutaj znaleźć sporo ciekawych kawałków, a wszystko na solidnym poziomie. Płyta warta uwagi!
Ocena: 7.5/10
Ocena: 7.5/10
sobota, 9 marca 2019
KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI - Popiór (2019)
Każdy kraj ma swoje wielkie zespoły, które zrobiły dla rodzimego heavy metalu. Jedną z naszych polskich gwiazd heavy metalu jest bez wątpienia Kat. Ta marka to już kult, a że dzisiaj mamy dwa oblicza tej marki to temat rzeka i pisano o tym wiele razy. Piotr Luczyk jako gitarzysta z oryginalnego składu funkcjonuje pod nazwą Kat i obecnie czekamy na nowy album który ma się ukazać pod skrzydłami Pure Steel Records. Z kolei głos Kata - Roman Kostrzewski od 2004 roku działa ze swoim bandem pod nazwą Kat & Roman Kostrzewski. Debiut "Biało - Czarna" był solidny, ale brakowało tego czegoś co mieliśmy na kultowych płytach Kata. Brakowało mocy, agresji i elementów thrash metalu. Teksty też nie miały w sobie ikry i nie poruszały tak jak kiedyś. To był rok 2011, a w międzyczasie Roman przypominał o sobie za sprawą takich wydawnictw jak "Buk Akustycznie" czy "666" które nie należą do nowych wydawnictw. Po 8 latach mamy wreszcie w pełni nowy materiał i "Popiór" to powrót do korzeni, powrót do lat 90, do klasyki Kata.
Już sama okładka jest bardzo w stylu Kata i przypominają mi się ich najlepsze albumy. Brzmienie jest mocne, ostre jak brzytwa i nie brakuje w tym szczypty thrash metalu. Sam materiał nasuwa na myśl takie albumy jak "Szydercze Zwierciadło" czy "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". Roman znów brzmi mrocznie, mocarnie, jego teksty znów poruszają i przyprawiają o dreszcze. O nowy skład który zasilił choćby perkusista Jacek Nowak i gitarzysta Jacek Hiro sprawdzają się i wnieśli świeżość do kapeli. To wszystko zazębia się i dało w efekcie płytę niezwykle dojrzałą, agresywną, klimatyczną i taką klasyczną jeśli patrzy się na twórczość Romana Kostrzewskiego i Kata. Otwierający "Łossod" to spokojny, nastrojowy kawałek, który przyprawia o dreszcze. Jest popis Romana i znakomite budowanie nastroju. Znakomita ballada, a przecież Kat jest z tego znany. Od samego znany był "Ośle", który zabiera nas do najlepszych lat Kat, do jego thrash metalowej stylizacji. Taki Kat najbardziej mi odpowiada, a sam riffy i aranżacje są tutaj dopieszczone. Hiro i Pistelok pokazuje jak znakomicie układa im się współpraca. Prawdziwy killer. Jeszcze mocniej i agresywniej jest bez wątpienia w dynamicznym "Tarło". Można odnieść wrażenie, że band tutaj ociera się nawet o death metal. Mocna rzecz. Jeśli cenimy sobie ponury klimat, bardziej złożone motywy to z pewnością warto zwrócić uwagę na "Modłości". Płyta trzyma wysoki poziom i nie uświadczymy tutaj wypełniacza. Od razu atakuje nas kolejny killer w postaci "Baba Zakonna", który jest mieszanką thrash i power metalu. Wybuchowy riff jest tutaj główną ozdobą. Dużo dzieje się tutaj pod względem gitarowy. Można też odpłynąć z Romanem w wolniejszym, klimatycznym "Popiór", który jest kolejną balladą na płycie.Mamy też bardziej heavy metalowy "Głowy w dół spuszczone Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony "Dali na mszę ", który idealnie podsumowuje ten znakomity krążek.
8 lat czekania, ale warto było. Roman i spółka przygotowali dla nas klasyczny materiał, który przypomina nam stare dobre oblicze KAT. Nie brakuje agresji, mroku i charakterystycznych tekstów Romana. Wrócił klasyczny Kat. Warto było czekać te 8 lat! Mocny album!
Ocena: 8.5/10
Już sama okładka jest bardzo w stylu Kata i przypominają mi się ich najlepsze albumy. Brzmienie jest mocne, ostre jak brzytwa i nie brakuje w tym szczypty thrash metalu. Sam materiał nasuwa na myśl takie albumy jak "Szydercze Zwierciadło" czy "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". Roman znów brzmi mrocznie, mocarnie, jego teksty znów poruszają i przyprawiają o dreszcze. O nowy skład który zasilił choćby perkusista Jacek Nowak i gitarzysta Jacek Hiro sprawdzają się i wnieśli świeżość do kapeli. To wszystko zazębia się i dało w efekcie płytę niezwykle dojrzałą, agresywną, klimatyczną i taką klasyczną jeśli patrzy się na twórczość Romana Kostrzewskiego i Kata. Otwierający "Łossod" to spokojny, nastrojowy kawałek, który przyprawia o dreszcze. Jest popis Romana i znakomite budowanie nastroju. Znakomita ballada, a przecież Kat jest z tego znany. Od samego znany był "Ośle", który zabiera nas do najlepszych lat Kat, do jego thrash metalowej stylizacji. Taki Kat najbardziej mi odpowiada, a sam riffy i aranżacje są tutaj dopieszczone. Hiro i Pistelok pokazuje jak znakomicie układa im się współpraca. Prawdziwy killer. Jeszcze mocniej i agresywniej jest bez wątpienia w dynamicznym "Tarło". Można odnieść wrażenie, że band tutaj ociera się nawet o death metal. Mocna rzecz. Jeśli cenimy sobie ponury klimat, bardziej złożone motywy to z pewnością warto zwrócić uwagę na "Modłości". Płyta trzyma wysoki poziom i nie uświadczymy tutaj wypełniacza. Od razu atakuje nas kolejny killer w postaci "Baba Zakonna", który jest mieszanką thrash i power metalu. Wybuchowy riff jest tutaj główną ozdobą. Dużo dzieje się tutaj pod względem gitarowy. Można też odpłynąć z Romanem w wolniejszym, klimatycznym "Popiór", który jest kolejną balladą na płycie.Mamy też bardziej heavy metalowy "Głowy w dół spuszczone Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony "Dali na mszę ", który idealnie podsumowuje ten znakomity krążek.
8 lat czekania, ale warto było. Roman i spółka przygotowali dla nas klasyczny materiał, który przypomina nam stare dobre oblicze KAT. Nie brakuje agresji, mroku i charakterystycznych tekstów Romana. Wrócił klasyczny Kat. Warto było czekać te 8 lat! Mocny album!
Ocena: 8.5/10
PENDULUM OF FORTUNE - Return to eden (2019)
"Return to Eden" to najnowsze dzieło kapeli Pendulum of Fortune, która skupia się na graniu klasycznego rocka w klimatach Deep Purple, Whitesnake czy Pink Cream 69. Band powstał z inicjatywy perkusisty Boba Shoopfa, który dał się poznać jako perkusista Eloy czy Micheal Schenker Fest. To nie jedyna gwiazda w tym zespole, bo na wyróżnienie zasługuje na pewno wokalista David Reedman, który znany jest z występów w Pink Cream 69 czy Voodoo Circle. Nowy album to klasyczny hard rockowy album, w którym nie brakuje finezji, lekkości czy klasycznych rozwiązań. To płyta, która zabiera nas w znane rejony i jest skierowana do maniaków starych kapel z lat 80. "Return to Eden" zawiera 14 kawałków i każdy z nich to kawał porządnego hard rocka. Mamy rozpędzony "Diamond in the rough", który zabiera nas w rejony Deep Purple. Niezwykle klimatyczny kawałek, który imponuje klasycznym wydźwiękiem. Echa Ac/Dc mamy w stonowanym "We stand for rock'n roll", który ukazuje w jak dobrej formie jest David.Dobrze wypada "Skin and bones"w którym band zabiera nas w rejony Voodoo Circle. Kolejnym mocnym kawałkiem na płycie jest zadziorny "Wishing well" czy "Wings of dove", w którym band nawiązuje do twórczości Whitesnake.Płytę zamyka mroczniejszy "Bitter end" i to idealnie podsumowanie płyty. Jest rockowo, jest kilka mocnych kawałków, ale całościowo czuje niedosyt. Brakuje troszkę energii i utworów, który by zapadły w pamięci. Mimo wszystko warto posłuchać w wolnej chwili tego rockowego krążka.
Ocena: 6/10
Ocena: 6/10
piątek, 8 marca 2019
WARRIOR PATH - Warrior Path (2019)
Yannis Papadopoulus i Bob Katsionis to wielkie nazwiska jeśli chodzi o power metal, to także bohaterowie greckiej sceny metalowej. Firewind, Beast in Black, Wardrum to pierwsze z brzegu kapele, który kojarzą się z tymi nazwiskami. Yannis w tym roku pozamiatał z Beast in Black i mało kto by sądził, że jest jeszcze wstanie powtórzyć ten sukces z Warrior Path.
To płyta, która skierowana jest do fanów klasycznego epickiego heavy/power metalu. Znajdziemy tutaj wpływy Iron Maiden, Riot, Crimson Glory, Running Wild, Manila Road, Bathory, Battleroar, a taki zestaw może oznaczać tylko dobrą zabawę i płytę która może namieszać w tym roku. Yannis wciąż brzmi znakomicie i jego wokale to jeden z motorów napędowych tej płyty. Ile kroć słychać jego głos to ciarki przechodzą.Warrior Path to też Bob Katsionis, który odpowiada za niesamowite i pełne energii motywy gitarowe. Daje czadu i nie rozdrabnia się na jakieś nijakie melodie i oklepane motywy. Jest finezja, jest pomysłowo i z kopytem. Na taki heavy/power metal warto czekać. Okładka idealnie wpasowuje się w styl grupy, a mocne, dopracowane brzmienie jest tego dopełnieniem. Zawartość potrafi oczarować i rzucić na kolana. Każdy utwór to prawdziwa perełka. Już sam otwieracz "Riders of The Dragons" imponuje epickości, ciekawymi motywami. To utwór bardzo klimatyczny i taki naszpikowany patentami Iron Maiden. Dzieje się tutaj sporo i to sporo dobrego. Dalej mamy również pełen różnych smaczków "The Hunter", który imponuje ciekawym wejściem i szybko pokazuje pazur. To utwór energiczny, rozpędzony i taki oddający piękno power metalu. Fani Gamma Ray, Helloween czy Dream Evil pokochają ten kawałek. Prawdziwy killer. Marszowy "Stormbringers" to przykład jak można znakomicie stworzyć epicki, rycerski heavy metal. Dojrzały i urozmaicony kolos w postaci "Black Night" to kolejna perełka, która pobudza zmysły. Elementy balladowe znakomicie wpisują się w konwencję utworu. W podobnym stylu utrzymany jest romantyczny i balladowy "The path of the warrior". Smutny kawałek, który pokazuje prawdziwą drogę wojownika, która nie zawsze wiąże się z agresją. Dużo emocji w tym kawałku się przewija. Mamy też killer "Fight for Your life" czy piracki "Mighty Pirates", które pokazują jak wysoki poziom artystyczny tutaj panuje.
Prawdziwa perełka i jedna z najlepszych płyt tego roku. Wszystko jest tutaj perfekcyjne. Nie da się tego opisać słowami, to trzeba posłuchać. Yannis i Bob to duet nie do zatrzymania i oby nie skończyło się na jednym albumie. Płyta petarda i mój kandydat do płyty roku.
Ocena: 10/10
To płyta, która skierowana jest do fanów klasycznego epickiego heavy/power metalu. Znajdziemy tutaj wpływy Iron Maiden, Riot, Crimson Glory, Running Wild, Manila Road, Bathory, Battleroar, a taki zestaw może oznaczać tylko dobrą zabawę i płytę która może namieszać w tym roku. Yannis wciąż brzmi znakomicie i jego wokale to jeden z motorów napędowych tej płyty. Ile kroć słychać jego głos to ciarki przechodzą.Warrior Path to też Bob Katsionis, który odpowiada za niesamowite i pełne energii motywy gitarowe. Daje czadu i nie rozdrabnia się na jakieś nijakie melodie i oklepane motywy. Jest finezja, jest pomysłowo i z kopytem. Na taki heavy/power metal warto czekać. Okładka idealnie wpasowuje się w styl grupy, a mocne, dopracowane brzmienie jest tego dopełnieniem. Zawartość potrafi oczarować i rzucić na kolana. Każdy utwór to prawdziwa perełka. Już sam otwieracz "Riders of The Dragons" imponuje epickości, ciekawymi motywami. To utwór bardzo klimatyczny i taki naszpikowany patentami Iron Maiden. Dzieje się tutaj sporo i to sporo dobrego. Dalej mamy również pełen różnych smaczków "The Hunter", który imponuje ciekawym wejściem i szybko pokazuje pazur. To utwór energiczny, rozpędzony i taki oddający piękno power metalu. Fani Gamma Ray, Helloween czy Dream Evil pokochają ten kawałek. Prawdziwy killer. Marszowy "Stormbringers" to przykład jak można znakomicie stworzyć epicki, rycerski heavy metal. Dojrzały i urozmaicony kolos w postaci "Black Night" to kolejna perełka, która pobudza zmysły. Elementy balladowe znakomicie wpisują się w konwencję utworu. W podobnym stylu utrzymany jest romantyczny i balladowy "The path of the warrior". Smutny kawałek, który pokazuje prawdziwą drogę wojownika, która nie zawsze wiąże się z agresją. Dużo emocji w tym kawałku się przewija. Mamy też killer "Fight for Your life" czy piracki "Mighty Pirates", które pokazują jak wysoki poziom artystyczny tutaj panuje.
Prawdziwa perełka i jedna z najlepszych płyt tego roku. Wszystko jest tutaj perfekcyjne. Nie da się tego opisać słowami, to trzeba posłuchać. Yannis i Bob to duet nie do zatrzymania i oby nie skończyło się na jednym albumie. Płyta petarda i mój kandydat do płyty roku.
Ocena: 10/10
IRON FIRE - Beyond the Void (2019)
W 2016 r duńska formacja Iron Fire postawiła na nowy styl, na nowe logo i postawiła wszystko na jedną kartę. Porzucono, rycerski heavy/power metal na rzecz bardziej ostrego, zadziornego, mrocznego heavy metalu z domieszką power metalu, a nawet thrash metalu. "Among the Dead" pokazał Iron Fire w innym świetle i choć tamten album mnie nie przekonał, to jednak ta zmiana stylu i obranie nowego kierunku może przynieść owoce w następnych latach. Na pewno najnowszy krążek "Beyond The Void", który ukazał się w tym roku pokazuje że band rośnie znów w siłę, a owe zmiany mogą wyjść tylko na plus zespołowi. Mamy dalej kontynuację tego co band zaprezentował nam na poprzednim krążku, ale tym razem bomba odpaliła i mamy do czynienia z mocnym albumem. Jest ostro, jest agresywnie, jest mrocznie, nawet i topornie, ale i przede wszystkim kipi energią i przebojowością. "Beyond the Void" to jeden z najlepszych albumów tej formacji i z pewnością może namieszać w tym roku.
Trio z Martinem Steenem na czele daje czadu i pokazują że doświadczenie ma spory wpływ na jakość muzyki. Nowy album od początku do końca jest przemyślany i poukładany. Mroczny klimat mocno współgra z mocarnym brzmieniem i ostrymi riffami. "Beyond the Void" to mocny kawałek z wyrazistym i zadziornym riffem. Brzmi to trochę jak mieszanka Brainstorm, czy Nightmare. To już nieco inny Iron Fire, ale w takim wydaniu też brzmią znakomicie. Stonowany i nieco toporny "Final Warning" imponuje ciężarem i techniką. Pierwszym przebojem z prawdziwego zdarzenia jest bez wątpienia energiczny "Cold chains of the north". Słychać echa starego Iron Fire, który znamy tak dobrze. Refren tutaj jest po prostu pierwsza klasa. Patenty thrash metalowe zostają wplecione w "Worg Turn", który znów pokazuje w jak dobrej formie jest Iron Fire. Martin Steene jest w wyjątkowo dobrej formie wokalnej i nieźle bawi się swoim głosem. Dobrze to prezentuje energiczny "Bones and Gassoline", który pretenduje do miana kolejnego hitu na płycie. Przebojowości i mocnego riffu nie można odmówić petardzie w postaci "Old habbits die hard". Band pokazuje jak zmienił swój styl, swoją tematykę i postawił na nowoczesny heavy/power metal. Ta zmiana może i szykuje, ale band znakomicie sobie radzi. Stonowany, może nieco hard rockowy "Judgment Day" też imponuje lekkością i melodyjnością. Czas leci, a płyta cały czas trzyma wysoki poziom. Ileż ognia, energii i agresji mamy w "To hell and back". No jest to zdumiewające. Killer i jeden z najlepszych utworów jakie stworzył Iron Fire. Bardzo dobrze wypada przebojowy i toporny "One more Bullet", w którym słychać nawet echa Accept. Ja to kupuje. Na sam koniec kolejny hit w postaci "Out of Nowhere" i to jest piękne zwieńczenie całości.
No z szokował mnie Iron Fire. Zmienili styl, tematykę, patenty i postawili na nowoczesny heavy/power metal. Jest ostro, mrocznie i zadziornie. Pierwszy przejaw tego styl nie powalało, ale "Beyond the Void" pokazuje, że warto było pozmieniać to i owo. Płyta jest przemyślana, poukładana i dojrzała. Słucha się tego jednym tchem i chce się więcej i więcej. Nie ma tu słabizn, a każdy utwór to w zasadzie killer. To już nie jest rycerski Iron Fire, to już nowoczesny Iron Fire, który wie jak grać heavy/power metal na wysokim poziomie. Miłe zaskoczenie!
Ocena: 9/10
Trio z Martinem Steenem na czele daje czadu i pokazują że doświadczenie ma spory wpływ na jakość muzyki. Nowy album od początku do końca jest przemyślany i poukładany. Mroczny klimat mocno współgra z mocarnym brzmieniem i ostrymi riffami. "Beyond the Void" to mocny kawałek z wyrazistym i zadziornym riffem. Brzmi to trochę jak mieszanka Brainstorm, czy Nightmare. To już nieco inny Iron Fire, ale w takim wydaniu też brzmią znakomicie. Stonowany i nieco toporny "Final Warning" imponuje ciężarem i techniką. Pierwszym przebojem z prawdziwego zdarzenia jest bez wątpienia energiczny "Cold chains of the north". Słychać echa starego Iron Fire, który znamy tak dobrze. Refren tutaj jest po prostu pierwsza klasa. Patenty thrash metalowe zostają wplecione w "Worg Turn", który znów pokazuje w jak dobrej formie jest Iron Fire. Martin Steene jest w wyjątkowo dobrej formie wokalnej i nieźle bawi się swoim głosem. Dobrze to prezentuje energiczny "Bones and Gassoline", który pretenduje do miana kolejnego hitu na płycie. Przebojowości i mocnego riffu nie można odmówić petardzie w postaci "Old habbits die hard". Band pokazuje jak zmienił swój styl, swoją tematykę i postawił na nowoczesny heavy/power metal. Ta zmiana może i szykuje, ale band znakomicie sobie radzi. Stonowany, może nieco hard rockowy "Judgment Day" też imponuje lekkością i melodyjnością. Czas leci, a płyta cały czas trzyma wysoki poziom. Ileż ognia, energii i agresji mamy w "To hell and back". No jest to zdumiewające. Killer i jeden z najlepszych utworów jakie stworzył Iron Fire. Bardzo dobrze wypada przebojowy i toporny "One more Bullet", w którym słychać nawet echa Accept. Ja to kupuje. Na sam koniec kolejny hit w postaci "Out of Nowhere" i to jest piękne zwieńczenie całości.
No z szokował mnie Iron Fire. Zmienili styl, tematykę, patenty i postawili na nowoczesny heavy/power metal. Jest ostro, mrocznie i zadziornie. Pierwszy przejaw tego styl nie powalało, ale "Beyond the Void" pokazuje, że warto było pozmieniać to i owo. Płyta jest przemyślana, poukładana i dojrzała. Słucha się tego jednym tchem i chce się więcej i więcej. Nie ma tu słabizn, a każdy utwór to w zasadzie killer. To już nie jest rycerski Iron Fire, to już nowoczesny Iron Fire, który wie jak grać heavy/power metal na wysokim poziomie. Miłe zaskoczenie!
Ocena: 9/10
czwartek, 7 marca 2019
CHILDREN OF BODOM - Hexed (2019)
Kiedy był ostatni raz kiedy Children of bodom zaskoczył swoich fanów wydając płytę na wysokim poziomie? Oj dawno ten band nie nagrał płyty, która wyrwała by z kapci. Cały czas próbują odświeżyć swoją formułę, próbują znów zaskoczyć świat. Ostatnie dzieła tej zasłużonej fińskiej formacji były dobre, ale nic ponadto. Brakowało dopracowania, brakowało nie raz agresji, nie raz ciekawych melodii i wszystko było takie przewidywalne. Daniel Freyberg zasilił skład zespołu i w roli drugiego gitarzysty sprawdza się znakomicie. To właśnie z nim band rozpoczął pracę nad nowym krążkiem i owocem tej współpracy z resztą składu jest "Hexed".
Czym band na pewno zaskoczył to klimatyczną i taką ponurą okładką. Jest klimat, jest ciekawy styl i dużo mroku. Pierwsze skojarzenie to muzyka z pogranicza doom metalu. No robi to wrażenie. Takie same emocje wywołuje soczyste, klimatyczne brzmienie. Imponuje powiew chłodu, który wybrzmiewa z tego brzmienia. To wszystko składa się w znakomitą całość, a wisienką na torcie jest dobrze wyważony materiał. Jest tutaj wszystko to co charakteryzuje styl tej kapeli. Mamy dużo chwytliwych i wciągających melodii, jest sporo ciekawych zagrywek gitarowych, nie brakuje agresji i nieco mroczniejszego klimatu. Panowie postanowili nawiązać do najlepszych albumów i ta sztuka się udała. Na plis są skojarzenia z Kalmah, który ostatnio jest na fali.Mocne otwarcie w postaci "This Road" to znakomita zapowiedź tego co nas czeka podczas słuchania całości. Pomysłowy riff, dużo atrybutów power metalu i niezwykła przebojowość. Killer w czystej postaci. Słodkawy klimat, nieco dyskotekowe melodie sprawiają, że "Under Grass and Glover" ma zaciągi do Beast in Black. Jednak to wciąż melodyjny death metal z dużą dozą power metalu. Utwór na pewno sprawdzi się na koncertach. Alexi Laiho wciąż porywa swoim charakterystycznym wokalem i zapałem do gry. Tym razem postawił na bardziej pomysłowe kawałki, na sprawdzone patenty i się opłaciło. "Glass Houses" to kolejny szybki utwór, który imponuje dynamiką i aranżacją. Na płycie panuje znakomity klimat, w którym miesza się groza i taki fiński, chłodny, mroczny klimat. Ta mieszanka sprawdza się na pewno w stonowanym "Hecates Nightmares". Najlepiej oczywiście band wypada w tych szybszych kawałkach i dobrym tego przykładem jest rozpędzony i złowieszczy "Kick in Spleen". To jest właśnie to czego się oczekuje od tej formacji. Klasa sama w sobie. Znakomita melodia w "Platitudes and barren worlds" po prostu zachwyca i szybko zapada w pamięci. Brzmi to świetnie i chce się więcej takich utworów. Tytułowy "Hexed" to wulkan energii i taka kompozycja niezwykle agresywna i zarazem melodyjna. Nie brakuje tutaj thrash metalowego pazura. Ja to kupuje. Na tle innych utworów wyróżnia się marszowy i ponury "Soon departed", który też szybko zapada w pamięci przez swój pomysłowy główny motyw.Całość zamyka przebojowy "Knucklebuster".
Nie ma rewolucji w muzyce Children of bodom, ale jest w końcu dojrzała płyta, a przede wszystkim przemyślana, napchana killerami, no i przebojami. Bardzo dobrze się tego słucha, a klimat przyprawia o dreszcze. Jak tutaj nie być na tak? Ta płyta ma szanse troszkę namieszać w tym roku. No i dobrze, bo dawno Children of Bodom nie miał ku temu okazji.
Czym band na pewno zaskoczył to klimatyczną i taką ponurą okładką. Jest klimat, jest ciekawy styl i dużo mroku. Pierwsze skojarzenie to muzyka z pogranicza doom metalu. No robi to wrażenie. Takie same emocje wywołuje soczyste, klimatyczne brzmienie. Imponuje powiew chłodu, który wybrzmiewa z tego brzmienia. To wszystko składa się w znakomitą całość, a wisienką na torcie jest dobrze wyważony materiał. Jest tutaj wszystko to co charakteryzuje styl tej kapeli. Mamy dużo chwytliwych i wciągających melodii, jest sporo ciekawych zagrywek gitarowych, nie brakuje agresji i nieco mroczniejszego klimatu. Panowie postanowili nawiązać do najlepszych albumów i ta sztuka się udała. Na plis są skojarzenia z Kalmah, który ostatnio jest na fali.Mocne otwarcie w postaci "This Road" to znakomita zapowiedź tego co nas czeka podczas słuchania całości. Pomysłowy riff, dużo atrybutów power metalu i niezwykła przebojowość. Killer w czystej postaci. Słodkawy klimat, nieco dyskotekowe melodie sprawiają, że "Under Grass and Glover" ma zaciągi do Beast in Black. Jednak to wciąż melodyjny death metal z dużą dozą power metalu. Utwór na pewno sprawdzi się na koncertach. Alexi Laiho wciąż porywa swoim charakterystycznym wokalem i zapałem do gry. Tym razem postawił na bardziej pomysłowe kawałki, na sprawdzone patenty i się opłaciło. "Glass Houses" to kolejny szybki utwór, który imponuje dynamiką i aranżacją. Na płycie panuje znakomity klimat, w którym miesza się groza i taki fiński, chłodny, mroczny klimat. Ta mieszanka sprawdza się na pewno w stonowanym "Hecates Nightmares". Najlepiej oczywiście band wypada w tych szybszych kawałkach i dobrym tego przykładem jest rozpędzony i złowieszczy "Kick in Spleen". To jest właśnie to czego się oczekuje od tej formacji. Klasa sama w sobie. Znakomita melodia w "Platitudes and barren worlds" po prostu zachwyca i szybko zapada w pamięci. Brzmi to świetnie i chce się więcej takich utworów. Tytułowy "Hexed" to wulkan energii i taka kompozycja niezwykle agresywna i zarazem melodyjna. Nie brakuje tutaj thrash metalowego pazura. Ja to kupuje. Na tle innych utworów wyróżnia się marszowy i ponury "Soon departed", który też szybko zapada w pamięci przez swój pomysłowy główny motyw.Całość zamyka przebojowy "Knucklebuster".
Nie ma rewolucji w muzyce Children of bodom, ale jest w końcu dojrzała płyta, a przede wszystkim przemyślana, napchana killerami, no i przebojami. Bardzo dobrze się tego słucha, a klimat przyprawia o dreszcze. Jak tutaj nie być na tak? Ta płyta ma szanse troszkę namieszać w tym roku. No i dobrze, bo dawno Children of Bodom nie miał ku temu okazji.
Ocena: 9.5/10
środa, 6 marca 2019
TEMPLE BALLS - Untamed (2019)
Brakuje wam dobrego hard rockowego albumu? Tęsknicie za klasycznymi dźwiękami wyznaczonymi na przestrzeni lat przez Aerosmith, Van Halen, Deep Purple czy Def Leppard to z pewnością warto zwrócić uwagę na drugim album fińskiej formacji Temple Balls. Jest to młoda formacja, którą cechuje zapał, dobre wyszkolenie techniczne, dobra znajomość hard rocka, a przede wszystkim mają pomysł na siebie. Nie kopiują nikogo i starają się brzmieć na czasie, tak więc nie ma mowy o odgrzewanych kotletach, czy muzyce która nudzi i usypia. "Untamed" to album przemyślany, a przede wszystkim dojrzały w swojej konwencji. Dzieje się tutaj naprawdę sporo i nie można narzekać na brak doznań. Sporo serca zostawia tutaj wokalista Arde Teronen, który śpiewa z chrypą i pazurem. No ma w sobie to coś, co nie pozwala zapomnieć o jego wyczynach. Temple balls to też Niko i Jiro w roli gitarzystów, którzy mają frajdę z tego co grają. Znają się na swojej robocie i nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Kawał dobrej roboty i to słychać od pierwszych sekund. Całość zostało opakowana w nowoczesne, mocne brzmienie, która nadaje całości ostrego wydźwięku. Na samo wejście mamy energiczny i zadziorny "Infinity", który niesie ze sobą niezły pokład energii. Jest ciężar, jest chwytliwy refren i trafiony główny motyw, który porywa od samego wstępu. To nie może się źle skończyć. Płytę promował bardziej stonowany "Kill the voice", w którym band pokazuje bardziej komercyjne oblicze. Przebój radiowy murowany. Echa Deep Purple mamy w klimatycznym "Distorted emotions", z kolei "Ball and chain" przemyca patenty wypracowane przez Def leppard. Band najlepiej wypada w takich hard rockowych killerach jak "Hoist the colours", który jest definicją hard rocka. Jeden z najciekawszych utworów na płycie. Petarda! Całość zamyka równie udany i nieco cięższy "The end". To wszystko jeśli chodzi o muzykę. Werdykt jest jeden. Warto zapoznać się z nowym dziełem młodej fińskiej formacji, która wie jak grać hard rock na dobrym poziomie. Polecam.
Ocena: 7.5/10
Ocena: 7.5/10
STARCHILD - Killerrobots (2019)
Pamięta ktoś niemiecki Starchild? Band, który gra melodyjny power metal spod znaku Helloween, czy Gamma Ray? W 2014 roku zaskoczyli całkiem udanym debiutanckim krążkiem "Starchild". Zachwycał boski skład, w którym pojawił się Jens Becker na basie, czy Micheal Ehre na perkusji. Dodatkowo pojawił się sam Micheal Kiske, który gościnnie zaśpiewał. To wszystko miało wpływ na jakość debiutu. Teraz po 5 latach przyszedł czas na drugi krążek, z tym że "Killerrobots" niesie ze sobą sporo zmian. Ze starego składu został tylko gitarzysta, wokalista i lider grupy tj Sandro Giampietro. Mamy nowy skład, zmiany w stylistyce i aranżacjach. Band stara się grać ciężej, stara się zaskoczyć, ale nie ma w tym nic dobrego. Owe pomysły są nie trafione i często irytują swoją jakością. Jest chaos, jest dużo wypełniaczy i gdzieś uleciała przebojowość z debiutu. Brakuje nie tylko hitów, ale też dobrze rozegranych partii gitarowych. Brzmi to wszystko jak muzyka stworzona przez ludzi, którzy nie wiedzą co chcą grać i jak to przekazać. Cały czas powraca myśl, że słuchałem płyty innego zespołu, a nie starchild. Pomówmy o plusach, bo tych jest mało. Cieszy melodyjny i nieco hansenowski "Once inch away", w którym zachwyca chwytliwy główny motyw. Proste patenty, ale zdają egzamin. Nie to co eksperymentowanie i wsadzanie na siłę nowoczesnych elementów w "Spine", czy otwieraczu. Tytułowy "Killerrobots" miewa ciekawe przebłyski i gdzieś przewija się nieco ostrzejsze granie, ale nie przedkłada się to na jakość utworu. Znów dominuje chaos i brak ciekawych pomysłów. Straszna nuda. Melodyjnie jest w "Fortunewheel", ale sam utwór nieco bez ikry i bez składu ładu. Idziemy w jakimś kierunku, ale nie wiadomo poco. Ciężko strawny materiał to nie jedyna bolączka tej płyty. Muzycy są ospali i nie wnoszą ożywienia do i tak smętnej zawartości. Brzmienie też jakieś takie sztuczne, bez życia. Tutaj wszystko jest złe. Nawet okładka odstrasza. Szkoda. Chyba czas zwijać interes i dać szanse innym.
Ocena: 2.5/10
Ocena: 2.5/10
piątek, 1 marca 2019
EVIL CONSPIRACY - Evil Comes (2019)
Szwedzki Evil Conspiracy powraca z nowym krążkiem i to po 5 latach przerwy. "Evil Comes" to kontynuacja tego co mieliśmy na "Prime Evil". Tak więc w dalszym ciągu mamy solidny heavy/power metal, w którym nie brakuje elementów Mercyful Fate, Judas Priest, czy Iron Maiden. Ta kapela działa od 2002r i póki co radzą sobie bardzo dobrze. Nie tworzą niczego nowego i raczej nie mają szans zwojować świat, ale ich muzyka jest solidna i godna uwagi. Ostre partie gitarowe, dobrze wyważona dawka melodyjności i dużo mrocznego klimatu. Jak ktoś lubi klasyczny heavy/power metal ten może bardzo szybko odnaleźć się w świecie Evil Conspiracy. Okładka niczego dobrego nie zwiastuje, ale na szczęście muzyka jest znacznie ciekawsza. Mamy tutaj ostry, mroczny "Dogs of War", w którym czadu daje wokalista Fredrik Eriksson. Jego barwa i technika świetnie oddaje klimat i charakter tej kapeli. "When Evil Comes To Town" ma w sobie sporo elementów NWOBHM i mercyful fate. Dobrze prezentuje się zadziorny i przebojowy "We rise", a jeszcze lepiej prezentuje się "demons on speed" w którym mamy jeszcze więcej patentów Mercyful fate. Marszowy, mroczny "Endless darkness" , który imponuje niezwykłym klimatem i rozbudowaną formułą. Nie brakuje tutaj też mocnego heavy/power metalowego łojenia i to potwierdza rozpędzony "Pagan Curse". Znakomity utwór, który pokazuje potencjał tej kapeli. Mocna rzecz. W podobnej stylistyce jest utrzymany power metalowy "Resurrection", który imponuje dynamiką i mocnym riffem. Całość zamyka toporny "Down to the lord", który dobrze podsumowuje całość. Płyta jest miła w odsłuchu, jest sporo mocnych i godnych uwagi riffów. Jest dobrze, ale szału nie ma i premiera przeszła bez większego echa.
Ocena: 6.5/10
Ocena: 6.5/10
wtorek, 26 lutego 2019
BLOODBOUND - Rise of the dragon empire (2019)
P
Od kiedy w szwedzkim Bloodbound pojawił się Patrik Johansson to band zyskał stabilizację i pewną świeżość. Patrik to zdolny wokalista młodego pokolenia, który przecież znany jest z równie udanego Dawn of Silence, który specjalizował się w melodyjnym heavy/power metalu.Bloodbound wydaje regularnie albumy i zyskuje z każdym wydawnictwie na mocy. Pokazują też jak elastycznym są zespołem i co jakiś czas próbują odświeżyć swoją formułę. Wiadomo, że zawsze to odbija się na ich oryginalności i charakterze, który sobie wypracowali na "Nosferatu" czy "Book of dead". Band stary styl prezentował jeszcze na "Unholly Cross" czy też poniekąd na "In the name of metal", jednak "Stormborn" zabrał już nas w nieco inne rejony. Tam band zaczął czerpać garściami z Sabaton i gdzieś poniekąd z Powerwolf. "War of Dragons" to kontynuacja stylu osadzonego w twórczości Sabaton, choć tematyka fantasy i smoków przypominała twórczość Rhapsody. Najnowsze dzieło zatytułowane "Rise of the dragon empire" sugeruję że mamy ciąg dalszy z poprzednika. Poniekąd to prawda, bo nie brakuje tutaj tematyki fantasy i takiej dużej ilości symfonicznych ozdobników przez co skojarzenia z Rhapsody są jeszcze bardziej intensywne. Nie brakuje też elementów Sabaton, Powerwolf co przedkłada się w przebojowości. Mamy też patenty wyjęte z Nightwish, Dreamtale czy nawet Beast in Black. Tym razem mamy bardziej przebojowy album, bardziej podniosły, może nawet bardziej rycerski, a z pewnością lepszy od poprzednika.
Znów Bloodbound zmienił nieco swój styl. Troszkę szkoda, że porzucają swój oryginalny styl i starają się czerpać z innych kapel. Patrik oczywiście pasuje do różnych odmian melodyjnego grania i band może sobie pozwolić na bardzo dużo. Na nowym krążku stara się śpiewać bardziej podniośle, stara się nas zaskoczyć i ta sztuka mu wyszło. Sporo dobrego robią tym razem Tomas i Henrik Ollson, którzy stawiają na ciekawe melodie, na chwytliwość i nutkę epickości. Nie ma powodów do narzekania, bo wszystko ładnie się zazębia i jest na poziomie, do jakiego nas Bloodbound przyzwyczaił na przestrzeni ostatnich lat.
Okładka, słodkie, podniosłe brzmienie to atrybuty Rhapsody, ale i w muzyce szwedów się sprawdzają i ciekawe tylko na jak długo wystarcza ta formuła. Sam materiał jest dobrze wyważony, choć mało tutaj takiego rasowego Bloodbound, więcej tutaj symfonicznego heavy/power metalu gdzie band bierze na warsztat twórczość Nightwish czy Rhapsody. Dobrze wychodzi zespołowi granie w takim stylu i słychać że muzycy odrobili zadanie domowe. Otwieracz "Rise of the dragon empire" to rasowy hit, to również kompozycja mocno osadzona w klimatach Nightwish. Stonowane tempo, folkowa melodia i tajemniczy klimat. To jest to. Utwór szybko wpada w ucho i nie chce opuścić słuchacza. To, że mało tutaj Bloodbound a więcej Nightwish czy Rhapsody to już inna bajka. W sumie dobra decyzja, że utwór promuje album bo jest jego wizytówką. Melodia z "Slayer of kings" przypomina mi "Metal Nation" Crystal Viper., Jednak energia, duża dawka power metalu i podniosły charakter sprawiają, że to udany hołd dla Rhapsody. Echa sabaton, Powerwolf, na pewno usłyszymy w marszowym i przesiąkniętym epickością "Skyriders and Stormbringers". Mało w tym oryginalności i dalej mało Bloodbound, ale brzmi to znakomicie i też szybko zapada w pamięci. Podniosłe symfoniczne ozdobniki to atuty przebojowego "Magical Eye", gdzie gitary są bardziej słyszalne, choć dalej tutaj dużo Nightwish, choć niektóre parte wokalne kojarzą się z Powerwolf. Mieszanka wybuchowa, ale zdaje swój egzamin. Dyskotekowy charakter rodem z płyt Beast in Black czy Battle Beast przewija się przez słodki "Blackwater Bay". Słodki utwór, ale potrafi zauroczyć przebojowością i podniosłych charakterem. Nie brakuje tutaj też zapożyczeń z Sabaton, co nie jest żadną nowością w muzyce Bloodbound. Energiczny "Giants of Heaven" to symfoniczna petarda, która atakuje mocnym riffem i niezłą szybkością. Fani pierwszych płyt Nightwish pokochają ten kawałek. Kolejnym, nieco komercyjnym hitem na płycie jest nieco folkowy "The Warlock;s Trail". Oczywiście mamy tutaj dużo Dreamtale, czy właśnie Nightwish. Jak ktoś lubi "Art of War" sabaton ten polubi to co mamy w "A blessing in sorcery", który jest zdominowany przez słodkie partie klawiszowe. Ta bojowość też tutaj jest wyczuwalna. W podobnych klimatach utrzymany jest marszowy "Breaking the beast". Jednym z najostrzejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia "Balerion", który imponuje ciekawymi partiami gitarowymi i taką pozytywną energią. Tutaj są echa starego Bloodbound. Na sam koniec mamy spokojniejszy "Reign of Fire", który pokazuje niezły ładunek klimatyczny. Znakomite nawiązanie do Blind Guardian czy Rhapsody.
Znów Bloodbound zmienił nieco swój styl. Troszkę szkoda, że porzucają swój oryginalny styl i starają się czerpać z innych kapel. Patrik oczywiście pasuje do różnych odmian melodyjnego grania i band może sobie pozwolić na bardzo dużo. Na nowym krążku stara się śpiewać bardziej podniośle, stara się nas zaskoczyć i ta sztuka mu wyszło. Sporo dobrego robią tym razem Tomas i Henrik Ollson, którzy stawiają na ciekawe melodie, na chwytliwość i nutkę epickości. Nie ma powodów do narzekania, bo wszystko ładnie się zazębia i jest na poziomie, do jakiego nas Bloodbound przyzwyczaił na przestrzeni ostatnich lat.
Okładka, słodkie, podniosłe brzmienie to atrybuty Rhapsody, ale i w muzyce szwedów się sprawdzają i ciekawe tylko na jak długo wystarcza ta formuła. Sam materiał jest dobrze wyważony, choć mało tutaj takiego rasowego Bloodbound, więcej tutaj symfonicznego heavy/power metalu gdzie band bierze na warsztat twórczość Nightwish czy Rhapsody. Dobrze wychodzi zespołowi granie w takim stylu i słychać że muzycy odrobili zadanie domowe. Otwieracz "Rise of the dragon empire" to rasowy hit, to również kompozycja mocno osadzona w klimatach Nightwish. Stonowane tempo, folkowa melodia i tajemniczy klimat. To jest to. Utwór szybko wpada w ucho i nie chce opuścić słuchacza. To, że mało tutaj Bloodbound a więcej Nightwish czy Rhapsody to już inna bajka. W sumie dobra decyzja, że utwór promuje album bo jest jego wizytówką. Melodia z "Slayer of kings" przypomina mi "Metal Nation" Crystal Viper., Jednak energia, duża dawka power metalu i podniosły charakter sprawiają, że to udany hołd dla Rhapsody. Echa sabaton, Powerwolf, na pewno usłyszymy w marszowym i przesiąkniętym epickością "Skyriders and Stormbringers". Mało w tym oryginalności i dalej mało Bloodbound, ale brzmi to znakomicie i też szybko zapada w pamięci. Podniosłe symfoniczne ozdobniki to atuty przebojowego "Magical Eye", gdzie gitary są bardziej słyszalne, choć dalej tutaj dużo Nightwish, choć niektóre parte wokalne kojarzą się z Powerwolf. Mieszanka wybuchowa, ale zdaje swój egzamin. Dyskotekowy charakter rodem z płyt Beast in Black czy Battle Beast przewija się przez słodki "Blackwater Bay". Słodki utwór, ale potrafi zauroczyć przebojowością i podniosłych charakterem. Nie brakuje tutaj też zapożyczeń z Sabaton, co nie jest żadną nowością w muzyce Bloodbound. Energiczny "Giants of Heaven" to symfoniczna petarda, która atakuje mocnym riffem i niezłą szybkością. Fani pierwszych płyt Nightwish pokochają ten kawałek. Kolejnym, nieco komercyjnym hitem na płycie jest nieco folkowy "The Warlock;s Trail". Oczywiście mamy tutaj dużo Dreamtale, czy właśnie Nightwish. Jak ktoś lubi "Art of War" sabaton ten polubi to co mamy w "A blessing in sorcery", który jest zdominowany przez słodkie partie klawiszowe. Ta bojowość też tutaj jest wyczuwalna. W podobnych klimatach utrzymany jest marszowy "Breaking the beast". Jednym z najostrzejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia "Balerion", który imponuje ciekawymi partiami gitarowymi i taką pozytywną energią. Tutaj są echa starego Bloodbound. Na sam koniec mamy spokojniejszy "Reign of Fire", który pokazuje niezły ładunek klimatyczny. Znakomite nawiązanie do Blind Guardian czy Rhapsody.
Jest lepiej niż na ostatnim albumie. Band dopracował pewne elementy i w efekcie wyszedł znacznie ciekawszy krążek. Mamy więcej symfonicznych ozdobników, więcej zapożyczeń z Nightwish czy Rhapsody, ale band nadrabia ciekawymi melodiami i dużą dawką przebojowości. To sprawia, że album jest łatwy w odbiorze i szybko zapada w pamięci. Wszystko fajnie, tylko szkoda że band zatraca swój własny styl, swoją autentyczność, na rzecz powielania stylu innych kapel. Może jeszcze kiedyś wrócą do korzeni? Taką mam cichą nadzieję...
Ocena: 8.5/10
niedziela, 24 lutego 2019
FROZEN CROWN - Crowned in Frost (2019)
Jeśli ktoś lubi muzykę w klimatach Nightwish, czy ostatnich wydawnictw Blind Guardian, Rhapsody of Fire czy Bloodbound ten z pewnością powinien zapoznać się z nowym dziełem włoskiej formacji Frozen Crown. Ta włoska kapela działa od 2017r i liderem tej grupy jest Federico Mondelli, który odpowiada za wokale, za partie klawiszowe, a także za partie gitarowe. Frozen Crown po roku przerwy od debiutu powraca z nowym krążkiem. "Crowned in frost" to bardzo udana kontynuacja "The fallen king" i może się podobać tym, którzy gustują w melodyjnym heavy/power metalu w symfonicznej oprawie. Federico po raz kolejny pokazuje jak jest utalentowany i jak pomysłowy jest. To właśnie on jest motorem napędowym tej formacji. Sam "Crowned in Frost" jest ciekawszym krążkiem niż debiut, bowiem zespół gra śmielej i nie boi się zaskoczyć słuchacza. W efekcie dostajemy przemyślany, dynamiczny i epicki materiał, który potrafi oczarować swoim stylem. Miłym dodatkiem jest wokal kobiecy, za który odpowiada Giada Etro. Znakomicie uzupełnia głos Federica i nadaje całości epickiego charakteru. Frozen Crown wszystko dopracował i tutaj nawet okładka jest miła dla oka. Jednak to właśnie materiał robi spore wrażenie. Start jest mocny i z kopyto, bowiem "Neverending" to power metalowa petarda, która rzuca na kolana. Pomysłowy riff i świetnie dopasowane partie wokalna czynią ten utwór znakomitym otwieraczem. Przebojowy "In the dark" to kolejny energiczny kawałek, który ukazuje symfoniczne oblicze kapeli. Wpływy Rhapsody of Fire są słyszalne i to jest spory atut. Bardzo dobrze wypada melodyjny "Battles in the night", który znów pokazuje jak powinien brzmieć rasowy europejski power metal. Kolejnym killer na płycie jest 7 minutowy "Winterfall", w którym dzieje się sporo i nie brakuje elementów progresywnych. Elementy słodkości dodają uroku "Lost in Time", gdzie można doszukać się wpływów Avantasia, Stratovarius czy Sonata Actica. Na kolana rzuca rozpędzony "Forever", który zabiera nas do wczesnego Helloween, czy Heavenly. Na sam koniec mamy równie udany "Crowned in frost" który idealnie podsumowuje całość. Znakomita płyta, choć prezentuje wszystko co jest nam znane. Płyta niezwykle przebojowa i zagrana z polotem. Jestem na tak i gorąco polecam.
Ocena: 8/10
Ocena: 8/10
sobota, 23 lutego 2019
POUNDER - Uncivilized (2019)
Exhumed, Carcass,czy Nausea to kapela z kręgu death, thrash metalu czy nawet grindcoru. Co ciekawe muzycy z tych kapel złączyli siły, by grać coś bardziej klasycznego, a mianowicie heavy/speed metal z elementami power metalu. Mogło by się wydawać, że taki band jest skazany na klęskę, a jednak okazuje się że ta amerykańska formacja o nazwie Pounder może zwojować świat. Powstali w 2016r z inicjatywy Matta Harveya, Toma Drapera i Alejandro Corredora, ale to nie debiutanci, bowiem mają doświadczenie. Debiut, można uznać bo w takim wydaniu tych muzyków nie można było usłyszeć. W jakim stylu obraca się Pounder? Trochę Diamond Head, trochę Iron Maiden, Motorhead czy exciter. Znakomita mieszanka klasycznego heavy/speed i power metalu, a wszystko osadzone w latach 80. Zespół zadbał o to, aby wszystkie aspekty za tym przemawiały. Tak więc musiała być klimatyczna, ręcznie rysowana okładka i nieco przybrudzone, surowe brzmienie.Co ciekawe głos Matta sprawdza się w takim graniu i imponuje techniką i manierą. No to jest to i na takie głosy warto czekać. "Fuck off and die" to rozpędzony speed metal w czystej postaci i podoba mi się to nawiązanie do Motorhead. Jest moc, jest potencjał w tej grupie i pomysłowość, a z tym można wiele zdziałać.Jeszcze więcej pazura i speed/power metalu mamy w przebojowym "Uncivilized" i to jest wizytówka tej płyty. Niezwykle ciekawy riff pojawia się w energicznym "Red hot leather", który czerepie garściami z Iron Maiden, ale i Agent Steel czy wczesnego Helloween. Band zwalnia tempo w hard rockowym "Long time no Love", z kolei "The mists of Time" to już bardziej heavy metalowy kawałek, który przypomina dokonania Accept. W "Answer the call" band pokazuje co to znaczy piękna, metalowa ballada. Coś niesamowitego. Płytę zamyka znów speed/power metalowa petarda w postaci "The Evil One". Znakomite podsumowane tego niezwykłego albumu. No jest tutaj wszystko co potrzeba by mówić o płycie z wyższej półki. Klasyczny heavy/speed metal, który zabiera nas do najlepszych płyt z okresu lat 80. Gorąco polecam!
Ocena: 9/10
OVERKILL - the wings of war (2019)
"Irombound" to album przełomowy, jeśli patrzymy na twórczość amerykańskiego Overkill. Ta kapela to dla mnie fenomen, bo przecież lata lecą i mają na swoim koncie 19 albumów, a wciąż grają na wysokim poziomie. Po tylu latach są wciąż na rynku i zaliczyć można ich do tych najlepszych jeśli patrzymy na thrash metal. Stawiają na świeżość i wciąż na agresją, nie zapominając o przebojowości. "Ironbound" wyznaczył na nowo styl Overkill, odświeżył ich formułę i pokazał całemu światu w jakiej formie jest band. Każdy kolejny album miał być w takim samie stylu. "Th eletric age" dostarczył mi podobnych emocji, a potem było już tylko dobrze. Czy "The Wings of War" powtórzył sukces "Ironbound" czy "The eletric age"?
Styl frontowej okładki, mocne, drapieżne brzmienie, czy styl komponowania kawałków. Znakomita mieszanka thrash metalu, ale i heavy metalu czy też groove metalu. To znajdziemy tutaj, a przede wszystkim dobrą zabawę muzyków i dobrze wyważony materiał. Jest szybko, ostro, ale bywa też nieco spokojniej, nieco bardziej technicznie czy mrocznie. Cały czas się coś dzieje, a muzycy starają się nas zaskoczyć. Overkill to przede wszystkim DD Verni i Bobby "Blitza" Elsworth, którzy napędzają ten band i stanowią o jego trzonie.Zadziwiają formą mimo swoich lat i to robi wrażenie.
Sam wstęp jest po prostu wyborny, bo "last man standing" to prawdziwa petarda, która spokojnie mogła by trafić na "Ironbound". Niezwykle energiczny i drapieżny kawałek, a najlepsze w tym wszystkim to gitarowa jazda bez trzymanki.Dalej mamy przebojowy "Believe in the fight", który wyróżnia się wciągającym refrenem. Moim faworytem z miejsca się stał "Head of Pain", który przypomina mi stylem i wykonaniem "The green and black". Bardzo pomysłowy riff i aranżacje, które czynią ten utwór jednym z najlepszych na płycie. Więcej thrash metalu i takiego szaleństwa mamy w "Batshitcrazy", z kolei "Distortion" jest bardziej rozbudowany i ma więcej znamion heavy metalu. Płyta jest dynamiczna i bardzo energiczna, a takie utwory jak "A Mothers prayer" o tym jak najbardziej świadczą. Mocny kawałek, który napędza znów bardzo chwytliwy riff. W podobnej stylistyce mamy jeszcze energiczny "Welcome to the garden stare" , który pokazuje to co najlepsze w Overkill jak i tej płycie. Dużo mroku i takiego groove metalu mamy w ponurym i stonowanym "Where few dare to walk". Na koniec band zostawił kolejny killer czyli rozpędzony "Hole in my soul", który znów brzmi jak kawałek wyjęty z "Ironbound". Prawdziwa petarda, zresztą jak cała płyta.
Overkill znów to zrobił. Nagrał kolejny świetny album z sprawdzonym stylem i patentami. Skoro to wszystko się sprawdza to po co to zmieniać? Jest energia, jest pazur i świetny Blitz, który wciąż mi imponuje swoim wokalem. Z każdym albumem brzmi jeszcze lepiej. "The wings of war" to kolejna perełka w dyskografii amerykanów.
Ocena: 9.5/10
Styl frontowej okładki, mocne, drapieżne brzmienie, czy styl komponowania kawałków. Znakomita mieszanka thrash metalu, ale i heavy metalu czy też groove metalu. To znajdziemy tutaj, a przede wszystkim dobrą zabawę muzyków i dobrze wyważony materiał. Jest szybko, ostro, ale bywa też nieco spokojniej, nieco bardziej technicznie czy mrocznie. Cały czas się coś dzieje, a muzycy starają się nas zaskoczyć. Overkill to przede wszystkim DD Verni i Bobby "Blitza" Elsworth, którzy napędzają ten band i stanowią o jego trzonie.Zadziwiają formą mimo swoich lat i to robi wrażenie.
Sam wstęp jest po prostu wyborny, bo "last man standing" to prawdziwa petarda, która spokojnie mogła by trafić na "Ironbound". Niezwykle energiczny i drapieżny kawałek, a najlepsze w tym wszystkim to gitarowa jazda bez trzymanki.Dalej mamy przebojowy "Believe in the fight", który wyróżnia się wciągającym refrenem. Moim faworytem z miejsca się stał "Head of Pain", który przypomina mi stylem i wykonaniem "The green and black". Bardzo pomysłowy riff i aranżacje, które czynią ten utwór jednym z najlepszych na płycie. Więcej thrash metalu i takiego szaleństwa mamy w "Batshitcrazy", z kolei "Distortion" jest bardziej rozbudowany i ma więcej znamion heavy metalu. Płyta jest dynamiczna i bardzo energiczna, a takie utwory jak "A Mothers prayer" o tym jak najbardziej świadczą. Mocny kawałek, który napędza znów bardzo chwytliwy riff. W podobnej stylistyce mamy jeszcze energiczny "Welcome to the garden stare" , który pokazuje to co najlepsze w Overkill jak i tej płycie. Dużo mroku i takiego groove metalu mamy w ponurym i stonowanym "Where few dare to walk". Na koniec band zostawił kolejny killer czyli rozpędzony "Hole in my soul", który znów brzmi jak kawałek wyjęty z "Ironbound". Prawdziwa petarda, zresztą jak cała płyta.
Overkill znów to zrobił. Nagrał kolejny świetny album z sprawdzonym stylem i patentami. Skoro to wszystko się sprawdza to po co to zmieniać? Jest energia, jest pazur i świetny Blitz, który wciąż mi imponuje swoim wokalem. Z każdym albumem brzmi jeszcze lepiej. "The wings of war" to kolejna perełka w dyskografii amerykanów.
Ocena: 9.5/10
TRAVELER - Traveler (2019)
Pojawił się nowy konkurent dla Enforcer, Striker czy Blackslah. Kanadyjski Traveler działa od 2017r i już przyciągnął uwagę za sprawą swoich demówek. Potencjał był wyczuwalny od samego początku i teraz wystarczało poczekać na debiutancki album, by można było się przekonać na co tak naprawdę stać kanadyjski Traveler. O tej płycie będzie się mówić, jeśli nie teraz to na pewno w przyszłości. Mimo, że ta młoda formacja nie tworzy niczego nowego, nie odgrywa nowe rejony heavy metalu, to jednak pokazuje, że wciąż można odkrywać, odświeżać to co tak dobrze jest nam znane. Kto by pomyślał, że patenty które w latach 80 stanowiły o potędze Iron Maiden, czy Exciter mogą znów nas cieszyć i zaskakiwać, z tym że w nieco odświeżonej formie. Niby mówimy o wtórności, o kopiowaniu pewnych schematów. Ktoś po myśli czy muzycy nie mają nic innego do zaoferowania? Ciężko o coś nowego, ale skoro fani wciąż czują głód na klasyczny heavy/ speed metal w klimatach lat 80 to nie widzę problemu że co raz więcej zespołów takich jak Traveler. Tutaj trzeba wykazać się pomysłem na kompozycje, trzeba się wykazać wyczuciem i zgraniem by dobrze wykorzystać sprawdzone patenty by nie okazały się gwoździem do trumny. Traveler pokazał, że można podjąć się tego wyzwania i stworzyć klasyczny album heavy/speed metalowy na miarę wielkich kapel, które stały się wzorem dla Traveler,
Tak jak w latach 80 tak i w przypadku Traveler minimalizm sprawdza się znakomicie. To on przejawia się w skromnej okładce, czy surowym brzmieniu. Cały ten czas towarzyszy nam duch lat 80. Oprócz dynamicznej sekcji rytmicznej warto pochwalić gitarzystów tj Toryina i Matta, którzy stawiają na energię, na drapieżność, ale przede wszystkim na szczerość, na takie granie od serca. Takie rzeczy słychać i to one decydują o jakości danego materiału. Gwiazdą w zespole jest bez wątpienia Jean Pierre Abboud, który swoją manierą i techniką przypomina frontmana Portrait. Znakomity wokalista o znakomitych predyspozycjach i to on napędza band. Już otwierający "Starbreaker" pokazuje na co go stać i jak świetnie śpiewa. Fani Blackslash, a zwłaszcza żelaznej dziewicy pokochają energiczny "Street Machine". Prawdziwy speed metalowy killer. Band nieźle się bawi tym oldschoolowym metalem i zaraża tym słuchacza. Znakomicie słucha się takiego "Behind the iron", gdzie roi się od chwytliwych melodii. Bardzo fajnie sprawdza się instrumentalny "Konamized", gdzie gitarzyści dają popis swoich umiejętności. Kolejny godny uwagi hit to "Up to You", z kolei "Fallen Heroes" zachwyca hard rockowym feelingiem. Całość zamyka rozpędzony "Speed Queen", który zabiera nas do wczesnego Exciter. Prawdziwa petarda.
Nie ma słabych kawałków, a całość jest dopracowana. Traveler nie brzmi jak debiutanci, bo jest tutaj wszystko jak u profesjonalistów. Mocna rzecz i nie ma tutaj miejsca na słabe kompozycje, na nudy. Ta płyta to ogień, to prawdziwa heavy/speed metalowa perełka. Warto odpalić i poczuć moc Traveler.
Ocena: 9.5/10
Tak jak w latach 80 tak i w przypadku Traveler minimalizm sprawdza się znakomicie. To on przejawia się w skromnej okładce, czy surowym brzmieniu. Cały ten czas towarzyszy nam duch lat 80. Oprócz dynamicznej sekcji rytmicznej warto pochwalić gitarzystów tj Toryina i Matta, którzy stawiają na energię, na drapieżność, ale przede wszystkim na szczerość, na takie granie od serca. Takie rzeczy słychać i to one decydują o jakości danego materiału. Gwiazdą w zespole jest bez wątpienia Jean Pierre Abboud, który swoją manierą i techniką przypomina frontmana Portrait. Znakomity wokalista o znakomitych predyspozycjach i to on napędza band. Już otwierający "Starbreaker" pokazuje na co go stać i jak świetnie śpiewa. Fani Blackslash, a zwłaszcza żelaznej dziewicy pokochają energiczny "Street Machine". Prawdziwy speed metalowy killer. Band nieźle się bawi tym oldschoolowym metalem i zaraża tym słuchacza. Znakomicie słucha się takiego "Behind the iron", gdzie roi się od chwytliwych melodii. Bardzo fajnie sprawdza się instrumentalny "Konamized", gdzie gitarzyści dają popis swoich umiejętności. Kolejny godny uwagi hit to "Up to You", z kolei "Fallen Heroes" zachwyca hard rockowym feelingiem. Całość zamyka rozpędzony "Speed Queen", który zabiera nas do wczesnego Exciter. Prawdziwa petarda.
Nie ma słabych kawałków, a całość jest dopracowana. Traveler nie brzmi jak debiutanci, bo jest tutaj wszystko jak u profesjonalistów. Mocna rzecz i nie ma tutaj miejsca na słabe kompozycje, na nudy. Ta płyta to ogień, to prawdziwa heavy/speed metalowa perełka. Warto odpalić i poczuć moc Traveler.
Ocena: 9.5/10
środa, 20 lutego 2019
IRON SAVIOR - Kill or Get Killed (2019)
Zabij albo daj się zabić to motto, które sprawdza się w życiu. To również złota reguła na rynku muzycznym. Trzeba tworzyć taką muzykę, która pozwoli przetrwać i tym samym zniszczyć konkurencję. Czy taka formacja jak Iron Savior musi faktycznie brać udział w wyścigów szczurów i bawić się w przepychanki z innymi kapelami? Co jak co, ale ta niemiecka machina nie potrzebuje takich zagrywek, bowiem istnieją od lat i zawsze stoją na straży heavy/power metalu mocno osadzonego w niemieckiej stylistyce. Piet Sielck jako lider dba o jakość swoich płyt i tutaj nie tylko chodzi o samo brzmienie. Razem z Kai Hansem dali podwaliny pod niemiecki power metal i podobnie tak jak Kai dostarcza swoim fanom ciekawych pomysłów i muzyki na wysokim poziomie.
Iron Savior na dobre powrócił w 2011 r po 4 letniej ciszy. "The landing" pokazał że ta kapela wciąż potrafi zaskoczyć swoich fanów i dostarczyć wysokiej jakości materiał. "The rise of hero" to jeden z ich najlepszych albumów. Zespół na dobre się rozkręcił i często serwował nam albo album studyjny albo jakiejś inne wydawnictwo. Po 2 latach od wydania składanki "Reforged" przyszedł czas na 10 album studyjny zatytułowany "Kill or get Killed". Jest to pierwszy album z nowym perkusistą tj Patrickiem Klose.
Okładka utrzymana w klimacie s-f, jest w roli głównej stworek przypominającego królową z serii "Alien", jest typowe dla Sielcka brzmienie i te charakterystyczne riffy. Nie ma tutaj niczego nowego, wręcz można odnieść wrażenie że band zjada już swój własny ogon, a owy materiał to kalka już znanych z poprzednich płyt utworów. Nawet jeśli, to nie mam nic przeciwko jeśli band gra na takim wysokim poziomie. Zresztą po co coś zmieniać, skoro to się sprawdza? Jest dużo power metalu, jest dużo mocnych riffów i godnych odnotowania przebojów. Może wystarczy napisać od razu, że "Kill or get killed" to klasyczny, stary dobry Iron Savior, który z miejsca zaliczyć do najlepszych w dyskografii niemców? Wtedy każdy na pewno odetchnie z ulgą.
"Titancraft" był troszkę słabszy, ale poza tym to Iron Savior zawsze dostarcza swoim fanom bardzo udane albumy. Materiał to 10 zgranych i mocnych kawałków, które identyfikują styl tej formacji. Tytułowy "Kill or get killed" to power metalowa petarda. Mocny riff atakuje nas od razu. Ile w tym gracji i dopracowania. Tutaj nie ma przypadków i każda linia melodyjna jest idealnie zagrana. Iron Savior zawsze potrafił dostarczyć ciekawych melodii i porywających refrenów. Tutaj to jest i przypominają się czasy kultowego "Condition Red" czy nawet "Unification". Tak klasyczny Iron Savior na jaki czekałem. Iron Savior tak jak Primal Fear lubi czerpać z Judas Priest i to słychać w zadziornym i ostrym "Roaring Thunder". Piet tym kawałkiem pokazuje jak rozwinął się wokalnie i jak jego wokal nabrał przestrzeni i nieco metalowego pazura. Brzmi to znakomicie. Sam riff wyjęty jakby z "Painkiller" Judas Priest. Wszystko świetnie prowadzone i wyszedł kolejny wielki przebój. Refren tutaj jest taki oldscholowy, taki nieco może oklepany, ale sprawdza się idealnie. W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony "Eternal Quest", który znakomicie promował album. Znów znakomity popis wokali Pieta. Bawi się swoim głosem i wychodzi mu to znakomicie. Kawałek jakby wyjęty z pierwszych płyt i czuć inspiracje Gamma Ray i twórczością Kaia Hansena, z którym przecież nagrywał pierwsze płyty Iron Savior. Sielck i Kustner dają czadu w partiach solowych i mamy godne uwagi pojedynki i wbijające w fotel solówki. Stary dobry Iron Savior i już sam początek rzuca na kolana. Ciekawe robi się dalej. "From Dust and Ruble" zaczyna się troszkę jak utwór UDO, do tego gdzieś tam ulatuje słodkość Beast in Black. Jest to bardzo intrygujący kawałek i taki nieco jakby nie w stylu Iron Savior. Kłania się tutaj klasyczny, niemiecki heavy metal z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i wciąga w ten lekki i przyjemny świat. Znów Sielck wykreował przedni refren, który porwie fanów podczas koncertów. Kolejny hit odnotowano. No to po odpoczynku wracamy do mocnego, ostrego power metalu. Mamy świetny, dynamiczny "Sinner or Saint", który imponuje znakomitym gitarowym łojeniem. Sekcja rytmiczna tworzy świetny klimat i taki nieco oldscholoowy wydźwięk. Kawałek nasuwa mi czasy ostrego "Battering Ram". Kolejne zaskoczenie, to marszowy, taki nieco rycerski "Stand up and fight". Iron Savior w takiej wersji jeszcze nie słyszałem, ale brzmi to znakomicie. Refren brzmi znajomo, ale nie jest to świat Iron Savior. Gitary ostrą tną, a refren po prostu zagrzewa do boju. Szczęka opadła, a to jeszcze nie koniec. Szybciej, mocniej to zasada "Heroes Ascending", który przypomina Pieta z czasów Savage Circus. No świetna robota, co słychać znów w sferze instrumentalnej. Nie ma pójścia na łatwiznę i w każdym utworze mamy coś innego, inny rodzaj power metalowego zniszczenia. Refren brzmi jakby powstał w czasach "Unification". Był "Heavy metal never Dies" to teraz czas na "Never stop believing", który znów zabiera nas do heavy metalu z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i ukazuje zabawę Pieta sprawdzonymi patentami. Brzmi to perfekcyjnie. Niezwykle lekki i przyjemny kawałek, w którym można doszukać się elementów hard rocka. Na "Condition Red" pojawił się 7 minutowy utwór i teraz po tylu latach znów na płycie mamy 7 minutowy utwór. "Untill we meet again" to kompozycja złożona, ale nie pozbawiona klimatu, podniosłości i pomysłu. Wyszedł z tego niezwykle dojrzały utwór, który pokazuje epickie oblicze tej formacji.Całość zamyka kolejny killer, tym razem jest to "Legends of Glory". Znów Piet postawił na ostry, rasowy riff, który ma imponować agresją i zadziornością. Tak też jest. Bije z tego kawałka moc.
Mieć na koncie 10 albumów, być na rynku od 1996r, mając za sobą wiele innych różnych produkcji, projektów muzycznych i wciąż tworzyć tak znakomite płyty jak "Kill or get killed" to trzeba być Pietem Sielckiem. Mimo upływu lat wciąż ma wiele do powiedzenia w power metalu. Nie patrzy na modę i rynek muzyczny robi po prostu swoje. Nagrywa materiał w swoim stylu i raz jest lepiej raz gorzej. Tym razem dostaliśmy płytę z górnej półki. Ci którzy czekali na album na miarę "Condition Red" czy "Batterring Ram" mogą odetchnąć z ulgą, bowiem Piet spełnił swoją misję i nagrał jeden z swoich najlepszych albumów. Z albumu bije moc, jest dużo power metalu i sporo przebojów, które na stałe wbiją się do setlisty koncertowej. Nie mam dość Iron Savior i już chcę kolejny album na takim poziomie. Zgłaszam mojego kandydata do płyty 2019.
Ocena: 10/10
Iron Savior na dobre powrócił w 2011 r po 4 letniej ciszy. "The landing" pokazał że ta kapela wciąż potrafi zaskoczyć swoich fanów i dostarczyć wysokiej jakości materiał. "The rise of hero" to jeden z ich najlepszych albumów. Zespół na dobre się rozkręcił i często serwował nam albo album studyjny albo jakiejś inne wydawnictwo. Po 2 latach od wydania składanki "Reforged" przyszedł czas na 10 album studyjny zatytułowany "Kill or get Killed". Jest to pierwszy album z nowym perkusistą tj Patrickiem Klose.
Okładka utrzymana w klimacie s-f, jest w roli głównej stworek przypominającego królową z serii "Alien", jest typowe dla Sielcka brzmienie i te charakterystyczne riffy. Nie ma tutaj niczego nowego, wręcz można odnieść wrażenie że band zjada już swój własny ogon, a owy materiał to kalka już znanych z poprzednich płyt utworów. Nawet jeśli, to nie mam nic przeciwko jeśli band gra na takim wysokim poziomie. Zresztą po co coś zmieniać, skoro to się sprawdza? Jest dużo power metalu, jest dużo mocnych riffów i godnych odnotowania przebojów. Może wystarczy napisać od razu, że "Kill or get killed" to klasyczny, stary dobry Iron Savior, który z miejsca zaliczyć do najlepszych w dyskografii niemców? Wtedy każdy na pewno odetchnie z ulgą.
"Titancraft" był troszkę słabszy, ale poza tym to Iron Savior zawsze dostarcza swoim fanom bardzo udane albumy. Materiał to 10 zgranych i mocnych kawałków, które identyfikują styl tej formacji. Tytułowy "Kill or get killed" to power metalowa petarda. Mocny riff atakuje nas od razu. Ile w tym gracji i dopracowania. Tutaj nie ma przypadków i każda linia melodyjna jest idealnie zagrana. Iron Savior zawsze potrafił dostarczyć ciekawych melodii i porywających refrenów. Tutaj to jest i przypominają się czasy kultowego "Condition Red" czy nawet "Unification". Tak klasyczny Iron Savior na jaki czekałem. Iron Savior tak jak Primal Fear lubi czerpać z Judas Priest i to słychać w zadziornym i ostrym "Roaring Thunder". Piet tym kawałkiem pokazuje jak rozwinął się wokalnie i jak jego wokal nabrał przestrzeni i nieco metalowego pazura. Brzmi to znakomicie. Sam riff wyjęty jakby z "Painkiller" Judas Priest. Wszystko świetnie prowadzone i wyszedł kolejny wielki przebój. Refren tutaj jest taki oldscholowy, taki nieco może oklepany, ale sprawdza się idealnie. W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony "Eternal Quest", który znakomicie promował album. Znów znakomity popis wokali Pieta. Bawi się swoim głosem i wychodzi mu to znakomicie. Kawałek jakby wyjęty z pierwszych płyt i czuć inspiracje Gamma Ray i twórczością Kaia Hansena, z którym przecież nagrywał pierwsze płyty Iron Savior. Sielck i Kustner dają czadu w partiach solowych i mamy godne uwagi pojedynki i wbijające w fotel solówki. Stary dobry Iron Savior i już sam początek rzuca na kolana. Ciekawe robi się dalej. "From Dust and Ruble" zaczyna się troszkę jak utwór UDO, do tego gdzieś tam ulatuje słodkość Beast in Black. Jest to bardzo intrygujący kawałek i taki nieco jakby nie w stylu Iron Savior. Kłania się tutaj klasyczny, niemiecki heavy metal z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i wciąga w ten lekki i przyjemny świat. Znów Sielck wykreował przedni refren, który porwie fanów podczas koncertów. Kolejny hit odnotowano. No to po odpoczynku wracamy do mocnego, ostrego power metalu. Mamy świetny, dynamiczny "Sinner or Saint", który imponuje znakomitym gitarowym łojeniem. Sekcja rytmiczna tworzy świetny klimat i taki nieco oldscholoowy wydźwięk. Kawałek nasuwa mi czasy ostrego "Battering Ram". Kolejne zaskoczenie, to marszowy, taki nieco rycerski "Stand up and fight". Iron Savior w takiej wersji jeszcze nie słyszałem, ale brzmi to znakomicie. Refren brzmi znajomo, ale nie jest to świat Iron Savior. Gitary ostrą tną, a refren po prostu zagrzewa do boju. Szczęka opadła, a to jeszcze nie koniec. Szybciej, mocniej to zasada "Heroes Ascending", który przypomina Pieta z czasów Savage Circus. No świetna robota, co słychać znów w sferze instrumentalnej. Nie ma pójścia na łatwiznę i w każdym utworze mamy coś innego, inny rodzaj power metalowego zniszczenia. Refren brzmi jakby powstał w czasach "Unification". Był "Heavy metal never Dies" to teraz czas na "Never stop believing", który znów zabiera nas do heavy metalu z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i ukazuje zabawę Pieta sprawdzonymi patentami. Brzmi to perfekcyjnie. Niezwykle lekki i przyjemny kawałek, w którym można doszukać się elementów hard rocka. Na "Condition Red" pojawił się 7 minutowy utwór i teraz po tylu latach znów na płycie mamy 7 minutowy utwór. "Untill we meet again" to kompozycja złożona, ale nie pozbawiona klimatu, podniosłości i pomysłu. Wyszedł z tego niezwykle dojrzały utwór, który pokazuje epickie oblicze tej formacji.Całość zamyka kolejny killer, tym razem jest to "Legends of Glory". Znów Piet postawił na ostry, rasowy riff, który ma imponować agresją i zadziornością. Tak też jest. Bije z tego kawałka moc.
Mieć na koncie 10 albumów, być na rynku od 1996r, mając za sobą wiele innych różnych produkcji, projektów muzycznych i wciąż tworzyć tak znakomite płyty jak "Kill or get killed" to trzeba być Pietem Sielckiem. Mimo upływu lat wciąż ma wiele do powiedzenia w power metalu. Nie patrzy na modę i rynek muzyczny robi po prostu swoje. Nagrywa materiał w swoim stylu i raz jest lepiej raz gorzej. Tym razem dostaliśmy płytę z górnej półki. Ci którzy czekali na album na miarę "Condition Red" czy "Batterring Ram" mogą odetchnąć z ulgą, bowiem Piet spełnił swoją misję i nagrał jeden z swoich najlepszych albumów. Z albumu bije moc, jest dużo power metalu i sporo przebojów, które na stałe wbiją się do setlisty koncertowej. Nie mam dość Iron Savior i już chcę kolejny album na takim poziomie. Zgłaszam mojego kandydata do płyty 2019.
Ocena: 10/10
SPIRITS OF FIRE - Spirits of Fire (2019)
Rok 2019 Tim Ripper Owens może zaliczyć do bardzo zapracowanych, no bo w końcu ukazują się 3 płyty z jego udziałem. The Three Tremors, A new Revenge no i Spirits of Fire. Pierwszy zawiódł, pomimo że Tima wspierało dwóch innych, również uzdolnionych wokalistów. Druga płyta czeka na swoją premierę, a Spirits of Fire, który zapowiadał się dobrze też nie robi furory. Coś Tim Ripper nie może nigdzie zagrzać miejsca na stałe. Cały czas jakieś projekty, gościnne występy i granie coverów. Za dużo rozdrabnia się na dobre, zamiast skupić się na tych najważniejszych zespołach. Lubię jego głos, jego manierę wokalną i technikę. Szanuje go za to co zrobił z Judas Priest, Iced Earth, czy Yngwie Malmsteenem, jednak nie mogę pochwalić go za to zrobił w Spirits of Fire.
Jest dużo pisków, zadziornego śpiewania, ale jakoś brzmi to chaotycznie i bez smaku. Co ciekawe Spirits of Fire to prawdziwa super grupa, na którą składają się muzycy wysokiej klasy. Na gitarze jest Chris Caffery (ex Savatage),na perkusji Mark Zoner z Warlord, a na basie Steve Digiorgio z Testament. Wielkie nazwiska i znakomite kapele za sobą i jak może to nie wypalić? No niestety album pokazuje, że może.
Każdy najwidoczniej chciał dać popis swoich umiejętności, przez co płyta traci na atrakcyjności. Stylistycznie chcieli nawiązać do klasycznych kapel z gatunku heavy metalu. Gdzieś tam jest Judas Priest, Dio czy Metal Church, ale brzmi to nijako. Ciężko przebrnąć przez tą papkę różnych dźwięków. "Temple of the Souls" to pierwszy przykład z brzegu, gdzie ten chaos jest słyszalny od samego początku. Jasnym punktem jest energiczny otwieracz "Light Speed Marching", gdzie słychać echa Judas Priest. Ten utwór zrobił mi smaka na całość. Ostry riff i duży pokład ciężaru wyróżnia "All comes Together", a w "Spirits of Fire" Chris daje mały popis swoich nieprzeciętnych umiejętności. Dobrze wypada "Stand and fight", który również prezentuje agresywny styl grupy, szkoda że nieco przekombinowany i bez polotu. Mroczny klimat i motywy rodem z Black Sabbath to atuty "The path".
Tak powybierać niektóre pomysły, niektóre pozmieniać i niektóre rozwinąć i coś by z tego było. Tim Ripper stara się na siłę być agresywnym, stara się pokazać z jak najlepszej strony, ale nie idzie mu to za dobrze. Znane gwiazdy tym razem przeszkadzają sobie nawzajem, zamiast stworzyć coś ponad czasowego. Zmarnowany potencjał i kolejne tegoroczne rozczarowanie.
Ocena: 5/10
Jest dużo pisków, zadziornego śpiewania, ale jakoś brzmi to chaotycznie i bez smaku. Co ciekawe Spirits of Fire to prawdziwa super grupa, na którą składają się muzycy wysokiej klasy. Na gitarze jest Chris Caffery (ex Savatage),na perkusji Mark Zoner z Warlord, a na basie Steve Digiorgio z Testament. Wielkie nazwiska i znakomite kapele za sobą i jak może to nie wypalić? No niestety album pokazuje, że może.
Każdy najwidoczniej chciał dać popis swoich umiejętności, przez co płyta traci na atrakcyjności. Stylistycznie chcieli nawiązać do klasycznych kapel z gatunku heavy metalu. Gdzieś tam jest Judas Priest, Dio czy Metal Church, ale brzmi to nijako. Ciężko przebrnąć przez tą papkę różnych dźwięków. "Temple of the Souls" to pierwszy przykład z brzegu, gdzie ten chaos jest słyszalny od samego początku. Jasnym punktem jest energiczny otwieracz "Light Speed Marching", gdzie słychać echa Judas Priest. Ten utwór zrobił mi smaka na całość. Ostry riff i duży pokład ciężaru wyróżnia "All comes Together", a w "Spirits of Fire" Chris daje mały popis swoich nieprzeciętnych umiejętności. Dobrze wypada "Stand and fight", który również prezentuje agresywny styl grupy, szkoda że nieco przekombinowany i bez polotu. Mroczny klimat i motywy rodem z Black Sabbath to atuty "The path".
Tak powybierać niektóre pomysły, niektóre pozmieniać i niektóre rozwinąć i coś by z tego było. Tim Ripper stara się na siłę być agresywnym, stara się pokazać z jak najlepszej strony, ale nie idzie mu to za dobrze. Znane gwiazdy tym razem przeszkadzają sobie nawzajem, zamiast stworzyć coś ponad czasowego. Zmarnowany potencjał i kolejne tegoroczne rozczarowanie.
Ocena: 5/10
LAST IN LINE - II (2019)
Kiedy w 2016 r ukazał się debiutancki krążek formacji Last in Line to świat zamarł i był to wydarzenie muzyczne. W zasadzie wtedy po raz kolejny można był usłyszeć niemalże stary skład Dio z okresu "Last in Line" z wyjątkiem oczywiście samego Dio. Tak nazwiska i otoczka wokół tego wydarzenia była ogromna i w efekcie z dużej chmury był niewielki deszcz. "Heavy Crown" to udany album, może nawet robić wrażenie, ale to już nie to co było za czasów Dio. Plus dla kapeli, że nie poprzestała tylko na graniu utworów Dio na żywo. Postanowili wyjść z własnym materiałem i trzeba było zmierzyć się z krytyką. Teraz po3 latach band powraca z drugim albumem zatytułowanym "II". Z zespołu odszedł klawiszowiec Claude Schnell, a Jimmy Bain niestety odszedł do świata zmarłych. Czy to zwiastun słabego albumu?
Bez wątpienia drugi album Last In Line ma więcej do czynienia z hard rockiem, rockiem niż z metalem, a już na pewno najmniej z muzyką Dio. Zawodzi tutaj w zasadzie wszystko. Okładka jest prosta i po prostu brzydka. Brzmienie jakieś takie spłaszczone i nie robi większego wrażenia. Vivian nie zaskakuje swoimi riffami czy solówkami. Poszedł na łatwiznę i gra partie bez werwy, bez pomysłu i bez wiary że to ma sens. Gwiazdą tego zespołu jest nie kto inny jak właśnie wokalista Andrew Freeman, który wypada tutaj bez zarzutów. Jest pazur i nawet słychać echa Ronniego w jego głosie, co jest spory plusem. A jak wygląda sam materiał?
"Black out of the sun" to jeden z kawałków, który promował album. To również jeden z najciekawszych kawałków na płycie, pomimo że nie rzuca na kolana. Podoba mi się tutaj mroczny klimat i riff rodem z Black Sabbath. Drugim utworem, który był znany wcześniej to "Landslide" i tutaj słychać zapędy zespołu do hard rocka. Czyżby chęć zagrania coś w stylu Def Leppard? Band ogrania nie moc w nijakim "Gods And Tyrants" który przez dłuższy czas strasznie się ciągnie. Na uwagę zasługuje w tym kawałku całkiem udane solo. Energia jest może i w "The year of the gun", ale nie brzmi to dobrze. Jest chaos i jakiś taki nieład. Pop/ rock mamy w komercyjnym "The unknown". Obudzić można się na sympatycznym "Sword from the stone", który ma coś z starego Rainbow, czy Deep purple. Znakomicie dopasowany główny motyw. Dużo tych utworów bo aż 13, jednak ciężko tutaj o jakiś jeszcze ciekawy zryw i utwór, który warto wspomnieć.
Rozczarowanie? To bardzo delikatne słowo, w przypadku tego bandu. No jest potencjał, są doświadczeni muzycy, jednak dominuje tutaj brak pomysłu i jakiegoś takiego charakterystycznego stylu. Taka nazwa i takie dziedzictwo zobowiązuje do muzyki na wysokim poziomie i najlepiej w stylu, z którego panowie dali się poznać na płytach DIO. Nazwa i nazwiska tym razem potrafią zwieść słuchacza i skraść cenny czas.
Ocena: 4/10
Bez wątpienia drugi album Last In Line ma więcej do czynienia z hard rockiem, rockiem niż z metalem, a już na pewno najmniej z muzyką Dio. Zawodzi tutaj w zasadzie wszystko. Okładka jest prosta i po prostu brzydka. Brzmienie jakieś takie spłaszczone i nie robi większego wrażenia. Vivian nie zaskakuje swoimi riffami czy solówkami. Poszedł na łatwiznę i gra partie bez werwy, bez pomysłu i bez wiary że to ma sens. Gwiazdą tego zespołu jest nie kto inny jak właśnie wokalista Andrew Freeman, który wypada tutaj bez zarzutów. Jest pazur i nawet słychać echa Ronniego w jego głosie, co jest spory plusem. A jak wygląda sam materiał?
"Black out of the sun" to jeden z kawałków, który promował album. To również jeden z najciekawszych kawałków na płycie, pomimo że nie rzuca na kolana. Podoba mi się tutaj mroczny klimat i riff rodem z Black Sabbath. Drugim utworem, który był znany wcześniej to "Landslide" i tutaj słychać zapędy zespołu do hard rocka. Czyżby chęć zagrania coś w stylu Def Leppard? Band ogrania nie moc w nijakim "Gods And Tyrants" który przez dłuższy czas strasznie się ciągnie. Na uwagę zasługuje w tym kawałku całkiem udane solo. Energia jest może i w "The year of the gun", ale nie brzmi to dobrze. Jest chaos i jakiś taki nieład. Pop/ rock mamy w komercyjnym "The unknown". Obudzić można się na sympatycznym "Sword from the stone", który ma coś z starego Rainbow, czy Deep purple. Znakomicie dopasowany główny motyw. Dużo tych utworów bo aż 13, jednak ciężko tutaj o jakiś jeszcze ciekawy zryw i utwór, który warto wspomnieć.
Rozczarowanie? To bardzo delikatne słowo, w przypadku tego bandu. No jest potencjał, są doświadczeni muzycy, jednak dominuje tutaj brak pomysłu i jakiegoś takiego charakterystycznego stylu. Taka nazwa i takie dziedzictwo zobowiązuje do muzyki na wysokim poziomie i najlepiej w stylu, z którego panowie dali się poznać na płytach DIO. Nazwa i nazwiska tym razem potrafią zwieść słuchacza i skraść cenny czas.
Ocena: 4/10
GYPSY - Gypsy (2019)
Nie dajcie się zwieźć frontowej okładce tej płyty. To nie jest wydawnictwo z kręgu Heavy metalu czy NWOBHM, które zostało zarejestrowane w latach 80. Ta płyta to debiut Australijskiej formacji o nazwie Gypsy, która działa od 2015r. Band tworzy 3 muzyków, ale za to jakich uzdolnionych muzyków, którzy wiedzą czego chcą od życia. Debiutancki krążek "Gypsy" to płyta naszpikowana klasycznymi patentami, punkowym pazurem, drapieżnością i prostymi pomysłami. To płyta nagrana tak po prostu od serca przez fanów lat 80 dla fanów starego Iron Maiden, Angel Witch czy Saxon. Całe brzemię zespołu spoczywa na barkach gitarzysty i wokalisty Tommy Adamsa. Wokalnie jest w nim charyzma i nie okiełznanie. Taka surowość i nieoszlifowanie znakomicie współgra z stylem zespołu i z tym co słychać na "Gypsy". Nie tylko okładka, ale też i brzmienie została tak skręcone by lata 80 były jeszcze bliżej nas. Całość prezentuje się bardzo apetycznie i to od pierwszych dźwięków.
Weźmy taki "Warchild", który otwiera album. To znakomita mieszanka klasycznego heavy metalu i speed metalu. Można doszukać się nawet nawiązań do NWOBHM co jest sporym atutem. Jest energia, fajny i prosty motyw gitarowy i taka prawdziwa jazda bez trzymanki. Oldschoolowy "In the City" brzmi jakby band wzorował się na pierwszym albumie Iron Maiden.Nie brakuje też starego rasowego rocka co mamy w klimatycznym "Rain". Dużo energii i niezłego kopa niesie ze sobą "Treu Lies" czy "Leaving Home". Band potrafi też wlać w to wszystko troszkę hard rocka i to sprawdza się w stonowanym "Metropolis". Całość dopełnia 11 minutowy kolos w postaci "Winter", który o dziwo nie nudzi i nie został nagrany tylko dla statystyki. Wartościowy kawałek, w którym band przemyca sporo ciekawych motywów.
Nie, to nie jest płyta idealna, która zaburzy wasz światopogląd na temat klasycznego heavy metalu jaki znamy z lat 80. "Gypsy" to płyta solidna, wtórna i miła dla ucha. Zagrana przez miłośników lat 80 dla innych fanów tego okresu metalu. W efekcie mamy dobrze skrojony materiał, który może się podobać. Czekam na dalsze losy tej grupy, bo potencjał jest.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 18 lutego 2019
HERMAN FRANK - Fight the Fear (2019)
Kiedy w 2014r Herman Frank odszedł z Accept to było pewne że skupi się przede wszystkim na swoim solowym projekcie. Efektem tego był udany "The Devil Rides Out", który pokazał że Herman Frank wciąż jest na fali i potrafi tworzyć wysokiej klasy heavy metal. Teraz po 3 latach powraca z nowym dziełem zatytułowanym "Fight The Fear". To już 4 album pod szyldem Herman Frank i znany niemiecki gitarzysta trzyma wysoki poziom i wciąż kontynuuje to co prezentował na poprzednich albumach. Stara dobra niemiecka szkoła heavy metalu. Znakomitym dopełnieniem Hermana jest idealnie dysponowany Rick Altzi. Co ciekawe Rick Altzi nigdy indzie nie brzmi tak dobrze jak na solowych płytach Hermana Franka. Ta charyzma, ta chrypa i pazur pasuje znakomicie do ostrych i topornych riffów. Zgrany duet, który po prostu nie zawodzi. "Fight the fear" to niezwykle udany album, który wyróżnia się dopieszczoną, mocną produkcją. Ta płyta to przede wszystkim kopalnia ostrych riffów i wysokiej klasy przebojów. No nie sposób się nudzić z tą płytą. "Untill the end" to przede wszystkim ostry i rozpędzony otwieracz. To też utwór, który ukrywa patenty Acccept i pomysłową solówkę. Herman Frank w najlepszym wydaniu. Jeszcze więcej energii i pazura ma w sobie "Fear", który imponuje polotem i pomysłowością. "Terror" brzmi jak brat "Teutonic Terror", co słychać w początkowej fazie utworu. Marszowy i niezwykle ciężki utwór, który warto znać. Heavy/power metal mamy w dynamicznym "Sinners", który przypomina debiut Panzer z Hermanem na pokładzie. Mamy też mroczny i niezwykle ciężki "Hatred", który jest wizytówką niemieckiego heavy metalu. Dobrze wypada też żwawy i nieco hard rockowy "Hitman" czy elektryzujący "Rock You" w którym Herman znów stawia na ciężar. Kolejny hit na płycie to bez wątpienia "Are you ready", a całość dopełnia lekki, klimatyczny "Lost in heaven". Podsumowanie może być tylko jedno. Znów znakomity krążek na koncie Hermana Franka i nie można jej pominąć bo to wartościowy krążek.
Ocena: 8.5/10
Ocena: 8.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























