power metal warrior
środa, 2 kwietnia 2025
ASCALON - The Black Library (2025)
Mam słabość do pięknych okładek heavy metalowych, zwłaszcza do takich gdzie panuje klimat grozy, tajemniczości, mrocznego fantasy czy s-f. W latach 80 było od groma takich okładek. Dzisiaj liczy się bardziej estetyka i dbałość o detale. Zdarzają się jednak piękne, rysowane okładki, które są wzorowane na tych z lat 80. Taki zdarzają się perełki i taką na pewno jest okładka "The Black Library", czyli debiutanckiego albumu brytyjskiej kapeli o nazwie Ascalon. Band swoje pierwsze kroki stawiał w 2012 r i od razu obrali sobie za cel granie klasycznego heavy metalu, który czerpie przede wszystkim z brytyjskiej sceny metalowej. Band czerpie inspiracje z Amulet, iron maiden, Twisted Tower Dire czy Seven Sisters. Okładka imponuje i na długo zostaje w pamięci. Przypomina mi się pewna okładka Crossfire z czasów Masouleum Records. Ascalon ma jedną z najlepszych okładek heavy metalowych ostatnich lat, a jak muzyka?
Można by napisać krótko, że petarda i znakomity debiut prosto Brytanii, ale panowie zasługuje na coś więcej. Trzeba pochwalić band, bo odwalił kawał dobrej roboty. Panowie przygotowali się i pokazują na debiucie, że drzemie w nich potencjał, że nie są leszczami bez wizji i pomysłowości. Liderem grupy jest wokalista i i gitarzysta Matt Gerrard, który jest motorem napędowym zespołu. Co za drapieżny głos, co za pasja i charyzma. To się nazywa rasowy, heavy metalowy głos. Nadaje całości klimatu lat 80 i agresji. Razem z Craigiem Devlinem tworzą niszczący duet gitarowy. Jest urozmaicenie, jest dynamika, melodyjność i pomysłowość. Panowie starają się nas porwać, zaskoczyć i oddać hołd kapelom z lat 80. Taki heavy metal to ja uwielbiam i nie trzeba zbytnio przekonywać do jakości. Wystarczy odpalić album i przekonać się na własnej skórze, że ta piękna okładka to nie jedyny atutu Ascalon.
Można ponarzekać, że materiał bo trwa tylko 35 minut. Fakt, można by wydłużyć ten czas i dać nam więcej tego brytyjskiego heavy metalu. Szkoda. Gotowi na przygodę? No to ruszamy. Zaczyna się klasycznie i bardzo w stylu lat 80. Nastrojowe intro w postaci "Prospero Burns". To wejście gitar, ta melodia i klimat lat 80. Co za cios! Przechodzimy do konkretów. Mocne wejście głosu Matta i ruszamy wraz z "Thousand Sons" i jest rycerski klimat, jest nutka iron maiden i NWOBHM. Definicja heavy metalu i za to kocham tą muzykę. Ten riff, ta przebojowość, ten głos. Wszystko brzmi idealnie i nic bym tu nie zmienił. Zaczyna się uzależnienie i chce się jeszcze więcej muzyki Ascalon. Czas wbić drugi bieg i nieco przyspieszyć. Wkracza rozpędzony "The Black Library" i pełno tu elementów Iron maiden, ale nie tylko. Nowa jakość brytyjskiego heavy metalu i znów band błyszczy i pokazuje swój potencjał. Nie odkrywają niczego nowego to fakt, ale umiejętnie odkurzają stare patenty, a przy tym sa bardzo autentyczni. Przychodzi "Event Horizon" i ten mroczny klimat robi robotę. Band zwalnia i stawia na ciężar. Zabawa jest przednia, a to dopiero połowa płyty. Kolejny killer to energiczny i niezwykle przebojowy "No worlds Left To Conquer" i brzmi troche jak iron maiden na sterydach. Tajemniczy klimat daje osobie znać w "All Empires Fall" i znów znakomity hołd dla lat 80 i klasyki NWOBHM. Jak to świetnie brzmi i do tego ten łatwo wpadający w ucho refren. Czysta magia. Troszkę heavy/speed metalowej motoryki dostajemy w rozpędzonym "Staff of Stars". Riff i praca gitar to czysta perfekcja. Nie zwalniamy tempa i idziemy za ciosem. Szybki i bezlitosny "Eye of horus" nie bierze jeńców i znów pełno patentów iron maiden i tego z najlepszych lat. Prawdziwa petarda ! Wszystko co przyjemne szybko się kończy to prawda. Finał to epicki i pełen smaczków "Edge of the rainbow". To wejście gitar, ta melodyjność to czysta klasa sama w sobie. Refren sieje zniszczenie i band rozwala system.
Debiut idealny i nie mam do czego się przyczepić. Ten album ma wszystko. Zadziorne brzmienie, które jest wzorowane na latach 80. Przepiękną i mroczną okładkę, który budzi grozę i zapada w pamięci. Matt swoim głosem sieje zniszczenie i pokazuje, że ma charyzmę i miłość do heavy metalu. Pasja, ciężka praca, pot i hołd dla lat 80 dał w efekcie "The Black Library", czyli zaginiony klasyk lat 80. 9 niesamowitych kompozycji, 9 killerów, 9 świetnych kompozycji, które ukazuje oblicze zespołu i jego potęgę. Ascalon od razu wbija się na salonu, od razu pcha się do grona najlepszych zespołów. Wejście smoka z prawdziwego zdarzenia, a ja nie mogę się doczekać kolejnych płyt tej kapeli. Debiut roku 2025 i zobaczymy czy ktoś powtórzy ten wyczyn. Brawo Ascalon!
Ocena: 10/10
wtorek, 1 kwietnia 2025
SAVAGE MASTER - Dark & Dangerous (2025)
Pochodzący z południowej Kanady Savage Master już na dobre zagrzał miejsce na scenie heavy metalowej. Czy to nam się podoba czy nie, to mają szerokie grono fanów i zdobyli renomę. Działają od 2013r i już mają na swoim 5 albumów, a najnowszy to "Dark & Dangerous ", który ukazał się 28 marca za sprawą Shadow Kingdom Records. Obyło się bez niespodzianek. Band dalej gra swoje, dalej trzyma wysoki poziom i dalej trzyma się tej samej stylistyki. Cieszy fakt, że skład jest ten sam i band kontynuuje to co prezentował na poprzednich płytach. Ciężko sobie wyobrazić ten zespół w innych klimatach niż muzyce w stylu Cirith Ungol,Warlock, czy Chastain.
Okładka jest jak dla paskudna i tandetna. Nie lubię tego typu szat graficznych. Niezmiennie w zespole motorem napędowym jest głos Stacey Savage. Jej charyzma, drapieżność i budowanie mrocznego klimatu jest sporą atrakcją. To jej głos jest znakiem rozpoznawczym Savage Master i ciężko sobie wyobrazić ten band bez niej. Bardzo ciekawie układa się współpraca gitarzystów Myers/Fried. Jest klasycznie, oldscholowo, mrocznie i zarazem przebojowo. Nie sposób nudzić się przy dźwiękach wygrywanych przez ten duet.
Zawartość to 11 utworów dających 38 minut muzyki. Jest klimatyczne intro, potem przebojowy "Warriors Call", który jest jak dla mnie jednym z najlepszych kawałków w historii grupy. Taki prosty, w stylu lat 80 i z niezwykłą przebojowością. Echa Judas Priest czy Saxon mamy w przebojowym "Black rider", który zachwyca mocnym riffem i łatwo wpadającym w ucho refrenem. Jest moc! "The edge of Evil" taki nastrojowy i oddający klimat okultyzmu. Jest też rozpędzony "Devils Child", który czerpie garściami z Warlock czy Judas Priest. Jest pazur, przebojowość i heavy metalowa drapieżność. Jeden z najlepszych hitów na płycie, a Savage Master pokazuje tutaj klasę. Dalej mamy zadziorny i łatwo wpadający w ucho "Screams From the Cellar" i te elementy hard rockowe, które dodają uroku całości. Coś z wczesnego iron maiden można wyłapać w dynamicznym i melodyjnym "Never ending Fire". Nie ma się do czego przyczepić, bo band dostarcza rozrywkę na najwyższym poziomie. Najostrzejszy na płycie jest bez wątpienia agresywny i rozpędzony "When twilight meets the dawn". Bije z tego kawałka niezwykła energia i klimat lat 80. Prawdziwy killer! Na koniec mamy 6 minutowy "Cold Hearted Death" i kawałek robi mega wrażenie. Jest nastrojowo, rockowo, momentami nawet ocieramy się o balladę. Kawałek przemyca piękne solówki i aranżacje. Można zakochać się od pierwszych dźwięków.
"Dark & Dangerous" to dobry tytuł płyty, który w pełni oddaje jej charakter. Klimat jest mroczny, posępny, który idealnie współgra z tematyką okultyzmu. Riffy są naprawdę niebezpieczne i potrafią skopać tyłek. Zabawa jest przednia i jak dla mnie to jeden z najlepszych albumów Savage Master. Oby więcej takich płyt. Nie przeszkadza mi kicz, ani też specyficzny wokal Stacey.To kolejna ważna płyta dla mnie, jeśli chodzi o rok 2025.
Ocena: 9/10
poniedziałek, 31 marca 2025
ON MY COMMAND - Conquer (2025)
Minęły 4 lata od czasu wydania "Prey" i choć lata lecą, to australijski On My Command jest dalej wierny swojemu stylowi i dalej trzyma się stylistyki heavy/thrash metalu. Band dalej napędza Sean Mackay, który odpowiada za partie gitarowe, wokal i bas. Robi dalej swoje i nie patrzy się na ich. Stawia na drapieżność, oldscholowy feeling, a w tym wszystkim wspiera go perkusista James Knoerl. "Conquer" miał premierę 28 marca i to w dalszym ciągu muzyka przesiąknięta Running Wild, Metaliką, czy Judas Priest.
Uwielbiam okładki Andreasa Marschall, który zawsze stworzy miłą dla oka okładkę. Tak samo jest i tym razem. Od razu widać kto jest autorem. Samo brzmienie też solidne i pasujące do zawartości. W dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że On My Command ma potencjał, ale nie zostaje w pełni wykorzystany. Brakuje pomysłu na hity, na killery. Dostajemy tak naprawdę kawał porządnego rzemiosła, ale nic ponadto. Brakuje elementu zaskoczenia i tego błysku geniuszu. Dobrze się tego słucha, ale w takiej stylizacji zdarzają się o wiele ciekawsze rzeczy. Mackay dwoi się i troi, by materiał był ciekawy i porywający. Nie zawsze udaje się w pełni wykonać owe zadanie.
Dobrze zaczyna się "Conquer" bo od topornego, mrocznego i takiego przesiąknięty latami 80 czy 90 "The Thunder King". Jest pazur, energia i świetne rozegrane solówki. Dalej mamy nieco stonowany i heavy metalowy "Burning Desire" i to dobry utwór, ale nie wzbudza większych emocji. Echa Manowar czy też Running wild można wyłapać w "By this Sign" i to całkiem udany utwór. Jak dla mnie On my comman powinien pójść w bardziej energiczne granie, jak to zaprezentowane w "Shoulders of Giants". W końcu jakiś pomysłowy riff, odpowiednia dynamika i przebojowy charakter. Rasowy killer i szkoda, że mało tutaj tego typu kawałków. Najdłuższy na płycie jest "You are Beaten" i tutaj dostajemy bardziej thrash metalową stylistykę. Band pokazuje się z bardziej agresywnej strony. Ciary mam również przy melodyjnym "Phantasm" i ten rycerski charakter daje o sobie znać. Przykład, że w tej formacji drzemie potencjał. Potrafią się zerwać i stworzyć coś godnego uwagi. Podobne emocje wywołuje energiczny "The Final Battle". Riff mocny, agresywny, a całość bardzo melodyjna i pomysłowa. On my Command w najlepszym wydaniu!
Nie jest to może najlepsza płyta roku 2025, ale to kawał naprawdę solidnego grania z kilkoma ciekawymi przebłyskami. taki "phanttasm" czy "The final battle" potrafią wywrzeć wrażenie. Heavy/thrash metal pełną gębą i tego nie da się ukryć. On my command dalej gra swoje i robi to naprawdę dobrze. Nie zawodzą i znów dostarczają wartościowy album.
Ocena: 7.5/10
niedziela, 30 marca 2025
LADY BEAST - The Inner Alchemist (2025)
Koniec czekania. Jest już nowy album amerykańskiej formacji Lady Beast. To już piąty album w dorobku, która działa od 2009r. Jak wiadomo Lady beast to nie jest najlepsza kapela heavy metalowa, ale odnajdują się w takim klasycznym heavy metalu i graniu na wzór lat 80. Dodatkowym atutem jest kobiecy wokal. Od razu pierwsze skojarzenia to Warlock, wczesny Crystal Viper, czy Satans Hollow, ale Lady beast jest sobą i nikogo nie naśladuje. "The Inner Alchemist" ukazał się 28 marca za sprawą Dying Victims Production. Kto szuka oryginalności i błysku geniuszu, ten może sobie odpuścić muzykę Lady Beast, a każdy kto lubi melodyjny i klasyczny heavy metal, a do tego klimat lat 80 ten może czuć się zaproszony.
Okładka bez wątpienia najlepsza w historii zespołu. Ten styl, ta jakość, no robi to wrażenie. Brzmienie też jest dopracowane i znakomicie współgra z zawartością. Formuła oklepana i takich płyt jak ta jest pełno i faktycznie nie raz na lepszym poziomie. Tutaj Lady Beast robi swoje i gra taki solidny heavy metal, który dobrze się słucha. Czy wywołuje większe emocje? Czy wzbudza pożądanie i chęć częstego obcowania z tą płytą ? No właśnie nie. Raz na jakiś czas nada się do posłuchania, ale nie jest to najlepsze co nagrał ten band i nie jest to też najlepsze co słyszałem w roku 2025. Dobrze się słucha współpracy gitarzystów i zarówno Andy jak i Chris dają czadu i współpraca dobrze się układa. Brakuje może jakiś pomysłowych riffów czy jakiego elementu zaskoczenia. Wokal Deborah Levine też nie jest idealny i zdarzają się momenty, gdzie wokal potrafi trochę męczyć. Jednak do wszystkiego idzie przywyknąć.
Płyta zawiera 38 minut muzyki upchanej w 9 kawałkach. Na start idzie zadziorny "Oracles Omen" i to taki prosty heavy metal, który oddaje klimat lat 80. To solidne granie, ale nie powala na kolana. Brakuje efektu "wow". Więcej energii i życia mamy w rozpędzonym "through the eyes of war". W końcu jest mocne uderzenie, jest pazur i ciekawa praca gitar. Godny uwagi jest tytułowy "The inner alchemist", gdzie jest melodyjnie i przebojowo. Jest w tym trochę duch hard'n heavy. Troszkę progresywności mamy w rozbudowanym "Starborn", ale to tez tylko dobre granie, które nie powala na kolana. Solidne rzemiosło i nic ponadto. Najciekawszy wydaje się rozpędzony "Crones Crossroads", który utrzymany jest w speed metalowej stylistyce. W końcu band pokazuje na co go stać. Echa Iron maiden pojawiają się w "Feed You Fire" czy instrumentalnym "Witch light", który też zaliczam do najciekawszych momentów na płycie. "The wild Hunt" też porywa melodyjnym charakterem i wpływami NWOBHM. Całość wieńczy również zadziorny i energiczny "Off with their heads". Pełno tu sprawdzonych patentów i nie ma w tym nic odkrywczego, ale radość z odsłuchu jest.
5 lat czekania to długo, a w zamian dostajemy tylko solidny album. Troszkę szkoda, bo był potencjał na coś więcej. Najlepsze w tym wszystkim to jednak jest okładka, która na długo zostaje w pamięci. Materiał dobry i tylko dobry. Mogło być znacznie ciekawiej. Album trochę bez emocji, bez efektu wow. Solidny heavy metal i nic ponadto. Szkoda.
Ocena: 6.5/10
sobota, 29 marca 2025
MOONLIGHT HAZE - Beyond (2025)
Avantasia promuje swój nowy album "Here Be Dragons" i trasa koncertowa robi wrażenia. Ciekawa setlista i ciekawi goście. "Farewell" śpiewa utalentowana, rudowłosa wokalistka, która często ostatnio pojawia się na koncertach Avantasia. Pewnie mało kto wie, że Chiara Tricarico ma swój własny zespół Moonlight Haze, który jest na scenie od 2018r. Kto lubi nightwish z czasów Anetty czy Frozen crown ten pokocha to co wyprawia ten band. Właśnie 23 marca wydali swój 4 album studyjny zatytułowany "Beyond"po 3 letniej przerwie. Płytę wydała wytwórnia Scarlet Records, ale to nie jest ważne. Ważne, że to ich najlepszy album jak dla mnie.
Wszystko zostało dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Mamy klimatyczną okładkę, mamy pierwszorzędne brzmienie i sami muzycy, którzy przeżywają skok rozwojowy. Klawiszowiec Gulio Capone tworzy podniosły klimat i dba o symfoniczne ozdobniki. Falanga i Melinato starają się by całość była przebojowa i zadziorna. Ma być podniośle i melodyjnie. Wszystko oczywiście utrzymane w kategorii symfonicznego power metalu. Przypominają się stare dobre klasyki i wiele znanych marek, ale Moonlight Haze daje tutaj czadu i pisze własną historię. Płyta kipi energią, a każdy utwór to potencjalny hicior.
Pomijam intro "Beyond", który nie wiele prezentuje, ale "Tame the Storm" to już inna bajka. Brzmi jak odrodzenie symfonicznego power metalu i ukłon w stronę lat 90, kiedy rodziły się wielkie gwiazdy, Jest energia, pomysł i do tego liderka - Chiara to kobieta ogień. Jej głos buduje podniosły klimat, nawet momentami operowy, ale potrafi też śpiewać z pazurem. Mając taką wokalistkę to można tworzyć rzeczy niemożliwe. "Crystallized" i to prawdziwy ładunek melodyjnego grania i sam motyw przewodni potrafi skraść serce. Utwór może nieco bardziej komercyjny, taki można rzec radiowy, ale wpada w ucho i na długo zostaje w pamięci. Hit goni hit i "Chase The Light" to strzał w dziesiątkę. Tutaj wszystko błyszczy. Od znakomitego riffu, przez refren i wciągające solówki. To taki hit w stylu Nightwish czy vision of Atlantis. Mocna rzecz! Jeszcze agresywniej, bardziej drapieżnie jest w "Would You dare" i na pewno dominuje power metalowa stylistyka. Jest energicznie, z pomysłem i w przebojowym charakterze. Moonlight Haze to maszynka do robienia hitów. Chiara daje popis wokalny w rozpędzonym "D.N.A" i to znowu świetny hit. Chwytliwy riff i mega przebojowy refren tworzą wybuchowy miks. Murowany hit na koncertach. Coś w klimatach Epica mamy w "Awekening" i to kolejna mocna rzecz na płycie. Moonlight haze sieje zniszczenie. Bonusowy " A brand new sky" to też kwintesencja symfonicznego power metalu. Cudo!
Szok, normalnie szok. Co tu się zadziało? Band, który był bardzo dobry wbij się na wyżyny swoich możliwości i zmajstrował świetny album w klimatach symfonicznego power metalu. "Beyond" przywraca wiarę w ten gatunek. Ostatnie takie wrażenie wywarł na mnie "Pirates" Vision of Atlatnis. Dobrze, że powstają takie płyty jak ta i przypominają stare dobre czasy Within Temptation czy nightwish. Gorąco polecam!
Ocena: 9/10
SEVEN SISTERS - Shadow of the fallen star Pt 2 (2025)
Ten dzień musiał w końcu nadejść. Długo wyczekiwana druga część "Shadow Of the fallen Star" brytyjskiego Seven Sisters. Pierwsza odsłona pokazała jaki potencjał drzemie w zespole, potwierdziła ich wielkość i kunszt. To była znakomita podróż w bardziej klimaty s-f i taki miks progresywnego metalu z elementami NWOBHM. Całość była bardzo tajemnicza i pełna świeżych rozwiązań. Seven sistars błyszczał w 2021r i teraz po 4 latach robi dokładnie to samo. Druga część jest znakomitym uzupełnieniem pierwszej i razem stanowią spójną całość. Płyta miała swoją premierę 28 marca za sprawą Dissonance Productions.
Tym razem band postawił na 4 kompozycje na płycie. Ciekawy zabieg, a całość trwa 38 minut. Głos Kyle Mcneill pasuje do takiego grania i potrafi budować napięcie, klimat i owiać całość tajemniczością. Jego głos jest fenomenalny i potrafi przyprawić o dreszcze. Radzi sobie też bardzo dobrze w sferze partii gitarowych i razem z Graeme Farmerem nie trzymają się kurczowo jasno wyznaczonych ram. Potrafią zaskoczyć i porwać swoją pomysłowością. Jest klimat, jest melodyjność, epicki rozmach i pomysłowość. To przedkłada się na naprawdę ciekawy materiał, który wymaga uwagi słuchacza. Nie wszystkie smaczki da się odkryć przy pierwszych odsłuchach. Trzeba czasu i trzeba mieć otwarty umysł. Do tego nieco chłodne i ponure brzmienie, które odnajduje swój obraz w nastrojowej okładce. Uwielbiam takie okładki, z takim mrocznym klimatem. Zadanie domowe zostało odrobione wzorowo.
Co do zawartości to mamy pełen dynamiki, energii "Astral Prophecies", który łączy w sobie patenty power metalu, progresywnego metalu i nwobhm. Panowie znów czarują i przenoszą nas do zupełnie innego świata. Utwór jest bezbłędny i oddaje to co najlepsze w Seven Sisters. Stonowane tempo, epickość i ponury klimat to cechy "Solar Winds". Elementy Iron maiden i to z czasów "seventh son of the seventh son" i jest podobny ładunek emocjonalny i przebojowość. Jest moc! Finał to 20 minutowy kolos w postaci "Andromeda Descending (A Fallen Star Rises".Tu mamy wszystko i to się nazywa wielki finał. Jest epicki rozmach, niesamowity klimat i masa świetnych dźwięków. To prawdziwa podróż w nieznane i można by to grać i grać dalej. Coś pięknego.
Seven Sistars dostarczył drugą część "Shadow of the fallen star pt 2" i jest to równie świetna płyta co pierwsza. Świetny klimat s-f, jest tajemniczo, jest dojrzałość muzyków i urozmaicenie. Niby 4 kompozycje, ale za to jakie. Seven Sisters to już klasa światowa, czy nam się to podoba czy nie.
Ocena: 9/10
piątek, 28 marca 2025
JUDICATOR - Concord (2025)
3 lata czekania na nowy album amerykańskiego Judicator, a tu w między czasie band przeszedł gruntowy remont, jeśli chodzi skład. Ze starego składu został basista John Dolan i lider grupy, czyli wokalista Jonh Yelland. W składzie pojawił się duet gitarzystów tworzonych przez Chada i Daytona Andersona z Disforia, perkusista Mike Lofgreen i klawiszowiec Francisco Perez. Razem zmajstrowali "Concord", czyli 7 album studyjny Judicator, który ukazał się 28 marca .
Judicator to taki typ zespołu, który cały czas trzyma bardzo dobry poziom i nie schodzą poniżej pewnego poziomu. To band, który czerpie garściami z europejskiego power metalu typu Blind Guardian, czy Falconer, jest też sporo amerykańskiego grania choćby spod znaku Demons and Wizards czy Ancient empire. Band potrafi zmiksować power metal, progresywny rock i całość otoczyć epickim klimatem. Mają to coś w sobie, że przyciągają uwagę i potrafią oczarować tym co prezentują wraz z swoją grą. Nowy album mimo nowego składu dostarcza sporo wartościowej muzyki, która fanom gatunku na pewno przypadnie do gustu. Fani Judicator też nie powinni narzekać.
Głos Yellanda jest tutaj znakiem rozpoznawczym i motorem napędowym zespołu. To za jego sprawa całość ma odpowiedni feeling. Dobrze układa się współpraca gitarzystów, którzy dwoją się i troją, żeby porwać słuchacza i dostarczyć nie zapomnianych emocji. Na dzień dobry dostajemy przebojowy i niezwykle melodyjny "Call Us Out of Slumber". Wpływy Blind Guardian są słyszalne i ten power metal kipi energią. Judicator zaczyna z grubej rury. Symfoniczne ozdobniki, podniosłość i epicki rozmach to atuty "Sawtooth". Co za klimat i co za przepiękne refren, który zapada szybko w pamięci. Znalazło się miejsce na ostrzejsze granie w postaci "A mirracle of Life", gdzie nie brakuje wpływów Primal Fear czy Gamma ray. Nieco progresywności wdziera się w złożonym "Imperial" i tutaj momentami słychać wpływy Persuader. Całość wieńczy 8 minutowy "Blood Meridian" i to rasowy killer. Mocne riffy, świetny klimat fantasy, a do tego masa świetnych przejść i zagrywek gitarowych. Nie ma nudy, a band pokazuje swój potencjał i talent. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, który porywa pomysłowością i świeżością.
Judicator znów zaatakował i znów dostarczył świetny album, który porywa klimatem, urozmaiceniem, pomysłowością, detalami. Lata lecą, a oni wciąż zaskakują i zachwycają. "Concord" to płyta dojrzała, przemyślana i wypełniona ciekawymi kompozycjami, które na długo zostają w pamięci. Troszkę zabrakło może przebłysku geniuszu i takiego efektu wow. Całość i tak godna polecenia!
Ocena: 8.5/10
ARCH ENEMY - Blood Dynasty (2025)
Jeff Loomis, czyli jeden z najbardziej uzdolnionych gitarzystów młodego pokolenia nie jest częścią szwedzkiego Arch Enemy. Taki stan jest od 2023r, a jego miejsce zajął Joey Concepcion, który grywał w Dark Tranquility czy Armageddon. Jeff Loomis to gwiazda wielkiego formatu i płyty z nim na pokładzie były na wysokim poziomie. Poprzeczka została zawieszona wysoko. Minęły 3 lata od znakomitego "Deceivers" z 2022r. Teraz przyszedł czas na "Blood Dynasty", który ukazał się 28 marca za sprawą Century Media Records.To kolejny świetny album tej formacji w ich bogatej dyskografii. To kwintesencja stylu Arch enemy i melodyjnego death metalu.
Na pewno cieszy urozmaicenie, zabawą konwencją, chwytliwe melodie, duży ładunek agresji, świetne zagrywki gitarowe, ale też świeżość i dbałość o przebojowy charakter. Arch Enemy podobnie jak na ostatnich albumach stawia na jakość. Na mocne brzmienie, przemyślane riffy i łatwo wpadające w ucho melodie.Amott i Concepcion stworzyli zgrany duet gitarowy, który wzajemnie się uzupełnia i mobilizuje. Panowie dają czadu i tutaj jest klasa sama w sobie. Nie ma miejsca na nudę. Od 2014 r prawdziwą gwiazdą zespołu i jej znakiem rozpoznawczym jest niebiesko włosa Alissa White- Gluz, która ma naprawdę wszechstronny głos. Prawdziwy diament, który zawsze oczaruje swoim blaskiem. Bez niej ten band już nie był taki sam. Band zadbał o znakomitą szatę graficzną i mocne, agresywne brzmienie. To wszystko to efekt ciężkiej pracy.
Materiał może trochę krótki, ale za to treściwy. Mamy 40 minut muzyki, która oddaje to co najlepsze w Arch Enemy. Monumentalne i pełne epickości wejście w "Dream Stealer" wywołuje dreszcze, ale dopiero mocne uderzenie riffów robi swoje. Riff troszkę ociera się o thrash metal i ta brutalność rozrywa na strzępy. Jeden z najlepszych kawałków na płycie! Ponuro i tak nieco topornie zaczyna się "Illuminate the Path" , ale utwór zachwyca taki heavy metalowym pazurem. Jest bardzo melodyjnie i przebojowo. W samym refrenie Allisa śpiewa tak bardziej kobieco i ten zabieg wyszedł naprawdę dobrze. Brutalny też w swojej aranżacji jest "March of The Miscreants", ale ta praca gitarzystów, ten ostry wokal Allise sieją tutaj zniszczenie. To również jeden z najlepszych kawałków na płycie, a refren to już czysta perfekcja. Jak to świetnie brzmi! Arcydzieło! Dalej mamy niezwykle melodyjny i przebojowy "A million suns" i band dalej trzyma wysoki poziom artystyczny. Band przyspiesza w "Don't Look Down" i tutaj nie ma żartów. Mocny riff atakuje, a wszystko otoczone mrocznym klimatem. Alissa znów daje popis swojego głosu i do tego ta praca gitar. Można tonąć w tych dźwiękach i zachwycać się tym światem, który tworzy Arch Enemy, Takich killerów nam trzeba! Piękne wejść gitar mamy w "Blood Dynasty" i brzmi to bardziej heavy metalowo. Utwór sam w sobie bardzo melodyjny na tle całości i taki podniosły. Czuć ten epicki rozmach, a ja to kupuje. Elementy heavy metalowe można wyłapać w drapieżnym "paper Tiger" i to jest kolejny killer na płycie. Do tego te solówki, które na długo zostają w pamięci. Cudo! Jest cover Blaspheme w postaci "Vivre Libre", które wnosi trochę spokoju i łagodnego wymiaru do całości. Można też posłuchać jak Alissa brzmi w nieco łagodniejszej osłonie. No brzmi to świetnie! Dalej mamy nieco komercyjny, nieco taki nowocześnie brzmiący "The Pundulum" i to znów dawka melodyjnego grania na najwyższym poziomie. Na sam koniec Arch Enemy serwuje nam rasowy killer w postaci "Liars And Thieves" i utwór przyprawia o dreszcze. Główny motyw gitarowy kipi energią i agresją, a do tego wszystko jest bardzo melodyjne i przebojowe. Znajdą się tutaj nawet pewne echa power metalu. Wielki finał !
"Blood Dynasty" to mocna pozycja w dyskografii tej szwedzkiej formacji. Od początku do końca słucha mi się nowej płyty Arch Enemy z niezwykłą przyjemnością. To znów dawka świetnych melodii, znakomitego głosu Alise, świetnych zagrywek gitarowych i wszystkiego tego co składa się na melodyjny death metalu, wszystko to co kształtuje ten band. Płyta jest dla mnie bez skazy i przemyślana. To jeden z najlepszych albumów w dorobku grupy i na pewno jedna z tych płyt, które mnie powali na kolana w roku 2025. Mocna rzecz !
Ocena: 10/10
czwartek, 27 marca 2025
DON AIREY - Pushed to The Edge (2025)
Don Airey to żywa legenda i jeden z najlepszych klawiszowców w muzyce rockowej czy heavy metalowej. Grał dla wielu znakomitych zespołów, liczba płyt na których grał Don Airey. Obecnie grywa w Deep Purple, a ostatni album wypadł naprawdę znakomicie. Don realizuje tez swoją własną solową karierę i 28 marca premierę będzie miał "Pushed To The Edge". Obok Dona skład płyty uzupełnia perkusista Jon Fannigan, basista Dave Marks, gitarzysta Simon Mcbride z Deep Purple, a także Carl santance z nazareth i Mitchel Emms w roli wokalistów. Współpraca Dona z Simonem w Deep Purple bardzo mi się spodobało i nie mogłem opuścić kolejnej współpracy tych dwóch panów.
Sama okładka też przykuwa uwagę i zostaje na długo w pamięci. Klimat baśniowy robi swoje. Samo brzmienie bardzo rockowe i takie typowe dla ostatnich płyt Deep Purple. Co cieszy, to fakt, że nie jest to album instrumentalny i że Don jest wiernym temu co prezentował przez lata. Nie me eksperymentowania, a wycieczka w znajome rejony. Znajdziemy tutaj dużo elementów Deep Purple, czy Rainbow. Jest rock, jest melodyjnie i bywa progresywnie. Don mimo swojego wieku wciąż czaruje. Nie brakuje hitów, wciągających solówek i znakomitej współpracy z Simonem. Panowie tworzą zgrany duet.
Jeśli ktoś lubi ostatni album Deep Purple, ten szybko polubi nowy solowy album Dona. Różnica na pewno tkwi w partiach wokalnych, bowiem wokaliści na tej płycie mają więcej energii i drapieżności niż Ian. Do tego ten energiczny otwieracz "Tell Me". Szczęka opadła mi, bo brzmi to świetnie. Przypominają się dokonania Deep Purple czy Rainbow za czasów Ritchiego blackmore'a. Jest klasycznie, a jednocześnie ciężko i drapieżnie. Taki hard rock to ja kocham! Ciarki wywołał u mnie na pewno stonowany "They Keep On Running" i dużo tutaj elementów Rainbow. Era Dio czy Doggiego White'a kłania się. Przewodni motyw ponury, zadziorny i bardzo pomysłowy. Na takie perełki zawsze warto czekać! Cudo ! Kolejny świetny kawałek na płycie to "Moon Rising", gdzie Don zabiera nas w rejony bardziej progresywne. Znów ta znakomita współpraca Simona i Dona. Orientalne dźwięki są miłym dodatkiem w nastrojowym "Rock the Melody" i ten utwór wnosi troszkę świeżości i elementu zaskoczenia. Dalej mamy rockową balladę w postaci "Flame in the water", który przemyca patenty z lat 60 czy 70. Potrafi utulić swoim ciepłem i romantycznym feelingiem. Kolejny drapieżny, rockowy kawałek na płycie to ""Out of Focus", a ja znów ciary dostałem przy stonowanym i mrocznym "Power of Change". Jest podniośle i pomysłowo. Perełka i oby w przyszłości więcej takich. Symfoniczne, operowy smaczki dostajemy w "Godz Of War" i to podniosła, pełna patosu i epickości kompozycja, która wykazuje również cechy progresywne. 7 minut przebłysku geniuszu Dona. "Edge Of Reality" też taki bardziej nastrojowy, ale tez nie brakuje tutaj energii i rockowego kopa.
Płyta skierowana do konkretnej grupy odbiorców. Nie trzeba żadnej reklamy, opisu, recenzji. Wystarczy szyld Don Airey i wszystko jasne. Stara szkoła hard rocka i rocka progresywnego w klimacie Deep Purple i Rainbow. Mi więcej nie trzeba, a Wam? Brać i słuchać !
Ocena: 8.5/10
środa, 26 marca 2025
DEFENDER - Dying to Live (2025)
21 marca za sprawą Metalopolis Records ukazał się "Dying to Live" czyli debiutancki album niemieckiej formacji Defender. Band działa od 2016r i właśnie przyszedł czas na prezentacje siły tej młodej niemieckiej kapeli, która chce nas zabrać w podróż w czasie. Zabrać do czasów "Walls of Jericho' Helloween, pierwszych płyt Blind guardian, ale też Ross The Boss, Stomwarrior czy Hammerking. To znajdziemy tutaj to taki klasyczny i łatwy w odbiorze heavy/speed metal z nutką power metalu. Jest to zagrane z pazurem, pomysłem, hołdem dla wielkich kapel, a wszystko utrzymane w melodyjnym i szybkim tempie. "Dying to Live" to płyta, która trafiła w mój gust.
Uwagę przykuwa na samym wstępie na pewno klimatyczna okładka i osoba Dennisa Bauera, czyli lidera Defender. To właśnie on niczym Kai hansen, Patrick Fuchs czy Lars Ramcke łączy funkcje gitarzysty i wokalisty. Jego wokal jest specyficzny, charyzmatyczny, ale mało techniczny. Dodaje to klimatu i przybliża skojarzenia właśnie z takim wczesnym Helloween, Stormwarrior czy Hammerking. Defender nie tworzy niczego nowego i w zasadzie bazuje na sprawdzonych i ogranych motywach. Robi to bardzo umiejętnie i z pomysłem. Słucha się tego przyjemnie i z dużą radością. Takie granie zawsze jest w cenie. Bauer to lider z prawdziwego zdarzenia i napędza ten band. W sferze gitarowej Dennis jest wspierany przez drugiego gitarzystę tj Christopha Otta. Panowie razem tworzą zgrany duet, który dostarcza ciekawe riffy i chwytliwe melodie.
Tytułowy "Dying To Live" w pełni odzwierciedla styl grupy i w czym się specjalizuje. Jest w tym pasja, pomysł, dbałość o detale i przypominają się klasyki niemieckiej sceny w zakresie heavy/speed/power metalu. Podobne emocje dostarcza energiczny i przebojowy "Survivor". Podobna koncepcja i słychać, że band stawia na proste motywy i nieco wtórny charakter. Pazury band pokazuje w ostrzejszym "time For Freedom", który przypomina właśnie debiut Helloween czy Blind Guardian. Prawdziwa petarda w niemieckim stylu. Praca gitar, rozpędzona sekcja rytmiczna i słychać, że muzycy znają się na swojej robocie. Echa twórczości Kaia Hansena mamy w przebojowym "Carry The World" i mamy tutaj ukłon w stronę lat 80 czy 90. Power metal pełną gębą i do tego ten surowy klimat. Piękne wejście gitar mamy w melodyjnym "Granite Heart" i to kolejny znakomity hit na tej płycie. Zespół ma smykałkę do tworzenia rasowych hitów, które potrafią skraść serce. To jeden z nich! "Running out of bad times" może taki nieco komercyjny, ale ile w tym ikry i przebojowości. Oj w pada w ucho, a to tylko potwierdza talent zespołu. Posłuchajcie co gitarzyści wyprawiają w solówkach. Jest czad i jazda bez trzymanki. Pierwsze minuty "Restless Power" przypominają "Invaders" iron maiden. Utwór potem nabiera mocy i power metalowej motoryki. Stara szkoła niemieckiego speed/power metalu i band czaruje swoimi aranżacjami i pomysłami na kompozycje. Chce się więcej. Finał płyty to "Serenade To Life" i tutaj ukłon bardziej w stronę Iron maiden i może czasów "Piece of mind" czy "Poverslave". Instrumentalny kawałek, ale za to jaki.
Nikt tak nie gra speed/power metalu tak jak niemieckie zespoły. Defender to kolejny żywy tego dowód. Kapela wydała swój pierwszy album i wcale nie brzmi jak debiutant, ale kapela ze stażem i doświadczeniem. Mają wiele do zaoferowania i słychać, że czerpią sporą frajdę z grania takiej muzyki. Jest hołd dla klasyki gatunku, ale jest też świeżość i pomysłowość. Brawo Defender! Takiej żywej muzyki z duszą nam trzeba! Już dla mnie jesteście gwiazdą!
Ocena: 9/10
wtorek, 25 marca 2025
ASKA - Knight Strike (2025)
Długo kazał czekać swoim fanom amerykański Aska na nową porcję muzyki. Ostatni album "Fire Eater" ukazał się w 2013r. To była świetna dawka amerykańskiego heavy metalu z nutką epickości i rycerskim charakterem. Ta muzyka porywała i potrafiła skraść serca nawet najbardziej zatwardziałego rycerza. Co się zmieniło w obozie Aska przez ten czas? W roku 2023 dołączył do zespołu gitarzysta Eric Halpern, który ma za zadanie wspierać George;a Calla. Erica możecie kojarzyć z Helstar czy Leatherwolf. 13 kwietnia ukaże się za sprawą BraveWords Records 7 studyjny album formacji Aska, który nosi tytuł 'Knight Strike" i jest to premiera której nie możecie przegapić.
Perkusista Danny White i wokalista i gitarzysta George Call grali w Cloven Hoof. basista Keith Knight grał w Warrion, a Eric to Helstar. Jak widać gwiazdorska obsada, która kojarzy nam się z heavy/power metal i daje pewną gwarancję jakości. Faktycznie tak jest. Materiał jest przemyślany i dobrze zagrany. Nie mogło być inaczej, zwłaszcza że muzycy doświadczeni, a poprzednie wydawnictwo potrafi pozytywnie zaskoczyć. "Knight Strike" to płyta zadziorna, bardzo heavy metalowa, klasyczna i urozmaicona. Każdy znajdzie coś dla siebie. Band zgotował materiał, który trwa godzinę i najlepsze że album nie nudzi. Dobra robota! Imponuje również soczyste i drapieżne brzmienie. Szata graficzna również na wysokim poziomie. Aska i wszystko jasne.
Na start dostajemy singlowy "1944" i od razu wiadomo co nas czeka i co prezentuje ze sobą Aska. Sam riff mocno judasowy i każdy dźwięk, każda sekunda po prostu skrada serce. Niby nic nowego, a zachwyca jakby panowie odkryli coś nowego. Uczta dla fanów heavy metalu. Troszkę toporności i mroku wkrada się w "Queen of Mirrors", ale wypada to wybornie. Do tego te popisy wokalne pana George;a. Cudo i faktycznie przypominają się płyty Cloven hoof z Callem na pokładzie. Klasycznie i w stylu lat 80 utrzymany jest "soul Stealer" i jest w tym hard rockowy duch. Jest też nastrojowy i nieco rockowy "Love then Oblivon" i tutaj też band potrafi zauroczyć aranżacją. 8 minutowy kolos w postaci "Black flight" to ukłon w stronę Black Sabbath z czasów Tony Martina, to też nutka Omen czy Manowar. Kawałek nastawiony na klimat i urozmaicenie. Co za piękny riff zdobi "Together" i tutaj band pokazuje moc, szybkość i drapieżność. Prawdziwa heavy/power metalowa petarda! Duża dawka melodyjności i przebojowości to atuty "Janissary". Oj wpada szybko w ucho. Ciarki przechodzą również przy "Skoll & Hati", który przemyca patenty Cloven Hoof, Iron maiden i Judas Priest. Pomysłowy motyw przewodni, świetna praca gitarzystów i niszczący wszystko głos Calla. Brzmi to bezbłędnie. Chce się więcej i więcej. Jest jeszcze jeden kolos. "The Lie" to utwór który w pierwszej fazie ma klimat doom metalowy i pełno tutaj patentów black sabbath, candlemass, a potem nabiera takiej nieco bardziej melodyjnego charakteru i rycerskiego klimatu. Pojawiają się wpływy Iron maiden i Manowar. Piękne zwieńczenie całości.
Aska powraca w wielkim stylu. 11 lat oczekiwania, ale warto było. Znów dostajemy heavy metalową ucztę dla zmysłów. Jest klasycznie, ale zarazem współcześnie. Jest zadziornie, ale i melodyjnie. Jest mrok, ale jest tez pozytywna energia. Bije z tego albumu naprawdę niezła energia i do tego band nie trzyma się kurczowo jednego motywu. Cały czas czymś zaskakuje. To jest klasa sama w sobie.
Ocena: 9.5/10
niedziela, 23 marca 2025
PREDATOR - Unsafe Space (2025)
Pamięta ktoś amerykański band o nazwie Predator, który w latach 80 wydał jeden album zatytułowany "Easy Prey"? Teraz po 39 latach zespół powraca z nowym krążkiem, który nosi tytuł "unsafe Space". Płyta została wydana 18 marca za sprawą fighter Records. Nic się nie zmieniło i dalej mózgiem całej operacji jest Jeff Prentice, który odpowiada praktycznie za wszystko. Wspiera go basista Frank Forray i to niestety budzi niepokój. Czy taki praktycznie jedno osobowy projekt muzyczny bazujący na nostalgii jest w stanie porwać tłumy?
Okładka jest klimatyczna i przykuwa uwagę. Nie wieje tak kiczem jak na debiucie. Debiut z kolei nadrabiał motoryką, stylistyką i jakością. Do dzisiaj miło wspominam "Easy Prey", który oddaje piękno heavy/speed metalu lat 80. Nowy album daleki jest do tamtego poziomu i jakości. Lata lecą, a głos Jeffa nie ma takiej mocy jak kiedyś. W partiach gitarowych jest porcja solidnego heavy metalu, gdzie potrafią pojawić się jakieś ciekawe melodie czy zrywy gitarowe. Niestety to wszystko jest wtórne, ale nie to jest bolesne. Szkoda tylko, że same kompozycje i pomysły są średniej jakości. Jeff chciał wszystko sam ogarnąć, a lepszym rozwiązaniem byłoby zebrać zespół z prawdziwego zdarzenia. Jeff troszkę męczy się przy śpiewaniu. Samo brzmienie też jest jakieś takie bez wyrazu i mocy.
Materiał krótki i treściwy. Dostajemy 40 minut, a w tym zadziorny "Savior", który na pewno przypodoba się fanom judas priest. Jest zadziornie, klasycznie i z pazurem. Czuć w tym klimat lat 90. Speed metal pojawia się w energicznym "Ripping the population", który brzmi bardziej jak karykatura, a wszystko przez komiczny styl śpiewania. Nieco punkowy "The Facism Variant" też brzmi komicznie i te próby nawiązania do Anthrax też chybione. Dobrze wypada taki klasyczny i melodyjny "Winter Wars", ostrzejszy "Sons of Liberty", gdzie wszystko jest o wiele ciekawsze. Jest jeszcze mroczny i stonowany "The crow upon the cross", a najlepszym utworem na płycie jest przebojowy "plague of the deceivers".
Jaki jest sens wracać po 39 latach nie bytu, kiedy tak naprawdę nie ma się za wiele do zaoferowania? Amerykański predator, a może bardziej Jeff Prentice wraca z nowym albumem, bazując na nostalgii starych słuchaczy, którzy kupią nowy album do swojej kolekcji. Nowych fanów raczej mu to nie przysporzy. Fajnie, że Predator powrócił do świata żywych, szkoda tylko że w takim stylu.
Ocena: 5/10
piątek, 21 marca 2025
SCULFORGE - Cosmic crusade Chronicles ...stories from the ...errr...nevermind ! (2025)
Niemiecki Sculforge w roku 2023 porwał mnie swoją pozytywną energią, wpływami Helloween, Gamma Ray, czy Hammerking. Tematyka s-f od razu przywołała na myśl twórczość Iron Savior. Band pokazał, że w tej oklepanej formule można stworzyć radosny power metal, który kipi energią. To było dwa lata, a co teraz band prezentuje w raz z premierą najnowszego krążka zatytułowanego "Cosmic Crusade Chronicles"? To dalej radosny i pełen energii power metal, który czerpie garściami od najlepszych, ale tym razem główną inspiracją okazał się Dragonforce. Płyta ukazała się 20 marca za sprawą MDD Records.
Okładka znów utrzymana w klimatach s-f i to póki co zostaje taki znakiem rozpoznawalnym sculforge, podobnie jak długie tytuły płyty. To wszystko to są drobnostki, które nie mają większego znaczenia. Liczy się to co band potrafi, to co grają i co mają do zaoferowania. Cieszy fakt, że dostajemy taki klasyczny power metal w europejskim wydaniu. Szybkie tempo, złożone i melodyjne riffy, a do tego radosny klimat i przypominają się pierwsze płyty Dragonoforce, kiedy w zespole był Zp Heart. Nie ma w tym za grosz oryginalności, do geniuszu trochę też brakuje, ale band gra to naprawdę bardzo dobrze. Znów mam niezłą frajdę słuchając ich materiału. Czasami przychodzi taki dzień, że ma ochotę się odprężyć przy takich banalnych dźwiękach. Muzyka nie jest wymagająca, ale bardzo melodyjna i przebojowa. Znakomite wehikuł czasu, które przenosi do lat 90 i takich klasycznych patentów power metalu. Fabz Mcblackscul i Polly Mcsculwood tworzą świetnie zgrany duet gitarowy, który się uzupełnia i dostarcza nam prawdziwą power metalową ucztą. Nic nowego nie tworzą, ale umiejętnie odgrzewają sprawdzone patenty. Dragonforce już tak nie gra i nie ma w sobie takiej pasji. Do tego mocno przypadł mi do gustu wokal Polly Msculwood, który poniekąd przypomina mi głos Kaia Hansena, czy frotnmanów Hammerking, a nawet ukochanego Timeless Miracle, Niby mało techniczny wokal, ale zapadł mi w pamięci.
Płyta nie jest jakoś specjalnie długa i na dzień dobry atakuje nas killer "Great Day to kill" i od razu atakuje takie radosne dźwięki. Co za pozytywna energia i bardzo udany miks Dragonforce i Gamma ray. Ja to kupuje i od razu skrada moje serce. Znajomo brzmi "Make Space Great Again" i znów ukłon w stronę Dragonforce. Sculforge bawi się konwencją i ta radość potrafi zarazić. Bije od nich taka pozytywna energia i radość z tego co robią. Nie kombinują, nie próbują na siłę być kimś innym. Taki szczery przekaz też jest ważny. Chwytliwy refren i świetne rozegrane solówki pokazują, że Sculforge jest dalej w formie. Nie zwalniamy tempa i kolejny killer to "Journey" i ten styl partii gitarowych i kicz przypominają dokonania Dragonfroce. Różnica taka, że Sculforge bije łeb na szyję ostatnie płyty Dragonforce. Wypełniają tą pustkę, za co im chwała. Co ciekawe nawet ballada "Edge of the universe" potrafi złapać za serce i jakoś przypomniał mi się Timeless Miracle. Podobny wokal i melodyjność. Band pokazuje pazur w drapieżnym "We are darkness" i znów mieszanka dragonforce i gamma ray z czasów "Powerplant" sprawiają że utwór porywa. Formuła sprawdzona i przerobiona na różne sposoby, a Sculforge umiejętnie wykorzystuje sprawdzone patenty. Oj trafia to w mój gust. Echa Primal Fear, czy iron savior można uświadczyć w cięższym i mroczniejszym "Dark Alliance" i to kolejny mocny punkt płyty. "Powerheart" brzmi jak Helloween na sterydach. Band strasznie szybko tutaj pędzi, aż chyba za szybko. Power metal pełną gębą i to w takim niemieckim stylu. Kicz wkracza w nieco przekombinowanym "Conquer The Wild", ale przebojowego charakteru nie można mu odmówić. Ten główny motyw trochę działa na nerwy, ale refren ratuje sytuacje. Co napędza Sculforge i co jest ich bronią to bez wątpienia niezwykła umiejętność tworzenia hitów, które od razu wpadają w ucho i na długo zostają w pamięci. "Order of the soul" dysponuje takim refrenem, który oddaje to co najlepsze w power metalu. Kolejny power metalowy hymn to bez wątpienia "We stand Together" i znów jest szybko, melodyjnie, zadziornie i pędzenie do przodu. Utwór rozegrany wg tego samego schematu. "Towers" to taki krótki power metalowy killer, który trwa 40 sekund. Podobny zabieg co "Fairytale" Gamma ray.
Dragonforce brzmi jak karykatura samych siebie, Freedom call nie nagrał nic ciekawego w ostatnim czasie, a Timeless Miracle to kult jednej płyty. Niemiecki Sculforge stara się zaspokoić owe żądze i dostarcza power metalową petardę, gdzie liczy się radosny klimat, niezwykle szybkie tempo i złożone i niezwykle melodyjne partie gitarowe. Uwielbiam ich za szczerość i granie takiego klasycznego power metalu. Jedni są od grania progresywnego power metalu, inny od klimatycznego i bardziej złożonego power metalu, a niektórzy jak Sculforge mają zadbać o dobrą zabawę i rozrywkę, która rozkręci imprezę. Ja tam dobrze się bawię przy ich muzyce i chętnie po znam ich kolejna wydawnictwa.
Ocena: 9/10
czwartek, 20 marca 2025
SOULSPELL - Spirits of Ghosts (2025)
14 marca światło dzienne ujrzał 5 album studyjny brazylijskiej formacji Soulspell. Na scenie działają od 2004 r i próbują sił w power metalu, a raczej w metalowej operze czerpiąc garściami z avantasia czy Ayreon. Wcześnie było pełno ciekawych gości i były wielkie nazwiska, a najnowszy album zatytułowany "Act V: Spirits of Ghosts", to dzieło które stawia na piękne głosy przede wszystkim z Brazylii. Pełno nazwisk typu Raphael Dantas, Victor Emeka, Daisa Munhoz czyFillipe Oliveira. Nie byłoby Soulspell, gdyby nie mózg całej operacji, czyli Heleno Vale. Przeraża fakt, że na nowy album przyszło fanom czekać 8 lat. Kto lubi mieszankę metalowej opery, symfonicznych ozdobników, czy elementów progresywnych z nutką rocka ten śmiało może sięgnąć po nowe dzieło Soulspell. Płyta nastawiona przede wszystkim na świeżość, bardziej wyszukane melodie i ładunek emocjonalny. Czuć, że to metalowa opera z prawdziwego zdarzenia.
Płyta nastrojowa podobnie zresztą jak sama okładka frontowa. Ten teatralny klimat i rockowy charakter płyty jest uroczy i potrafi zauroczyć. W końcu słychać, że to metalowa opera i te chórki, oprawa symfoniczna, pojedynki na głosy są urocze i napędzają ten album. Czego brakuje? Na pewno rasowych hitów, by móc zapamiętać ten materiał i w pełni czerpać z niego radość. Zabrakło może też wielkich nazwisk co by zrobiły większego szumu wokół płyty. Odnoszę też wrażenie, że dostajemy przerost formy nad treścią, Troszkę mało konkretów tutaj.
Na pewno pozytywnie zaskakuje rozbudowany i złożony "Spirits of Ghost", który daje nam przedsmak tego co nas czeka. Zróżnicowany album , w który dzieje się sporo i przemycono różne gatunki stylistyczne. Ciekawa kompozycja, ale chyba trochę za dużo tego wszystkiego. Bardziej zadziorny i konkretny jest "Dragon Waltz" i znów gdzieś jest progresywność, jest melodyjny metal i coś z rocka. Wybuchowa mieszanka i ten utwór jest jednym z najciekawszych na płycie. Też nastrojowy i rockowy jest "Castle of Illusions" i słychać inspiracje Avantasia. Bardziej komercyjnie, bardziej rockowo jest w "Quenns Gambit" i w sumie podobne emocje wzbudza "The Dance of Flames". To nie są złe kompozycje, ale jakoś mniej metalowe i zadziorne. Rasowy power metal dostajemy w rozpędzonym "Ship of Theseus". Szkoda, że mało tutaj tego typu utworów. Na sam koniec pirackie klimaty w oprawie symfonicznej. To mogłoby być ciekawe stworzyć taką metalową operę w klimatach pirackich. Zamykający kolos "the blackbeard and his quest for perfection" to złożona i nastrojowa kompozycja. Pełno tutaj ciekawych dźwięków i motywów gitarowych. To również jeden z najciekawszych kawałków na nowej płycie.
Soulspell wydał nowy album, ale nie zrobił z tego wielkiego wydarzenia. Album też co najwyżej dobry i bez fajerwerków. Zabrakło ostatecznego szlifu i większego power metalowego pazura. Jest klimat, rozmach, epickość i operowy charakter, ale to okazało się za mało. Płyta skierowana do maniaków takich klimatów i metalowych oper.
Ocena: 7/10
środa, 19 marca 2025
BEHOLDER - In the Temple of the Tyrant (2025)
Wielkimi krokami nadciąga kolejna nowość, której nie można zlekceważyć. 25 kwietnia roku 2025 ukaże się debiut amerykańskiego Beholder. Kapelę w roku 2021 założył gitarzysta Carlos Alvarez, którego możemy kojarzyć z Power Theory czy Shadowdance. Jeśli kocha się miks epickiego heavy metalu z doom metalu, to debiutancki album zatytułowany "In the Temple of the tyrant" będzie pozycją wręcz idealną. Słychać tu wpływy Sorcerer, Candlemass, Shadowdance czy właśnie Judicator. Jest w składzie również Matt Hodsdon z noble beast czy wreszcie znakomity wokalista John Yelland z Judicator. Zacny skład, który może wiele zdziałać. Tak faktycznie jest.
Już na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest typowy debiutancki album, który nie ma tożsamości, własnego charakteru, który ginie na tle innych wydawnictw. Tutaj od razu widać, że czeka nas coś wielkiego i że ta płyta poruszy nami, czy też zostanie na długo w pamięci. John Yelland to znakomity wokalista, który buduje klimat, napięcie i nadaje całości epickiego rozmachu. Dzięki niemu kompozycje nabierają emocjonalnego feelingu. Ostoją Beholder jest bez wątpienia duet gitarowy Alvarez/ Hodsdon, który stawiają na ciężar i mrok. To zdaje egzamin, bo nie zapominają o wyrazistych riffach i wciągających solówkach. To wszystko jest spójne ze sobą.
Kto ma wątpliwości co nas czeka, niech odpali otwierający " A pale Blood Sky" i tutaj już czuć na dzień dobry mroczny klimat, ciężkie partie gitarowe i ten posępny doom metalowy charakter. Brzmi to mocarnie i chce się jeszcze więcej. Co za moc! Więcej heavy metalowego pazura znajdziemy w bardziej energicznym "Dungeon Crawl" i znów bije z kawałka niezła moc i te elementy wyjęte z true heavy metalu. Band błyszczy i nie ma się do czego przyczepić. Do tego to ostre niczym brzytwa brzmienie. Doom metalowe zapędy dostajemy w nastrojowym "Into the underdark", który pokazuje co drzemie w tym zespole. Panowie to grają z pasją i słychać to od pierwszych sekund. Tomi Joutsen z Amorphis zalicza gościnny występ w rozbudowanym "Eyes of the Deep". Kolejna piękna kompozycja, która w pełni oddaje piękno doom metalu i epickiego heavy metalu. Dostajemy wybuchową mieszankę, która potrafi rozwalić system. Do tego ten kruszący mury wokal Johna. Można słuchać i nie ma się dość. Świetny występ tutaj zalicza! Troszkę bardziej melancholijny i taki stonowany jest w swojej formule "For those Who fell". Heavy metalowy hymn dostajemy w przebojowym "Draconian", który skierowany jest bardziej w true heavy metal i klimaty Manowar. Majstersztyk i jeden z najciekawszych utworów na płycie. Troszkę odstaje w moim odczuciu "Summoned Bound", który jest tylko bardzo dobry. Jakoś nie rzucił mnie na kolana swoimi aranżacjami. To wciąż wysoki poziom! Całość wieńczy rozbudowany i urozmaicony "I magus" i tutaj mamy beholder w pigułce. Jest mroczny klimat, patenty doom metalowe, ale i sporo heavy metalu. Dobra robota!
Płyta robi ogromne wrażenie. "In the temple of the tyrant" to płyta niemal idealna, gdzie pełno tu mroku, ciężaru, heavy metalowego pazura. Bije z tego świeżość, pomysłowość i dbałość o jakość. Tutaj nie ma słabych elementów i wszystko stoi na wysokim poziomie. Od okładki, przez brzmienie, kończąc na kompozycjach. Mocna rzecz i trzeba będzie bacznie przyglądać się poczynaniom Beholder w przyszłości. Brać w ciemno!
Ocena: 9.5/10
poniedziałek, 17 marca 2025
JACK STARR - Out of darkness part II (2025)
Jacka Starra nie trzeba nikomu przedstawiać. To mistrz w swoim fachu i jego gra na gitarze zawsze przykuwa uwagę i od razu jego styl idzie rozpoznać. Dał się poznać jako lider w Jack starr Burning Star, ale nie tylko. Kapel było pełno, ale obecnie jest jeszcze formacja sygnowana po prostu Jack Starr. W roku 1984 został wydany "Out of darkness" i teraz po 41 latach Jack Starr postanowił wrócić z drugą częścią. Inne czasy, inne trendy, no i też inny skład tworzący drugą część tego klasyka Jacka Starra. Jednak jest lider i można było być spokojnym, że nie wyda nic poniżej swojej jakości. Tak faktycznie jest. "Out of darkness part II" ukaże się 25 kwietnia za sprawą Bravewods Records.
Jack Starr to wiadomo, gwiazda wielkiego formatu i jego nie trzeba nikomu przedstawiać. Ze starego składu pozostał tylko on, ale zebrał całkiem ciekawy skład tym razem. Perkusja to niezmordowany Rhino, który nadaje całości mocy i tego true heavy metalowego charakteru. Za bas odpowiada nieznany Gene Cooper, z kolei drugim gitarzystą został Eric Juris, którego znamy z crystal Viper, a ostatnio warlord. Na sam koniec została sprawa wokalisty i tutaj zadania podjął się utalentowany Giles Lavery, który jest nowym głosem Warlord, a także Alcatrazz. Ma ciekawą barwę głosu, charyzmę i sprawdza się w takiej mieszance heavy metalu i hard rocka. Tak tutaj jest troszkę łagodniej, troszkę bardziej rockowo niż w Jack Starr Burning Starr, ale to wciąż granie na wysokim poziomie. Jest jakość, jest duża dawka hitów, jest zabawa konwencją, jest sporo chwytliwych melodii. Do tego materiał jest zróżnicowanie i nie ma mowy o nudzie. Udało się oddać hołd dla klasyka Jacka Starra z lat 80 i na pewno nie ma wstydu.
Nie do końca podoba mi się komiksowa okładka, samo brzmienie takie typowe dla produkcji Jacka Starra i to słychać od pierwszych sekund. Czuć moc true heavy metalu. W taką konwencję uderza otwierający "Hand of Doom" i sam utwór nawiązuje do twórczości Jacka Starra w Burning Starr. Mocna rzecz! Podobne emocje wzbudza marszowy i niezwykle melodyjny "Endless Night" . Ten bas, te marszowe tempo, przebojowy charakter i taki bujający styl sprawiają, że to kolejny hicior. Troszkę przypomniał mi się taki "the Zoo" Scorpions. Bardziej hard rockowy jest "Into The Pit" i to w zasadzie prosty i dobry utwór, ale nie ma efektu wow i wypada gorzej niż początkowe hity. Piękne wejście ma "Rise Up" i znów wycieczka w rejony true heavy metalu. Oj brzmi to jak stary dobry Manowar. Brakuje tego typu killerów w ostatnim czasie. Chwała Jack Starr! Zaskakuje na pewno ballada. Raz, że "Underneath The Velvet sky" jest świetnie zagrany, to dwa ma świetny nastrój. Kocham tego typu ballady, gdzie przemawia rockowa strona i utwór potrafi wzruszyć swoją konstrukcją i stylem. Cudo! Dawno nie słyszałem tak świetnej ballady. "Tonight We Ride" to zadziorny utwór, w którym też jest pełno hard rockowej stylistyki. Znów solidny kawałek, który jakoś specjalnie nie robi furory. Troszkę przekombinowany, troszkę przekrzyczany jest "The Night has thousand eyes". Znalazło się miejsce na rozbudowany "Sahara Winds" i to dobrze skrojony kawałek w hard rockowej formule. Partie gitarowe robią tutaj robotę. Jest w tym też coś z Black Sabbath ery Tony Martina. Więcej energii niesie ze sobą niezwykle melodyjny "The Greater Good", a całość wieńczy mroczny i nastrojowy "Soulkeeper". Utwór podniosły, marszowy, epicki i mający smaczki Manowar, ale też Black Sabbath. Niezły popis wokalny daje Giles. Ma to coś w głosie, że na długo zostaje z nami.
Ktoś miał wątpliwości, czy Jack Starr sobie poradzi? Lata lecą, a on zawsze dostarczy muzykę na wysokim poziomie. Tym razem znakomita mieszanka true heavy metalu i hard rocka. Nie brakuje chwytliwych melodii, przebojów, czy wciągających motywów gitarowych. Nowy skład , ale jakość i styl ta sama. Nie ma eksperymentowania. Jack starr robi swoje i tutaj nie elementu zaskoczenia. Płyta godna uwagi, zresztą jak wszystko czego dotknie tej geniusz.
Ocena: 8.5/10
sobota, 15 marca 2025
DRAGON SKULL - Chaos Fire Vengeance (2025)
Kiedy widzę, że jakaś kapela pochodzi z Grecji i gra muzykę z pogranicza heavy metalu i power metalu, to długo się nie zastanawiam i biorę taką płytę w ciemno. Tak też było teraz z debiutanckim albumem formacji Dragon Skull. Kapela działa od 2022r więc jest młoda i głodna sukcesu, a najlepsze jest to, że wokalista Aris Labos i gitarzysta Christos Brintzikis grają od ponad 20 lat w system Decay, który gra melodyjny metalcore i tu zaczyna robić się ciekawie. Dragon Skull 6 marca wydał swój debiutancki album i zostałem w pełni kupiony "Chaos Fire Veangeance". Album idealnie trafia w mój gust, bo słyszę tutaj miks stylistyki Persuader, Orden Ogan, ale jest też coś z running Wild, coś z 3 inches of Blood, czy może Bloodorn. Strzał w dziesiątkę.
To czerwono logo i czerwono tło jakoś skojarzyło się z płytami Manowar, czy Sacred Steel. Wojownik na szczycie przypomniał mi postać z debiutu Kreator. Okładka ma klimat i ten rycerski charakter dodaje uroku całości. Band zadbał o każde zaplecze i tu nie ma się do czego przyczepić. Samo brzmienie to uczta dla uszu i bije z niego niezwykła moc. Słuchacza przechodzą ciary i każdy instrument brzmi tu obłędnie. Perkusja, mocny bas czy ryczące i pełne finezji gitary. Stylistycznie band faktycznie trzyma się w granicach heavy/power metalu. Stawia na taki true heavy metalowy charakter i chciałoby się założyć zbroję i wyruszyć na podbój świata. Band robi to fenomenalnie i każdy utwór to prawdziwa przygoda.
Tak sekcja rytmiczna wyczynia cuda i dba o odpowiednie tempo płyty. Nie ma ściemy, nie ma nudy i panowie nie biorą jeńców. Kocham kiedy heavy metalowa płyta kryje wciągające solówki, złożone partie gitarowe i ciekawe pojedynki. Ma bić z tego życie, energia i heavy metalowa radość. To ma rozłożyć słuchacza na łopatki i pozostać na długo w pamięci. Panos i Christos jak dwa uzupełniające się elementy rozwalają system. Co za pomysłowość, za kunszt, technika i przepiękna zabawa stylistyką. Cudo! Moim bohaterem z miejsca stał się wokalista Arsis Labos, który przybliżył mi stare dobre czasy Persuader. Barwa, styl śpiewania i technika bardzo podobna do Jensa Carlssona z Persuader. Uwielbiam tego typu głosy i tutaj znakomicie balansuje na granicy agresywności i bardziej brutalnego grania.
Minus? Czemu tylko 8 utworów? Czemu tylko 42 minuty muzyki? Można ich słuchać bez końca i to bez zmęczenia. Nie ma miejsca na zabawę w kotka i myszkę, nie ma podchodów, tylko od razu band daje nam wyraźny sygnał. "Brethren" ma moc, pazur i agresję taką typową dla Persuader, Jest rycerski feeling, jest przepiękna melodia, jest podniosłość godna Orden Ogan. Do tego te patenty wyjęte z true heavy metalu. Jak to wszystko brzmi genialnie. Szok i niedowierzanie. Czas wbić drugi bieg i dostajemy znacznie szybszy i taki ocierający się o power metal "Dragon Riders". Brak słów i tego nie da się opisać. Przejaw geniuszu. Słyszę tutaj wiele ukochanych kapel, a mimo to brzmi to świeżo i pomysłowo. Dragon Skull niczym greccy bogowie sieją zniszczenie i nie biorą jeńców. No i te partie basu, które w drugiej połowie dają o sobie znać. Cudo! Echa Manowar mamy w "Skull crusher" i tutaj wejście perkusji przypominają "Fighting the World" i znów świetnie wyróżniony bas. Panowie znają się na rzeczy i wiedzą jak podziałać na zmysły. Na płycie mamy dwa dłuższe utwory i jednym z nich jest "war Drums" i faktycznie perkusja daje o sobie znać już na wstępie. Dostajemy tu bardziej marszowe tempo, ale jak fajnie buja ten utwór od samego początku. Manowar naszych czasów, bez udziwnień. Tylko Dragon Skull, heavy metal i my wyznawcy tej muzyki. Ileż tu świetnych melodii i pięknych partii gitarowych. Nie da się tego opisać, tutaj trzeba odpalić swój sprzęt i samemu się przekonać o potędze tego utworu. Gotowi na więcej? Uwaga nadciąga "Nampat", który jazdą bez trzymanki. Ktoś tu nieco wzorował się na Running wild, ale czy to ważne? Motyw gitarowy pierwsza klasa i dla takich kompozycji warto żyć i odkrywać nowe zespoły. Każdy dźwięk tutaj to czyste złoto. Wiecie co? To jeszcze nie koniec płyty. Piękne wejście gitar w "Skeleton Hand", który ma coś z Running wild i Crystal Viper. Arsis tutaj pokazuje swoje atuty i można przekonać się o w pływach Jensa Carlssona. Czas na kolejny szybki i agresywny killer. Nadciąga "Shield Maiden" , który stawia na chwytliwe melodie, na taki heavy/power metalowy charakter. Gitary podczas zwrotek inspirowane są również dokonaniami Rock'n Rolfa. Brzmi to obłędnie. Ostatni przystanek na płycie to "Blood and Souls" i to jest drugi kolos na płycie. Riff brzmi znajomo i można tutaj doszukać się wiele wpływów. Dragon Skull robi swoje i dodaje wiele od siebie. Jest to mocne, zagrane z pomysłem i pazurem. Czysta perfekcja i szkoda tylko, że to już koniec płyty. Chce się więcej i więcej.
Cicho było o Dragon Skull. Nie byli jakoś specjalnie promowani i to trochę szokujące. Teraz to nadrobią, bo płyta wymiata. "Chaos Fire Vengeance" to płyta kompletna, bez skazy i idealna w każdym calu. Klimatyczna okładka, mocne brzmienie, przemyślane kompozycje i wyrazisty, zapadający w pamięci styl. Do tego ta jakość. Takie płyty na długo zostają w pamięci, na długo zapisują się w życiu. Debiut Dragon Skull nie brzmi jak dzieło, tylko jak arcydzieło zespołu doświadczonego, która od lat jest na scenie. Jak dla mnie fenomen i kandydat do płyty roku. Pozamiatali panowie z Dragonskull!
Ocena: 10/10
BLACK & DAMNED - Resurrection (2025)
Najpierw był "Heavenly Creatures" i to był solidnie skrojony heavy/power w klimatach Primal Fear, Brainstorm czy Mystic Prophecy. Potem był niestety nijaki "Servants of the Devil", a teraz po dwóch latach przyszedł czas na album nr 3, czyli "resurrection". Płyta ukazała się 14 marca za sprawą Rock Of Angels Records. Wszystko wskazuje na to, że to najlepszy album tej formacji.
Okładka może i miła dla oka, ale jakoś zalatuje sztuczną inteligencją. Band zadbał o mocne i zadziorne brzmienie, które dodaje całości drapieżności i mocy. Wszystko ze sobą współgra. Tym razem band dopracował kompozycje i pełno tu hitów i godnych uwagi riffów czy melodii. Dobrze się tego słucha od początku do końca. Na największe pochwały zasługują gitarzyści, bo zarówno Vetter, jak i Reissmann, którzy tym razem dostarczają mocne i wyraziste riffy. Nie brakuje pazura, mroku i chwytliwości. Solówki również też przemyślane i dojrzałe. Całość dobrze spina wokal Seidela, który tym razem dostarcza sporo emocji i słychać, że się rozwinął jako wokalista.
"Ressurection" wypada lepiej na tle poprzednich płyt, bo materiał jest zadziorny i dopracowany. Nie ma uczucia nudy czy zażenowania. Otwieracz to "Silence Breaker", gdzie pojawia się nutka symfoniczności, nutka tajemniczości. Ciężki i drapieżny "Ruthless Wrath" nie kryje powiązań z twórczością Primal Fear. W końcu można uświadczyć rasowy hicior w klimatach heavy/power metalu. Marszowy i taki podniosły "Bound by the moon" i znów band pokazuje, że potrafi też zaskoczyć i troszkę pokombinować ze stylistyką. Podobne emocje wywołuje "injustice", który troszkę przypomina mi dokonania Saxon. Bardzo przypadł mi do gustu skoczny i bardziej taki przebojowy "Searing Flames". Riff robi tutaj robotę. Nastrojowy "Shadows" też pokazuje, że band potrafi zwolnić i postawić na taki bardziej stonowany wydźwięk i mroczny klimat. Kolejny killer na płycie to "Reborn in Solitude" i tutaj czuć power metalową stylistykę. "navigate Me to the Sun" to też taki spokojniejszy kawałek, ale jest bardzo klimatycznie.
Nowy album Black & Damned najbardziej mi przypasował z całej ich dyskografii. Te dźwięki są bardziej spójne, kompozycje bardziej dopracowane. Jest zadziornie i zarazem melodyjnie. Kawał porządnego heavy/power metalu w niemieckim wydaniu. Najlepszy album tej niemieckiej formacji!
Ocena: 8/10
piątek, 14 marca 2025
WARBRINGER - Wrath and Ruin (2025)
Pierwszy raz amerykański Warbringer kazał czekać swoim fanom aż 5 lat na nowy materiał. Kawał czasu i można wiele rzeczy zmienić, można wiele rzeczy przemyśleć i wnieść powiew świeżości i zaskoczyć swoich fanów. Warbringer działa od 21 lat i stał się już rozpoznawalną marką, za którą kryje się jakość. To jeden z najlepszych zespołów grających thrash metal i szybko stał się prawdziwą gwiazdą, która zawsze nagrywa album na najwyższym poziomie. "Wrath and Ruin" to kolejny znakomity krążek w ich dyskografii i znakomity przykład, że wciąż można grać agresywny, melodyjny i pełen energii thrash metal, który nie bierze jeńców. Warbringer atakuje po raz 7.
14 marca za sprawą Napalm Records na półki sklepów trafił nowy album Warbringer. Cieszy, że po raz kolejny Andreas Marschall namalował piękną okładkę dla naszych bohaterów. Uwielbiam jego styl i to w jaki sposób buduje klimat na okładce. Imponuje również brzmienie, które jest soczyste i ostre niczym brzytwa. Lata lecą, a głos Johna Kevilla wciąż brzmi agresywnie, bardzo drapieżnie i bez niego ciężko sobie wyobrazić muzykę Warbringer. Za partie gitarowe odpowiada Becker/Carroll i panowie jak zwykle nie zawodzą i dostarczają piękne thrash metalowe riffy i solówki. Jest jak zwykle jazda bez trzymanki. Jest moc i totalne zniszczenie.
Na pierwszy ogień idzie 6 minutowy killer "The Sword and the Cross". Klimatyczne wejście, potem mocny riff i już wiadomo, że Warbringer nie stracił na mocy i jakości. Cudo! Jeszcze więcej energii i agresji dostajemy w rozpędzonym "A Better World" i czuje tutaj wpływy niemieckiej sceny thrash metalowej. Tak powinien brzmieć thrash metal. Kompozycja idealna. Pełna agresji, energii i drapieżności. Więcej urozmaicenia dostajemy w "Neuromancer" i tutaj band próbuje dostarczyć nam bardziej złożoną formę i nieco toporności. "The Jackhammer" jeszcze bardziej brutalny i taki nawet może ocierający się o death metal. Stonowany, mroczny "Through a glass, darkly" to jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Jest nieco spokojniej, bardziej klimatycznie, bardziej melodyjnie i heavy metalowo. Odpoczęliśmy i można wrócić do thrash metalowego łojenia. Wkracza "Strike from the Sky" i znów przechodzą ciary po plecach. Jak to świetnie brzmi! Rozbudowany i pełen smaczków jest agresywny "Cage Of Air" i brzmi to obłędnie. Warbringer to specjaliści w swoim fachu.Finał to niezwykle melodyjny "The last of my kind". Thrash metal w najlepszym wydaniu i miło posłuchać, że ktoś potrafi błysnąć w tym gatunku.
"Wrath and ruin" to amerykańska odpowiedź na genialny album niemieckiego destruction. Dwie wielkie kapele nagrała dwa wielkie albumy, który pokazują że thrash metal ma się dobrze i wciąż może dostarczyć genialne płyty. Nowy album Warbringer to kontynuacja tego co grali wcześniej. Mimo 21 lat na scenie wciąż maja w sobie zapał, świeżość i głowę pełną genialnych pomysłów. Chwała Warbringer!
Ocena: 9.5/10
EVERLORE - Hope and Turmoil (2025)
Debiut fińskiego Everlore z 2020 r nie skradł mojego serca. Niby dostałem melodyjny power metal z nutką folk metalu i nie brakowało w tym wpływów Winterstorm, Elvenking, czy Hammerfall. Zabrało ciekawych pomysłów na kompozycje, powiewu świeżości i elementu zaskoczenia. Zabrakło tego czegoś, aby móc zapamiętać owy materiał. Minęło 5 lat, w zespole jest nowy wokalista tj Arto Ala Seppala. Odnoszę wrażenie, że "Hope and Turmoil" jest o wiele ciekawszym albumem niż debiut. Płyta miała premierę 1 marca.
Poza wokalistą, reszta składu bez zmian. Arto z kolei to udany nabytek i wnosi sporo emocji, mocy i power metalowego feelingu. Ma ciekawą barwę i technikę. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Dobrze spisuje się duet gitarowy Virnes/Pettersson. Panowie stawiają na urozmaicenie, melodyjność i złożone konstrukcję. Ma to wszystko być klimatyczne i zagrane z pomysłem. Tak też jest.
Płyta zawiera 10 kawałków i całość daje nam 57 minut muzyki. Piękny jest otwieracz w postaci "Warrior Hearts" i ktoś tutaj nasłuchał się wczesnego Helloween z czasów Kiske, czy Hammerfall. Taki europejski power metal w starym stylu i do tego ten podniosły refren. Taki podręcznikowy przykład power metalu. Drugi utwór to rozpędzony "Wilderness" i znów band stawia na klasyczne patenty. Niby nic nowego, a słucha się tego bardzo przyjemnie. Do tego ten wciągający wokal Arto. Słychać rozwój zespołu względem debiutu. Przebojowy "Adventure Metal" ukazuje radosne oblicze zespołu i ten kawałek buja od samego początku. Mocny riff wyróżnia na pewno zadziorny "I am the Virus" i to bardzo pozytywnie zakręcony kawałek. Dużo Helloween uświadczymy w energicznym "Burn the Skies" i band pokazuje tutaj pazur. Oj brzmi to naprawdę dobrze i az miło popatrzeć jak band rozwinął skrzydła i jak dopracował swój styl. Brawo panowie! Nieco progresywności dostajemy w złożonym "What once was" i to taki bardziej nastrojowy utwór. "rise, Ashen One" to prawdziwa power metalowa petarda i znów band pokazuje, że potrafi tworzyć szybkie i pełne energii killery. To jest bardzo dobry przykład. "Inferno" też trwa ponad 6 minut, ale ten utwór kryje mroczny klimat i zadziorny riff. Znów band imponuje świeżością i pomysłowością. Na sam koniec najdłuższy "Dreamless" i to utwór nastawiony na klimat i emocje.
Zmiana wokalisty, dopracowanie stylu i świeże pomysły sprawiły, że Everlore przerodził się w bardzo ciekawy zespół power metalowy, który dodaje elementy folkowe. Zmiany na lepsze i to słychać. Everlore jest teraz dojrzałym zespołem, który ma coś do powiedzenia. "Hope and Turmoil" to bez wątpienia płyta godna uwagi, zwłaszcza jeśli gustuje się w power metalu i folk metalu.
Ocena: 8/10
czwartek, 13 marca 2025
WANTON ATTACK - Brinnande Jord (2025)
Niklas Holm i Micael Zetterberg powracają z nowym albumem sygnowanym marką Wanton Attack. Ten szwedzki band działa od 2019r i obrał sobie za cel granie klasycznego heavy metalu z nutką nwobhm i mrocznego klimatu. Niby jest coś z Heavy load, coś z iron maiden, angel witch czy diamond head, tylko że problem jest taki że Wanton Attack nie ma za wiele do zaoferowania. "Brinnande Jord" ukazał się 28 lutego za sprawą wytwórni No remorse Records.
Tym razem piękna i klimatyczna okładka nie oddaje w pełni jakości zawartości. Samo brzmienie też jakieś bez mocy i pazura. Oczywiście wszędzie czuć klimat lat 80 i to jest największy atut tej płyty. Głos Micael jest taki bez wyrazu, technicznego zaplecza i bez ognia. Gdzieś ginie w gąszczu warstwy instrumentalnej. Niklas z kolei jako gitarzysta też niczym nie zaskakuje i nie zachwyca. Wszystko jest zagrane grzecznie i bez większych emocji. Same kompozycje też takie wtórne i bez ikry. Ciężko za coś konkretnie pochwalić ten duet.
Coś z Iron maiden można wyłapać w otwierającym "Brinnande Jord", ale brzmi to niestety słabo i bez jakiegoś heavy metalowego pazura. Klimat lat 80 jest, ale to za mało. Troszkę więcej życia ma w sobie "As the Eagles Flies", ale to wciąż tylko rzemieślnicze granie, które niczym specjalnym nie porywa. Panowie trzymają się określonych ram i niczym nas nie zaskakują. Dalej mamy bardziej energiczny "From the seed to the three", ale też brzmi jak heavy metal z podziemia. Dużo jest tu do poprawki. Bardziej zadziorny miał być w zamyśle "To tame A City" i nie pomają nawet wpływy iron maiden. Jest jeszcze hard rockowy "Vilebrad", który też bardziej męczy niż dostarcza radości.
34 minut to nie dużo, a jednak tym razem materiał męczy i daje się we znaki. Kocham klasyczny heavy metal, lata 80, ale tym razem miałem drogę przez męki. Kompozycje nijakie, obdarte z mocy i drapieżności. Idealny przykład, jak nie powinien brzmieć heavy metalowy album. Płytę omijać. Nie dajcie się nabrać na piękną okładkę.
Ocena: 3/10
wtorek, 11 marca 2025
STYGIAN PATH - The Lorekeeper (2025)
Epicki heavy metal z nutką folk metalu i power metal, tak można by określić gatunek muzyczny w jakim obraca się grecki band o nazwie Stygian Path. Zespół działa od 2022r i w swojej muzyce wykorzystują patenty wypracowane przez takie kapele jak Manilla Road, Manowar czy Blind Guardian. Band wie jak tworzyć epicki rozmach, podniosły klimat i nastrojowe partie gitarowe. Tu wszystko ma swój porządek, swoje przeznaczenie. Debiutancki album "The Lorekeeper" ukazał się 3 marca i to kolejny przykład, jak świetne zespoły dostarcza grecka scena metalowa.
Znakomicie na wszelkie zmysły działa klimatyczna i świetnie narysowana okładka. Od razu wiadomo z czym mamy do czynienia. Kocham takie klimaty. Samo brzmienie też takie typowe dla epickich kapel z Grecji. Muzycy też potrafią tutaj zaimponować. Wokalista Panos Babilis ma ciekawą barwę, technikę i umiejętności tworzenia epickiego klimatu. Oj napędza ten band i jest jego prawdziwą gwiazdą. Dobrze prezentuje się współpraca gitarzystów Sdralas i Machairasa. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, na epickość, melodyjność i złożone formuły. Oj dobrze się tego słucha, choć wieje wtórnością.
Przepiękne jest intro "prelude", które przywołuje na myśl stare dobre czasy Rhapsody. Dalej dostajemy już konkretny kąsek w postaci "Prometheus" i to jest prawdziwy strzał między oczy. Nastrojowy, epicki, rycerski i pełen melodyjności kawałek, który szybko wpada w ucho. Elementy power metalu można wyłapać w energicznym i bardziej żywiołowym "Tides of Time" , który w dużej części przypomina dokonania manilla road czy manowar, a te wolne momenty przypominają Blind Guardian. Mocna rzecz! Epicki klimat i rozbudowana formuła to atuty "Rhapsody XXII", a nastrojowy i bardziej balladowy "The wanderer", to hołd dla starego dobrego Blind Guardian. Brzmi jak zaginiony klasyk z "Somewhere far beyond". Podobne elementy znajdziemy w folkowym i ponurym "Unholy Land" i brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Całość wieńczy outro w postaci "Path to exile".
Trzeba przyznać, że ta grecka formacja ma pomysł na siebie i miks folk metalu z epickim heavy/power metalem może być przepustką do sławy. Drzemie ogromny potencjał w muzyce Stygian Path. Uzdolnieni muzycy, ciekawa stylistyka, dbałość o detale, tylko troszkę popracować nad hitami i jakimiś petardami i będzie idealnie. Płyta oczywiście obowiązkowa do sprawdzenia !
Ocena: 8.5/10
poniedziałek, 10 marca 2025
MORAX - The Amulet (2025)
Za nazwą Morax kryje się Remi A. Nygard, który tak naprawdę odpowiada za wszystko w tym projekcie muzycznym. Morax to norweski projekt muzyczny, który działa od 2023r i właśnie wydał swój debiutancki album "The amulet", który ukazał się 21 lutego za sprawą High Roller records. To płyta skierowana do fanów takich zespołów jak mercyful Fate, Black Sabbath czy Potrait. Dużo tu mrocznego klimatu, ponurych riffów i wpływów doom metalu. Nic odkrywczego, ale słucha się tego naprawdę dobrze.
To co znajdziemy na płycie to 8 solidnych kompozycji, które potrafią zauroczyć i umilić czas. Remi ma specyficzny głos, który współgra z warstwą instrumentalną. Swoim głosem buduje mroczny klimat, nadaje nieco doom metalowej stylistyki. Partie gitarowe też posępne, nawiązuje do do dokonań Mercyful fate czy Black Sabbath. Dobrze się tego słucha, choć nie ma w tym za grosz oryginalności, nie ma powiewu świeżości. To wszystko już gdzieś się słyszało. Na szczęście Remi umiejętnie poskładał znane nam części układanki i wyszła spójna całość.
Brawa należą się za przepiękne instrumentalne intro o nazwie "The Amulet" gdzie muzycy troszkę odsyłają nas do wczesnej ery Iron maiden. Wpływy Black Sabbath z czasów Dio i Mercyful fate można uświadczyć w energicznym "Belial Rising". Wow, co za killer na dzień dobry dostajemy. Klimat lat 80 daje o sobie znać w przebojowym "A thousand names" i znów te same wpływy i pełno patentów nwobhm. Jak ten utwór fajnie buja, a warstwa instrumentalna potrafi przyprawić o szybsze bicie serca. 8 minutowy "Seven Pierced Hearts" konstrukcją i klimatem trochę przypomina "heaven and Hell" Black sabbath. Bardziej zadziorny i agresywny jest "Inverted Church" i tutaj słychać echa Mercyful fate i znów jest czym się zachwycać. Remi przyspiesza w "the Snake", gdzie dostajemy odrobiny heavy/speed metalu z nutką nwobhm. Zamykający "The descent" to wciąż mroczny heavy metal, ale już tak pozytywnie nie zaskakuje. Solidny kawałek, ale mogło być lepiej.
Troszkę do perfekcji brakuje to fakt, ale płyta robi spore wrażenie. Jest odpowiedni klimat, jest hołd dla lat 80, mamy pełno patentów Black Sabbath czy Mercyful fate. Remi ma ciekawe pomysły na melodie i aranżacje i to na pewno szokuje, że jedna osoba nagrała tak porządny album. Od początku do końca słucha się tego z dużą przyjemnością. Pozycja na pewno godna uwagi.
Ocena: 8/10
niedziela, 9 marca 2025
THRONE OF IRON - Adventure Two (2025)
Amerykański Throne of iron nie należy do pierwszej ligi, jeśli chodzi o kapele obracające się w heavy metalowej konwencji. Troszkę brakuje im do ideału. Działają od 2017r i póki co zmajstrowali dwa albumy, z czego najnowsze dzieło "Adventure Two" miał premierę 7 marca za sprawą No remorse Records. Stylistycznie band stara się grać taki epicki, rycerski heavy metal w amerykańskim wydaniu, a przy tym próbują naśladować trochę Manilla Road, Visigoth czy Eternal Champion. Jest w tym wszystkim potencjał, ale do ideału trochę zabrakło.
Okładka niestety kiczowata i nie do końca pasuje mi do zawartości. Bardziej odstrasza niż zachęca. O wiele lepiej prezentuje się brzmienie i klimat, gdzie wszystko mocno wzorowane na latach 80. To akurat bardzo dobra cecha, która nieco uspokaja. Liderem grupy jest Thucker Thomasson, który sprawuje funkcję wokalisty i gitarzysty. Napędza ten band i nadaje mu odpowiedniego charakteru. Wokal ma odpowiedni do takiej stylistyki i od razu czuć rycerski klimat. Wokal to jeden mocny atut, a inny to bardzo dobra forma gitarzystów. Praca na linii Thomasson - Deckard układa się pomyślnie. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, na klimat lat 80, na proste i chwytliwe riffy, a całość ma ten rycerski klimat. Dobrze się tego słucha od początku do końca i panowie odwalają kawał dobrej roboty. Tak wiem, jest to wtórne i oklepane. Póki jest to zagrane z pomysłem i hołdem dla wielkich zespołów, z których czerpie się inspiracje, to jestem za.
Płyta zawiera 11 kawałków i tak naprawdę każdy kawałek ma coś do zaoferowania. Piękne wejście gitar dostajemy w zadziornym "Denied". Od razu dostajemy mocny kawałek na dzień dobry. Marszowe tempo, elementy true heavy metalu, elementy nwobhm a wszystko w rycerskim klimacie. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze i chce się usłyszeć więcej z tej płyty. Płytę promował "The Oath" i nic dziwnego, bo ta rasowy hicior. Słychać w tym wszystkim wpływy również takiego Crystal Viper czy Judas Priest. "Divine Smite" przesiąknięty mrokiem, a "the Final rage" to rasowy hicior i jak dla mnie najlepszy kawałek na płycie. Jest w tym pomysłowość i dbałość o detale. Przewodni motyw i melodia sieją tutaj zniszczenie. Coś z czasów "Walls of Jericho" Helloween słychać w rozpędzonym "Upon o Bloody Shore" i tutaj dostajemy rasowy killer. Band pokazał pazury! Dużą dawkę przebojowości dostajemy w melodyjnym "Detect evil" i też nie ma do czego się przyczepić. Nastrojowy jest "The City of brass", gdzie postawiono na epickość i bardziej ponury klimat. Robi to wrażenie. Całość wieńczy rozpędzony "the ninth level" i znów band pokazuje się w bardziej rozpędzonej formule. Dają czadu!
Drugi album amerykanów bardziej do mnie przemawia niż debiut. Materiał jest bardziej dopracowany, muzycy bardziej ograni i już są pewniejsi w tym co robią. Płyta ma klimat i oddaje pięknego rycerskiego heavy metalu. Miły hołd dla takich formacji jak choćby Manilla road czy Eternal Champion. Jest w tym wszystkim pomysł i umiejętność wykorzystania swojego talentu. Warto było czekać 5 lat na nowe dzieło.
Ocena: 8.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)