Tym razem okładka, wyglądająca jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję, raczej odstrasza niż zachęca. Jednak jedno spojrzenie na stylistykę, w której porusza się zespół, oraz na jego kraj pochodzenia, nieco zmienia odbiór. Młodziutki Burning Eden działa od 2025 roku i reprezentuje pogranicze heavy i power metalu. Jeśli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań i lubi proste, zadziorne oraz chwytliwe granie w stylu HammerFall czy HammerKing, powinien znaleźć tu coś dla siebie. Zespół stawia na rycerską estetykę, a 24 kwietnia ukazał się jego debiutancki album zatytułowany po prostu „Burning Eden”.
Burning Eden to przede wszystkim charakterystyczny wokalista Rafael Felicio, który potrafi śpiewać z odpowiednią ekspresją, choć wciąż powinien popracować nad techniką. Dobrze wypadają gitarzyści, stawiający na klasyczne rozwiązania i nieskomplikowane, ale skuteczne motywy. Livas i Flote koncentrują się na dynamice oraz chwytliwych melodiach. Całość jest przystępna i momentami całkiem udana, jednak formuła pozostaje mocno ograna, a zespół zbyt często popada w wtórność i brak wyrazistej tożsamości. Na tym etapie prezentują się raczej jako sprawni rzemieślnicy, dopiero stawiający pierwsze kroki na scenie metalowej. Debiut to solidna dawka klasycznego heavy metalu.
Na plus wyróżnia się melodyjny i przebojowy „Burning Eden” – prosty, ale wpadający w ucho numer, w którym pobrzmiewają inspiracje Iron Maiden czy Majesty. Zespół potrafi pisać chwytliwe utwory, czego dobrym przykładem jest również „Astral” – lekki, melodyjny kawałek oparty na sprawdzonych schematach. Dalej pojawia się dynamiczny „The Wilds of the Night”, który także bazuje na znanych zagrywkach i nie wnosi niczego szczególnie świeżego. Tego typu heavy metalowych kompozycji jest na rynku naprawdę sporo. Niestety, pewna powtarzalność daje się odczuć – „We Are One” nie wnosi nic nowego, a podobnie wypada zadziorny „Army of Darkness”. Słucha się tego całkiem przyjemnie, lecz trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu – dominują ograne patenty i schematyczne riffy.
Lepiej prezentuje się finał płyty w postaci „Lord of Promises”, najdłuższego utworu na albumie. Pojawia się tu bardziej marszowe tempo oraz próba stworzenia czegoś bardziej epickiego i utrzymanego w rycerskim klimacie. Na plus można zaliczyć wyraźne inspiracje Iron Maiden.
Burning Eden to zespół, który ma potencjał, by się rozwinąć. Na razie oferuje rzemieślniczy, solidny heavy metal oparty na sprawdzonych schematach, jednak brakuje mu świeżości i wyrazistości. Trudno też wskazać utwory, które na dłużej zapadają w pamięć. Mimo tych niedociągnięć nie jest to materiał nieudany.
Ocena: 5,5/10


























