power metal warrior
wtorek, 1 września 2026
GENERATION STEEL - Steelmachine (2026)
TRIOSPHERE - Ocens above, stars below (2026)
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
DRAGONLAND - Prophecies (2026)
23 października ukaże się siódmy studyjny album szwedzkiego Dragonland zatytułowany „Prophecies”. Band działa od 1999 roku i od początku konsekwentnie trzyma się symfonicznego power metalu, poruszając się w klimatach Rhapsody, Twilight Force, Sonaty Arctica czy Stratovariusa. Nowy album niczego w tej kwestii nie zmienia, bowiem zespół nadal wiernie pozostaje przy swoim stylu. Szkoda tylko, że tym razem nie zadbał równie mocno o jakość materiału. To bez wątpienia melodyjny i pełen klasycznych power metalowych patentów album, ale same kompozycje są dalekie od ideału.
Nie chodzi przy tym o brak energii czy słodkich, przyjemnych dla ucha melodii. Problem tkwi w samym materiale, który tym razem jest po prostu mało atrakcyjny. Słucha się tego bez większego bólu, ale niewiele pozostaje w pamięci i trudno mówić o emocjach, jakie powinny towarzyszyć muzyce tego typu. Brakuje dopracowania, elementu zaskoczenia oraz hitów, które napędzałyby cały album. Dragonland to doświadczona kapela, ale po tym materiale jakoś trudno to dostrzec. Zdarzają się momenty, w których zwyczajnie wieje nudą. Również okładka tym razem nie zachwyca — wygląda trochę jak grafika przeznaczona do gry komputerowej. Także ten aspekt mógł zostać znacznie lepiej dopracowany. Dragonland stać na więcej. Momentami można odnieść wrażenie, że zespół chciał po prostu szybko nagrać nowy materiał, ale zabrakło mu większego pomysłu na całość.
Największym problemem płyty jest właśnie brak świeżości i emocji. Mam wrażenie, że zespół korzysta ze sprawdzonych patentów, ale robi to trochę zbyt zachowawczo. Słychać, że wszystko jest dopracowane, produkcja stoi na wysokim poziomie, a muzycy prezentują swoje umiejętności bez najmniejszych problemów. Tylko że sama technika i monumentalne brzmienie nie wystarczą, aby stworzyć naprawdę porywający album. Tym razem zabrakło mi tego charakterystycznego „czegoś”, co sprawiało, że najlepsze płyty Dragonland chciało się włączać ponownie.
Na plus należy zaliczyć to, że Dragonland nadal pozostaje w świecie fantasy, który od lat stanowi ważny element jego muzycznej tożsamości. Mocnym atutem wciąż pozostaje również głos Jonasa Heidgerta, który potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i robi to z odpowiednią pasją. Jego wokal idealnie pasuje do świata power metalu i fantasy. Rozczarowuje natomiast to, co prezentuje gitarzysta Jesse Lindskog. Jego gra jest zachowawcza i niczym szczególnym nie przykuwa uwagi. Brakuje ciekawszych pomysłów na melodie, zagrywki czy bardziej charakterystyczne partie. Całość sprawia wrażenie niedopracowanej.
Miłym zaskoczeniem jest otwierający „The Prophecies Unfolds”, który potrafi postawić na szybkość i przebojowy charakter. Tutaj pojawia się jakiś pomysł i odpowiednie wykonanie, a sam utwór rzeczywiście potrafi zapaść w pamięć. Niestety, sporo jest tutaj kompozycji pokroju „Rolling Waves”, czyli czegoś na kształt miałkiego, popowego rocka, który niczym szczególnym nie zachwyca. Kto kocha szybki, słodki power metal w klimacie Power Quest, Sonaty Arctica czy Stratovariusa, ten szybko przekona się do „Survival of Mankind”. To uroczy i melodyjny kawałek, który dobrze oddaje piękno europejskiego power metalu. Nieco podniosłe i przebojowe „Dragonland” również prezentuje się całkiem dobrze. Nie jest to może perfekcja, ale utwór potrafi się obronić.
Niestety, kiepsko wypada „Light of the Sunset”, który niewiele wnosi do całości. To zbyt popowy i komercyjny utwór, wyraźnie odstający od tego, czego można oczekiwać po Dragonland. Wiarę w ten album przywraca „Glory and Gold”, który ponownie przemyca więcej power metalowych patentów. Niestety, również tutaj pojawiają się jedynie przebłyski, a całości daleko do perfekcji. Na dłuższą metę męczy także mało wyrazisty i nieco zbyt łagodny wokal Jonasa. Podobne emocje wzbudza rozpędzony „A Distant Memory”, który próbuje na siłę nawiązywać do wczesnego Helloween. Zbliżoną formułę otrzymujemy w „The Call of the Wild”. Niby wszystko się zgadza, ale jakość nie do końca mnie przekonuje. Jest w tym sporo kiczu i niewiele wyrazu. Takiego power metalu na rynku jest przecież mnóstwo.
Nowy album Dragonland zawodzi niemal na każdej płaszczyźnie. Nie ma tu odpowiedniej agresji ani przebojowości, brakuje też klimatu, a momentami można odnieść wrażenie, że sami muzycy grają bez większego przekonania. Dragonland to doświadczona kapela, ale na tym materiale zupełnie tego nie słychać. Niestety, często wieje nudą, a przede wszystkim zabrakło świeżych pomysłów. „Prophecies” miało być kolejnym rozdziałem w historii zespołu, tymczasem otrzymaliśmy album, który trudno uznać za satysfakcjonujący powrót. Jedno z największych rozczarowań 2026 roku.
Ocena : 4.5/10
sobota, 29 sierpnia 2026
KAMELOT - Dark Asylum (2026)
Dla wielu fanów power metalu Kamelot to przede wszystkim okres Roy Khana. Nie trudno się z tym nie zgodzić, bowiem w tym okresie band nagrał swoje najlepsze płyty. W roku 2012 do zespołu dołączył równie charyzmatyczny i uzdolniony Tommy Karevik. Od tego momentu Kamelot stawia bardziej na ładunek emocjonalny i bardziej stonowane dźwięki. Jednym to się będzie podobać, a innym nie. Ostatni albumów postaci " the awekening" skradł moje serce i z wypiekami na twarzy wypatrywałem dnia 28 sierpnia, czyli dnia premiery "dark asylum". Udało się stworzyć kolejny wielki album, który działa na zmysły i jest portalem do świata magii, fantasy i pięknych dźwięków. To kolejny wielki album wielkiego Kamelot.
Już sam tytuł płyty doskonale oddaje jej charakter. Kamelot zabiera nas do mrocznego, niemal gotyckiego świata RavenHill Asylum, gdzie granica pomiędzy szaleństwem, rzeczywistością, pamięcią i poszukiwaniem własnej tożsamości zaczyna się zacierać. Nie jest to jednak tylko kolejny koncept ubrany w efektowną grafikę. Cała muzyka została podporządkowana temu klimatowi i dzięki temu „Dark Asylum” brzmi jak spójna, przemyślana opowieść. Miłym dodatkiem jest klimatyczna i przykuwająca uwagę szata graficzna. Band zadbał też o soczyste i pełne mocy brzmienie, które nadaje charakteru całości.
Największą siłą albumu jest atmosfera. Kamelot zawsze potrafił połączyć power metalową melodykę z symfonicznym rozmachem i teatralnością, ale tutaj ten element został jeszcze mocniej wyeksponowany. Orkiestracje, chóry, klawisze i gitarowe partie tworzą ogromną, filmową przestrzeń, ale co najważniejsze – nie przykrywają kompozycji. Trzeba pochwalić sam zespół, który rośnie na nowo w siłę. Wokalista Tommy Karevik wciąż potrafi czarować i nadawać kompozycjom emocjonalnego ładunku. Oj potrafi czarować głosem. Świetnie uzupełniają się klawiszowiec Palotai i gitarzysta Youngblood. Stawiają na podniosłość, emocje i piękne melodie i motywy. Szybkość i agresję schodzą tutaj na dalszy plan. Po raz kolejny tych dwóch muzyków tworzy świat pełen magii i niesamowitego klimatu. Brawo!
Zawartość to 15 utworów i 51 minut muzyki. To prawdziwa przygoda. których wiadomo już, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Monumentalny numer, kapitalna melodia, świetna praca gitar i znakomity Tommy Karevik, który potrafi zarówno subtelnie budować napięcie, jak i chwilę później wznieść się wysoko nad całą orkiestrację. Gościnny udział Ignacii Fernández dodatkowo wzbogaca ten utwór o eteryczny, niemal baśniowy klimat.. Co za piękne otwarcie płyty i chce się jeszcze więcej i więcej. Tytułowy „Dark Asylum” jest jeszcze bardziej niepokojący. To utwór, który zamiast od razu atakować słuchacza, stopniowo wciąga go w swoją mroczną historię. Jest teatralnie, majestatycznie i momentami wręcz filmowo. Kamelot pokazuje tutaj, że symfoniczny metal nie musi oznaczać nieustannego bombardowania orkiestrą – równie ważne są przestrzeń, napięcie i odpowiednie dawkowanie emocji. Orkiestrowe elementy wciągają i potrafi zauroczyć swoim stylem i jakością. Jest tutaj dużo power metalowego ładunku. To oczywiście kolejny killer na płycie i nawet nutka klimatów Avantasia jest w tym wszystkim.Świetnie wypada również „Sanctuary”, w którym głosy Clémentine Delauney i Ignacii Fernández idealnie uzupełniają Karevika. To jeden z tych utworów, które pokazują, jak ogromne możliwości daje Kamelot, kiedy klasyczne metalowe fundamenty spotykają się z teatralnym, niemal operowym podejściem do muzyki. Oj dużo dobrego się tutaj dzieje i to kolejny mocny punkt nowej płyty Kamelot. Nie mogło oczywiście zabraknąć niespodzianek. „One Last Masquerade” z udziałem Tobiasa Sammeta brzmi jak spotkanie dwóch światów, które od dawna powinny się ze sobą spotkać. Sammet nie pojawia się tutaj wyłącznie jako ozdobnik – jego charakterystyczny głos idealnie pasuje do teatralnego klimatu kompozycji. Tommy wystąpił w Avantasia, to teraz czas na rewanż i występ Tobiasa w Kamelot. Co ciekawe sam utwór mógłby śmiało trafić na album Avantasia. Utwór petarda i od razu kradnie serce.
Bardzo podoba mi się również „Ivy, My Dear”, który pokazuje bardziej melancholijną stronę zespołu. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Dark Asylum” nie jest wyłącznie płytą złożoną z efektownych, stadionowych hymnów. Są tutaj emocje, zaduma, niepokój i chwile wyciszenia. Band pokazuje pazur w zadziornym " Godlike alchemy" który pokazuje na co stać band
Druga połowa albumu również nie rozczarowuje. „The Sleeping Mind (Orphic Paradigm)”, „Kaleidoscope” czy „Enigma (Think of Me)” utrzymują bardzo wysoki poziom, a „Cassandra’s Disease” pokazuje, że Kamelot potrafi również przyspieszyć i nadać całości nieco bardziej zdecydowanego, metalowego charakteru.Z kolei „Beneath the Moon (Tunglið)” wprowadza kolejną porcję niezwykłego klimatu dzięki wielogłosowym partiom wokalnym. Na zakończenie otrzymujemy „The Puppet King” oraz „Sanctum Requiem”. I jest to finał idealnie pasujący do całej historii – zamiast zwyczajnie zakończyć płytę, Kamelot zostawia słuchacza jeszcze na chwilę w murach RavenHill.
Czy „Dark Asylum” jest płytą idealną? Moim zdaniem – w tym przypadku można sobie pozwolić na takie stwierdzenie. To album, który ma klimat, świetne melodie, znakomity wokal, potężne brzmienie i przede wszystkim własną tożsamość. Kamelot nie próbuje tutaj na siłę odmładzać swojego stylu ani ścigać się z młodszymi zespołami. Zamiast tego wykorzystuje wszystkie swoje najmocniejsze strony i tworzy muzykę niezwykle dojrzałą, ale jednocześnie pełną energii.
„Dark Asylum” to Kamelot w najlepszym wydaniu – mroczny, melodyjny, symfoniczny, teatralny i pełen emocji. To jedna z tych płyt, które najlepiej słuchać od początku do końca, najlepiej wieczorem, przy odpowiednim klimacie, bo wtedy jej magia działa najmocniej. Kamelot jest naprawdę w świetnej formie. Jedna z najlepszych płyt roku 2026.
Ocena : 10/10
FLOTSAM AND JETSAM - Rats in the temple (2026)
"Rats in the Temple” jest albumem zdecydowanie thrashowym, ale Amerykanie nigdy nie byli zespołem, który zamykał się w jednej szufladzie. Obok szybkich, bezkompromisowych riffów znajdziemy tutaj bardziej melodyjne fragmenty, mocne refreny i charakterystyczne dla zespołu gitarowe harmonie. Dzięki temu płyta nie jest monotonna, mimo że jej fundament pozostaje bardzo mocny i agresywny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie zapominają o przebojowości i melodyjności. To sprawia, że płyta jest łatwa w odbiorze i potrafi zapaść w pamięci. Band znów zadbał o mocne i soczyste brzmienie, które dodaje drapieżności całości. Szata graficzna też robi wrażenie, chociaż ma cechy kiczu.
Od pierwszych sekund wiadomo, że nie będzie tutaj żadnego odcinania kuponów od przeszłości. „Harvesting the Hate” rozpoczyna album z ogromną energią, a charakterystyczny wokal Erica „A.K.” Knutsona od razu przypomina, dlaczego przez tyle lat był jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów amerykańskiego thrashu. Gitary Michaela Gilberta i Steve'a Conleya brzmią ciężko i agresywnie, ale nie brakuje tutaj również melodii, która od dawna jest jednym z najważniejszych elementów stylu Flotsam and Jetsam. To bardzo udany utwór, który wpada w ucho i nic dziwnego, że zespół wybrał go do promowania albumu. Nieco inaczej prezentuje się „Damnation”, który pokazuje bardziej klasyczne oblicze zespołu. „Absolution” ponownie przyspiesza i jest jednym z tych kawałków, przy których trudno spokojnie usiedzieć. Bardzo dobrze wypada również „Blame the Knife”, gdzie agresja przeplata się z melodyjnymi partiami gitar. Bardzo udany start płyty, aczkolwiek band nie rzucił mnie na kolana tak jak choćby w przypadku "blood in water". Band potrafi zagrać bardziej technicznie i nowocześnie i tytułowy utwór świetnie to odzwierciedla.Jednym z ciekawszych momentów jest „the edge od nowhere". Numer rozpoczyna się orientalnym motywem budując napięcie, po czym nagle eksploduje szybkim thrashowym atakiem. To bardzo dobry przykład tego, jak Flotsam and Jetsam potrafi wykorzystać klasyczne elementy gatunku, a jednocześnie zrobić z nich coś własnego. Nie jest to bezmyślne kopiowanie tego, co zespół robił w latach 80."Last Rites” również należy do mocniejszych punktów albumu. Jest szybko, ciężko i bardzo konkretnie, a przy tym nie brakuje melodii. Właśnie ta umiejętność połączenia agresywnego thrashu z melodyką od zawsze wyróżniała Flotsam and Jetsam na tle wielu innych zespołów. Podobnie jest w „A Taste for War” czy „Anthem for the Broken”, gdzie zespół pokazuje nieco bardziej rozbudowane i emocjonalne oblicze. Mamy jeszcze melodyjny i bardziej przebojowy "her blood your pain" w którym nie brakuje power metalowego charakteru. Całość wieńczy "not going down that way". Który przemyca trochę heavy metalowej stylistyki.
Flotsam and Jetsam po raz kolejny udowadnia, że wiek nie musi oznaczać muzycznej stagnacji. „Rats in the Temple” to kawał solidnego, agresywnego i melodyjnego thrash metalu. Jeżeli ktoś obawiał się, że po „I Am the Weapon” Amerykanie obniżą loty, może być spokojny. Jest moc, są świetne gitary, jest charakterystyczny wokal A.K. i przede wszystkim jest sporo naprawdę dobrych numerów. Troszkę do perfekcji zabrakło, może niektóre utwory wymagały by lekkiej poprawy, ale całościowo album robi wrażenie. Można brać w ciemno, bo flatsam amd jetsam od ładny paru lat jest naprawdę w świetnej formie.
Ocena : 9/10
piątek, 28 sierpnia 2026
EXUMER - Death mask messiah (2026)
„Death Mask Messiah” to przede wszystkim bardzo dobrze napisany, agresywny thrash metal. Gitary Ray'a Mensha i Marca Bräutigama dostarczają mnóstwo charakterystycznych, szybkich riffów, a sekcja rytmiczna z nowymi muzykami – perkusistą Jerome'em Reilem i basistą Alexem Vossem – sprawia, że całość brzmi wyjątkowo dynamicznie. To pierwszy album Exumer z tym duetem i zdecydowanie można powiedzieć, że młodsza krew dobrze wpłynęła na energię zespołu.
Już pierwsze dźwięki utworu tytułowego nie pozostawiają większych wątpliwości, w którą stronę tym razem poszła niemiecka formacja. Jest szybko, agresywnie i bez zbędnego kombinowania. Exumer postawił na bardziej bezpośrednie i surowe oblicze, wyraźnie nawiązujące do klasycznego thrashu z lat 80., ale jednocześnie brzmienie jest zdecydowanie współczesne. I chyba właśnie to połączenie jest największą zaletą tego albumu. Nie mamy tutaj próby udawania, że czas zatrzymał się czterdzieści lat temu, ale też nie ma mowy o przesadnym unowocześnianiu muzyki. Trzeba pochwalić band za miłą dla oka okładkę i mroczne brzmienie.
Najmocniejsze momenty? Tytułowy „Death Mask Messiah” od razu rzuca słuchacza na głęboką wodę, ale później wcale nie jest gorzej. „Blinding Skies” ma świetny, klasycznie thrashowy charakter,. Mocny początek płyty i od razu zabiera nas do prawdziwego niemieckiego thrash metalu w klimatach kreator czy sodom.„Sin Bleeder” pędzi do przodu bez chwili wytchnienia, a „Eradication” pokazuje, że Exumer nadal potrafi stworzyć naprawdę kąśliwy i zapadający w pamięć riff. Bardzo dobrze wypada również „Allocated Savagery”, jeden z najbardziej agresywnych numerów na płycie. Prawdziwa perełka i kwintesencja thrash metalu.
Nieco więcej przestrzeni dostajemy w „Serpent”, który pokazuje drapieżność i szybkie tempo. Z kolei „Fratricide” oraz „Scorcher” ponownie przyspieszają tempo i przypominają, że Exumer najlepiej czuje się wtedy, kiedy riffy tną jak brzytwa, a perkusja nie daje słuchaczowi zbyt wiele czasu na odpoczynek. Thrash metalowe petardy w najlepszym wydaniu. Całość zamyka cover Nasty Savage i efekt końcowy jest zadowalający.
Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Nie ma tutaj niepotrzebnych eksperymentów ani prób przypodobania się komuś, kto od Exumer oczekuje czegoś innego niż porządnego thrash metalu.„Death Mask Messiah” jest zdecydowanie krokiem w stronę większej agresji i bezpośredniości. Exumer powrócił po długiej przerwie i zrobił dokładnie to, co powinien – nagrał mocny thrashowy album bez oglądania się na trendy.
Ocena : 8/10
środa, 26 sierpnia 2026
WITCHFORCE - Witchforce (2026)
Fanów heavy metalu, gdzie punktem wyjściowym jest kobiecy wokal, nie brakuje. Na szczęście coraz więcej pojawia się takich kapel, a amerykański Witchforce to świetny tego przykład. To młoda formacja, której początki sięgają 2024 roku. 21 sierpnia ukazał się jej debiutancki album, zatytułowany po prostu „Witchforce”. To pozycja skierowana do fanów heavy metalu i hard rocka z lat 80. W ich muzyce usłyszymy wpływy Doro i Warlock, a także trochę Dokken czy W.A.S.P. Jeśli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań i kocha proste motywy, szybko przekona się do tej kapeli.
Od pierwszych dźwięków słychać, że muzycy nie zamierzają kombinować. Jest mocny, klasyczny riff, solidna sekcja rytmiczna i przede wszystkim wokal Cassie Nadeau, który okazuje się jednym z największych atutów całego materiału. Jej głos jest chropowaty, drapieżny i pełen charakteru, ale jednocześnie potrafi być melodyjny. Dzięki temu Witchforce nie brzmi jak kolejna bezbarwna kapela próbująca odtworzyć klimat sprzed czterdziestu lat. Zespół korzysta z klasycznych patentów, ale nadaje im własną energię.
Album otwiera „Save Our Souls” – mocny i bardzo bezpośredni numer, w którym pojawiają się także bardziej buntownicze i społeczne akcenty. Dalej mamy „Witchcraft”, czyli kawałek bardziej melodyjny, ale nadal oparty na ciężkich gitarach i klasycznym heavy metalowym feelingu. To właśnie takie utwory pokazują, że Witchforce potrafi połączyć prostotę kompozycji z chwytliwością.
„Never Say Die” jest z kolei jednym z tych numerów, które aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. To bardziej lekki, rockowy kawałek, który można by puścić w radiu. Echa Judas Priest czy Warlock można wyłapać w zadziornym „Into The Woods”. Czuć tu klimat lat 80., a zespół pokazuje swoje atuty.
Jednym z najmocniejszych momentów na płycie jest bez wątpienia „Heroes and Fools”. Jest w końcu mocniejszy riff, ciekawsze partie gitarowe i nutka agresji. Szybsze tempo również robi tutaj robotę. Tak powinna brzmieć cała płyta. Nie brakuje również ostrzejszych momentów. „Kicked Out Of Hell” to zdecydowanie bardziej bezpośredni i agresywny numer, który świetnie pokazuje zamiłowanie zespołu do amerykańskiego metalu lat 80. Z kolei „The Hunter” to kolejny lekki i przebojowy utwór na płycie. Oba kawałki dobrze pokazują, że Witchforce chce grać muzykę przede wszystkim energetyczną i koncertową.
Końcówka płyty to hardrockowy i trochę mało wyrazisty „Call of the Wild” oraz oldschoolowy i mocny „True Believer”, który brzmi jak mieszanka W.A.S.P., Judas Priest i Accept. To świetne zwieńczenie całości.
„Witchforce” nie jest płytą, która próbuje wymyślić heavy metal na nowo. I bardzo dobrze. To album dla tych, którzy nadal czerpią przyjemność z klasycznych riffów, mocnych refrenów i oldschoolowej atmosfery. Słychać tutaj fascynację metalem lat 80., ale również współczesną energię, dzięki której całość nie sprawia wrażenia muzycznej rekonstrukcji muzealnego eksponatu. Do ideału daleka droga, ale jest w tym szczerość i potencjał na coś więcej. Band jest zgrany i gra swoje, nie patrząc na trendy.
Największym atutem Witchforce jest bez wątpienia Cassie Nadeau, ale nie można zapominać o gitarowym duecie Tommy Von Voigt – Steve Woodzell. To właśnie riffy i solówki budują fundament tej muzyki, a sekcja rytmiczna Dana Martineza i Sala Chi zapewnia całości odpowiednią siłę napędową.
Debiut Witchforce może nie zaskoczyć słuchacza poszukującego eksperymentów, ale jeśli ktoś tęskni za klasycznym, melodyjnym i jednocześnie drapieżnym heavy metalem, powinien dać tej płycie szansę. To solidny, pełen energii debiut zespołu, który najwyraźniej dobrze wie, w jakim kierunku chce podążać. „Witchforce” nie udaje czegoś, czym nie jest – to szczery hołd dla tradycyjnego metalu, podany w nowoczesnej formie i z wokalistką posiadającą własny charakter. Jak popracują nad przebojowością i mocniejszymi riffami to przysporzą sobie więcej fanów.
Ocena: 7/10
niedziela, 23 sierpnia 2026
BLOODLINE - Lycaon (2026)
Chile nie jest krajem, który w pierwszej kolejności kojarzy się z power metalem, ale tamtejsza scena od lat potrafi dostarczyć naprawdę interesujących zespołów. Jednym z nich jest Bloodline, formacja poruszająca się w stylistyce melodyjnego power metalu, mocno zakorzenionego również w klasycznym heavy metalu. Od debiutanckiego „King Vampire” minęło już osiem lat, a Chilijczycy powracają z drugim albumem, zatytułowanym „Lycaon”, wydanym 21 sierpnia 2026 roku. W międzyczasie w zespole pojawiła się nowa sekcja rytmiczna – basista Ruben Romero i perkusista Gustavo Pena. Obaj muzycy bardzo dobrze odnajdują się w stylistyce grupy i wnoszą do jej brzmienia odpowiednią dawkę energii.
Już sam tytuł sugeruje, że ponownie mamy do czynienia z płytą zanurzoną w świecie mroku, legend i epickich opowieści. Bloodline nie zamierza jednak epatować przesadnym symfonicznym rozmachem czy nowoczesnymi rozwiązaniami. Zamiast tego stawia na to, co w power metalu najważniejsze – melodyjne gitarowe riffy, wyraziste refreny, dynamiczną sekcję rytmiczną oraz odpowiednią dawkę patosu. Co ważne, zespół próbuje przy tym wypracować własny język muzyczny, zamiast bezrefleksyjnie kopiować bardziej znane formacje.
„Lycaon” od pierwszych minut pokazuje, że zespół dobrze wie, w jakim kierunku chce podążać. Jest tutaj sporo klasycznego heavy metalowego ducha, ale całość została ubrana w power metalową melodykę. Gitary mają sporo przestrzeni, riffy są konkretne, a melodie szybko zapadają w pamięć. Nie jest to muzyka nastawiona na techniczne popisy. Bloodline zdecydowanie bardziej zależy na budowaniu atmosfery i komponowaniu utworów, które mają charakter. To jeden z większych atutów tej formacji.
Dużą rolę odgrywa również wokal. Jest odpowiednio mocny i dobrze współgra z epickim charakterem muzyki. W tej roli bardzo dobrze sprawdza się Ignacio Albatros, który nadaje całości wyrazistości i odpowiedniego charakteru. Słychać, że zespół czerpie z klasyki, ale nie próbuje na siłę naśladować którejś z wielkich europejskich formacji. Album składa się z trzynastu utworów i trwa niemal godzinę, dzięki czemu Bloodline ma wystarczająco dużo miejsca, by zaprezentować różne oblicza swojej muzyki.
Otwierający „Furor Lycaonis” stawia przede wszystkim na rozmach i epicką atmosferę, ale momentami można odnieść wrażenie, że forma bierze tutaj górę nad treścią. Brakuje nieco pomysłu, który pozwoliłby tej kompozycji mocniej zapisać się w pamięci. Znacznie ciekawiej Bloodline prezentuje się w melodyjnym i pełnym energii „Warriors”. Jest moc, wyrazisty riff oraz interesujące połączenie heavy i power metalu. Duet gitarzystów Cid/Albarran potrafi dostarczyć słuchaczowi zarówno soczystych riffów, jak i dużej dawki przebojowości. Doskonałym przykładem jest „Lycaon”, w którym można doszukać się pewnych patentów znanych z twórczości Primal Fear. Utwór świetnie pokazuje atuty i potencjał chilijskiej formacji.
Power metal w bardziej europejskim wydaniu otrzymujemy w rozpędzonym „Fallen Angels”, gdzie zespół tylko umacnia swoją pozycję. Bije z niego pewność siebie, energia i pomysłowość. To jedno z pierwszych większych pozytywnych zaskoczeń na płycie, ale zdecydowanie nie ostatnie. W dalszej części albumu znajdziemy energiczny „Lycans”, nastrojowy „Cruel Mirror”, sprawdzający się w roli rockowej ballady, oraz przebojowy „Reunite”. Bloodline nie zamierza zwalniać tempa. W „Blood Spirits” otrzymujemy rozpędzoną kompozycję z łatwo wpadającym w ucho refrenem, natomiast „Evil Eyes” zachwyca zadziornością i stanowi znakomite połączenie szybkiego tempa, agresji oraz chwytliwych melodii. Warto również pochwalić zespół za energiczny, powermetalowy „The Sons of Lycaon”. To kolejny dowód na to, że Bloodline znajduje się obecnie w bardzo dobrej formie.
Największą zaletą „Lycaon” jest jednak szczerość tej muzyki. Bloodline nie próbuje wymyślać power metalu od nowa. Chilijczycy doskonale wiedzą, że w tym gatunku nadal można wiele osiągnąć za pomocą dobrych riffów, chwytliwych melodii i odpowiednio podanych refrenów. Nie znajdziemy tutaj przesadnej produkcyjnej sterylności ani pogoni za modą. Jest za to klasyczny metalowy charakter, energia i wyraźna pasja do grania.
„Lycaon” powinien więc zainteresować przede wszystkim tych słuchaczy, którzy nadal mają słabość do klasycznego, melodyjnego heavy/power metalu. To album bez zbędnego kombinowania, oparty na tradycyjnych wartościach gatunku, ale jednocześnie posiadający własny, mroczny klimat. Bloodline nie sili się na eksperymenty, tylko konsekwentnie rozwija obrany kierunek, a w najlepszych momentach robi to naprawdę przekonująco. Płyta ma mocne brzmienie i szkoda tylko, okładka taka jakaś sztuczna, jakby stworzona przez AI.
Bloodline udowadnia tym wydawnictwem, że nie trzeba pochodzić z Niemiec, Szwecji czy Włoch, aby grać przekonujący power metal. „Lycaon” to solidna, melodyjna i pełna metalowego ducha płyta, która może nie wywraca gatunku do góry nogami, ale dostarcza wielu powodów, by poświęcić jej uwagę. Chilijczycy pokazują, że mają zarówno pomysł na swoją muzykę, jak i potencjał, by w przyszłości jeszcze mocniej zaznaczyć swoją obecność na metalowej scenie.
Ocena: 8/10
sobota, 22 sierpnia 2026
STEELOVER - Devils highway (2026)
Największą zaletą „Devil’s Highway” jest właśnie ta prostota. Steelover nie próbuje stworzyć kolejnego przełomowego albumu w historii heavy metalu. Zamiast tego dostarcza muzykę, która ma przypominać, dlaczego klasyczny hard rock i heavy metal wciąż potrafią działać. Riffy są czytelne, refreny melodyjne, a gitarowe partie mają odpowiednią dawkę charakteru. Duet Farina/Freson spisuje się i napędza ten band. Stawiają na klasyczne patenty i starają się utrzyma klimat lat 80. Co na pewno napędza ten band to charyzmatyczny wokalista Vince Cardillo, kory potrafi nadać kompozycjom charakteru i drapieżności. Potrafi odnaleźć się zarówno w klasycznym heavy metalu jak i hard rocku. Mimo upływu lat wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć.
„Devil’s Highway” to jedenaście utworów zanurzonych po uszy w klasycznym hard rocku i heavy metalu. Nie ma tutaj pogoni za nowoczesnością, eksperymentów czy prób dopasowania się do aktualnych trendów. Jest za to wszystko to, za co wielu z nas pokochało metal kilkadziesiąt lat temu: mocne gitarowe riffy, melodyjne refreny, charakterystyczny wokal, solówki i przede wszystkim ogromna miłość do starej szkoły. Sam wydawca określa muzykę zespołu jako mieszankę Scorpions i Saxon i trudno z tym porównaniem specjalnie dyskutować. Materiał jest zróżnicowany i taki oldscholowy.
Już otwierający „Devil’s Call” pokazuje, że Steelover nie zamierza brać jeńców. Mocny riff, klasyczna konstrukcja utworu i wokal Vince’a Cardillo tworzą numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na płycie któregoś z europejskich zespołów hardrockowych z pierwszej połowy lat 80. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie przeszłości. Steelover gra ten materiał z przekonaniem i przede wszystkim z autentycznością.
Dużo frajdy daje również „Sing Along This Song”, który już samym tytułem zdradza, czego możemy się spodziewać. To jeden z tych numerów, które mają przede wszystkim sprawiać przyjemność i aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. Z kolei „Chains of Love” pokazuje bardziej melodyjną stronę zespołu, a „My Pride” należy do utworów, w których najlepiej słychać charakterystyczne dla Steelover połączenie hardrockowej przebojowości z metalowym pazurem. To tylko potwierdza, że Steelover nie zatracił swojego uroku i charakteru z lat 80.
Nieco cięższy charakter ma „Out of a Living Hell”, który wraz z „Bleeding Pain” przypomina, że Steelover nie jest wyłącznie zespołem od lekkich, stadionowych refrenów. Gitary potrafią zabrzmieć naprawdę konkretnie, a rytmiczna sekcja nadaje całości odpowiedniej siły. W tych momentach muzyka zespołu zbliża się do klasycznego heavy metalu, choć nigdy całkowicie nie porzuca swoich hardrockowych korzeni. Te utwory pokazują zamiłowanie zespołu do takich kapel jak judas priest czy dokken.Na uwagę zasługuje również „The Doorway Effect”, natomiast „Canyon” pokazuje bardziej przestrzenną i melodyjną stronę albumu. „Keep on Running” to kolejny kawałek oparty na sprawdzonych rozwiązaniach, ale właśnie takie numery najlepiej pokazują, że Steelover nie potrzebuje komplikować muzyki, żeby była ona skuteczna. Band niby niczym specjalnym nie zaskakuje, ale ta szczerość i klimat lat 80 potrafi zauroczyć.
„Devil’s Highway” działa przede wszystkim jako szczery hołd dla muzyki, na której zespół wyrósł. Belgowie nie próbują odmładzać swojego wizerunku ani udowadniać, że potrafią grać bardziej ekstremalnie od młodszych zespołów. Grają swoje i robią to z gracją, poszanowaniem klasyki, ale nie zapominając o swoich korzeniach i działalności w latach 80. Nowy album wpada w ucho i jest miłą podróżą do heavy metalu i hard rocka z lat 80. Trochę zabrakło większej przebojowości i większej pewności siebie.
Ocena : 7/10
piątek, 21 sierpnia 2026
TOKYO BLADE - Hoist the colours high (2026)
Nie pamiętam, kiedy ostatnio Tokyo Blade wydał coś naprawdę wartościowego i godnego większej uwagi. Ta zasłużona i doświadczona kapela odegrała przecież ważną rolę w budowaniu sceny NWOBHM, dlatego trudno przejść obojętnie obok jej kolejnych wydawnictw. Niestety, w ostatnich latach zespół zdaje się przeżywać pewien kryzys artystyczny. „Hoist The Colours High”, trzynasty album studyjny grupy, wydany 21 sierpnia nakładem Dissonance Records, jest kolejnym materiałem, który pozostawia spory niedosyt i okazuje się daleki od ideału.
Nie ma jednak mowy o totalnej porażce. Tokyo Blade zadbał o kilka istotnych elementów: płyta otrzymała przyjemną dla oka szatę graficzną, brzmienie jest soczyste i odpowiednio współczesne, a doświadczenie muzyków pozostaje jednym z największych atutów zespołu. Panowie potrafią sprawnie balansować między klasycznym heavy metalem a hard rockiem, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy trzeba stworzyć kompozycje, które naprawdę zapadają w pamięć. Zespół potrafi grać, ale ma wyraźne problemy z pisaniem utworów, które chciałoby się nucić i do których chciałoby się wracać.
Dostajemy więc sporo solidnych kompozycji, lecz sama poprawność to zdecydowanie za mało. Na niekorzyść działa również długość materiału. Czternaście utworów przy tak nierównym poziomie sprawia, że album z czasem zaczyna nużyć, zamiast wciągać słuchacza coraz mocniej. Miło jest posłuchać w akcji gitarowego duetu Wiggins/Boulton, ponieważ panowie wyraźnie stawiają na klasykę i klimat lat 80. Szkoda tylko, że za tym kunsztem nie idą bardziej odważne pomysły. Brakuje momentów, które mogłyby pozytywnie zaskoczyć i wynieść album ponad przeciętność.
Lata lecą, a Alan Marsh wciąż brzmi dobrze i jego wokal pozostaje jednym z mocniejszych punktów Tokyo Blade. Szkoda jedynie, że materiał nie daje mu zbyt wielu okazji do zaprezentowania pełni swoich możliwości. Sam album jest dość zróżnicowany stylistycznie, ale niestety mało przebojowy. Poszczególne utwory potrafią się od siebie różnić, jednak trudno znaleźć wśród nich większą liczbę kompozycji, które rzeczywiście zostają w głowie na dłużej.
Płytę otwiera „Screaming Evil” i jest to całkiem udany heavy-metalowy numer z wyczuwalną hardrockową nutą. Jeszcze lepiej wypada przebojowy „Too Wired To Sleep”, będący jednym z najjaśniejszych punktów całego wydawnictwa. Szkoda, że reszta materiału nie prezentuje podobnego poziomu. Tytułowy „Hoist The Colours High” jest nieco mroczniejszy i bardziej zadziorny, przemycając sporo hardrockowego pazura. Więcej rockowego charakteru znajdziemy w „Sweet Desolation” – solidnym utworze, któremu jednak brakuje wyraźniejszej wizji i kompozycyjnego dopracowania.
Ciężar i mrok to z kolei domena mocniejszego „When The Hammer Falls”, który potrafi skutecznie wpaść w ucho. Niestety, obok takich momentów pojawia się sporo utworów przeciętnych i nijakich. Rockowy „Mr Nobody” jest tego dobrym przykładem. Na uwagę zasługuje również bardziej melodyjny „I Don't Need No Enemies”. Tutaj pomysł był, ale nie został w pełni wykorzystany – potencjał kompozycji nie został przekuty w coś naprawdę zapadającego w pamięć. Kto szuka większej dawki energii i szybszego grania, powinien sprawdzić „Devil In The Red Mist”. Pozostała część materiału nie zrobiła już na mnie większego wrażenia i nie wywołała emocji, których oczekiwałbym po zespole tej klasy.
Tokyo Blade nagrywa kolejne albumy i konsekwentnie powiększa swoją dyskografię, tylko szkoda, że coraz częściej można odnieść wrażenie, iż idzie to w parze bardziej z ilością niż z jakością. „Hoist The Colours High” ma kilka ciekawych momentów, ale jako całość jest zdecydowanie zbyt długa, nierówna i momentami zwyczajnie nużąca. Brakuje atrakcyjnych melodii, wyrazistych refrenów oraz prawdziwych hitów, które napędzałyby to wydawnictwo i sprawiały, że chciałoby się do niego wracać.
Doświadczona i zasłużona kapela po raz kolejny wypuszcza album, który trudno uznać za szczególnie udany. Nie jest to kompletna porażka, ale przy takiej historii i możliwościach zespołu oczekiwania są zdecydowanie większe. „Hoist The Colours High” pozostawia więc przede wszystkim niedosyt i rozczarowanie. Szkoda.
Ocena: 5/10
środa, 19 sierpnia 2026
PRIME CREATION - Souls of the fallen (2026)
Szwedzki Prime Creation nie należy może do zespołów, które pojawiają się na pierwszych stronach metalowych magazynów, ale od początku swojej działalności konsekwentnie buduje własną markę w świecie melodyjnego heavy i power metalu. Formacja powstała w 2015 roku na gruzach Morifade, a „Souls Of The Fallen” jest już jej czwartym pełnowymiarowym albumem. I trzeba przyznać, że Szwedzi z każdym kolejnym wydawnictwem coraz pewniej wiedzą, w którą stronę chcą podążać. Nowy album jest solidny, ale nie jest to najlepsze co słyszałem w roku 2026. Płyta ukazała się 26 czerwca nakładem roar records.
Co przyciąga do kapeli Prime Creation to bez wątpienia echa dawnej formacji Morifade, która była znana fanom power metalu w latach 90.Największym atutem „Souls Of The Fallen” jest jego brzmienie. Produkcja Nielsa Nielsena jest mocna, przejrzysta i odpowiednio ciężka, ale jednocześnie nie zabija melodii. Gitary mają sporo miejsca, perkusja brzmi potężnie, a wokal nie ginie w ścianie instrumentów. Całość jest nowoczesna, ale nie przesadnie sterylna. Wokalnie Esa Englund radzi sobie i pasuje do tego co band gra. Potrafi nadać kompozycjom charakteru i drapieżności. To jest mocny punkt zespołu. Trochę gorzej prezentuje się duet gitarzystów, bowiem Tainamo/ Arnell trochę zawodzi i mam problem dowieźć ciekawe riffy czy solówki. Tym razem panowie grają solidnie, ale brakuje czegoś godnego pochwały i zapamiętania. Doświadczeni muzyce, ale materiał taki odtwórczy i bez elementu zaskoczenia. Band poszedł na łatwiznę i nagrał materiał bez ikry i przebojowości. Jest kilka przebłysków, ale to za mało żeby porwać słuchacza.
Początek płyty nie jest wcale taki zły, bowiem otwierający "galactic rebirth" , który mocno wzoruje się na twórczości battle beast czy beast in Black. Jest trochę w tym kiczu, ale dominuje agresja i przebojowość. To naprawdę bardzo udany start. Melodyjny charakter band utrzymuje również w "Ghosts" i to również solidny utwór. Prawdziwy cios przychodzi jednak wraz z „Blood Harvest”. To jeden z najbardziej bezpośrednich i agresywnych numerów na płycie – szybki, ciężki i napędzany konkretną pracą gitar oraz perkusji. Krótki, niespełna trzyipółminutowy utwór nie pozwala się nudzić i bez problemu może stać się jednym z koncertowych killerów.Tytułowy „Souls Of The Fallen” pokazuje z kolei bardziej epickie oblicze zespołu. Niby był pomysł, ale wykonanie jest średnie i mało przekonujące. Nutka progresji pojawia się w "alliance", ale brakuje w tym pomysłu i ciekawego rozplanowania. Niestety wieje tutaj nudą. Dużo lepiej wypada „Lost Legacy”. Szybszy rytm, mocne riffy i bardzo chwytliwy refren sprawiają, że jest to jeden z najbardziej przebojowych punktów albumu. Słychać tutaj wyraźnie klasyczne inspiracje heavy metalem, a gitarowe solo Robina Arnella dodaje całości odpowiedniego charakteru.
„Legends Never Die” to kolejny mocny moment. Jest w nim coś z klasycznego szwedzkiego melodyjnego metalu – podniosłość, epickie melodie i refren, który aż prosi się o wspólne śpiewanie. Z kolei zamykający „Ashes Of Trust” pokazuje bardziej mroczną stronę zespołu. Zmiany tempa, ciężkie riffy i rozbudowane partie wokalne sprawiają, że album kończy się z odpowiednim rozmachem.
„Souls Of The Fallen” to po prostu bardzo solidny, dobrze napisany i świetnie brzmiący album. Nie każdy utwór zachwyca w takim samym stopniu. Szkoda, bo to mógł być znacznie ciekawszy materiał. Zabrakło pomysłów na aranżację i wykończenie. To płyta do posłuchania i zapomnienia.
Ocena 6/10
sobota, 15 sierpnia 2026
IRONFLAME - Worlds to conquer (2026)
Na uwagę zasługuje przede wszystkim sposób powstania płyty. Della Cagna ponownie wykonał zdecydowaną większość pracy sam – zagrał praktycznie wszystkie instrumenty, nagrał wokale, a tym razem zajął się również miksem i masteringiem. Partie solowe powierzono Quinnowi Lukasowi i Jesse’emu Scottowi. Della jest utalentowanym muzykiem i potrafi ze smakiem połączyć stylistykę power metalu z klasycznym heavy metalem. Umiejętnie balansuje pomiędzy mocarnymi riffami a melodyjnym charakterem kompozycji. Płyta jest bardzo dobra i robi wrażenie, choć brakuje na niej wielkich hitów oraz partii gitarowych, które dosłownie rzucałyby na kolana. Nie jest to błysk geniuszu, lecz niezwykle dopracowany materiał dojrzałego muzyka, który wciąż ma głowę pełną pomysłów i doskonale zna się na swoim fachu.
Już otwierający „Night Closes In” pokazuje, że nie będzie tutaj miejsca na eksperymenty ani stylistyczne zakręty. Są mocne riffy, klasyczne harmonie gitarowe, melodyjne prowadzenie kompozycji i charakterystyczny wokal Della Cagna, który momentami przywołuje skojarzenia z Bruce’em Dickinsonem. „Legion Of Fire” dokłada do tego jeszcze więcej energii i świetnie sprawdza się jako jeden z najbardziej bezpośrednich numerów na płycie. To jeden z jej najmocniejszych punktów. Gdyby cały album miał podobny poziom kopa i pazura, byłoby zdecydowanie ciekawiej. To właśnie takie utwory pokazują, że Ironflame potrafi połączyć prostotę klasycznego heavy metalu z power-metalowym rozmachem.
Więcej mroku i rycerskiego charakteru przynosi marszowy „Dynasties Fall”. Choć nie ma tutaj niczego odkrywczego, utwór słucha się naprawdę przyjemnie. Andrew potrafi stworzyć kompozycję godną uwagi i od czasu do czasu zaskoczyć ciekawą zagrywką czy efektownym riffem. Dobrym przykładem jest „Where Cauldrons Burn”, w którym prostota idzie w parze z wyrazistym charakterem. Zadziorny i bezpośredni „Shadow Slave” przemyca z kolei patenty znane z twórczości Judas Priest i pokazuje bardziej klasyczne oblicze Ironflame.
„Crimson Shores” przynosi więcej melodii i bardzo przyjemnie łączy europejski power metal z amerykańskim heavy metalem. Wreszcie otrzymujemy wyrazistego killera i kolejny dowód na to, że Andrew potrafi pisać pomysłowe, angażujące kawałki. Echa Manowar i Dio można natomiast usłyszeć w rycerskim „Valhalla Is Calling”. To kolejny mocny punkt płyty i dobre podsumowanie najważniejszych atutów Ironflame.
Największe znaczenie ma jednak utwór tytułowy. „Worlds To Conquer” właściwie streszcza całą filozofię zespołu: klasyczne harmonie w duchu Iron Maiden, heavy-metalowa motoryka i power-metalowa siła. To przede wszystkim dojrzałe i przemyślane podsumowanie całej płyty – bez zbędnych ozdobników, ale z wyraźnie zaznaczonym charakterem Ironflame.
Nie jest to album, który zmieni oblicze heavy metalu, ani najbardziej odkrywcza płyta w dyskografii Ironflame. Mimo to trudno odmówić jej solidności, melodyjności i bardzo dobrego warsztatu kompozytorskiego. To materiał, który szczególnie dobrze sprawdzi się u fanów Iron Maiden, Dio, HammerFall, Helloween czy klasycznego USPM. Della Cagna po raz kolejny udowadnia, że można czerpać garściami z tradycji lat 80. i w 2026 roku nadal robić to z przekonaniem oraz własnym charakterem.
Minusem pozostaje fakt, że choć mamy do czynienia z bardzo dobrą płytą, zabrakło tu bardziej dopracowanych melodii, mocniejszych gitarowych momentów i przede wszystkim większej liczby wyrazistych przebojów. „Worlds To Conquer” nie jest ideałem ani błyskiem geniuszu, ale stanowi bardzo solidne, dojrzałe i przemyślane dzieło. Jeśli jesteś fanem amerykańskiej szkoły heavy/power metalu, nowe wydawnictwo Ironflame zdecydowanie powinno znaleźć się na Twojej liście.
Ocena: 8/10
wtorek, 11 sierpnia 2026
PRELUDIO ANCESTRAL - Guardians od Twilight (2026)
Argentyński Preludio Ancestral działa już od ponad dwóch dekad, ale mimo tak długiego stażu pozostaje nazwą znaną głównie bardziej zagorzałym fanom power metalu. „Guardians of Twilight” to już szósty pełnowymiarowy album zespołu i jednocześnie kolejny dowód na to, że Ameryka Południowa wciąż ma sporo do zaoferowania miłośnikom epickiego, melodyjnego grania. Tym razem Leonardo Gatti i jego ekipa zabierają nas w świat fantasy, smoków, bohaterów oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Brzmi znajomo? Oczywiście. W power metalu nie zawsze jednak chodzi o odkrywanie nowych lądów. Płyta ukazała się 14 kwietnia i jest to pozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego power metalu.
Nie dajcie się przestraszyć okładce rodem z generatora AI ani nieco przesłodzonemu brzmieniu. Na szczęście zawartość płyty potrafi oddać piękno power metalu. Znajdziemy tutaj podniosły klimat, epickość, rozmach i całkiem sporo urozmaicenia. Problem pojawia się jednak gdzie indziej. „Guardians of Twilight” jest albumem bardzo równym, ale momentami aż nazbyt zachowawczym. Przy dwunastu utworach i ponad pięćdziesięciu minutach muzyki można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje pełnią jedynie funkcję wypełniaczy. Zespół zna wszystkie zasady rządzące power metalem i wykorzystuje je niemal wzorcowo, ale właśnie dlatego czasami brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Nie ma zbyt wielu momentów, przy których człowiek zatrzymuje płytę i myśli: „wow, tego się nie spodziewałem”.
Co więcej, chwilami można odnieść wrażenie, że obcujemy z czymś wygenerowanym przez AI. Czuć pewną sztuczność, brak naturalnego pierwiastka i emocjonalnego pazura. Kolejnym mankamentem jest niedostatek drapieżności oraz wyrazistych, zapadających w pamięć hitów. Owszem, można tego słuchać i całkiem dobrze się bawić, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że materiał szybko ulatuje z pamięci. To album przyjemny w odbiorze, lecz pozbawiony tego charakterystycznego impulsu, który sprawia, że chce się do niego wracać.
Nie zmienia to jednak faktu, że muzycy wykonali swoją pracę bardzo solidnie. Partie wokalne tworzone przez Harwooda i Mavericka Turnera są pomysłowe i dobrze współgrają z epickim charakterem materiału. To zdecydowanie jeden z mocniejszych atutów tego wydawnictwa. Partie gitarowe w wykonaniu Hattiego i Kilbergary mają odpowiednią dawkę melodii oraz szybkości, a orkiestracje nie próbują całkowicie przykryć metalowego fundamentu. Produkcja jest nowoczesna, przejrzysta i pozwala wychwycić poszczególne elementy aranżacji. Wszystko to zdałoby egzamin, gdyby również warstwa kompozytorska była dopracowana w najmniejszych szczegółach. Tutaj pozostaje jednak spory niedosyt.
Od pierwszych sekund „Blades of the Burning Sky” wiadomo, z czym mamy do czynienia. Szybkie riffy, galopująca sekcja rytmiczna, podniosłe melodie i mocny, męski wokal od razu przywołują skojarzenia z Helloween, Primal Fear czy Stratovarius. Nieco później robi się jeszcze bardziej epicko, a „Riders of the Crimson Storm” pokazuje, że Argentyńczycy doskonale czują klasyczny power metalowy schemat. Jest energia, chwytliwy refren i gitarowe popisy, których w takim graniu przecież zabraknąć nie może.
Jednym z mocniejszych punktów albumu jest „Flame of the Eternal Dragon”. Już sam tytuł właściwie zdradza, czego można się spodziewać – smok, fantasy i power metal w jednym. Duży plus należy się również za wyraźne nawiązania do Helloween. Bardzo dobrze wypada „The Storm of a Thousand Wings”, gdzie klawisze i orkiestracje tworzą bardziej monumentalne tło dla gitarowych riffów. Z kolei „The Sorceress of My Heart” pokazuje nieco spokojniejsze, bardziej hardrockowe oblicze zespołu i stanowi przyjemne urozmaicenie całości.
Druga połowa albumu również ma swoje mocniejsze momenty. „Rise of the Golden Flame” to kolejny udany numer, w którym nie brakuje charakterystycznego power metalowego rozpędu oraz efektownych solówek. „Vengeance of the Dragonheart” i „Crown of the Rising Sun” podążają podobnym tropem – szybkie tempo, podniosłe refreny i sporo gitarowej pracy. Na uwagę zasługuje również „Forged in the Skyfire”, należący do najbardziej heavy metalowych fragmentów całego wydawnictwa.
Nie jest to może tegoroczny power metalowy album, który bezdyskusyjnie wygrywa wszystko, ale z pewnością można dać mu szansę. Szczególnie jeśli wciąż bliskie są wam klimaty Helloween, Stratovarius, Rhapsody of Fire czy bardziej melodyjnego Primal Fear. Problem w tym, że przy całej poprawności zabrakło tutaj kilku elementów, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom. Brakuje przede wszystkim naprawdę zapamiętywalnych kompozycji, większej dawki agresji, naturalności i emocji. Jest za to momentami zbyt dużo cukierkowości oraz pewnej syntetyczności.
Niby mamy do czynienia z dziełem prawdziwych muzyków, którzy posiadają doświadczenie, warsztat i pomysł na własny styl, a mimo wszystko chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że słuchamy tworu pozbawionego ludzkiego pierwiastka. Fundament jest solidny, wykonanie stoi na przyzwoitym poziomie, ale zabrakło odpowiedniego wykończenia i kompozytorskiego błysku. „Guardians of Twilight” to album, który można włączyć bez obaw, ale znacznie trudniej znaleźć powód, by po jego zakończeniu natychmiast nacisnąć przycisk „play” po raz kolejny.
Ocena: 5/10
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
HIBRIA - On the shortness of life (2026)
22 lata temu ukazał się debiutancki album brazylijskiego Hibria i był on niemałym pozytywnym zaskoczeniem na scenie heavy/power metalowej. Zespół szybko zyskał uznanie i rozpoznawalność, a jego kolejne poczynania były bacznie obserwowane przez fanów gatunku. Później bywało już różnie, ale Hibria do dziś odgrywa ważną rolę na brazylijskiej scenie metalowej. Nieustannie śledzę poczynania tej doświadczonej formacji, wciąż mając nadzieję, że w końcu nagra coś naprawdę wielkiego. Ósmy album studyjny, zatytułowany „On the Shortness of Life”, ukazał się 8 sierpnia, ale niestety poziomu debiutu ponownie nie udało się osiągnąć.
Od czasu poprzedniej płyty skład zespołu uległ kilku zmianom. Za mikrofonem stanął Angelo Parisotto, za perkusją zasiadł William Schuck, natomiast na bas powrócił Benhur Lima. Jest to również pierwszy album z gitarzystą Vallesem, który dołączył do zespołu w 2022 roku. Ze starszej generacji muzyków pozostał gitarzysta Abel Camargo – jeden z głównych architektów brzmienia Hibria i niewątpliwie mózg całego przedsięwzięcia.
Od strony produkcyjnej i wizualnej trudno mieć większe zastrzeżenia. Brzmienie jest klarowne, odpowiednio ciężkie, a oprawa graficzna prezentuje się solidnie. Stylistycznie również nie znajdziemy tutaj wielkiej niespodzianki. Brazylijczycy nadal poruszają się w obrębie charakterystycznego dla siebie heavy/power metalu, łącząc techniczne zagrywki z szybszymi partiami i metalową precyzją. Problem leży jednak gdzie indziej – zabrakło pomysłów na kompozycje, ciekawych melodii i zapadających w pamięć motywów gitarowych.
Na wcześniejszych płytach Brazylijczycy potrafili sprawić, że nawet najbardziej techniczne fragmenty miały własny charakter i melodyjność. Tutaj te proporcje zostały wyraźnie zachwiane. Jest sporo zmian tempa, gitarowych popisów i instrumentalnej precyzji, ale zdecydowanie mniej momentów, przy których człowiek automatycznie podkręca głośność i myśli: „właśnie za to lubię Hibrię”. Przy odsłuchu nowego albumu coraz częściej pojawia się natomiast uczucie znużenia, a momentami wręcz nudy. Szkoda, bo ten zespół zdecydowanie stać na więcej.
Płyta oferuje niespełna 49 minut muzyki zawartej w ośmiu utworach. „Undying” próbuje rozpocząć album z odpowiednią energią, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Hibria bardziej odtwarza własne wcześniejsze pomysły, niż proponuje coś świeżego. „Fire Away” oraz „Pulse” również mają swoje lepsze momenty, lecz stosunkowo szybko ulatują z pamięci. Są poprawne, solidnie wykonane, ale właśnie – tylko poprawne. A od Hibria oczekiwałem zdecydowanie więcej.
Trochę więcej energii i kompozycyjnej pomysłowości można znaleźć w rozpędzonym „Persist”, który potrafi pozytywnie zaskoczyć. W końcu pojawia się mocniejszy riff i bardziej chwytliwe melodie, dzięki czemu utwór zdecydowanie wyróżnia się na tle wcześniejszych kompozycji. Jeszcze ciekawiej prezentuje się agresywny „Melting Alive”. To jeden z tych numerów, w których Hibria pokazuje więcej pazura, a przy okazji nie brakuje tutaj odniesień do takich zespołów jak Primal Fear, Mystic Prophecy czy Gamma Ray.
„Animus” próbuje zbudować bardziej mroczny i zadziorny klimat, ale ponownie brakuje mu kompozycyjnego polotu. Utwór nie jest zły, jednak nie posiada tego charakterystycznego pierwiastka, który sprawiłby, że chciałoby się do niego wracać. Po prostu przechodzi przez słuchacza i znika, pozostawiając po sobie niewielki ślad.
Największe nadzieje można było wiązać z rozbudowanym utworem tytułowym „On the Shortness of Life”, podzielonym aż na pięć części. Pomysł jest ambitny i pokazuje, że zespół chciał nadać albumowi bardziej konceptualny charakter. Niestety, sama długość i wielowątkowość kompozycji nie sprawiają automatycznie, że staje się ona wielkim finałem. Brakuje tutaj przede wszystkim efektu „wow”, którego można było oczekiwać po tak rozbudowanej kompozycji. Jest ambicja, są ciekawe rozwiązania, ale zabrakło materiału, który rzeczywiście potrafiłby zachwycić.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem tego albumu. Hibria nie nagrała złej płyty. Nagrała płytę przeciętną. A w przypadku zespołu z takim dorobkiem i takimi możliwościami to chyba jeszcze większe rozczarowanie.
„On the Shortness of Life” jest poprawny, profesjonalnie wykonany i momentami potrafi zainteresować. Nie znajdziemy tutaj kompromitujących kompozycji ani utworów, które zmuszałyby do natychmiastowego przerwania odsłuchu. Tyle że po zespole odpowiedzialnym za tak świetne momenty w historii power metalu oczekiwałem czegoś znacznie bardziej wyrazistego. Hibria nadal posiada umiejętności, doświadczenie i warsztat, ale tym razem zabrakło najważniejszego – iskry, która zamieniłaby solidny materiał w naprawdę dobry album.
Szkoda, bo po tak doświadczonej formacji można było spodziewać się znacznie więcej. „On the Shortness of Life” nie jest krokiem wstecz katastrofalnych rozmiarów, ale z pewnością nie jest również powrotem Hibria do wielkiej formy. To poprawny, momentami interesujący album, który jednak pozostawia niedosyt i przede wszystkim pytanie: kiedy wreszcie Brazylijczycy nagrają płytę, która ponownie naprawdę zachwyci?
Ocena: 6/10
niedziela, 9 sierpnia 2026
XANDRIA - Eclipse (2026)
Największą zaletą „Eclipse” jest różnorodność. Jeden utwór jest ciężki i metalowy, kolejny filmowy oraz monumentalny, następny czerpie z folku, by chwilę później ustąpić miejsca elektronice, balladowemu klimatowi czy bardziej klasycznemu heavy metalowi. Co ważne, mimo tak szerokiego wachlarza inspiracji album nie rozpada się na przypadkowy zbiór pomysłów. Wszystkie kompozycje spaja charakterystyczna atmosfera oraz niezwykle dopracowane brzmienie. Czuć, że zespół poświęcił sporo czasu na dopracowanie materiału i chciał stworzyć coś, co od pierwszych minut porwie słuchacza. I trzeba przyznać – ten plan się udał.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Ambre Vourvahis, która na tym albumie pokazuje pełnię swoich możliwości. Jej wokal jest jednym z najważniejszych elementów pozwalających Xandrii wyróżnić się na tle dziesiątek zespołów poruszających się w obrębie symfonicznego metalu. Wokalistka swobodnie operuje różnymi środkami wyrazu, przechodząc od delikatnych, eterycznych partii do mocnego, rockowego śpiewu, growlu czy bardziej operowych fragmentów.
Pomyślnie układa się również współpraca na linii Klawonn–Heubaum w sferze gitar. Panowie stawiają na różnorodność, świeżość, chwytliwe melodie i dojrzałe rozwiązania aranżacyjne. Wszystko to przekłada się na bardzo dobry odbiór całości. Ten gitarowy duet jest jednym z filarów obecnego oblicza Xandrii i w dużej mierze odpowiada za charakter zespołu.
Płyta zawiera 11 kompozycji, które w pełni oddają urok symfonicznego metalu. Trzeba przyznać, że Xandria jest obecnie w świetnej formie i stworzyła niezwykle przebojowy materiał. Zabawa jest przednia, a kolejne utwory przynoszą nowe pomysły.
Już otwierający „Syzygy” pokazuje, że nie będzie to zwykła płyta złożona z jedenastu podobnych do siebie, symfonicznych numerów. Orkiestracje i chóry budują filmową atmosferę, a potężne partie gitarowe nadają całości odpowiedniego ciężaru. Następnie materiał płynnie przechodzi w „Eclipse” – jeden z najważniejszych punktów całego albumu. To właśnie tutaj najlepiej słychać, jak dużym atutem Xandrii jest obecnie Ambre Vourvahis. Jej wszechstronność robi wrażenie, a sposób, w jaki łączy delikatność z metalowym pazurem, nadaje utworowi niemal teatralny rozmach. Mocne otwarcie płyty sprawia, że od razu chce się jeszcze więcej muzyki Xandrii. Bije z tego materiału świeżość, energia i wiara w swoje możliwości.
Dużo dzieje się również w „Colours”, gdzie klasyczny metal spotyka się z potężną symfoniką. Xandria nie próbuje jednak kopiować jeden do jednego Nightwish czy Epiki. Owszem, podobieństw gatunkowych nie da się uniknąć, ale Niemcy mają własny sposób budowania melodii – bardziej oparty na heavy metalowych riffach, chwytliwych refrenach i teatralnym klimacie. Utwór został zagrany z pazurem i pokazuje, że można brzmieć nowocześnie, zachowując przy tym metalowy charakter. To zdecydowanie coś dla fanów Epiki.
Jednym z najbardziej charakterystycznych numerów jest „The Shannon's Home”. To kompozycja o zdecydowanie bardziej baśniowym charakterze, wzbogacona wpływami celtyckiego folku. Gwizdki i folkowe ozdobniki świetnie kontrastują z metalowym fundamentem. Słychać tutaj wyraźne inspiracje Nightwish czy Visions of Atlantis. Jak już czerpać, to oczywiście od najlepszych. Xandria nie ogranicza się jednak do kopiowania sprawdzonych patentów, lecz wykorzystuje je do stworzenia własnego klimatu. To jeden z największych hitów na płycie.
„The Grand Delusion” wraca do cięższego grania. Tutaj pierwsze skrzypce ponownie grają gitary, a orkiestra nie przykrywa metalowego charakteru zespołu. Rasowy killer, który pokazuje, że band doskonale zna się na swojej robocie. Kawałek świetnie buja, ma odpowiednią moc i ukazuje podniosły, epicki klimat. To jeden z tych numerów, które aż proszą się o głośne odtworzenie.
Bardzo ciekawie prezentuje się również „Wave of Tanis”, a po nim „Northstar”, należący do bardziej przebojowych fragmentów płyty. To właśnie w takich kompozycjach Xandria pokazuje, że symfoniczny metal może być jednocześnie monumentalny i bardzo przystępny. Zespół nie rezygnuje z rozbudowanych aranżacji, ale potrafi przemycić w nich melodie, które szybko zostają w głowie.
„Masquerade” to kolejny mocny punkt albumu. Jest tutaj więcej mroku, ciężaru i charakterystycznej dla Xandrii teatralności. Mocniej słychać również power metalowe inspiracje. Xandria jest tutaj w najlepszym wydaniu – gitarowe riffy, symfoniczne tło i chwytliwe melodie tworzą mieszankę, która zdecydowanie zachęca do ponownego odsłuchu. Chciałoby się więcej takich petard.
Z kolei „The Last Generation” pokazuje spokojniejsze oblicze zespołu. Pojawia się tutaj dziecięcy chór oraz fortepian, co nadaje kompozycji bardzo filmowego i emocjonalnego charakteru. To dobry przykład na to, że Xandria nie potrzebuje cały czas atakować słuchacza ciężkimi riffami. Potrafi również budować napięcie poprzez subtelniejsze środki.
Nieco bardziej nietypowo wypada „The Poetry of the Real World”, który pokazuje, że Marco Heubaum nie boi się wychodzić poza bezpieczne ramy gatunku. Można doszukać się tutaj bardziej rockowego charakteru, a odmienna forma kompozycji pozwala złapać oddech przed finałem płyty.
Na koniec otrzymujemy „Lore” – kompozycję, która bardzo dobrze podsumowuje cały album. Celtyckie instrumenty, skrzypce i symfoniczne aranżacje tworzą niemal baśniową atmosferę. To kolejny piękny utwór, który pokazuje, jak duży potencjał i talent drzemie w tym zespole. Zamiast efektownego, przesadnie patetycznego finału otrzymujemy kompozycję pełną klimatu i melodii, która bardzo dobrze zamyka całą historię.
„Eclipse” nie jest płytą, która próbuje wymyślić symfoniczny metal od nowa. I bardzo dobrze. Xandria bierze dobrze znane elementy, ale podaje je w niezwykle dopracowanej, bogatej i przede wszystkim różnorodnej formie. To album dla tych, którzy lubią, gdy metal jest jednocześnie ciężki, melodyjny, monumentalny i filmowy. Nie brakuje tutaj przebojowości, ale jest również miejsce na eksperymenty, folkowe akcenty, mrok i spokojniejsze fragmenty.
Xandria po raz kolejny udowadnia, że po zmianach personalnych potrafi budować własną przyszłość i konsekwentnie rozwijać swoją muzyczną tożsamość. „Eclipse” to kolejny bardzo mocny krok w tej nowej erze zespołu. Co więcej, moim zdaniem jest to jeden z najlepszych albumów w całym dorobku Xandrii.
Ocena: 9/10
sobota, 8 sierpnia 2026
SELLSWORD - ... With might and vengeance (2026)
środa, 5 sierpnia 2026
THE SCEPTER - Shadows in the Tower (2026)
wtorek, 4 sierpnia 2026
GHOST AVENUE - Full throtle (2026)
Kto by pomyślał, że norweski Ghost Avenue istnieje już od 24 lat. Choć zespół działa od tak dawna i ma na koncie pięć albumów studyjnych, nigdy nie zrobił większej kariery. To formacja z trzeciej ligi heavy metalu – rzetelna, sprawna muzycznie i wierna klasycznemu brzmieniu z wyraźnymi wpływami hard rocka. Nigdy jednak nie udało jej się przebić do ścisłej czołówki gatunku i zdobyć statusu prawdziwej gwiazdy.
Po sześciu latach milczenia Ghost Avenue powraca z nowym albumem "Full Throttle", który nie przynosi żadnej rewolucji ani nie stanowi przepustki do grona najlepszych przedstawicieli gatunku. Zespół po raz kolejny dostarcza solidny materiał, ale nic ponadto. Płyta ukazała się 19 czerwca i jest skierowana przede wszystkim do fanów takich klasyków jak Judas priest, dokken czy accept.
W muzyce Ghost Avenue ważną rolę odgrywają gitarzyści Wiik i Berger, którzy konsekwentnie stawiają na sprawdzone rozwiązania. Nie zamierzają eksperymentować ani wychodzić poza dobrze znane schematy. Efektem jest materiał poprawny, lecz przewidywalny i momentami pozbawiony własnej tożsamości. To solidna mieszanka heavy metalu i hard rocka, ale brakuje jej świeżości oraz wyrazistych kompozycji. Niestety nie znajdziemy tu utworów, które na długo zapadają w pamięć lub wywołują większe emocje. Jednym z największych atutów zespołu pozostaje bez wątpienia utalentowany wokalista Sandvik, dysponujący charakterystyczną, chropowatą barwą głosu i odpowiednią dawką drapieżności. Na pochwałę zasługują również atrakcyjna okładka oraz soczyste, nowoczesne brzmienie.
Album jest krótki i treściwy – osiem utworów składa się na zaledwie 35 minut muzyki. Klasyczne heavy metalowe dźwięki otwierają zadziorny "Killer", prosty, ale chwytliwy numer, w którym wpływy Judas Priest są wyjątkowo wyraźne. Podobnie prezentują się "Highwayman" oraz utwór tytułowy "Full Throttle" – to solidny, lecz mało wymagający i niezbyt wyróżniający się heavy metal. Słucha się ich przyjemnie, jednak trudno mówić o większych emocjach. Nieco ciekawiej wypada "Wild and Free", który przyciąga uwagę mocniejszym riffem i marszowym tempem, dzięki czemu wyróżnia się na tle pozostałych kompozycji. Hardrockowy pazur odnajdziemy z kolei w dynamicznym "Coast to Coast", będącym jednym z jaśniejszych punktów albumu. Zespół próbuje także stworzyć nieco mroczniejszy klimat w "Seas of Thunder", a podobne założenia towarzyszą również "Ride the Night", choć ten utwór niestety sprawia wrażenie mocno ogranego.
Mimo niewielkiego rozgłosu Ghost Avenue wciąż istnieje, nagrywa i wydaje nowe albumy. "Full Throttle" to po prostu kolejna solidna płyta heavy metalowa, która ukazała się w 2026 roku, ale trudno doszukiwać się w niej czegoś więcej. Zabrakło naprawdę mocnych kompozycji i przebojów, które mogłyby wynieść ten album na wyższy poziom.
Ocena: 5/10

















