wtorek, 9 czerwca 2026

HEAVENFALL - Thorn (2026)


 

Włoski Heavenfall nie należy do zespołów, które zasypują fanów kolejnymi płytami w krótkich odstępach czasu. Na następcę debiutanckiego Falling From Heaven przyszło czekać blisko dekadę, ale już pierwszy kontakt z Thorn pozwala stwierdzić, że ten czas nie został zmarnowany. Wydany 15 maja nakładem Rockshots Records album ukazuje grupę dojrzalszą, bardziej świadomą własnych możliwości i wyraźnie poszukującą własnej tożsamości pomiędzy klasycznym heavy metalem, power metalem oraz mroczniejszymi wpływami spod znaku Iced Earth, Nevermore czy Savatage.

Największą zaletą Thorn jest jego dojrzałość. Heavenfall nie próbuje być kolejną kopią legend heavy metalu ani ślepo podążać za współczesnymi trendami. Nie ucieka również w wymuszone eksperymenty. Zamiast tego zespół wypracował własny język muzyczny, w którym tradycyjny heavy metal spotyka się z mrokiem, melancholią i progresywnymi ambicjami. Dzięki temu album wyróżnia się na tle wielu współczesnych premier. Potrafi przyciągnąć klimatem, pomysłowością oraz dużą dbałością o detale aranżacyjne.

Jednym z największych atutów Heavenfall pozostają gitary. Pave i Giò przygotowali zestaw riffów, które nie sprawiają wrażenia bezmyślnego kopiowania klasyków gatunku. Zamiast tego stawiają na świeże i dojrzałe rozwiązania. W wielu momentach słychać inspiracje amerykańską szkołą heavy metalu, jednak zespół potrafi nadać swoim kompozycjom indywidualny charakter. Solówki są melodyjne i świetnie wpisują się w strukturę utworów, a partie rytmiczne skutecznie budują napięcie. Na pochwałę zasługuje również produkcja – selektywna, nowoczesna i odpowiednio ciężka, a przy tym zachowująca organiczny charakter. W muzyce Włochów można odnaleźć elementy hard rocka, klasycznego heavy metalu oraz progresywnego grania, co przekłada się na interesującą i różnorodną mieszankę stylistyczną.

Na albumie znalazło się jedenaście premierowych kompozycji, które składają się na ponad pięćdziesiąt minut ambitnego i dojrzałego grania. Już otwierający płytę „Squall-led” jasno sygnalizuje kierunek obrany przez zespół. To dynamiczny, melodyjny utwór oparty na chwytliwym riffie i mocnym refrenie, ale jednocześnie skrywający bardziej refleksyjne i melancholijne oblicze. Heavenfall umiejętnie łączy przebojowość z ciężarem, dzięki czemu numer doskonale sprawdza się jako otwarcie albumu. To mocne wejście, które skutecznie zachęca do dalszego poznawania świata wykreowanego przez zespół.

Jednym z filarów Heavenfall jest wokalista Dest, który potrafi połączyć agresję z melodyjnością i chwytliwością. To niezwykle utalentowany frontman, którego interpretacje nadają kompozycjom dodatkowej głębi i charakteru. Doskonałym przykładem jest powermetalowy „Sudden Zenith” – dynamiczny, pełen energii utwór należący do najmocniejszych punktów albumu.

Jednym z najciekawszych fragmentów wydawnictwa pozostaje „No Candlelight”. Kompozycja rozwija bardziej mroczne i melancholijne oblicze zespołu, a progresywne rozwiązania aranżacyjne dodają jej głębi. Wpływy Iced Earth można z kolei wyłapać w agresywnym i nowocześnie brzmiącym „This Illusion”. To utwór, który zasługuje na szczególne wyróżnienie.

Nieco spokojniejszy, utrzymany w rockowej stylistyce „Left Apart” również prezentuje wysoki poziom, choć na tle pozostałego materiału wypada nieco mniej przekonująco. Znacznie lepiej sprawdza się „Lingering Under the Acid Rain”, przywołujący skojarzenia z najlepszym okresem Iced Earth dzięki połączeniu epickiego klimatu i bardziej agresywnych riffów. Bardzo dobrze wypada także zadziorny i klimatyczny „Midwinter in July”, który ponownie odsyła słuchacza do amerykańskiej szkoły heavy metalu.

Nie zabrakło również bardziej rozbudowanych kompozycji. „Ora Pro Nemine” imponuje ciężarem oraz umiejętnym budowaniem atmosfery, podczas gdy „Midnightingale” należy do najbardziej chwytliwych momentów całego wydawnictwa. Zamykający album „Stramonium” ukazuje natomiast bardziej progresywne oblicze Heavenfall. To utwór wymagający kilku odsłuchów, ale wynagradzający cierpliwość słuchacza bogactwem aranżacji i licznymi smaczkami ukrytymi w tle.

Nie oznacza to jednak, że album jest całkowicie pozbawiony wad. W kilku momentach tempo nieco siada, a niektóre kompozycje sprawiają wrażenie odrobinę przekombinowanych. Zdarza się również, że zespół bardziej koncentruje się na budowaniu atmosfery niż na tworzeniu naprawdę zapadających w pamięć melodii. Na szczęście są to jedynie drobne rysy na bardzo solidnym materiale.

Thorn to bez wątpienia najdojrzalsze i najbardziej kompletne wydawnictwo w dotychczasowym dorobku Heavenfall. Fani klasycznego heavy metalu znajdą tutaj mnóstwo znakomitych riffów, zwolennicy ambitniejszych aranżacji docenią rozbudowane struktury utworów, a miłośnicy mroczniejszego grania otrzymają odpowiednią dawkę klimatu, ciężaru i emocji. To album, który pokazuje, że Heavenfall ma własny pomysł na siebie i potrafi go realizować z dużym wyczuciem.

Ocena: 9/10

FATAL ARRIVAL - The Venom Gate (2026)


 

Dziesięć lat przyszło fanom czekać na następcę debiutanckiego A Loner's Tale, ale niemiecki Fatal Arrival najwyraźniej uznał, że pośpiech nie jest wskazany. The Venom Gate to powrót zespołu z Lipska, który od początku działalności poruszał się pomiędzy klasycznym heavy metalem, speed metalem i pierwszą falą black metalu. Nowy album nie próbuje odkrywać gatunku na nowo, ale też nie ma takich ambicji. To raczej hołd dla czasów, gdy o sile metalu decydowały chwytliwe riffy, charakterystyczne wokale i odpowiednio mroczna atmosfera. Album ukazał się 29 maja i z pewnością zainteresuje miłośników oldschoolowego grania.

Zacznijmy jednak od słabszych stron wydawnictwa. Największym problemem okazuje się wokal Franza Lehmanna. Choć momentami radzi sobie całkiem dobrze, często sprawia wrażenie, jakby nie do końca odnajdywał się w obranej stylistyce. Niektóre partie brzmią wymuszenie, a jego możliwości wokalne nie zawsze nadążają za ambicjami kompozycji. Znacznie lepiej wypada w roli gitarzysty. Jego współpraca z Maxem Ravenclawem należy do najmocniejszych punktów albumu, a gitarowy duet skutecznie napędza większość utworów.

Drugą wadą jest długość materiału. The Venom Gate cierpi na nierówny poziom kompozycji. Obok naprawdę udanych utworów pojawiają się także takie, które sprawiają wrażenie wypełniaczy i niepotrzebnie wydłużają całość. Gdyby zespół zdecydował się na bardziej rygorystyczną selekcję materiału, końcowy efekt mógłby być znacznie lepszy.

Największym atutem albumu pozostają gitary. Riffy są chwytliwe, a jednocześnie odpowiednio agresywne. Fatal Arrival sprawnie balansuje pomiędzy heavy metalową melodyką a speedmetalową dzikością, okazjonalnie sięgając również po bardziej mroczne, blackmetalowe akcenty. Często wystarczy kilka taktów, by noga sama zaczęła wybijać rytm. Solówki nie dominują nad kompozycjami, lecz stanowią ich naturalne rozwinięcie, skutecznie podkreślając klimat poszczególnych utworów.

Na plus należy również zaliczyć oprawę graficzną. Mroczna, utrzymana w blackmetalowej estetyce okładka dobrze oddaje charakter muzyki. Równie dobrze prezentuje się produkcja albumu. Brzmienie jest odpowiednio ciężkie i selektywne, a jednocześnie zachowuje nieco surowego charakteru, który dodaje całości autentyczności i energii.

Płytę otwiera klimatyczne intro budujące napięcie i niepewność przed tym, co nastąpi później. Zaraz po nim otrzymujemy tytułowy „Venom Gate” – zadziorny, przemyślany utwór, w którym mrok spotyka się z przebojowością. To jeden z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa.

Elementy z pogranicza speed, thrash i power metalu można odnaleźć w dynamicznym „Silent Sadness”, gdzie pobrzmiewają echa Running Wild czy Venom. Kolejnym mocnym punktem jest agresywny i pomysłowo skonstruowany „Mother Darkness”, w którym zespół wyraźnie flirtuje z thrashmetalową stylistyką.

Fatal Arrival potrafi również sięgnąć po bardziej nowoczesne rozwiązania. Potwierdza to „Consequence of Lies”, gdzie obok klasycznych riffów pojawiają się progresywne zagrywki i bardziej rozbudowane aranżacje. Z kolei energiczny „Raven Bridge” imponuje dynamiką, choć momentami ociera się o kompozycyjny chaos.

Znacznie ciekawiej wypada „Genesis of Necrosis”, jeden z najbardziej rozbudowanych i przemyślanych utworów na albumie. To kompozycja pokazująca, że zespół potrafi połączyć agresję z ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi. Udany miks power i thrash metalu może przywoływać skojarzenia z twórczością Rage, zwłaszcza z ich bardziej dynamicznego okresu.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje także „Tower of Salvation”. Utwór opiera się na mocnym riffie i chwytliwym refrenie, dzięki czemu pozostaje w pamięci jeszcze długo po zakończeniu odsłuchu. Gdyby na płycie znalazło się więcej kompozycji tej klasy, końcowa ocena mogłaby być znacznie wyższa.

Fatal Arrival nie próbuje ścigać się z nowoczesnymi trendami. Zamiast tego stawia na szczerość, pasję i miłość do klasycznego metalu. Dzięki temu The Venom Gate brzmi jak album nagrany przez muzyków doskonale świadomych własnych inspiracji i niewzruszenie podążających obraną ścieżką.

Szkoda jedynie, że całość boryka się z nierównym poziomem kompozycji oraz momentami irytującym wokalem. Zdarzają się tutaj fragmenty wyraźnie słabsze, które niepotrzebnie rozbijają tempo albumu. Potencjał był zdecydowanie większy, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że The Venom Gate mogło okazać się wydawnictwem znacznie ciekawszym i bardziej dopracowanym.

Ocena: 6/10

EMERALD RAGE - The eyes of the dragon (2026)


 Amerykańska formacja Emerald Rage od początku swojej działalności porusza się na pograniczu heavy, power i speed metalu, czerpiąc inspiracje zarówno z klasyków europejskiej sceny, jak i z amerykańskiej tradycji US Power Metalu. Na swoim trzecim albumie, The Eyes of the Dragon, zespół wykonuje jednak wyraźny krok naprzód. To wydawnictwo ukazuje grupę bardziej dojrzałą, pewną własnej tożsamości i gotową do poszerzania muzycznych horyzontów. Album ukazał się 29 maja 2026 roku nakładem Stormspell Records. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów wczesnego Helloween, Helstar, Running Wild, a także słuchaczy ceniących bardziej agresywne oblicze Metalliki. Już od pierwszych minut słychać, że Emerald Rage doskonale wie, czego chce i konsekwentnie realizuje swoją wizję.

Na szczególne uznanie zasługuje praca gitarzystów Jake’a Wherleya i Patricka Kerna. Solówki są efektowne, lecz nigdy przesadzone, a liczne gitarowe harmonie i zagrywki nadają muzyce heroicznego rozmachu. Wokal Wherleya może nie imponuje spektakularną skalą, jednak jego szorstka, zdecydowana interpretacja świetnie współgra z cięższym charakterem materiału. Dzięki temu album zyskuje dodatkową dawkę autentyczności i energii. Wszystko brzmi naturalnie, szczerze i bez zbędnego zadęcia.

Pewne zaskoczenie może wywołać okładka płyty. Sugeruje ona bowiem symfoniczny, baśniowy power metal w duchu Rhapsody, podczas gdy zawartość albumu prezentuje zupełnie inny klimat. Produkcja pozostaje stosunkowo surowa, co zapewne podzieli słuchaczy. Nie jest to krystalicznie wygładzony współczesny power metal, lecz brzmienie znacznie bliższe klasycznym wydawnictwom z lat osiemdziesiątych. W przypadku Emerald Rage taki wybór okazuje się jednak strzałem w dziesiątkę. Podkreśla żywiołowość materiału i jego oldschoolowy charakter, skutecznie przywołując atmosferę złotej ery heavy i speed metalu. To kolejny dowód na to, że muzycy doskonale rozumieją estetykę, w której się poruszają.

Już otwierający album „Ringwraiths” zdradza, że Emerald Rage nie zamierza ograniczać się do tradycyjnego power metalowego galopu. Gitary są ostrzejsze niż na poprzednich wydawnictwach, a sekcja rytmiczna pracuje z niemal thrashową agresją. Jednocześnie nie brakuje charakterystycznych dla zespołu melodyjnych harmonii i epickiego klimatu. To bardzo udany otwieracz – może nie wnosi niczego rewolucyjnego, ale dostarcza mnóstwo satysfakcji z odsłuchu.

Utwory takie jak „From Here to Kingdom Come” czy „Iconoclast” łączą chwytliwe refreny z dynamicznymi riffami, tworząc mieszankę przywodzącą na myśl wczesne dokonania Blind Guardian i Helloween, zachowując przy tym własny charakter. Owszem, jest w tym sporo klasycznych inspiracji, jednak zespół korzysta z nich umiejętnie, dzięki czemu powstają solidne i angażujące kompozycje.

Wpływy Metalliki czy Megadeth można natomiast wyłapać w agresywnym i pomysłowo skonstruowanym „Of Feast and Fear”. W takim wydaniu Emerald Rage wypada wyjątkowo przekonująco, pokazując, że thrashowe naleciałości doskonale współgrają z jego podstawowym, power metalowym obliczem.

Największą siłą albumu pozostaje jednak różnorodność. Obok szybkich i agresywnych kompozycji pojawiają się bardziej nastrojowe momenty. Folkowe akcenty w „Through the Winter” wprowadzają oddech pomiędzy cięższymi fragmentami materiału. W tym utworze szczególnie wyraźnie słychać inspiracje twórczością Blind Guardian.

Rozbudowany utwór tytułowy stanowi centralny punkt całego wydawnictwa. To właśnie tutaj najlepiej słychać ambicje zespołu – bardziej złożoną konstrukcję kompozycji, rozbudowane partie gitarowe oraz umiejętność budowania napięcia. Ponad siedem minut mija niezwykle szybko, co najlepiej świadczy o jakości tego utworu.

Dalej znajdziemy rozpędzony i agresywny „King of Swords”, w którym zespół stawia na rycerski, epicki klimat. Zabieg ten sprawdza się znakomicie. Thrashmetalowa energia powraca z kolei w pędzącym „Titan of Sacred Fire”. Trudno nie docenić pasji, zaangażowania i agresji, jakie muzycy wkładają w ten utwór.

Jedynym słabszym punktem wydaje się spokojniejszy „Moonlight”. W kontekście całego albumu utwór ten nie do końca odnajduje swoje miejsce i można odnieść wrażenie, że płyta niewiele straciłaby na jego braku.

The Eyes of the Dragon pokazuje Emerald Rage w najlepszej dotychczas formie. Zespół nie porzuca swoich korzeni, lecz wzbogaca je o większą agresję, bardziej rozbudowane kompozycje i odważniejsze aranżacje. To album skierowany przede wszystkim do fanów klasycznego heavy, speed i power metalu, którzy cenią zarówno epickie melodie, jak i energię płynącą z thrashowych riffów.

Jeżeli kolejne wydawnictwa utrzymają ten poziom, Emerald Rage ma szansę stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnej amerykańskiej sceny metalowej. Oby tak się stało, bo dobrych kapel młodego pokolenia nigdy za wiele.

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 8 czerwca 2026

EVERGREY - Architects of a new weave (2026)



Jedne zespoły heavymetalowe stawiają na agresję, inne na melodyjność i przebojowość, ale są też takie, które przede wszystkim oddziałują na emocje i skłaniają do refleksji. Melancholia, ciężar i emocjonalna szczerość – to trzy filary, na których Evergrey zbudował swoją pozycję w świecie progresywnego metalu. Na „Architects of a New Weave” Szwedzi po raz kolejny udowadniają, że nie potrzebują muzycznej rewolucji, aby przyciągnąć uwagę słuchacza. Wystarczy kilka charakterystycznych riffów, niepowtarzalny głos Toma S. Englunda oraz atmosfera, której od lat nikt nie potrafi podrobić. To właśnie te elementy pozwalają zespołowi tworzyć muzykę wartościową i pełną emocji.

Piętnasty album studyjny grupy ukazał się 5 czerwca nakładem Napalm Records. To wciąż granie na bardzo wysokim poziomie, choć tym razem da się odczuć pewien spadek formy w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami, które bez problemu trafiały do zestawień najlepszych płyt roku.

Tym razem nie obyło się bez zmian personalnych. Z zespołu odszedł gitarzysta Henrik Danhage, a jego rolę przejął basista Johan Niemann. W efekcie Evergrey ponownie funkcjonował jako kwartet. Obecnie skład zasilił gitarzysta Stephen Opart, z którym zespół zamierza kontynuować współpracę. Brak drugiego rasowego gitarzysty na nowym albumie jest jednak słyszalny i wpłynął na końcowy rezultat. Tom S. Englund dwoi się i troi, by partie gitarowe nadal porywały słuchacza i oddziaływały na jego wyobraźnię. Udaje mu się to jak zwykle, choć tym razem z nieco mniejszą siłą rażenia. „Architects of a New Weave” nie robi tak oszałamiającego wrażenia jak ostatnie dokonania zespołu.

Nie zmienia to faktu, że bezbłędny pozostaje wokal Toma. Jego głos niezmiennie czaruje, buduje odpowiedni nastrój i nadaje kompozycjom wyjątkowego charakteru. To prawdziwy mistrz emocji, potrafiący jednym zaśpiewanym wersom nadać ogromną głębię.

Od pierwszych minut słychać, że centralną postacią Evergrey pozostaje właśnie Englund. Jego charakterystyczna barwa głosu nadal niesie potężny ładunek emocjonalny, a teksty obracają się wokół wewnętrznych konfliktów, poczucia straty, samoakceptacji oraz walki z własnymi demonami. To właśnie ta szczerość od lat wyróżnia Evergrey na tle wielu zespołów progmetalowych skupionych głównie na technice.

Muzycznie album balansuje pomiędzy ciężarem a melodyjnością. Utwory takie jak „The World Is on Fire” czy kompozycja tytułowa opierają się na mocnych riffach i chwytliwych refrenach, podczas gdy „Longing” oraz „Leaving the Emptiness” eksponują bardziej melancholijne oblicze zespołu. Grupa umiejętnie dba o różnorodność materiału, dzięki czemu album nie nuży. Szczególnie dobrze wypada „A Burning Flame” z gościnnym udziałem Mikaela Stanne. Jego obecność dodaje utworowi dodatkowej dramaturgii, agresji i emocjonalnej intensywności. To jeden z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa.

Największą zaletą albumu pozostaje jego spójność. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że Evergrey coraz mocniej stawia na atmosferę i emocje kosztem progresywnej nieprzewidywalności. Zespół wciąż potrafi zagrać agresywnie i nowocześnie, czego świetnym przykładem jest „The Shadow Self”. Podobne odczucia wywołuje klimatyczny „Heaven”, w którym można doszukać się inspiracji znanych z twórczości Kamelot czy Masterplan. Więcej progresywnego charakteru i mrocznej atmosfery znajdziemy w „Call Out Your Lions”, choć paradoksalnie jest to jeden ze słabszych momentów na płycie. Z kolei „The Prophecy” potwierdza, że tym razem zespół wyraźnie skierował się ku emocjom i melancholii, pozostawiając progresywny power metal nieco na dalszym planie.

Mimo kilku zastrzeżeń „Architects of a New Weave” potwierdza, że Evergrey pozostaje jednym z najważniejszych zespołów współczesnego progresywnego metalu. To album dojrzały, emocjonalny i pełen udanych melodii. Dla fanów grupy jest to pozycja obowiązkowa. Dla słuchaczy, którzy dawno stracili Evergrey z radaru, może stanowić znakomite przypomnienie, dlaczego melancholijny i pełen emocji metal Szwedów przez tyle lat pozostawał tak wyjątkowy.

Ocena: 8/10


sobota, 6 czerwca 2026

IGNITION - All will Die (2026)


Niemiecki Ignition od lat porusza się na pograniczu power i thrash metalu, konsekwentnie rozwijając własne brzmienie. Na swoim czwartym albumie studyjnym „All Will Die” zespół udowadnia, że nie zamierza stać w miejscu. Muzycy z Duisburga zachowali charakterystyczną dla siebie melodyjność i przebojowość, jednocześnie stawiając na większą agresję, cięższe riffy oraz bardziej współczesne rozwiązania aranżacyjne. Efektem jest album różnorodny, pełen energii i zaskakująco świeży. Płyta ukazała się 5 czerwca nakładem Daredevil Records i z pewnością przypadnie do gustu fanom takich formacji jak Persuader, Iced Earth czy Jag Panzer.

Dużą rolę na „All Will Die” odgrywa gitarowy duet Christiana Bruckschena i Sebastiana Ernsta. Muzycy doskonale się uzupełniają, tworząc zwarte, a zarazem niezwykle melodyjne brzmienie. Z jednej strony serwują ciężkie, dynamiczne riffy zakorzenione w power i thrash metalu, z drugiej nie stronią od chwytliwych harmonii oraz efektownych solówek. Ich partie stanowią jeden z fundamentów charakterystycznego stylu Ignition i nadają kompozycjom odpowiednią dawkę energii.

Na czele zespołu stoi wokalista Dennis Marschallik, który od początku działalności formacji pozostaje jej najbardziej rozpoznawalnym elementem. Jego mocny i charakterystyczny głos doskonale odnajduje się zarówno w bardziej melodyjnych fragmentach, jak i podczas cięższych, agresywniejszych partii. To właśnie jego ekspresja oraz umiejętność budowania napięcia nadają utworom odpowiedni ciężar i epicki charakter. Jednocześnie wokalista potrafi wprowadzić do muzyki thrashmetalowy pazur, który znakomicie współgra z gitarową ofensywą.

Nowy album jest zwarty, treściwy i pozbawiony zbędnych wypełniaczy. Wszystko udało się zamknąć w 44 minutach, dzięki czemu materiał nie traci impetu ani na moment. Już utwór tytułowy „All Will Die” pokazuje, że Ignition nie boi się eksperymentować. Mocarne riffy, dynamiczne tempo i hymniczny refren tworzą kompozycję, która doskonale otwiera album i wyznacza jego kierunek.

Chwilę później otrzymujemy „Amok” – numer łączący nowoczesny thrash metal z melodyjnymi gitarami i chwytliwym refrenem. Zespół umiejętnie balansuje tutaj pomiędzy agresją a przebojowością, udowadniając, że doskonale zna swój fach. To bardzo mocny początek płyty, który skutecznie zachęca do dalszego odsłuchu.

Jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa jest „Under The Reign Of A Psychopath”. To bezkompromisowy thrashmetalowy pocisk napędzany szybką perkusją, ciężkimi riffami i pełnym pasji wokalem Dennisa Marschallika. To rasowy killer pokazujący ogromny potencjał zespołu. W kompozycji słychać zarówno pasję, jak i kompozytorską dojrzałość, a momentami można wychwycić wpływy takich grup jak Thunderstone czy Persuader.

Równie dobrze wypada singlowy „End Of The Night”, który łączy tradycyjne metalowe rozwiązania z nowoczesnymi wpływami. Jest tutaj szybkość, agresja, odpowiednia dawka melodii i refren, który błyskawicznie zapada w pamięć. To kolejny dowód na to, że Ignition znajduje się obecnie w znakomitej formie.

Na uwagę zasługuje również „The Decline”, gdzie grupa prezentuje swoje bardziej melodyjne oblicze. Chwytliwy refren oraz wyraźne heavy metalowe inspiracje sprawiają, że utwór szybko zapada w pamięć. Z kolei „In The Name Of God” i „Into The Abyss” stanowią ukłon w stronę klasycznego power metalu, oferując galopujące rytmy, harmonijne partie gitar i podniosły klimat. Te kompozycje potwierdzają, że zespół utrzymuje wysoki poziom przez cały czas trwania albumu.

Nieco mroczniejszy charakter prezentuje „This Rotten Core”, jeden z najbardziej klimatycznych utworów na płycie. Album zamyka „The Ending Calls”, który rozpoczyna się spokojnie, by z każdą kolejną minutą nabierać mocy i drapieżności. To bardzo udane zwieńczenie całości i godne zakończenie tej muzycznej podróży.

„All Will Die” to album, który powinien zainteresować zarówno fanów klasycznego power metalu, jak i słuchaczy poszukujących cięższych, thrashowych akcentów. Ignition udało się stworzyć materiał różnorodny, pełen chwytliwych melodii, mocnych riffów i dopracowanych kompozycji. To jedna z tych płyt, które z każdym kolejnym odsłuchem odkrywają nowe atuty i potwierdzają, że niemiecka formacja znajduje się obecnie w bardzo wysokiej formie. Dla fanów nowoczesnego power metalu z thrashowym zacięciem jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

ETERNAL EVIL - Forever feared (2026)


 

Szwedzki Eternal Evil dał się poznać jako zespół wyraźnie zafascynowany twórczością Kreator, Destruction, a momentami także Cruel Force. To kolejny znakomity przykład formacji, która z powodzeniem odświeża formułę speed/thrash metalu. Muzycy czerpią pełnymi garściami z klasyki gatunku, jednocześnie stawiając na świeżość, energię i własne pomysły. „Forever Feared”, trzeci album studyjny grupy, ukazał się 29 maja nakładem Listenable Records. To coś więcej niż tylko hołd dla speed i thrash metalu lat 80. – to materiał, który udowadnia, że gatunek wciąż ma wiele do zaoferowania.

Prace nad albumem przypadły na okres zmian personalnych w składzie. W 2025 roku szeregi zespołu zasilili perkusista Phill Walhund oraz basista Adam Sjo, którzy wnieśli do muzyki dodatkową dawkę dynamiki i agresji. To właśnie dzięki nim materiał pulsuje energią i zachwyca charakterystycznym dla speed/thrash metalu tempem. Doskonale układa się również współpraca gitarzystów, którzy serwują potężne riffy, chwytliwe melodie oraz umiejętnie balansują między thrash metalową bezkompromisowością a heavy/speed metalową przebojowością.

Eternal Evil błyszczy na tym albumie niemal w każdym aspekcie. Lider grupy, Adrian, świetnie odnajduje się zarówno w roli gitarzysty, jak i wokalisty. Jego drapieżny, wyrazisty wokal nadaje kompozycjom odpowiednią dawkę pazura i agresji. Każdy element muzyki został starannie przemyślany i odpowiednio dopasowany do całości. Na uwagę zasługują także atrakcyjna okładka oraz mocarne, selektywne brzmienie.

Album otwiera klimatyczne intro, które niewiele zdradza, ale skutecznie buduje napięcie. Chwilę później zespół uderza rozpędzonym „The Darkened Sphere”, prezentując pełnię swojego potencjału. To znakomita porcja speed/thrash metalu, w której agresja idzie w parze z melodyjnością. Zachwyca również przebojowy „A Soul to Cope” – utwór będący wyraźnym ukłonem w stronę lat 80. i klasycznej szkoły speed metalu. Więcej heavy metalowych wpływów odnajdziemy w energicznym utworze tytułowym „Forever Feared”, opartym na mocnym riffie i sprawdzonych gatunkowych rozwiązaniach. Inspiracje twórczością Kreator można z kolei usłyszeć w agresywnym „Triumph Through Pain”. To jeden z najmocniejszych punktów programu i kolejne potwierdzenie dużego potencjału zespołu. Nieco spokojniejszy „Stein of Roses” wnosi do albumu odrobinę różnorodności, choć jednocześnie stanowi jeden z mniej wyrazistych momentów wydawnictwa. Na zakończenie otrzymujemy prawdziwy killer w postaci „I Know the Fire Burns Inside” – utworu, który doskonale podsumowuje charakter Eternal Evil i esencję ich stylu.

„Forever Feared” to dojrzałe wydawnictwo doświadczonego zespołu, który doskonale wie, jak tworzyć muzykę na wysokim poziomie. Nowy album jest kopalnią chwytliwych kompozycji i dostarcza niemal czterdziestu minut bezkompromisowej jazdy bez trzymanki. To znakomita mieszanka heavy, speed i thrash metalu, pokazująca, że w tej stylistyce nadal można nagrywać wartościowe i ekscytujące albumy. Płyta zdecydowanie godna polecenia.

Ocena: 8,5/10

piątek, 5 czerwca 2026

ICARUS - Rising from the ashes (2026)

Po niemal trzech dekadach działalności w cieniu undergroundu peruwiański Icarus wreszcie doczekał się pełnoprawnego debiutu. „Rising from the Ashes” to nie tylko album – to symboliczny powrót do życia zespołu, który przez lata pozostawał jedynie ciekawostką dla najbardziej oddanych fanów power metalu. Efekt końcowy pokazuje jednak, że na niektóre płyty warto czekać bardzo długo.

To album skierowany do fanów melodyjnego power metalu spod znaku Helloween, Insanii, Edguy czy Gamma Ray. Miłośnicy klasycznego power metalu będą zachwyceni.

Muzycznie album jest głęboko zakorzeniony w europejskim power metalu końca lat 90. Nietrudno usłyszeć inspiracje Helloween czy wczesną Angrą, ale Icarus nie ogranicza się do kopiowania swoich mistrzów. Dużą rolę odgrywają tu neoklasyczne melodie, rozbudowane partie gitarowe i wyraźny nacisk na chwytliwe kompozycje zamiast technicznych popisów dla samego efektu. Zespół stawia przede wszystkim na melodyjność i przebojowy charakter utworów.

Mocną stroną wydawnictwa jest również produkcja. Materiał, którego korzenie sięgają nawet początku XXI wieku, brzmi świeżo i nowocześnie. Wokal Luisa Jíbaji Segury imponuje skalą i ekspresją, momentami przywodząc na myśl Michaela Kiskego czy André Matosa. Jego głos jest wręcz idealnie dopasowany do stylistyki, w jakiej porusza się zespół. Sekcja rytmiczna dodaje kompozycjom odpowiedniego ciężaru, dzięki czemu album nie wpada w pułapkę przesadnej cukierkowości, która często dotyka współczesny power metal. Filarem zespołu jest duet gitarowy Parra/Martin. Muzycy stawiają na klasyczne rozwiązania i efektowne solówki ocierające się o neoklasyczne klimaty.

Na pierwszy ogień idzie „Hero of the Light” – hołd dla klasycznego power metalu lat 90. To wyraźny ukłon w stronę dokonań Helloween czy Edguy. Utwór znakomicie definiuje styl zespołu oraz jakość materiału zawartego na albumie.

Klimaty Iron Mask można wyczuć w rozpędzonym „Fury of Angels”, gdzie neoklasyczne zagrywki robią ogromne wrażenie. Nie zabrakło również przeboju o bardziej rockowym charakterze – „Immortal Warrior” doskonale sprawdza się w tej roli.

Duch starego Helloween i Insanii wybrzmiewa w dynamicznym „Power of My Steel”. To kolejny killer na płycie i przykład, jak grać power metal na najwyższym poziomie. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 90. Wpływy Gamma Ray i Angry można usłyszeć w melodyjnym „Carry On”. Brzmi to znajomo, ale w żadnym wypadku nie jest wadą. Zespół gra z pomysłem i skutecznie odświeża dobrze znaną formułę. Nieco więcej mroku znajdziemy w „Desert of Pain”, który stanowi wypadkową stylistyki Gamma Ray i Helloween. To właśnie gitarowe solówki należą do największych atutów całego albumu. Podobne emocje wywołuje rozpędzony „The One”, przywodzący na myśl najlepsze dokonania Stratovariusa. Muzycy prezentują wysoki poziom umiejętności, a instrumentalny „Revelations” jest tego najlepszym dowodem. Finał płyty stanowi „Icarus” – prawdziwy powermetalowy hymn. To klasyczny power metal utrzymany w duchu Helloween z czasów „Keeper of the Seven Keys”.

Największym osiągnięciem „Rising from the Ashes” jest jednak jego ponadczasowość. Choć wiele utworów powstało lata temu, nie sprawiają one wrażenia muzealnych eksponatów. To płyta, która przypomina, dlaczego klasyczny power metal zdobył tak wielu fanów – dzięki świetnym melodiom, emocjom i autentycznej pasji.

„Rising from the Ashes” to udany debiut spóźniony o dwadzieścia lat, ale właśnie dzięki temu brzmi jak list miłosny do złotej ery power metalu. Dla fanów gatunku jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi.


Ocena : 8.5/10

czwartek, 4 czerwca 2026

CRIMSON DAY - Dark Dimension (2026)


 

Fiński Crimson Day po trzech latach ciszy powraca z nowym materiałem, który w pełni ukazuje charakter zespołu oraz jego muzyczne możliwości. „Dark Dimension”, wydany 22 maja, to album skierowany przede wszystkim do fanów Judas Priest, Primal Fear, HammerFall czy Burning Shadows. To już czwarty album studyjny tej formacji, a zarazem kolejny dowód na to, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć wartościowe i godne uwagi wydawnictwa.

Największym atutem krążka jest jego atmosfera. „Dark Dimension” nie jest jedynie zbiorem utworów, lecz spójną podróżą przez świat pełen niepokoju, wewnętrznych konfliktów i mrocznych zakamarków ludzkiej natury. Dużą rolę odgrywa tutaj produkcja, która nadaje całości odpowiednią moc i przejrzystość. Gitary brzmią masywnie, a duet Balzar/Rantanen stawia na energię, melodyjność oraz sprawdzone heavy metalowe rozwiązania. To właśnie dzięki nim materiał szybko wpada w ucho i dostarcza słuchaczowi rozrywki na bardzo wysokim poziomie.

Uwagę przyciąga również wokalistka Milka Uusitalo, dysponująca interesującą barwą głosu i potrafiąca pokazać pazur w bardziej dynamicznych fragmentach. To bez wątpienia właściwa osoba na właściwym miejscu. Jej wokal umiejętnie balansuje pomiędzy agresją a melodyjnością, dzięki czemu nawet spokojniejsze momenty nie tracą emocjonalnego napięcia.

Płyta zawiera dziesięć utworów, które składają się na około 45 minut muzyki. To zestaw na tyle różnorodny, że niemal każdy fan klasycznego metalu znajdzie tu coś dla siebie. Już od pierwszych minut słychać, że zespół stawia na energię. „War Machine” otwiera album z odpowiednim rozmachem, a później napięcie podtrzymują takie kompozycje jak „False Prophet” iHexed”, należące do najmocniejszych punktów programu. To właśnie w nich Crimson Day najskuteczniej łączy ciężar z chwytliwą melodyką – cechą, która od lat stanowi znak rozpoznawczy grupy.

Więcej mroku i melancholii odnajdziemy w stonowanym „The Outsider”. Z kolei tytułowy „Dark Dimension” przynosi więcej power metalowego charakteru oraz epickiego rozmachu. To właśnie dzięki takim utworom album nie popada w monotonię, a zespół pokazuje, że potrafi umiejętnie urozmaicać swój repertuar.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest bez wątpienia „Song of Fire”. Utwór stanowi wyraźny ukłon w stronę fińskiej sceny power metalowej i można w nim usłyszeć echa twórczości Stratovariusa. W podobnej stylistyce utrzymany jest rozpędzony „Black Wolves' Night”, gdzie Crimson Day po raz kolejny potwierdza swój potencjał i talent do tworzenia wysokiej klasy heavy/power metalu.

Na albumie znalazło się również miejsce dla ballady „Give Me the Pain”. To emocjonalny i wyciszony utwór, który wnosi do całości nieco oddechu, choć osobiście nie przekonuje mnie tak bardzo jak pozostałe kompozycje. Z kolei singlowy „Hexed” prezentuje bardziej przebojowe oblicze zespołu i ma wszelkie predyspozycje, by stać się koncertowym faworytem publiczności.

Całość zamyka podniosły i nastrojowy „The Winter Is Here to Stay”, w którym zespół stawia na epicki klimat i rozbudowane aranżacje. Również w takim wydaniu Crimson Day prezentuje się bardzo przekonująco.

„Dark Dimension” to album dla fanów klasycznego heavy metalu, którzy nie oczekują gatunkowej rewolucji, lecz solidnie napisanych utworów, chwytliwych melodii i mrocznej atmosfery. Crimson Day udowadnia, że nawet bez eksperymentów można stworzyć płytę, do której chce się wracać. Do ideału wprawdzie nieco brakuje, ale jest to wydawnictwo oferujące czystą, niewymuszoną metalową rozrywkę na wysokim poziomie.

Ocena: 7,5/10


wtorek, 2 czerwca 2026

RINGLORN - The Queen of wildred (2026)


 

W czasach, gdy wielu zespołów heavy metalowych goni za nowoczesnością, Ringlorn z dumą sięga po miecz wykuty z najlepszych tradycji epickiego heavy metalu. „Queen of the Wildred” to album pachnący stalą, prochem i kartami starych powieści fantasy. Zespół nie ukrywa swoich inspiracji, ale zamiast odtwarzać przeszłość, buduje własną historię— pełną chwytliwych riffów, majestatycznych refrenów i atmosfery, która przywodzi na myśl najwspanialsze dokonania klasyków gatunku. Album Greków pokazują, że mamy do czynienia z dziełem stworzonym przez prawdziwych pasjonatów heavy metalu. Płyta ukazała się 29 maja i jest to pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku.

Ringlorn umiejętnie łączy heroiczny klimat z energią tradycyjnego heavy metalu, dzięki czemu album ani przez chwilę nie traci impetu i trzyma poziom przez cały materiał. Jednym z największych atutów płyty jest wokal Marka J. Dextera. Jego mocny, pełen charakteru głos doskonale wpisuje się w epicką stylistykę materiału. Dobrze znamy go z występów w Daxter Ward czy Battleroar. Równie dobrze wypadają partie gitarowe Spirosa Rizosa, które dodają kompozycjom dynamiki i melodyjności. Solówki są efektowne, ale nigdy nie dominują nad samymi utworami. Panowie potwierdzają swoje doświadczenie i zamiłowanie epickiego heavy/power metalu.

Płyta jest treściwa i trwa 39 minut, czyli jak przystało na klasyki z lat 80.Już od pierwszych minut słychać, że zespół postawił na potężne riffy, chwytliwe refreny i rozbudowaną atmosferę fantasy. Utwory takie jak „Heavy Metal Swords”, „Guardians of the Black Cross” czy „Ira Sacra” brzmią jak hołd dla złotej ery gatunku, ale jednocześnie zachowują własną tożsamość. Ringlorn umiejętnie łączy heroiczny klimat z energią tradycyjnego heavy metalu, dzięki czemu album ani przez chwilę nie traci impetu. Mamy też rozbudowany i bardziej epicki "hildr" który jest dobry w swojej konwencji. Brakuje trochę świeżości i bardziej pomysłowego motywu, który bardziej by zapadł w pamięci. Więcej rasowego power metalu dostajemy w rozpędzonym "drachoenorden" i to kompozycja nastawiona na przebojowość i melodyjność. Epickość, rycerski klimat wraca w epickim "die in the Night". Tutaj nie ma nic nadzwyczajnego, ale te sprawdzone patenty sprawdzają się.Kulminacją albumu jest ponad ośmiominutowy utwór tytułowy „Queen of the Wildred”. To właśnie tutaj Ringlorn pokazuje pełnię swoich możliwości – od monumentalnych melodii po budowanie narracji rodem z klasycznych opowieści fantasy. Kompozycja stanowi naturalne zwieńczenie całej podróży przez wykreowane przez zespół królestwo Wildred. To jeden z najciekawszych utworów na płycie.

Queen of the Wildred” oferuje coś równie cennego – szczerą, pełną pasji muzykę stworzoną przez ludzi zakochanych w gatunku. Fani takich zespołów jak Manilla Road, Omen czy Battleroar znajdą tutaj wiele powodów do zadowolenia. To album, który przypomina, dlaczego epicki heavy metal wciąż ma wiernych wyznawców. Band może nie tworzy niczego nowego i w dużej mierze bazuje na oklepanych patentach, to jednak ich gra dostarcza sporo frajdy.


Ocena : 8/10

niedziela, 31 maja 2026

SERPENT -As the city Burns (2026)

 



Uwielbiam takie okładki, które od pierwszego spojrzenia dają jasny sygnał, czego można spodziewać się po zawartej na płycie muzyce. Pełne detali, utrzymane w nieco mrocznym klimacie i pobudzające wyobraźnię. Taka właśnie jest okładka debiutanckiego albumu As the City Burns amerykańskiej formacji Serpent. Płyta ukazała się 29 maja nakładem Stormspell Records i jest pozycją skierowaną przede wszystkim do fanów heavy i speed metalu z wyraźną domieszką power metalu. Zespół czerpie pełnymi garściami z dorobku takich grup jak Jag Panzer, Omen, Judas Priest, Malice czy Riot City. Co ciekawe, album wcale nie brzmi jak debiut, lecz raczej jak dzieło doświadczonej formacji z wieloletnim stażem.

Największym atutem As the City Burns są gitarowe harmonie oraz umiejętność budowania nastroju. Duet gitarzystów Ray De Leon i Amadeus Mozart sprawdza się znakomicie, imponując zarówno techniką, jak i pomysłowością. Utwory rozwijają się cierpliwie, pozwalając melodiom odpowiednio wybrzmieć, a solówkom nabrać dramaturgii. Szczególne wrażenie robią „Cold Chains of Andromeda” oraz monumentalny „Aegean Sea”, gdzie zespół pokazuje ambicje wykraczające poza standardowe schematy gatunku. To właśnie w tych bardziej rozbudowanych kompozycjach Serpent brzmi najbardziej przekonująco – epicko, ale nigdy pompatycznie.

Równie dobrze prezentuje się warstwa wokalna. Partie śpiewane przez Achillesa są pełne emocji i teatralnego charakteru, co doskonale współgra z mitologiczną tematyką tekstów. Produkcja nie została przesadnie wygładzona, dzięki czemu materiał zachował odpowiednią surowość. Album brzmi organicznie i zdecydowanie bliżej mu do tradycji lat 80. niż do współczesnych, cyfrowo wypolerowanych wydawnictw. Wszystko to doskonale współgra z klimatyczną oprawą graficzną i zawartością muzyczną. Duch złotej ery heavy metalu jest tu obecny niemal w każdym utworze, co stanowi jeden z największych atutów zespołu.

Ta płyta to prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji, a każdy utwór potrafi szybko zapaść w pamięć. Już otwierający album „The Trumpets Have Hailed” buduje atmosferę nadchodzącej bitwy, wprowadzając słuchacza w świat mitologicznych opowieści i heroicznych motywów przewijających się przez cały materiał. Prawdziwa siła albumu ujawnia się jednak w pełnowymiarowych kompozycjach. „And the Goddess Weeps” oraz „Until Dawn” łączą chwytliwe melodie z dynamicznymi riffami, przywołując ducha klasyków pokroju Virgin Steele czy Jag Panzer, ale bez popadania w bezrefleksyjne kopiowanie.

Miłość do klasycznego heavy metalu szczególnie wyraźnie słychać w rozpędzonym „Delirium”, który brzmi niczym zaginiony klasyk z połowy lat 80. Jest energia, jest charakter i jest moc. Z kolei „Tears of Titan”, osadzony stylistycznie pomiędzy Judas Priest a Dio, po raz kolejny potwierdza, że Serpent doskonale odnajduje się w oldschoolowym heavy metalu. Melodyjny „Burning Athens” nie boi się nawiązań do Iron Maiden czy Malice, stanowiąc znakomite zwieńczenie albumu i kolejne potwierdzenie dużego talentu drzemiącego w zespole.

As the City Burns to udany hołd dla korzeni amerykańskiego power metalu – pełen heroicznych opowieści, znakomitych riffów i atmosfery przygody. Serpent nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczne rozwiązania wciąż mogą brzmieć świeżo i ekscytująco, jeśli stoją za nimi talent, pasja i autentyczne przekonanie do tworzonej muzyki. Dla fanów tradycyjnego heavy i power metalu jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Ocena: 8,5/10

sobota, 30 maja 2026

LEATHERWITCH - First spell (2026)


 
Marta Gabriel to jedna z najważniejszych postaci na polskiej scenie heavy metalowej. Przez lata wypracowała sobie pozycję ikony gatunku, często porównywanej do Doro Pesch. Doskonale znamy ją z działalności w Crystal Viper, ale także z takich projektów jak Blazon Stone czy Moon Chamber. W 2025 roku Crystal Viper ogłosił zakończenie działalności. Dla Marty nie oznaczało to jednak końca muzycznej drogi, lecz zamknięcie pewnego rozdziału i rozpoczęcie nowego etapu kariery. Tak narodził się Leatherwitch. Tym razem artystka działa samodzielnie, co nie jest dla niej niczym nowym – od lat udowadnia, że znakomicie odnajduje się w roli basistki, wokalistki i gitarzystki. Dla wielu słuchaczy pewnym zaskoczeniem może być fakt, że na „First Spell” odpowiada również za wszystkie partie gitarowe. Album ukazał się 29 maja nakładem Listenable Records i stanowi wyraźny ukłon w stronę pierwszych płyt Crystal Viper.

Zmieniła się nazwa projektu, ale muzycznie jest to naturalna kontynuacja tego, co przez lata prezentował Crystal Viper. Marta nie porzuciła swoich muzycznych fascynacji i nadal stawia na rasowy heavy/speed metal w klasycznej odsłonie. Nie brakuje tutaj szybkości, agresji, chwytliwych melodii oraz dużej dawki przebojowości. „First Spell” nie przynosi rewolucji ani elementu zaskoczenia, ale po raz kolejny potwierdza, jak utalentowaną i świadomą artystką jest Marta Gabriel.

Zawsze z zainteresowaniem podchodzę do coverów nagrywanych przez Martę. Zazwyczaj, gdy reinterpretacja znanego utworu wypada znakomicie, cały album również prezentuje wysoki poziom. Tym razem na warsztat trafił kultowy „Ride the Sky” zespołu Helloween. Wokalnie jest bardzo dobrze – Marta nadała kompozycji własny charakter i energię. Instrumentalnie pozostaję jednak nieco bardziej sceptyczny. Brzmienie perkusji nie do końca mnie przekonuje, a w niektórych momentach albumu sprawia wrażenie zbyt mechanicznego i jednowymiarowego.

Poza coverem otrzymujemy osiem autorskich kompozycji, które składają się na blisko czterdzieści minut klasycznego heavy metalu spod znaku Crystal Viper.
Płytę otwiera rozpędzony „Heroes and the Dice”, przemycający nieco klimatu Running Wild oraz wczesnych dokonań Crystal Viper. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – pełen energii, charakteru i chwytliwych melodii. Niestety, ponownie uwagę zwraca nieco monotonna praca perkusji.

Równie udanie wypada dynamiczny „Beast Inside”, czyli kolejny utwór utrzymany w stylistyce doskonale znanej fanom Crystal Viper. To kompozycja dobrze napisana, odpowiednio agresywna i łatwo zapadająca w pamięć.
W „Bound by the Night” pojawia się wyraźny duch lat 80. oraz inspiracje takimi gigantami jak Accept i Judas Priest. Trudno nie dostrzec również nawiązań do początków Crystal Viper.

Pozytywne wrażenie pozostawia także „Silver Stallions”, w którym słychać wpływy Iron Maiden i klasycznej fali NWOBHM. To melodyjny, oldschoolowy numer z dużym urokiem, choć trudno mówić tutaj o szczególnej oryginalności.
Living in the Fast Lane” to z kolei kolejny dynamiczny kawałek utrzymany w charakterystycznym dla Marty stylu. Słucha się go bardzo dobrze, jednak podobnych utworów Crystal Viper miał w swoim dorobku całkiem sporo. To jeden z głównych problemów albumu – momentami sprawia wrażenie zbyt odtwórczego i brakuje mu kompozycji, które naprawdę mogłyby powalić słuchacza na kolana.
Najdłuższym utworem na płycie jest „The New Beginning”. Tutaj Marta próbuje wykreować bardziej epicki, niemal rycerski klimat. Kompozycja przywodzi na myśl takie utwory jak „When the Sun Goes Down” i należy do ciekawszych momentów wydawnictwa. Szybkie tempo powraca w agresywnym „Two Tons of Steel”, jednak również tutaj otrzymujemy dobrze znane patenty i rozwiązania, do których Marta przyzwyczaiła swoich fanów przez lata działalności.
Zestaw zamyka klasyczny „In the Middle of the Night” – kolejny hołd dla heavy metalu lat 80. Nie ma w nim nic odkrywczego, ale nadrabia pasją, autentycznością i dużą dawką przebojowości.

Mimo pewnych zastrzeżeń debiut Leatherwitch należy uznać za bardzo udany start. To album pełen pasji do tradycyjnego heavy metalu, napisany i wykonany przez artystkę, która doskonale rozumie estetykę gatunku i wie, jak tworzyć chwytliwe, pełne energii kompozycje. Marta Gabriel pozostaje jedną z najważniejszych postaci klasycznego heavy metalu i konsekwentnie podąża drogą wyznaczoną przez takie legendy jak Doro Pesch.
Fani Crystal Viper znajdą tutaj mnóstwo znajomych elementów, ale jednocześnie usłyszą projekt posiadający własną tożsamość i potencjał do dalszego rozwoju. „First Spell” nie odkrywa gatunku na nowo, jednak dostarcza dokładnie tego, czego oczekują miłośnicy tradycyjnego heavy i speed metalu. A to w wielu przypadkach jest wystarczającym powodem, by po ten album sięgnąć.

Ocena: 8/10

piątek, 29 maja 2026

DIMHAV -Ondine (2026)


 

Każdy ma swoich ulubionych muzyków, przy których serce zaczyna bić szybciej i których nowe płyty można kupować w ciemno. Dla mnie od zawsze jednym z takich artystów pozostaje szwedzki wokalista Daniel Heiman. To prawdziwy czarodziej, który swoim głosem potrafi przenieść słuchacza do zupełnie innego świata. Dał się poznać jako frontman Lost Horizon czy Warrior Path, a w tym roku ponownie można usłyszeć go na nowym albumie szwedzkiego Dimhav.

Po siedmiu latach ciszy Dimhav wracają z albumem, który wcale nie próbuje na siłę kopiować sukcesu „The Boreal Flame”. „Ondine” to płyta dojrzalsza, bardziej melancholijna i zdecydowanie mniej nastawiona na łatwo wpadające w ucho przeboje. Zespół nadal porusza się w obrębie progresywnego power metalu, jednak tym razem większy nacisk położono na atmosferę, narrację oraz emocjonalny ciężar kompozycji niż na sam techniczny rozmach. Taki kierunek zdecydowanie się sprawdza, choć sama płyta nie należy do łatwych w odbiorze. Potrzeba czasu i kilku odsłuchów, by w pełni zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Dimhav.

Największą siłą albumu pozostaje umiejętność budowania monumentalnych struktur bez popadania w przesadny patos i sztuczną podniosłość. Gitary Staffana Karlssona brzmią bardziej płynnie i filmowo niż na debiucie — mniej tutaj demonstracyjnej wirtuozerii, a więcej pracy nad klimatem i przestrzenią. Pod tym względem zespół wyraźnie się wyróżnia i tworzy coś naprawdę wyjątkowego. Kompozycje rozwijają się powoli, często rozpoczynając się od eterycznych melodii, by po kilku minutach eksplodować wielowarstwowymi aranżacjami. Na „Ondine” dzieje się bardzo dużo i słychać, że muzycy nie idą na łatwiznę.

Ogromną robotę ponownie wykonuje Daniel Heiman. Na „Ondine” śpiewa bardziej emocjonalnie i subtelnie — zamiast ciągłego heroicznego uniesienia dostajemy pełne tęsknoty, nostalgii i melancholii wokalne pejzaże. Dzięki temu album brzmi bardziej ludzko, autentycznie i naturalnie. Łatwo utożsamić się z emocjami, które Dimhav przekazuje na nowej płycie.

Na uwagę zasługuje również sama oprawa graficzna. Tajemnicza okładka doskonale oddaje klimat i charakter albumu. Zespół zadbał także o dopracowane brzmienie — każdy instrument wybrzmiewa wyraziście i żyje własnym życiem. Na płycie dominują długie, rozbudowane kompozycje, dlatego znajdziemy tutaj zaledwie siedem utworów.

Podróż w głąb świata Dimhav rozpoczyna „Tides Immemorial”. Już od pierwszych minut słychać inspiracje takimi zespołami jak Dream Theater, Symphony X czy Queensrÿche. Dimhav stawia na tajemniczy klimat, bogate aranżacje i wyszukane melodie. Nie jest to jednak utwór łatwy w odbiorze — wymaga skupienia i cierpliwości.

Następnie otrzymujemy ośmiominutowy „Windward Bound”, który zachwyca filmowym rozmachem i podniosłą atmosferą zdolną przeszyć słuchacza od pierwszych sekund. Połamane melodie i wyszukane partie gitarowe stanowią z kolei fundament „Call of the Deep”. To kolejny wymagający numer, który intryguje swoją formą oraz nietuzinkowym podejściem do kompozycji.

Więcej rasowego power metalu pojawia się w agresywniejszym „Pilgrimage”, gdzie zespół serwuje prawdziwe mocne uderzenie. To świetny przykład tego, jak Dimhav potrafi urozmaicać swoją muzykę i unikać monotonii. Bardzo dobrze prezentuje się również zróżnicowany i pełen smaczków „Embraced”. Nie można też pominąć ponad dziesięciominutowego „The Sunken Star”, w którym grupa ponownie pokazuje pazur oraz większe pokłady energii. Wreszcie można poczuć pełnię power metalowego ducha. Całość wieńczy „A Clorian Soul”, który idealnie podsumowuje klimat całego wydawnictwa.

Jest się czym zachwycać, ale nie oznacza to, że album pozbawiony jest wad. Momentami zespół zbyt mocno ufa długim formom i kilka fragmentów można byłoby skrócić bez większej szkody dla całości. Chwilami pojawia się wręcz wrażenie przerostu formy nad treścią. Niektórym słuchaczom może również zabraknąć bardziej bezpośrednich refrenów — „Ondine” nie oferuje tylu natychmiast chwytliwych momentów co klasyczne płyty power metalowe. To album wymagający cierpliwości oraz wielokrotnych odsłuchów. Swoje największe piękno odkrywa dopiero z czasem.

I właśnie w tym tkwi jego największa siła. „Ondine” nie jest muzyką tworzoną z myślą o listach przebojów ani szybkim streamingowym słuchaniu podczas codziennych obowiązków. To album, który odsłania kolejne warstwy stopniowo. Im dłużej się go słucha, tym mocniej wciąga w swój chłodny, morski i momentami wręcz hipnotyczny klimat.

Dimhav nie wrócili po to, by odcinać kupony od debiutu. „Ondine” pokazuje zespół pewny swojej wizji i gotowy konsekwentnie rozwijać własny muzyczny język. Dla fanów progresywnego power metalu będzie to jedna z najważniejszych premier roku — nie dlatego, że jest najbardziej efektowna, ale dlatego, że pozostaje w głowie na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Trzeba czasu, cierpliwości i odpowiedniego nastawienia, ale ta płyta zdecydowanie na to zasługuje, ponieważ skrywa w sobie prawdziwe piękno.

Ocena: 9/10

czwartek, 28 maja 2026

HELLEVATE -Killicon valley (2026)


 W czasach, gdy wiele thrashmetalowych zespołów albo odcina kupony od nostalgii, albo desperacko próbuje brzmieć „nowocześnie”, amerykański Hellevate znalazł własną drogę. Grupa stawia na melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i speed metalu. „Killicon Valley” to już trzecia płyta formacji z Kansas City — album agresywny, bezpośredni i momentami wręcz wściekły, a jednocześnie zaskakująco różnorodny. Nie jest to bezmyślne kopiowanie wielkich nazw gatunku, lecz świadome czerpanie z klasyki i prezentowanie własnego spojrzenia na dobrze znane patenty. Krążek ukazał się 22 maja i powinien przypaść do gustu fanom Testament, Exodus, Slayer czy Death Angel.

Hellevate działa od 2007 roku i przez ten czas przez skład przewinęło się wielu muzyków. Obecnie kluczową rolę odgrywa wokalista Robert Browne, który nadaje całości odpowiedniego thrashmetalowego pazura. Brakuje mu jeszcze nieco technicznego obycia i pewności siebie, jednak mimo drobnych niedociągnięć dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Ważnym elementem pozostaje także gitarowy duet Whitmer/Cole, stawiający na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Muzycy korzystają ze sprawdzonych rozwiązań, dzięki czemu materiał jest dynamiczny i bardzo dobrze się go słucha, choć trudno mówić o większych zaskoczeniach.

Pod względem produkcyjnym album prezentuje się bardzo solidnie. Brzmienie jest nowoczesne, ale nieprzesadnie sterylne. Gitary mają odpowiednią ostrość, perkusja brzmi naturalnie, a całość zachowuje koncertową energię. Wyraźnie słychać inspiracje klasycznym thrashem, speed metalem i heavy metalem, jednak bez nachalnego kopiowania legend gatunku. Na plus należy zaliczyć również okładkę, która idealnie oddaje klimat albumu.

Jeśli jednak wskazać słabszy element wydawnictwa, byłaby nim długość materiału. Przy dwunastu utworach momentami pojawia się lekkie zmęczenie, szczególnie w środkowej części tracklisty. Niektóre riffy mogłyby zostać mocniej zróżnicowane, a część kompozycji kończy się dokładnie wtedy, gdy zaczyna rozwijać skrzydła.
Już otwierające album „D.T.C.” oraz „In The Long Grass” pokazują, że Hellevate nie zamierza brać jeńców. Gitary pracują tutaj niczym przemysłowa piła, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokal Browne’a balansuje pomiędzy klasycznym thrashowym wrzaskiem a bardziej współczesną agresją. Co ważne, zespół unika monotonii — utwory mają własny charakter, a melodie i solówki często wykraczają poza schemat zwykłej „nawalanki”.

Invoke Apocalypse” to prosty i bardzo przystępny numer, pokazujący, jak umiejętnie grupa potrafi połączyć świat heavy metalu z thrash metalem. Zdecydowanie gorzej wypadają bardziej rozbudowane kompozycje pokroju „Demagogue”, które niepotrzebnie wydłużają album. Z kolei „The Rampart” przyciąga uwagę nastrojowym klimatem i chwytliwością. Znacznie słabiej prezentuje się nijaki „Holy Man”, który niewiele wnosi do całości materiału.

W „Jorogumo” otrzymujemy nowoczesny thrash metal z domieszką stylistyki Rage. Może nie jest to nic odkrywczego, ale utwór potrafi sprawić sporo przyjemności podczas odsłuchu. Inspiracje Kreator i Testament wyraźnie pobrzmiewają w agresywnym „Killicon Valley”, które potwierdza potencjał drzemiący w tej kapeli. Bardzo dobrze wypada również ponad siedmiominutowy „Thou Shalt Kill”, gdzie zespół stawia na bardziej złożone partie gitarowe i lekko progresywny charakter. Także tutaj można usłyszeć wpływy Kreator. Nieco chaotyczny „Curse God And Die” pokazuje jednak, że nie wszystko na tej płycie zostało dopracowane idealnie.

Mimo pewnych wad „Killicon Valley” pozostaje jedną z ciekawszych thrashmetalowych premier 2026 roku. Hellevate udowadnia, że nadal można grać szybko, brutalnie i oldschoolowo, nie brzmiąc przy tym jak kolejny tribute band dla legend lat 80. To album skierowany przede wszystkim do maniaków thrash metalu, ale również do słuchaczy poszukujących w tej muzyce świeżej energii i współczesnego podejścia. Warto dać tej kapeli szansę.

Ocena: 7/10

wtorek, 26 maja 2026

NIGHT SPECTRE - Night Spectre (2026)


 Są płyty, które od pierwszych sekund próbują olśnić słuchacza nowoczesną produkcją i technicznymi fajerwerkami. Są też takie, które otwierają bramy do świata stali, mroku i heroicznych opowieści, przypominając, dlaczego klasyczny heavy metal wciąż rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń fanów i niezmiennie cieszy się dużym zainteresowaniem. Debiutancki album greckiego Night Spectre, zatytułowany „Night Spectre”, ukazał się 22 maja nakładem Dying Victims Productions i należy właśnie do tej drugiej kategorii. Grecy nie próbują na nowo definiować gatunku, lecz z dużym wyczuciem sięgają po jego najbardziej wartościowe elementy – chwytliwe riffy, epicki klimat oraz melodie, które pozostają w pamięci długo po zakończeniu odsłuchu. „Night Spectre” to prawdziwa gratka dla miłośników Iron Maiden, Judas Priest czy Heavy Load.

Produkcja albumu jest przejrzysta i odpowiednio surowa. Zachowuje ducha klasycznych wydawnictw z lat 80., a jednocześnie nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu. Gitary brzmią potężnie, sekcja rytmiczna skutecznie napędza kolejne kompozycje, a wokalista Tasos Molyviatis równie przekonująco odnajduje się w bardziej agresywnych fragmentach, jak i w partiach wymagających większej melodyjności. Duet gitarowy Diogos/Stamatas opiera swoją grę na doskonale znanych patentach gatunku. Jest klasycznie, oldschoolowo i z odpowiednim pazurem. Niestety, trudno doszukać się tutaj większej dawki oryginalności – wiele motywów brzmi znajomo, a całość momentami sprawia wrażenie wtórnej. To bez wątpienia jeden z największych mankamentów tego wydawnictwa.

Już otwierający album „Death Contract” narzuca właściwe tempo. Dynamiczne riffy, melodyjne partie gitar i charakterystyczny wokal przywodzą na myśl najlepsze wzorce gatunku, stanowiąc jednocześnie zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części krążka. Solidnie prezentuje się również „The Maniac”, choć utworowi brakuje elementu zaskoczenia i momentu, który pozwoliłby mu wznieść się ponad poziom dobrej rzemieślniczej roboty. Z kolei „Cheating the Gates” bezpośrednio przenosi nas do złotej ery heavy metalu. Prosty, chwytliwy motyw gitarowy oraz przebojowy charakter sprawiają, że numer ten łatwo zapada w pamięć.

W kompozycjach takich jak „To Die in the Ancient Fire” oraz „Blades of Galvarino” słychać szczególną dbałość o budowanie atmosfery i epickiej narracji. To właśnie tutaj zespół pokazuje nieco inne oblicze i udowadnia, że potrafi skutecznie urozmaicić swój materiał. Jedną z największych zalet albumu pozostaje jego różnorodność. Obok szybkich i energicznych utworów pojawiają się bardziej rozbudowane, nastrojowe kompozycje. „Crossing the Abyss” pełni rolę niemal metalowej ballady, natomiast „Damnation of Memory” imponuje ciężarem i dramatyzmem. Całość zamyka utwór tytułowy „Night Spectre”, będący jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa i znakomitym zwieńczeniem albumu. To właśnie w takich dynamicznych kompozycjach balansujących między heavy a speed metalem Grecy czują się najlepiej. Numer emanuje energią i w pełni ukazuje potencjał drzemiący w zespole.

„Night Spectre” nie próbuje zmieniać reguł gry ani wytyczać nowych ścieżek dla gatunku. Przypomina jednak, jak fascynująca potrafi być muzyka tworzona z pasją, zaangażowaniem i autentycznym szacunkiem dla tradycji. Owszem, można narzekać na niedostatek naprawdę wybitnych hitów czy momentów, które na długo zapadają w pamięć, jednak album doskonale spełnia swoją podstawową funkcję – dostarcza solidnej dawki klasycznego heavy metalu i zwyczajnie daje mnóstwo frajdy ze słuchania. Dla fanów gatunku będzie to pozycja obowiązkowa, a dla samego zespołu bardzo obiecujący początek muzycznej drogi.

Ocena: 7,5/10.

niedziela, 24 maja 2026

ARMORED SAINT - Emotions factory reset (2026)


Niewiele zespołów potrafi zachować artystyczną wiarygodność przez ponad cztery dekady działalności. Amerykański Armored Saint od lat udowadnia jednak, że upływ czasu nie musi oznaczać kreatywnego wypalenia. Na najnowszym albumie zatytułowanym Emotion Factory Reset grupa prezentuje wszystko to, za co pokochali ją fani: potężne riffy, chwytliwe melodie oraz charakterystyczny wokal Johna Busha. Jednocześnie materiał wnosi do katalogu zespołu powiew świeżości i nowoczesnego sznytu, dzięki czemu nie jest jedynie nostalgiczną podróżą do przeszłości. Płyta ukazała się 22 maja nakładem Metal Blade Records.

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z wydawnictwem pozbawionym wad. Okładka, choć przyjemna dla oka, sprawia wrażenie projektu stworzonego przy pomocy sztucznej inteligencji i brakuje jej indywidualnego charakteru. Na szczęście samo brzmienie albumu wypada znacznie lepiej – jest mocne, selektywne i odpowiednio dynamiczne. Nie udało się jednak nagrać materiału idealnego. Część słuchaczy może kręcić nosem na spokojniejsze fragmenty oraz bardziej hardrockowy charakter niektórych kompozycji. Paradoksalnie to właśnie dzięki takim rozwiązaniom Emotion Factory Reset nie brzmi jak odgrzewanie dawnych sukcesów. To album zespołu świadomego własnej historii, ale wciąż poszukującego nowych środków wyrazu. W efekcie otrzymujemy solidną mieszankę heavy metalu i hard rocka, choć od formacji o tak bogatej historii i renomie można było oczekiwać nieco więcej.

Cieszy natomiast fakt, że John Bush nadal imponuje formą wokalną. Mimo upływu lat śpiewa z ogromną pasją, energią i techniczną swobodą. Bardzo dobrze wypada również gitarowy duet Duncan/Sandoval, który umiejętnie balansuje pomiędzy klasycznym heavy metalem a bardziej rockowym podejściem. Nie brakuje różnorodności, a doświadczenie obu muzyków słychać praktycznie w każdym utworze. Osobiście brakuje mi jednak większej dawki energii i przebojowości, którą zespół prezentuje już na początku albumu. Otwierający całość „Close to the Bone” to rasowy killer – pełen mocy, agresji i chwytliwości. Gdyby cały album utrzymano w podobnym klimacie, końcowy efekt mógłby być jeszcze bardziej imponujący.

Bardzo dobrze prezentuje się także bardziej hardrockowy „Every Man-Any Man”. To udana kompozycja oparta na prostych, ale skutecznych rozwiązaniach, stawiająca na melodyjność i przebojowy refren. Klasyczne oblicze zespołu poznajemy z kolei w zadziornym i melodyjnym „Not on Your Life”, będącym udanym połączeniem heavy metalu, hard rocka i współczesnych akcentów. Utwór doskonale spełnia swoją rolę i należy do najmocniejszych punktów programu.

Jednym z najlepszych fragmentów albumu bez wątpienia pozostaje bardziej agresywny i niezwykle chwytliwy „Hit a Moonshot”. Ostry riff, bujający refren oraz znakomita dyspozycja wokalna Busha sprawiają, że trudno przejść obok tej kompozycji obojętnie. Znacznie gorzej wypada natomiast spokojniejszy „Buckeye”, który dłuży się i nie potrafi przykuć uwagi równie skutecznie jak pozostałe utwory. Do grona udanych numerów warto zaliczyć również przebojowy „Compromise”, rockowy i nieco młodzieńczy w charakterze „Ladders and Slides” oraz mroczniejszy, cięższy „Bottom Feeder”. Całość zamyka klasycznie brzmiący „Epilogue”, wyraźnie nawiązujący do dorobku Judas Priest czy Dokken i stanowiący godne zwieńczenie albumu.

Emotion Factory Reset nie jest rewolucją w dyskografii Armored Saint, ale stanowi kolejny dowód na to, że po ponad czterdziestu latach działalności zespół nadal potrafi nagrywać heavy metal na wysokim poziomie. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów klasycznego amerykańskiego metalu, którzy ponad chwilowe trendy cenią mocne riffy, chwytliwe melodie i solidne muzyczne rzemiosło. Dobry album zasłużonej formacji, choć pozostawiający niedosyt i poczucie, że można było wycisnąć z tego materiału jeszcze więcej.

Ocena : 7/10

piątek, 22 maja 2026

SINS OF SHADOWS - The last Frontier (2026)


 

Sins of Shadows – The Last Frontier (2026)

Francuska scena heavy metalowa od lat dostarcza interesujących wykonawców, którzy potrafią połączyć szacunek dla tradycji z własnym spojrzeniem na gatunek. Do tego grona aspiruje również Sins of Shadows. Na wydanym w 2026 roku albumie The Last Frontier kwartet stawia na melodyjny heavy/power metal pełen gitarowych harmonii, dynamicznych riffów i epickiego rozmachu. Sprawdźmy, czy ta wyprawa ku „ostatniej granicy” rzeczywiście zasługuje na uwagę.

The Last Frontier to trzeci album studyjny francuskiej formacji Sins of Shadows. Zespół działa od 2014 roku, więc zdążył już zdobyć doświadczenie i wypracować własne miejsce na scenie heavy i power metalu. Premiera krążka odbyła się 5 maja, a sam materiał powinien szczególnie przypaść do gustu fanom Iron Maiden, Iced Earth, Symphony X czy Saxon. Już od pierwszych minut słychać, że muzycy doskonale znają klasyczne metalowe schematy i potrafią umiejętnie wykorzystać je we własnych kompozycjach.

Jednym z największych atutów albumu są gitary Nicolasa Jacona. Riffy są wyraziste, chwytliwe i odpowiednio nośne, a gitarowe harmonie przywołują najlepsze tradycje NWOBHM. Solówki nie pełnią jedynie funkcji technicznych popisów, lecz naturalnie rozwijają poszczególne utwory i wzbogacają ich strukturę. Solidnym fundamentem pozostaje także sekcja rytmiczna, która skutecznie napędza kolejne kompozycje. Na szczególne wyróżnienie zasługuje wokal Tasosa Lazarisa. Frontman, znany również z Fortress Under Siege, prezentuje wysoką klasę wykonawczą, imponując skalą, pewnością siebie oraz umiejętnością budowania odpowiednich emocji. Najlepiej wypada w bardziej epickich fragmentach materiału, gdzie jego głos nabiera dodatkowej siły i wyrazistości.

Otwierający album „The Void” pokazuje, że zespół postawił na cięższe i bardziej bezpośrednie brzmienie niż na wcześniejszych wydawnictwach. Dynamiczne riffy, galopująca sekcja rytmiczna oraz melodyjne partie gitar budują atmosferę tajemniczości i napięcia. Jeszcze lepiej prezentuje się utwór tytułowy „The Last Frontier”, który umiejętnie łączy chwytliwe melodie z rozbudowaną warstwą instrumentalną, zachowując przy tym odpowiednią dawkę energii. Klasyczne rozwiązania sprawdzają się tutaj znakomicie.

Dalej otrzymujemy dynamiczny i zadziorny „Walls of Past”, mocno osadzony w stylistyce Iron Maiden. Nie brakuje charakterystycznych gitarowych harmonii i galopujących rytmów, które od lat stanowią znak rozpoznawczy brytyjskich legend. Z kolei „Tell Me Why?” to bardziej przystępna i melodyjna propozycja – prosty, ale skuteczny heavy/power metal nastawiony przede wszystkim na chwytliwe refreny i łatwo wpadające w ucho melodie. Zespół bardzo dobrze odnajduje się również w szybszych i bardziej energetycznych kompozycjach, czego najlepszym przykładem jest przebojowy „Rise Again”.

Jednym z najmocniejszych punktów albumu pozostaje „As Darkness Falls”, który imponuje ciężarem i wyraźnie mroczniejszym charakterem. Mocniejsze riffy oraz ponura atmosfera przywołują skojarzenia z twórczością Iced Earth, dodając całości nieco agresji i dramaturgii. Na zakończenie otrzymujemy rozbudowany, epicki „The End of the Road”. To bez wątpienia ambitna kompozycja z ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi, choć momentami można odnieść wrażenie, że zabrakło jej większej precyzji i dopracowania, by w pełni wykorzystać drzemiący w niej potencjał.

The Last Frontier to album skierowany przede wszystkim do słuchaczy ceniących tradycyjny heavy metal wzbogacony o elementy power i prog metalu. Nie jest to wydawnictwo, które redefiniuje gatunek czy wyznacza nowe kierunki rozwoju, ale oferuje blisko czterdzieści minut solidnie skomponowanej, pełnej pasji muzyki. Francuzi udowadniają, że klasyczne metalowe wartości wciąż mają rację bytu, jeśli stoją za nimi umiejętności, dobre kompozycje i autentyczne zaangażowanie. Choć nie wszystkie pomysły zostały wykorzystane w stu procentach, The Last Frontier pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie i pokazuje, że Sins of Shadows wciąż ma sporo do zaoferowania.

Ocena: 7,5/10

czwartek, 21 maja 2026

NIGHTRISE - Ride in Hell (2026)


Czas sprawdzić, co ma do zaoferowania młody zespół Nightrise. Formacja powstała w 2019 roku w Meksyku i należy do grona kapel, które bez żadnych kompleksów stawiają na klasyczny heavy metal głęboko zakorzeniony w estetyce lat 80. Ich debiutancki album Ride in Hell ukazał się 9 lutego i stanowi hołd dla tradycyjnego grania spod znaku NWOBHM.

W czasach, gdy klasyczny heavy metal często balansuje między nostalgią a próbami unowocześniania brzmienia, Ride in Hell udowadnia, że można pozostać wiernym gatunkowym korzeniom bez całkowitego popadania w schematyczność. Meksykański kwartet proponuje słuchaczom solidną dawkę energii, melodyjnych riffów oraz heroicznego ducha starej szkoły metalu. Nie jest to wprawdzie jeden z najlepszych heavy metalowych albumów 2026 roku, ale z pewnością zapewnia rozrywkę na przyzwoitym poziomie.

Siłą Nightrise jest przede wszystkim dobrze funkcjonująca sekcja rytmiczna oraz gitarowy duet Lopez–Valdez, wyraźnie zapatrzony w dokonania klasyków gatunku. Instrumentalnie album prezentuje się solidnie, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że muzycy zbyt często sięgają po sprawdzone i wielokrotnie eksploatowane rozwiązania. Zespół nie eksperymentuje ani nie podejmuje większego ryzyka artystycznego, przez co materiał momentami sprawia wrażenie wtórnego. To niewątpliwie jeden z największych mankamentów płyty. Mimo to całość słucha się całkiem przyjemnie. Brakuje jednak większej zadziorności, charakteru oraz świeżych pomysłów, które pozwoliłyby wyróżnić się na tle licznej konkurencji. Nad wszystkim czuwa wokal Adriana Lopeza, lecz także jemu brakuje pewności siebie i odpowiedniej drapieżności.

Debiutancki krążek Nightrise to niespełna 40 minut muzyki. Album otwiera prosty, energiczny i chwytliwy „Lethal Strike”. Choć kompozycja nie wnosi niczego nowego do gatunku, potrafi szybko zapaść w pamięć. Mroczniejszy klimat przynosi melodyjny „Voice in the Dark” – udany utwór, który cierpi jednak na ten sam problem co reszta materiału: nadmierne korzystanie z dobrze znanych schematów. Dalej otrzymujemy równie dynamiczne i przebojowe „Take It Back” oraz „Rise Up”, wyraźnie inspirowane twórczością Iron Maiden i szeroko pojętą sceną NWOBHM.

Najciekawsze momenty pojawiają się w środkowej części albumu. „Dispel the Magic” wnosi odrobinę epickiego rozmachu, natomiast ponad pięciominutowy „Heavy Metal Law” można uznać za najlepszy punkt programu. Mocarne riffy, podniosłe melodie i celebracja metalowej tożsamości sprawiają, że właśnie tutaj Nightrise brzmi najbardziej przekonująco. Szkoda, że podobnych kompozycji nie znalazło się na płycie więcej.

Zespół pokazuje także nieco ostrzejsze oblicze w rozpędzonym „Spoils of War”, ocierającym się momentami o speed metal. Niestety utworowi brakuje wyrazistego finału i kilku bardziej zapadających w pamięć pomysłów. Album zamyka „Nightriser”, który zaskakuje pozytywną energią i bez wątpienia sprawdzi się podczas koncertów. To kolejny dowód na to, że w tym zespole drzemie spory potencjał.

Nie pomaga natomiast okładka wyglądająca jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję ani dość płaskie, mało wyraziste brzmienie. Ride in Hell nie próbuje odkrywać heavy metalu na nowo. Zamiast tego dostarcza dokładnie tego, czego oczekują miłośnicy tradycyjnego grania: mocnych riffów, melodyjnych refrenów i dużej dawki energii. Problem w tym, że album niemal niczym nie zaskakuje, konsekwentnie opierając się na sprawdzonych patentach i klasycznych rozwiązaniach. Brakuje większej agresji, różnorodności oraz świeżości, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom.

Ocena: 6,5/10

wtorek, 19 maja 2026

REXORIA - Fallen Dimension (2026)




 Szwedzki zespół Rexoria od kilku lat konsekwentnie buduje swoją pozycję na scenie melodyjnego heavy i power metalu. Na czwartym albumie studyjnym, zatytułowanym Fallen Dimension, grupa nie próbuje rewolucjonizować gatunku. Zamiast tego stawia na sprawdzone atuty: chwytliwe refreny, mocarne riffy, dynamiczne tempo oraz charakterystyczny wokal Fridy Ohlin. Efektem jest dopracowane, przebojowe wydawnictwo, wypełnione koncertową energią od pierwszej do ostatniej minuty. Premiera albumu odbyła się 8 maja nakładem Black Lodge Productions i jest to już czwarta pozycja w dorobku formacji. Dla fanów takich zespołów jak Battle Beast, Metalite czy Dreamtale będzie to pozycja wręcz obowiązkowa.

Rexoria działa od 2016 roku i od samego początku siłą napędową zespołu pozostaje wokalistka Frida Ohlin. Jej głos potrafi być jednocześnie drapieżny i melodyjny, a w bardziej emocjonalnych fragmentach nadaje kompozycjom autentyczności i głębi. Na uwagę zasługuje również świetnie zgrany duet gitarowy tworzony przez Martina Gustavssona i Jonathana Svenssona. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować chwytliwe melodie i atrakcyjne aranżacje. Choć czerpią inspiracje od uznanych przedstawicieli gatunku, nie ograniczają się do bezrefleksyjnego kopiowania sprawdzonych schematów. To profesjonalnie skomponowana rozrywka na wysokim poziomie, dostarczająca słuchaczowi mnóstwo satysfakcji.

Rexoria stawia przede wszystkim na zwięzłe i treściwe kompozycje. Jedenaście utworów składa się na około 45 minut muzyki, podczas których roi się od chwytliwych refrenów i pomysłowych melodii. Już otwierający album „Metallic Rain” pokazuje, czego można spodziewać się przez kolejne kilkadziesiąt minut: zwartych kompozycji, wyrazistych melodii oraz produkcji nastawionej na maksymalną przejrzystość brzmienia. To utwór niezwykle energetyczny, pełen świeżych pomysłów i charakteru.

Kompozycje takie jak „Awakening”, „Dancing on the Ruins” czy „Break the Wave” umiejętnie łączą klasyczny heavy metal z nowoczesnym power metalem, unikając przy tym zbędnego eksperymentowania. Zespół świadomie podąża sprawdzoną ścieżką, koncentrując się na tworzeniu łatwo przyswajalnych, ale jednocześnie angażujących utworów. Doskonałym przykładem takiego podejścia jest „Malleus Maleficarum”, który zachwyca prostym, lecz niezwykle skutecznym motywem przewodnim oraz przebojowym charakterem. Znajdziemy tu energię i chwytliwość przywodzącą na myśl najlepsze momenty Bloodbound czy wczesnego Battle Beast.

Nieco bardziej taneczny „Running with the Stars” przemyca rozwiązania znane z twórczości Sabaton i Metalite. Choć balansuje na granicy kiczu, robi to z dużym wyczuciem i wdziękiem, dzięki czemu słucha się go z nieskrywaną przyjemnością. Z kolei marszowy „Dominion” przynosi solidną dawkę epickości i rycerskiego klimatu, stanowiąc udany ukłon w stronę takich gigantów jak HammerFall czy Manowar.

Nie zabrakło również bardziej radiowych momentów. „Himalaya” sprawdza się jako lekki, melodyjny przebój, choć nie traci przy tym metalowego charakteru. Z drugiej strony album oferuje także bardziej wymagające fragmenty utrzymane w stylistyce heavy/power metalu z wyraźnymi wpływami Bloodbound. Jeszcze więcej klasycznego power metalowego ducha, przywołującego skojarzenia z pierwszymi albumami Helloween czy Avantasii, można odnaleźć w rozpędzonym „Wasted Land”.

Szczególnie dobrze wypada finałowy „Heart of Sorrow”, nagrany z udziałem Johnny’ego Gioeliego. Duet wokalistów wnosi do kompozycji dodatkową dramaturgię i emocjonalną głębię, czyniąc ją jednym z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa. To piękna ballada, która potrafi wzruszyć i na długo pozostaje w pamięci.

Fallen Dimension nie zmienia zasad gry w melodyjnym metalu, ale oferuje wszystko, czego można oczekiwać od świetnie napisanej płyty power metalowej: energię, emocje, znakomite wokale oraz refreny, które zostają w głowie jeszcze długo po zakończeniu odsłuchu. Dla Rexorii jest to kolejny krok naprzód i bez wątpienia jeden z najmocniejszych albumów w dotychczasowej dyskografii zespołu. Wydawnictwo powinno szczególnie przypaść do gustu fanom Battle Beast, Beast in Black oraz Frozen Crown.

Ocena: 8,5/10

STORIA : Revenant: a Righteous revenge (2026


 

Basista Pablo Guillarducci i perkusista Thiago Caiero, znani z debiutanckiego albumu Enorion, który tak wyraźnie nawiązywał do twórczości Dark Moor, pojawili się również na innym, równie interesującym debiucie. Mowa o pierwszym albumie brazylijskiej formacji Storia. „Revenant: A Righteous Revenge” ukazał się 3 kwietnia i stanowi kolejną godną uwagi propozycję z południowoamerykańskiej sceny metalowej.

Storia działa od 2023 roku i koncentruje się na monumentalnym, epickim symfonicznym power metalu wzbogaconym o elementy progresywnego heavy metalu. W ich muzyce można odnaleźć liczne inspiracje twórczością Blind Guardian, Rhapsody of Fire, Vision Divine czy wspomnianego Dark Moor. Zespół udowadnia, że współczesny power metal nadal potrafi opowiadać wielkie historie bez popadania w gatunkowe schematy. Album rozwija mroczną, fantastyczną narrację zapowiadaną wcześniej przez singiel „The Kaer Slaughter”, tworząc spójną opowieść o zemście, upadku i odkupieniu.

Kluczową rolę odgrywa tutaj wokalista Pedro Cavazana, który nadaje kompozycjom odpowiedni rozmach, epickość i symfoniczny charakter. Dysponuje charyzmą, ekspresją oraz drapieżnością idealnie wpisującymi się w estetykę power metalu. Na szczególne uznanie zasługuje również gitarzysta Gabriel Veloso. To dzięki jego pracy album jest niezwykle gitarowy, zróżnicowany, melodyjny i pełen chwytliwych motywów. W jego grze słychać zarówno pasję, jak i dużą kreatywność oraz wyczucie kompozycyjne.

Muzycznie Storia czerpie pełnymi garściami z europejskiej szkoły melodyjnego power metalu. Szybkie, galopujące riffy, podniosłe chóry oraz neoklasyczne partie gitarowe przywołują skojarzenia z dokonaniami takich formacji jak Rhapsody of Fire czy Blind Guardian. Jednocześnie zespół wnosi do tej stylistyki własną energię i nowoczesne podejście do produkcji. Nawet okładka albumu została doskonale dopasowana do charakteru muzyki oraz fantastycznego klimatu, w którym porusza się grupa.

Podróż przez świat wykreowany przez Storię rozpoczyna intro „Memories Of”, przywodzące na myśl wstępy znane z albumów Blind Guardian. Następnie pojawia się „The Grey Twilight” – pełen energii symfoniczny power metal z wyraźnymi odniesieniami do Rhapsody of Fire i Dark Moor. Utwór rozwija się w imponującym tempie i pokazuje, że klasyczny power metal nadal ma się znakomicie.

Elementy progresywne oraz wpływy Vision Divine wyraźnie słychać w złożonym i pędzącym „Rise of the Silver Knights”. To kolejny przykład umiejętnego wykorzystania sprawdzonych rozwiązań charakterystycznych dla klasyki gatunku spod znaku Helloween czy Rhapsody. Szczególnie udanie wypadają krótkie interludia budujące fabułę i atmosferę albumu. Doskonałym przykładem jest „Insidious Pondering”, którego klimat przywołuje wspomnienia związane z „Nightfall in Middle-Earth” Blind Guardian.

Pozytywnym zaskoczeniem okazuje się podniosły „It's Treason Then”, idealnie balansujący pomiędzy symfonicznym power metalem a progresywnym metalem. Kompozycję wyróżniają interesujące przejścia aranżacyjne, operowe chóry oraz bardzo dojrzałe podejście do budowania napięcia. Podobne rozwiązania pojawiają się również w rozbudowanym i monumentalnym „Revenant”.

Mocniejszy riff oraz bardziej progresywny charakter stanowią największe atuty pomysłowego „The Kaer Slaughter”. Z kolei klimatyczna ballada „Meaning of a Non-Life” jest wyraźnym ukłonem w stronę twórczości Blind Guardian. Najdłuższym utworem na płycie pozostaje siedmiominutowy „A Righteous Revenge”, który jeszcze mocniej akcentuje progresywne wpływy. Brzmi świeżo, nowocześnie i stanowi znakomite zwieńczenie całego wydawnictwa, potwierdzając ogromny potencjał zespołu.

„Revenant: A Righteous Revenge” to bardzo udany debiut pokazujący, że brazylijska scena power metalowa wciąż potrafi dostarczać zespoły zdolne rywalizować z europejską czołówką gatunku. To album obowiązkowy dla miłośników epickich historii, melodyjnych refrenów oraz klasycznego heavy i power metalu podanego we współczesnej, atrakcyjnej formie.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 18 maja 2026

THE ORDER - Empires (2026)


 Sześć lat przyszło czekać fanom szwajcarskiego zespołu The Order na nowy materiał. Tego czasu z pewnością nie zmarnowano, ponieważ szósty studyjny album zatytułowany „Empires” to dzieło dojrzałego i doświadczonego zespołu, który doskonale zna swoją wartość. Formacja obecna jest na metalowej scenie od ponad dwóch dekad i wielokrotnie udowadniała, że doskonale odnajduje się w swojej stylistyce. W swojej muzyce garściami czerpie z dorobku Krokus, Accept, Judas Priest, Bonfire, Pretty Maids czy Scorpions. „Empires”, wydany 24 kwietnia, to pozycja, obok której trudno przejść obojętnie, jeśli gustuje się w mieszance heavy metalu i hard rocka.

The Order to przede wszystkim charyzmatyczny i niezwykle utalentowany wokalista Gianni Pontillo. To doświadczony frontman, znany między innymi z Victory, a obecnie również współpracujący z Nazareth. Potrafi śpiewać z odpowiednim pazurem i hardrockową swobodą. To właśnie dzięki niemu album tak mocno nawiązuje do klasyki gatunku i klimatu lat 80. Płyta wręcz kipi energią, a znajdziemy na niej mnóstwo przemyślanych riffów i efektownych solówek. Duża w tym zasługa zgranej sekcji rytmicznej oraz gitarzysty Bruno Springa. Materiał jest przy tym odpowiednio zróżnicowany — każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Słychać pomysłowość, ale także ogromny szacunek do klasyki gatunku. The Order nie kombinuje na siłę i nie próbuje tworzyć czegoś rewolucyjnego, co w tym przypadku okazuje się sporą zaletą.

„Empires” to 45 minut muzyki zamkniętej w dziewięciu utworach. Otwierający album numer tytułowy narzuca odpowiedni ton: ciężkie gitary, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Gianniego Pontillo budują atmosferę monumentalnego, lekko mrocznego hymnu o upadku imperiów i politycznej manipulacji. Zespół stawia na energię oraz melodyjność i wychodzi z tego obronną ręką. To rasowy killer, wyraźnie skierowany w stronę bardziej heavy metalowego grania.

Największą siłą „Empires” pozostaje jednak różnorodność. „Fight For Your Rights” niesie ze sobą buntowniczy, niemal stadionowy refren, „Thieves In The Night” przyciąga bardziej melodyjnym obliczem zespołu, natomiast „Wherever I Go” pokazuje, że grupa potrafi pisać niemal AOR-owe, emocjonalne kompozycje, nie tracąc przy tym hardrockowego charakteru. Nie wszystkie utwory utrzymują równie wysoki poziom — „Warriors” czy „Living For The Nightlife” bywają bardziej schematyczne — jednak nawet słabsze momenty nie psują ogólnego odbioru albumu. Każdy z utworów podkreśla mocne strony zespołu i dobrze oddaje jego charakter oraz muzyczną tożsamość. Album zawiera wiele chwytliwych momentów i zdecydowanie jest czym się zachwycać.

Szybkim krokiem zbliżamy się do „The Last Call”, kolejnego zadziornego i energetycznego kawałka. Zespół konsekwentnie trzyma się mieszanki hard rocka i heavy metalu, a mroczny klimat utworu robi świetne wrażenie. Nieco mniej przekonuje mnie bardziej komercyjny „Of Martyrs And Tyrants”. To nadal dobry numer, ale pozostawia pewien niedosyt. Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak dziesięciominutowy kolos „The Boneheads Back – Promises And Illusions”. To bardzo urozmaicona kompozycja, pokazująca, że nawet w hardrockowej stylistyce można stworzyć rozbudowany i interesujący utwór. Choć trzeba przyznać, że odrobina krótsza forma również wyszłaby mu na dobre.

„Empires” nie jest rewolucją, ale to bardzo solidny album dla fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. To płyta szczera, konkretna i pełna gitarowej energii — taka, która sprawdzi się zarówno w domowym zaciszu, jak i podczas długiej samochodowej trasy. The Order udowadnia, że po ponad dwóch dekadach działalności nadal potrafi pisać chwytliwe, mocne i autentyczne utwory, które na długo zapadają w pamięć. To bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów w dorobku grupy.

Ocena: 8/10