sobota, 10 stycznia 2026

DESTROY THEM - Threehold of apocalypse (2026)


 Mało kto wie, że w teledysku „Become Immortal” Kreatora z 2022 roku pojawił się inny niemiecki zespół grający thrash metal – Destroy Them. Sam Kreator okrzyknął ich młodszą wersją siebie. Kapela istnieje od 2016 roku, jednak dopiero teraz, 9 stycznia, udało jej się wydać pierwszy pełnometrażowy album studyjny. Trzeba przyznać, że „Threshold of Apocalypse” to faktycznie hołd złożony twórczości Kreatora czy Destruction. Słychać wyraźnie, że zespół inspiruje się przede wszystkim takimi płytami jak „Hordes of Chaos” czy „Phantom Antichrist”. Co więcej – ten album wypada znacznie lepiej niż najnowsze wydawnictwo samego Kreatora.

Jest tu energia, drapieżność, ale również spora dawka melodyjności i przebojowości. Zespół ma wyraźny pomysł na siebie i doskonale wie, jak grać thrash metal z polotem. Destroy Them czerpie z dokonań Kreatora, ale stara się zachować własną tożsamość, zamiast być jedynie marną kopią. Muzycy świetnie bawią się konwencją, a materiał potrafi porwać i dostarczyć mnóstwo frajdy fanom thrash metalu.
Warto wspomnieć, że skład tworzą doświadczeni muzycy. Na wokalu udziela się Hendrik Tuschmann, znany m.in. z Ravage. Jego głos jest drapieżny, charyzmatyczny i znakomicie napędza muzykę Destroy Them. Wraz z Chrisem Tsitsem tworzy znakomity duet gitarowy. Chrisa można kojarzyć z Suicidal Angels i jakość tamtej kapeli wyraźnie daje o sobie znać. Partie gitarowe i riffy to bez wątpienia jedna z największych zalet tej płyty. Wszystko zostało zagrane z pasją i brzmi świeżo. Dzięki temu debiut Destroy Them nie sprawia wrażenia pierwszego albumu, lecz dzieła dojrzałych muzyków, dla których thrash metal to sens życia.

Na pochwałę zasługuje również dopracowane, wysokiej klasy brzmienie oraz klimatyczna okładka. Na płycie znalazło się 10 utworów i każdy z nich dostarcza sporo satysfakcji. Już otwierający „Hatespeech” pokazuje, na co stać zespół. Echa Kreatora oczywiście słychać w „Masterheads Collide”, ale Destroy Them podchodzi do tego z pomysłem. To rasowy killer, który szybko wpada w ucho, a zespół po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać chwytliwe numery.
Emocje nie opadają – atakuje nas kolejny thrashmetalowy killer w postaci „They Will Be”. Biją z tego utworu świeżość i pomysłowość. Thrash metal w takim wydaniu kocham najbardziej. Nieco zwalniamy w heavy metalowym „Nothingness” – pojawia się mroczny klimat i bardziej toporny charakter, pokazujący inne oblicze zespołu. Mocny riff, szybsze tempo i pomysłowy motyw przewodni napędzają „Ode to Death”, który jest kolejnym mocnym punktem albumu.
Piękne w tej płycie jest to, że cały czas coś się dzieje i nie ma miejsca na nudę. Nutkę heavy metalowej stylistyki odnajdziemy także w „Silence of Oregon”, co stanowi kolejne urozmaicenie i pokazuje, jak duży potencjał drzemie w Destroy Them. Na uwagę zasługuje również dynamiczny i przebojowy „Brutal Attack”. Nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy charakter ma utwór tytułowy „Threshold of Apocalypse”. Zespół konsekwentnie dba o różnorodność i świeżość materiału. Album zamyka najdłuższy numer na płycie – „Where Is My War”.

Debiutancki album niemieckiej formacji idealnie trafia w mój gust. To płyta pełna agresji, chwytliwych melodii i potężnych riffów. Destroy Them udowadnia, że w thrash metalu wciąż można nagrać świetny, świeży album. Panowie doskonale znają się na rzeczy i wiedzą, jak zadowolić słuchaczy. Płyta znacznie ciekawsze niż nowe dzieło Kreator.
Płyta – petarda.

Ocena: 9/10

piątek, 9 stycznia 2026

X SINNER - Going out with a bang (2026)


 

To dopiero niespodzianka. Amerykański X Sinner wraca do świata żywych! Siedemnaście lat oczekiwania na nowy materiał to naprawdę kawał czasu. X Sinner działa na scenie od 1988 roku i niejednokrotnie udowadniał, że potrafi grać hard rock godny uwagi, z wyraźnymi wpływami AC/DC, Dokken czy Krokus. Najnowszy album zatytułowany „Going Out with a Bang”, który ukazał się 1 stycznia 2026 roku, jest tego najlepszym potwierdzeniem. Jeśli ktoś kocha stary, dobry hard rock lat 80. i 90., przesiąknięty duchem klasycznego AC/DC, będzie w siódmym niebie.

X Sinner to przede wszystkim zadziorny, chropowaty głos Rexa Scotta. Bez trudu słychać, że inspiruje się Brianem Johnsonem — i trzeba przyznać, że wychodzi mu to znakomicie. Jest charyzma, jest pazur, a dzięki temu cała płyta nabiera autentycznego hardrockowego feelingu. Scott pełni również rolę gitarzysty i wspólnie z Gregiem Bishopem tworzy zgrane, pełne energii partie gitarowe, w których słychać pasję oraz miłość do klasycznego hard rocka. To prawdziwa laurka dla lat 80. i twórczości AC/DC.

Na albumie znalazło się 10 utworów, a otwierający całość „Light You Up” od razu serwuje nam hołd dla AC/DC. Niby nic nowego, a jednak cieszy i skutecznie wprowadza w klimat płyty. Miłośnicy szybkiego, bezkompromisowego hard rocka w stylu „Fire Your Guns” AC/DC powinni koniecznie sięgnąć po rozpędzony „Going for Broke” — to prawdziwa hardrockowa petarda, w której zespół błyszczy pełnym blaskiem.

Nieco wpływów Def Leppard można wychwycić w przebojowym „Fire and Thunder”, gdzie prosty, chwytliwy motyw sprawdza się doskonale. Kolejnym agresywnym numerem jest „World on Fire” — tutaj szczególne brawa należą się gitarzystom za znakomitą, pełną werwy pracę. To hard rock najwyższych lotów. Zespół bardzo dobrze odnajduje się w mocniejszym, riffowym graniu, co potwierdza „Hell or High Water”. Finał albumu należy do prostego, ale niezwykle chwytliwego „Time to Rise”, który brzmi jak udany miks ery Bona Scotta z przebojowością Def Leppard. Całość jest dobrze wyważona i konsekwentnie utrzymana w jednej stylistyce.

Zespół kazał swoim fanom długo czekać, ale było warto. Otrzymujemy klasyczne dźwięki i sprawdzone patenty znane z płyt Def Leppard czy AC/DC. Na albumie nie brakuje potencjalnych hitów i zapadających w pamięć melodii, a całość sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, spójnego wydawnictwa. To płyta obowiązkowa dla każdego fana hard rocka.

Ocena: 8/10

czwartek, 8 stycznia 2026

LEATHERHEAD - Violent horror stories (2026)

 



Nadszedł czas, aby zweryfikować, czy grecki zespół Leatherhead był jedynie jednorazowym objawieniem, czy też rzeczywiście jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy na greckiej scenie metalowej. Grupa powraca z nowym materiałem zaledwie po dwóch latach i udowadnia, że ma sporo do powiedzenia w kategorii heavy/speed metalu inspirowanego latami 80. Muzycy bez kompleksów sięgają po dziedzictwo takich formacji jak Exciter, Enforcer, Agent Steel czy Scanner. Album „Violent Horror Stories” ukaże się 13 lutego 2026 roku nakładem No Remorse Records. Choć całość nie dorównuje perfekcją debiutowi, nadal mamy do czynienia z graniem na bardzo wysokim poziomie. Tego wydawnictwa po prostu nie można przegapić.

Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą. Jim Komninos, znany wcześniej z formacji Thorn Burial, w której występował również wokalista Tolis Mekras, doskonale wpisuje się w stylistykę zespołu. Jego współpraca z Thanosem Metaliosem układa się wzorcowo. Duet stawia na zadziorne, kreatywne partie gitarowe oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć solówki. Leatherhead doskonale wie, jak dogodzić słuchaczowi i pobudzić jego zmysły. Z jednej strony mamy tu granie dobrze znane i wielokrotnie eksploatowane, z drugiej – podane z pomysłem, pasją i dbałością o detale. Słychać autentyczne zaangażowanie i miłość do gatunku. Wokal Tolisa ponownie robi ogromne wrażenie i potrafi wywołać dreszcze. Dostajemy także soczyste, selektywne brzmienie oraz znakomitą okładkę z charakterystyczną maskotką zespołu. Brawo!

Album składa się z ośmiu utworów i oferuje 37 minut muzyki, która naprawdę potrafi zachwycić. Już rozpędzony „V.H.S.” oddaje esencję heavy/speed metalu rodem z lat 80. Główny motyw dosłownie rozwala system i pokazuje klasę zespołu – nic dziwnego, że to właśnie ten numer wybrano na singiel. Następnie otrzymujemy dynamiczny „Summoning the Dead”, który imponuje efektownymi solówkami i znakomitą dynamiką. Sekcja rytmiczna błyszczy w „The Visitors”, gdzie można wychwycić echa Iron Maiden czy Kinga Diamonda. To utwór, który doskonale eksponuje możliwości wokalne Tolisa – jego głos sieje tu prawdziwe spustoszenie. Siedmiominutowy „Children of the Beast” to bardziej rozbudowana kompozycja, oparta na mrocznym klimacie i umiejętnym budowaniu napięcia. Klasyczne patenty i wyraźne nawiązania do lat 80. są jednym z największych atutów Leatherhead. Zespół świetnie odnajduje się również w szybkim, bezkompromisowym speed metalowym graniu, co znakomicie potwierdza „Incubus”. Mnóstwo klasycznych elementów znajdziemy także w prostym, chwytliwym „Crimson Eyes”, który czerpie pełnymi garściami z NWOBHM. Podobnie prezentuje się pomysłowy i energetyczny „Dreamcatcher”.

Leatherhead nagrał kolejny znakomity album w swoim charakterystycznym heavy/speed metalowym stylu. Jest klimat lat 80., potężne brzmienie, przemyślane riffy i wciągające refreny. Zespół udowadnia, że ma talent, wizję i jasno określony kierunek artystyczny. Album aż kipi energią i kryje w sobie wiele potencjalnych hitów. Grecki band pokazuje, że nie jest sezonową sensacją, lecz formacją z prawdziwym potencjałem.

Ocena: 9/10

środa, 7 stycznia 2026

KREATOR -Krushers of the World (2026)


 

Niemiecki Kreator przechodził w swojej karierze przez różne etapy stylistyczne, jednak ostatnia faza – melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i power metalu – trwa już blisko dwie dekady. To właśnie w tym okresie zespół nagrał tak znakomite płyty jak Phantom Antichrist czy Gods of Violence. Dzięki temu Kreator zaczął tworzyć więcej przebojowych utworów, trafił do szerszego grona odbiorców i ponownie stał się jedną z największych sił na metalowej scenie.

Najnowszy album, zatytułowany Krushers of the World, jest w zasadzie kontynuacją tej przystępnej, melodyjnej odsłony thrash metalu, wzbogaconej o elementy heavy i power metalu. Całość brzmi jednak jeszcze bardziej komercyjnie niż wcześniej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych – wyraźna wada.

Od 2019 roku skład zespołu pozostaje stabilny, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Muzycy są w znakomitej formie i trudno odmówić im profesjonalizmu czy energii. Problem tkwi jednak w samej jakości materiału. Któraś z rzędu płyta utrzymana w tym samym, melodyjnym stylu może zwyczajnie męczyć i przestaje robić tak duże wrażenie. Zespół serwuje nam bardzo podobne patenty, tyle że w nieco słabszym wydaniu. Ile razy można bazować na zbliżonym motywie gitarowym?

Ten problem niestety dotyka nowego albumu. Sama formuła i stylistyka wciąż są atrakcyjne – melodyjne oblicze Kreator nadal bardzo mi się podoba – jednak na Krushers of the World brakuje świeżości i elementu zaskoczenia. Często można odnieść wrażenie, że dane pomysły pojawiły się już na poprzedniej płycie, tylko w lepszej, bardziej przekonującej odsłonie.

Na plus zdecydowanie należy zaliczyć Mille Petrozzę, który wciąż imponuje zadziornym, charakterystycznym wokalem napędzającym machinę zwaną Kreator. Duet gitarowy Petrozza/Sammy Duet (Sami Yli-Sirniö) nadal potrafi porwać zarówno efektownymi solówkami, jak i solidnymi riffami. Nie wszystko jednak wypada idealnie – momentami zespół sprawia wrażenie, jakby kręcił się we własnym kręgu, zjadając własny ogon.

Teoretycznie wszystko się zgadza: przepiękna okładka, soczyste i selektywne brzmienie oraz sprawdzony styl powinny zaowocować kolejną perełką w dyskografii. Niestety, tym razem tak się nie dzieje. Thrashmetalowe wydawnictwa z 2025 roku pokazują, że Kreator z nowym albumem plasuje się raczej w drugiej lidze niż w ścisłej czołówce.

Najlepsze wrażenie robią znane już single. Rozpędzony i agresywny „Seven Serpents” brzmi jak nieco słabsza kopia „Phantom Antichrist” – bardzo podobny riff i refren sprawiają, że uczucie déjà vu jest nieuniknione. Bardziej nowoczesny i mroczny charakter ma „Satanic Anarchy”. To przemyślany, dojrzały utwór, który potrafi zaskoczyć, choć jego refren wydaje się odrobinę zbyt słodki.

Melodyjny i klimatyczny „Tränenpalast”, z gościnnym udziałem Britt Görtz, wyraźnie nawiązuje do stylistyki Arch Enemy i ociera się o melodyjny death metal. Na duży plus zasługuje riff, w którym pobrzmiewają patenty znane z twórczości Running Wild. To bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów albumu.

Tytułowy „Krushers of the World” jest natomiast dość toporny, mocno heavy metalowy i – niestety – nijaki oraz ospały. Thrashmetalowe łojenie dostajemy w „Barbarian”, czyli typowym numerze Kreator. Słucha się go dobrze, ale próżno szukać tu czegokolwiek nowego.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest rozpędzony „Blood of Our Blood” – zagrany z pasją i pomysłem, z chwytliwym refrenem, który szybko zapada w pamięć. To prawdziwa petarda, przebijająca wiele innych kompozycji z albumu. „Combatants” opiera się na solidnym riffie i lekko heavy metalowym charakterze. Dobra praca gitar i spora dawka melodyjności to jego główne atuty, choć i tutaj Kreator bywał już w przeszłości bardziej przekonujący.

Szybki i agresywny „Psychotic Imperator” korzysta ze sprawdzonych patentów i momentami przywodzi na myśl „Hordes of Chaos”. Bardzo dobrze wypada za to drapieżny, pełen agresji „Death Scream” – Kreator w formie, jaką najbardziej cenię: z pomysłem, pazurem i nośnym motywem przewodnim. Finał płyty stanowi lżejszy, bardziej heavy metalowy „Loyal to the Grave” – utwór przebojowy, łatwy w odbiorze, wręcz radiowy i wyraźnie nastawiony na szeroką publiczność.

Kocham Kreator i jego melodyjne wcielenie, jednak coraz wyraźniej czuję, że ta formuła zaczyna się wyczerpywać. Zespół powinien mocniej popracować nad samymi kompozycjami. Otrzymujemy w dużej mierze kopie pomysłów z poprzednich płyt, przy czym ich jakość nie dorównuje pierwowzorom. To album dobry do okazjonalnego odsłuchu, z kilkoma naprawdę udanymi numerami, ale całościowo liczyłem na coś więcej – na materiał odważniejszy i bardziej inspirujący.

Nie czuję, by Krushers of the World był kandydatem do płyty roku. Tym bardziej szkoda, że cztery lata oczekiwania nie przełożyły się na wydawnictwo z prawdziwie wielkim „wow”.

Ocena: 7,5/10


wtorek, 6 stycznia 2026

ZEPTER - Zepter (2026)


 Nazwa Zepter nie jest jeszcze rozpoznawalna w heavy metalowym świecie. Nie powinno to jednak dziwić, ponieważ zespół ma na koncie jedynie mini-album i porusza się stylistycznie na pograniczu klasycznego heavy metalu oraz NWOBHM. Tego typu grania na rynku nie brakuje, dlatego aby się wyróżnić, potrzeba nie tylko solidnych umiejętności, ale również wyrazistego pomysłu na siebie. Pochodząca z Austrii formacja działa od 2024 roku, a jej debiutancki album zatytułowany „Zepter” ukaże się 20 lutego 2026 roku nakładem wytwórni High Roller Records.

Jest to płyta silnie osadzona w nostalgii za latami 80., czerpiąca inspiracje z nurtu NWOBHM oraz klasycznych wydawnictw Iron Maiden, Saxon, Angel Witch czy Satan. Muzycy bez wątpienia potrafią grać, co słychać niemal od pierwszych dźwięków. Zabrakło jednak nieco mocy, drapieżności, a przede wszystkim wyrazistych pomysłów na utwory, które mogłyby stać się zapamiętywalnymi hitami. Debiut austriackiej formacji słucha się przyjemnie, lecz trudno mówić o płycie, która rzuca na kolana. To raczej przemyślana i solidna porcja klasycznego heavy metalu.

Centralną postacią zespołu jest wokalista i gitarzysta Lukas Gotzenberger. Niestety, jego wokal wypada dość nijako i – w moim odczuciu – zbyt spokojnie. Momentami partie instrumentalne przyćmiewają jego głos, co sprawia, że to właśnie wokal wydaje się najsłabszym ogniwem zespołu. W warstwie gitarowej Lukasa wspiera Stefan Bolda i ta współpraca układa się całkiem dobrze. Całości jednak brakuje elementu zaskoczenia oraz charakterystycznych patentów, które porwałyby słuchacza. Kompozycje utrzymane są w podobnej tonacji, a niedobór wyrazistych refrenów sprawia, że niewiele motywów zostaje w pamięci. Okładka oraz surowe brzmienie wyraźnie nawiązują do estetyki lat 80. i jest to zdecydowanie najmocniejszy atut tej płyty.

Elementy speed metalu pojawiają się już w otwierającym album „Slasher on the Highway” – to udany numer, który doskonale oddaje klimat złotej ery heavy metalu. Zadziorny riff i szybkie tempo robią bardzo dobrą robotę. Równie dobrze wypada rytmiczny i chwytliwy „Everlasting”, czerpiący pełnymi garściami z wczesnego Iron Maiden czy Heavy Load. Przewodni motyw jest pomysłowy i pokazuje bardziej przebojowe oblicze zespołu.

Więcej speedmetalowej energii dostajemy w rozpędzonym „The Slayer”, który instrumentalnie prezentuje się solidnie, choć wokal nieco psuje ogólny odbiór. W „Hit the Streets” pojawia się z kolei hardrockowy feeling, jednak również tutaj brakuje emocji i świeżości – to granie poprawne, lecz bez iskry. Echa Accept można usłyszeć w topornym, cięższym „Dark Angels”. Album zamyka szybszy „The Lords” – riff jest przyjemny dla ucha, ale całościowo znów zabrakło dopracowania i bardziej pomysłowych aranżacji.

„Zepter” to album skierowany głównie do maniaków heavy metalu lat 80. oraz miłośników NWOBHM. Niestety, poza solidnym rzemiosłem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To płyta, która sprawdzi się raczej przy jednorazowym odsłuchu, ponieważ niewiele elementów zachęca do regularnych powrotów. Przed zespołem wciąż długa droga, zanim stanie się bardziej rozpoznawalną kapelą na scenie.

Ocena: 5,5/10

wtorek, 30 grudnia 2025

STARGATE -The moment od a lifetime (2025)

 



Kto by pomyślał, że pierwotny wokalista greckiego Stargate powróci do składu zespołu? Dimitris Tiktopoulos wraca i już od pierwszych dźwięków słychać, że czas działał na jego korzyść. To dziś znacznie bardziej dojrzały wokalista, potrafiący umiejętnie budować napięcie i klimat. Z łatwością nadaje kompozycjom przebojowości oraz melodyjnego charakteru, nie tracąc przy tym metalowej mocy.

Zespół nie próżnował — już po roku wraca z nowym materiałem. Album „The Moment of a Lifetime”, siódmy studyjny krążek Stargate, ukazał się 12 grudnia nakładem Steel Gallery Records. Co istotne, szybkie tempo wydawnicze nie odbiło się negatywnie na jakości — zespół wciąż trzyma bardzo wysoki poziom.

Na szczególne uznanie zasługuje forma i talent Dimitrisa, który idealnie wpisuje się w stylistykę Stargate. Potrafi nadać muzyce charakteru, podniosłości i emocjonalnej głębi. Całość oscyluje wokół heavy i power metalu, ale nie brakuje tu również elementów progresywnych. Momentami wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Labÿrinth, Vision Divine czy Axenstar.

Ogromny wkład w brzmienie płyty ma gitarzysta Anthinos, który dwoi się i troi, by nadać kompozycjom różnorodności. Najlepiej wypadają jego wyprawy w rejony neoklasyczne, przywodzące na myśl dokonania Iron Mask. Doskonałym przykładem jest pełen energii i pomysłowości „Dance in the Crimson Sky”. Podobne elementy odnajdziemy w nastrojowym i melodyjnym „Invisible”.

Otwarcie płyty prezentuje się znakomicie — to prawdziwy popis talentu gitarzysty i wokalisty. Każdy element jest tu starannie przemyślany, a wciągający, klimatyczny refren sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą perełką. Więcej progresywnego power metalu znajdziemy w „Starlit Road” oraz klimatycznym „Avalon”.

Świetnie wypada również drapieżny, a jednocześnie melodyjny utwór tytułowy „A Moment of a Lifetime”, będący ukłonem w stronę prostszego i bardziej przystępnego grania. Bardzo przyjemnie buja „Final Victory”, w którym przemycono elementy hard rocka — to już nieco łagodniejsza, bardziej komercyjna odsłona zespołu. Z kolei stonowany i epicki „Vertical” potrafi zauroczyć swoją formułą oraz aranżacjami; ponownie błyszczy tu Dimitris.

Album zamyka niestety najsłabszy punkt programu — nijaki i nieco przekombinowany „Pain”.

Podsumowując: Stargate nagrało kolejny bardzo solidny album. Zespół wciąż serwuje wysokiej próby heavy/power metal z progresywnymi akcentami, potrafi tworzyć chwytliwe melodie i zapadające w pamięć utwory. Co najważniejsze — ma jasno określoną tożsamość i pomysł na siebie. „The Moment of a Lifetime” to płyta zdecydowanie godna uwagi.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Podsumowanie roku 2025

 
                                             PODSUMOWANIE ROKU 2025


Powoli dobiega końca rok 2025. Jak zwykle był to czas pełen muzycznych emocji oraz niezwykle interesujących wydawnictw dla miłośników ciężkiego brzmienia. W praktycznie każdym gatunku można było znaleźć coś wartego uwagi i zapamiętania. Nie zabrakło pięknych, melodyjnych albumów w kręgu power metalu, a fani klasycznego heavy metalu czy speed metalu również mieli w czym wybierać.
Rok 2025 okazał się także wyjątkowo udany dla thrash metalu — pojawiło się mnóstwo świetnych płyt, które z powodzeniem nawiązują do złotych lat gatunku, a jednocześnie wnoszą świeżą energię. Były imponujące powroty legend, jak chociażby Coroner, ale nie zabrakło również solidnych i często zaskakujących wydawnictw zespołów takich jak Battle Beast, Thema, Numenor czy Memories of Old.
Czas minął niepostrzeżenie, jednak był to kolejny znakomity rok, w którym upchnięcie wszystkich ukochanych albumów w zaledwie 40 pozycjach okazało się nie lada wyzwaniem. Szczególnie mocno zaznaczyły się wydawnictwa z Grecji, Niemiec, Szwecji oraz Stanów Zjednoczonych — różnorodność sceny metalowej tylko potwierdziła swoją siłę.

Jest w czym wybierać i czym się zachwycać. Wielkimi krokami zbliża się rok 2026, a wraz z nim kolejne oczekiwane premiery. Z niecierpliwością wypatruję nowych albumów Kinga Diamonda, Running Wild, solowego wydawnictwa Kaia Hansena, a także nowych płyt Kreatora, Masterplanu i wielu innych zespołów.
Na ten moment przedstawiam jednak moją osobistą najlepszą czterdziestkę — zestawienie, które w pełni oddaje mój gust oraz to, co naprawdę gra mi w duszy. Każda z tych płyt zasługuje na uwagę, szacunek i szczere uznanie.


1. RAGE - A new world Rising 



Rage działa nie od dziś i jest zespołem o imponującym dorobku oraz wieloletnim stażu. Ostatnie lata dobitnie pokazują, w jak znakomitej formie znajduje się kapela. Mam wręcz wrażenie, że w ostatnim okresie nagrywa ona jedne z najlepszych płyt w całej swojej bogatej historii. „A New World Rising” to dla mnie absolutny szczyt ich osiągnięć — album, który w pełni oddaje piękno i potęgę power metalu. Tak właśnie powinien brzmieć power metal naszych czasów. Prawdziwa petarda.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/08/rage-new-world-rising-2025.html


2. DYNAZTY - Game of Faces


Jak oni to robią? Za każdym razem wydają prawdziwy majstersztyk. To niewyczerpana kopalnia hitów i jeden z najlepszych zespołów poruszających się w stylistyce melodyjnego heavy/power metalu. Potrafią oczarować słuchacza zarówno ogromnym talentem, jak i nieprzeciętną pomysłowością. Kocham ich i ich muzykę, a na każdy kolejny album czekam z ogromną niecierpliwością. Każde wydawnictwo to czyste złoto. Tym razem jest dokładnie tak samo — choć w ich przypadku trudno uznać to za jakąkolwiek niespodziankę.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/02/dynazty-game-of-faces-2025.html



3. DESTRUCTION - Birth of Malice 

Kolejny przykład swoistego „syndromu Rage”. Destruction działa nieprzerwanie od lat 80. i od dekad stanowi prawdziwą potęgę niemieckiej sceny thrashmetalowej. Zespół ma na koncie wiele znakomitych albumów, jednak ostatnie lata to wyraźny rozkwit formy i jakby przeżywanie drugiej młodości. Najnowsze wydawnictwo, zatytułowane „Birth of Malice”, to jeden z najlepszych albumów w ich dorobku — a być może nawet najlepszy. To wzorcowy przykład tego, jak powinien brzmieć teutoński thrash metal: pełen agresji, energii i jednocześnie świetnych, zapadających w pamięć melodii. Brawo, Schmier!

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/03/destruction-birth-of-malice-2025.html





4. JOE STUMPS TOWER OF BABEL - Days of Thunder 

Debiutancki album Tower of Babel jest znakomitym wydawnictwem i dobitnie pokazał, że formuła Rainbow wcale nie przeszła do historii — wciąż można tworzyć genialną muzykę utrzymaną w tym klimacie. Tym razem dochodzi do zmiany na stanowisku wokalisty, jednak nowy frontman, świetny Jo Amore z francuskiego Nightmare, udowadnia swoją klasę od pierwszych dźwięków. Całość brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. lub 90. To znakomity hołd złożony Ritchiemu Blackmore’owi oraz legendzie Rainbow.
https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/07/joe-stumps-tower-of-babel-days-of.html


5. ANGELO PERLEPES MYSTERY - Spelled by fire

Zespół pochodzi z Grecji, a jego muzyka wyraźnie nawiązuje do stylistyki Rainbow oraz twórczości Yngwiego Malmsteena. Słychać tu mnóstwo neoklasycznego power metalu, gitarowego rozmachu i błysku geniuszu Angelo, który dosłownie wymiata na gitarze. Aż wstyd przyznać, że wcześniej nie miałem styczności z jego twórczością. To kolejna prawdziwa petarda utrzymana w klimatach Rainbow — pełna energii, pasji i znakomitych melodii.

To pierwszy album zespołu od czasu wydania „Grin” w 1993 roku. Coroner udowadnia, że upływ czasu nie miał najmniejszego wpływu ani na jakość ich muzyki, ani na charakterystyczny styl. Zespół pokazuje, że progresywny thrash metal wciąż potrafi być niezwykle intrygujący i wciągający. Do tego dochodzi mroczny, gęsty klimat oraz wyszukane motywy i dopracowane melodie, które skutecznie przykuwają uwagę słuchacza. Nie ma tu miejsca na nudę. To prawdziwy majstersztyk w wykonaniu Coroner — zespołu, który zachwycał swoją muzyką już w latach 80. i 90., i który dziś ponownie potwierdza swoją klasę.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/10/coroner-dissonance-theory-2025.html


7. ARCH ENEMY - Blood Dynazty

Jak się okazuje, tegoroczny album jest ostatnim nagranym z Alissą White-Gluz w roli wokalistki. To ogromna szkoda, ponieważ wszystkie płyty powstałe z jej udziałem były znakomite — pełne energii, charakteru i przebojowych kompozycji. Najnowsze wydawnictwo stanowi godne i bardzo udane zwieńczenie tego etapu działalności zespołu, z Alissą na wokalu.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/03/arch-enemy-blood-dynasty-2025.html


8. LABYRINTH - In the vanishing echoes of goodbey

W 2021 roku ten włoski zespół dosłownie powalił mnie na kolana albumem „Welcome to the Absurd Circus”, który bez wahania zaliczyłbym do grona najlepszych wydawnictw tamtego roku. Teraz kapela z powodzeniem powtarza ten sukces, nagrywając kolejną prawdziwą perełkę w swojej dyskografii. To bezsprzeczni specjaliści od progresywnego power metalu — muzyki pięknej, emocjonalnej i jednocześnie zachwycającej rozmachem oraz pomysłowością. Album urzeka dopracowaną formą i bogactwem detali. Płyta idealna w każdym calu.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/01/labyrinth-in-vanishing-echoes-of.html


9. WINGS OF STEEL - Winds of Time 

To drugi album Amerykanów i tym razem zdecydowanie przeszli samych siebie. Tak właśnie gra się heavy metal — z pasją, autentycznością i wyraźnym hołdem dla legend gatunku z lat 80. Na szczęście panowie nie są jedynie bladą kalką Iron Maiden czy Judas Priest, lecz prezentują własną wizję i spójny pomysł na siebie. Ta grupa utalentowanych młodzieńców konsekwentnie podbija metalowy świat i można być pewnym, że jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Wings of Steel to już marka sama w sobie, a ten album stanowi najlepsze potwierdzenie ich rosnącej pozycji.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/09/wings-of-steel-winds-of-time-2025.html



10. MAJESTICA - Power train 

Tommy Johansson to człowiek niezwykłego talentu. Błyszczał w zespołach Sabaton i Memories of Old, ale największą radość fanom power metalu przynosi dzięki swojej grupie Majestica. To fantastyczny symfoniczny power metal w klimacie fantasy — radosny, pełen magii, podniosłości i baśniowej atmosfery. Taki właśnie power metal jest potrzebny obok bardziej „tradycyjnych” form. Najnowszy album to, moim zdaniem, najlepsza płyta w dorobku Majestica.


https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/02/majestica-power-train-2025.html

11.TURBO - blizny
12.DRAGONSKULL - Chaos fire Vengeance
13.ASCALON - The Black library
14. AQUILLA - Sentinels of new dawn
15. SHADOW HOST - Chaos unleashed
16. HELSTAR - The Devils masquerade
17. AEDEN SKY - The Universal realm
18. TESTAMENT - Para bellum
19.LIVIN EVIL - The warriors of the King
20. BEHOLDER - in the temple od Tyrant

21.OWLBEAR - Feather & całe
22.AVANTASIA - Here be dragons
23. INSANIA - the great apocalypse
24. THE FERRYMEN - Iron Will
25. ETERNAL THIRST - the nesting od chaos
26. ASKA - knight strike
27. CRISTIANO FILIPPINI'S FLAMES OF HEAVEN - Symphony of Universe
28.THELEMITE - powers od darkness
29. BLACK ADDER - Hellraiser
30.STARFORCE - Beyond the eternal light

31. SUOTANA - ounas II
32.CRIMSON SHADOWS - whispers of war
33. WARKINGS - Armageddon
34.HEYNA - About rockn roll
35. NIGHTSTEEL -Nightsteel
36. BLOODBOUND - fields od swords
37. DIRKSCHNEIDER & THE OLD GANG - Babylon
38.FEANOR - Hellhammer
39. WARBRINGER - Wrath and ruin
40. TERRA ATLANTICA - Oceans

Można by ciągnąć tę listę dalej, wspominając znakomitych Axetasy, Paradox, Phantom i wiele innych zespołów, których nie sposób tu wszystkich zmieścić. Jak zawsze ukazało się sporo świetnej muzyki, choć w natłoku codziennych obowiązków i braku czasu łatwo coś przeoczyć. Każdy z nas zapewne inaczej ułoży swoje osobiste topy, ale jednocześnie każdy może kogoś zainspirować swoją perspektywą. Będzie do czego wracać, a kolejne klasyki na pewno się pojawią. Teraz z niecierpliwością wypatrujemy nadchodzącego roku i liczę na wielkie niespodzianki oraz kolejną porcję znakomitej muzyki.
A jak wyglądają wasze zestawienia? Co was zachwyciło? Które zespoły rozczarowały? Na co czekacie w nadchodzącym roku?


piątek, 26 grudnia 2025

GLENN HUGHES - Chosen (2025)


 Podczas gdy David Coverdale zdecydował się przejść na emeryturę, jego dawny kompan ze sceny nie zamierza nawet zwalniać tempa. Glenn Hughes – ikona rocka, wokalista o niepowtarzalnym głosie i charyzmie – mimo 74 lat na karku, nadal imponuje formą. Nie tylko daje świetne koncerty, ale wciąż tworzy muzykę na najwyższym poziomie. Ostatnimi czasy błyszczał w takich projektach jak The Dead Daisies czy Black Country Communion. Teraz przypomina o sobie kolejną solową płytą – i to z przytupem.

Po świetnie przyjętym albumie "Resonate" z 2016 roku, Hughes powraca z krążkiem "Chosen", który ukazał się 5 września nakładem wytwórni Frontiers Records. To materiał godny wielkiego nazwiska – dojrzały, dopracowany, a jednocześnie pełen pasji i świeżości.

"Chosen" to album bardziej mroczny, melancholijny, nastrojowy. Nie brakuje tu wpływów Black Sabbath, Black Country Communion czy Deep Purple. To wciąż klasyczna mieszanka hard rocka i heavy metalu, ale wzbogacona o nowoczesne brzmienia i współczesne aranżacyjne patenty. Dzięki temu całość brzmi świeżo, pomysłowo, a jednocześnie nie traci nic ze swojego rockowego charakteru. Glenn Hughes, mimo upływu lat, wciąż potrafi powalić na kolana swoim głosem – drapieżnym, ekspresyjnym, pełnym emocji. To prawdziwa rockowa gwiazda w każdym calu.

Za partie klawiszy odpowiada Bob Fridzema, a gitarowe aranżacje to dzieło Sorena Andersena. Ten duet odwala kawał świetnej roboty – jest w tym pasja, energia i masa chwytliwych melodii. Płyta jest różnorodna i świetnie zbalansowana – nie popada w monotonię, a każdy utwór wnosi coś nowego.

Okładka albumu może nie zdradza zbyt wiele, ale idealnie koresponduje z ciężkim, hardrockowym klimatem zawartości. Brzmienie jest masywne, mroczne, a zarazem klarowne – świetnie podkreśla charakter płyty.

Już otwierający album "Voice in My Head" robi świetne wrażenie – to dynamiczna mieszanka heavy metalu i hard rocka z wyraźnymi wpływami Black Sabbath, podszyta mrocznym, melancholijnym klimatem. Klimatyczny "My Alibi" pozytywnie zaskakuje – prosty, ale niezwykle chwytliwy motyw przewodni oraz subtelne odniesienia do Deep Purple dodają mu uroku. Tytułowy "Chosen" to bardziej przystępny, radiowy utwór, o lżejszym, rockowym charakterze – zdecydowanie najbardziej komercyjny moment na płycie, ale wciąż utrzymany w dobrym guście.

W "In the Golden" Hughes ponownie składa hołd klasyce – to utwór pełen klimatu i bogatych aranżacji, z echem Black Sabbath i Deep Purple. Jeszcze ciężej robi się w "The Lost Parade", gdzie potężny riff i przytłaczający nastrój budują ponurą, ale niezwykle efektowną atmosferę. To klasyka w najlepszym wydaniu – dokładnie to, co w muzyce Glenna Hughesa cenimy najbardziej.

Na szczególną uwagę zasługuje też "Black Cat Moan" – z pomysłowym riffem, porywającą melodią i nieco bluesowym pazurem. Płyta zamyka się agresywnym, energicznym "Into the Fade", który świetnie podsumowuje cały materiał – jest zadziornie, ciężko, ale zarazem z rockowym rozmachem.

Glenn Hughes udowadnia, że wiek to tylko liczba. Wciąż zachwyca sceniczną formą i potrafi stworzyć album, który jest zarówno hołdem dla klasyki, jak i odważnym krokiem w stronę nowoczesności. Mroczny klimat, świetne riffy, charyzmatyczny wokal i dopracowane kompozycje – "Chosen" to kolejny dowód na to, że legenda nie gaśnie.

Ocena: 8/10

środa, 24 grudnia 2025

TEMPLAR - Conquering swords (2026)


 Szwedzki heavy metal kojarzy się dziś przede wszystkim z takimi zespołami jak Century, Mindless Sinner, Gotham City czy Heavy Load – klasyką lat 80. Odnoszę jednak wrażenie, że działający od 2022 roku Templar świadomie podąża właśnie tą ścieżką, czerpiąc pełnymi garściami z tradycji szwedzkiego heavy metalu sprzed dekad. Co więcej, 27 lutego 2026 roku ukaże się ich debiutancki album zatytułowany Conquering Swords, wydany przez Jawbreaker Records. Trudno w to uwierzyć, bo materiał brzmi niczym zaginiony klasyk z końcówki lat 80., który dopiero po latach ujrzał światło dzienne.

Okładka albumu jest nieco kiczowata i skromna – dokładnie taka, jakiej można by się spodziewać w 1989 roku. Również samo brzmienie jest celowo „przybrudzone”, surowe, pozbawione zbędnych ozdobników i nowoczesnych trików produkcyjnych. Wszystko to sprawia, że płyta brzmi bardzo autentycznie i bezpośrednio, przywołując ducha dawnych czasów. Muzycy Templar potrafią zauroczyć zarówno talentem, jak i warsztatem.
Pierwsze skrzypce w zespole gra basista i wokalista Isak Neffling. Jego charakterystyczny głos buduje atmosferę i nadaje całości epickiego rozmachu. Słychać tu wyraźne inspiracje Kingiem Diamondem czy Ozzym Osbourne’em, ale Neffling nie jest jedynie ich kalką – posiada ciekawą barwę i potrafi zaskoczyć różnorodnością stylów wokalnych. Jego śpiew idealnie wpisuje się w estetykę lat 80., co zdecydowanie działa na korzyść albumu. Na duże brawa zasługują również gitarzyści Gustav Harrysson i Teddy Edoff. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, chwytliwe motywy i melodyjne sola, składając tym samym hołd zespołom pokroju Heavy Load, Iron Maiden czy Century. Ich gra jest urozmaicona, pełna energii i wyczucia – jest się czym zachwycać.

Album oferuje około 40 minut muzyki. Na otwarcie otrzymujemy klimatyczny „Gates of Angmar”, który znakomicie buduje napięcie i wprowadza słuchacza w mroczną, nieco tajemniczą atmosferę rodem z lat 80. Ta aura niepokoju i grozy ma w sobie ogromny urok. Potężne wejście gitar w „WitchKing” to wyraźny ukłon w stronę klasyki Heavy Load – świetnie rozplanowane partie gitarowe i duża dawka energii sprawiają, że zespół od razu pokazuje, na co go stać. Potencjał jest tu wręcz ogromny.
Klasyczny riff otwiera zadziorny „Excalibur”, przemycający elementy Dio, Accept oraz wielu innych legend lat 80. Jeszcze szybciej robi się w rozpędzonym „Rainbow’s End”, który momentami przywodzi na myśl Helloween z czasów Walls of Jericho. To naprawdę mocna pozycja. Podobne emocje wywołuje dynamiczny „Exiled in Fire”. Choć zespół nie odkrywa tu Ameryki na nowo, radość z odsłuchu jest ogromna – słychać znane patenty i schematy, ale Templar realizuje je z dużą gracją i pomysłowością.
Chwilę wytchnienia przynosi klimatyczny „The Sorceress”, pełniący rolę rockowej ballady w duchu Scorpions. To bardzo udany, nastrojowy moment płyty. Z kolei „Trident” zachwyca pięknym wejściem gitar i czerpie pełnymi garściami z NWOBHM oraz Iron Maiden – prosty, przebojowy motyw robi tu znakomitą robotę. Odrobinę hardrockowego luzu wnosi „Shipwreck”, co stanowi miłe urozmaicenie materiału. Następnie wracamy do klasycznych klimatów lat 80. w „White Wolf”, mocno osadzonym w estetyce NWOBHM.

Finał płyty należy do marszowego, epickiego „Conquering Swords”, który śmiało sięga po inspiracje Manowar, Manilla Road czy Running Wild. To prawdziwa petarda na zakończenie albumu – zespół pokazuje tu pełnię swojego potencjału i udowadnia, że potrafi pisać rasowe heavy metalowe hymny.
Trudno uwierzyć, że Conquering Swords to debiut, bo zawarta tu muzyka jest dojrzała, przemyślana i niezwykle satysfakcjonująca. Album z pewnością przypadnie do gustu fanom heavy metalu lat 80. Każdy, kto wychował się na Heavy Load, Century czy Mindless Sinner, bardzo szybko zakocha się w muzyce Templar. To naprawdę mocna rzecz – i już teraz nie mogę doczekać się kolejnych wydawnictw tej szwedzkiej formacji.


Ocena: 8,5/10 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

CYCLONE - Know unto God EP (2026)


 Czy ktoś jeszcze pamięta belgijski Cyclone? Thrashmetalowa formacja założona w 1981 roku, która przez ponad dekadę – aż do 1993 – konsekwentnie trzymała wysoki poziom, wydając dwa znakomite krążki. Zespół potrafił połączyć bezkompromisową agresję z wyraźną melodyjnością, co sprawiało, że ich muzyka była jednocześnie brutalna i chwytliwa. W swojej stylistyce przypominali dokonania takich kapel jak Grinder, Anthrax, Sacred Reich czy Kreator.

Rok 2018 przyniósł długo wyczekiwany przełom – Cyclone powrócił do życia. Z pierwotnego składu pozostał wokalista Guido Gevels, natomiast resztę zespołu tworzą byli muzycy Sanity’s Rage. Efektem tej współpracy jest mini-album Know Unto God, który ukaże się 6 lutego 2026 roku nakładem High Roller Records. Pozostaje jedynie niedosyt, że nie jest to pełnowymiarowy longplay.

Mroczna, sugestywna okładka działa na wyobraźnię i skutecznie zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Dopełnia ją potężne, selektywne brzmienie, które nadaje całości odpowiednią wagę i siłę rażenia. Guido, mimo upływu lat, wciąż brzmi agresywnie, energicznie i niezwykle przekonująco. Bardzo dobrze wypada także duet gitarowy Jesse / Maxime, stawiający na sprawdzone, ale przemyślane rozwiązania.

Wystarczy odpalić „Eliminate”, by zostać brutalnie wyrwanym z kapci – to rasowy thrashmetalowy killer z potężnym riffem, agresywnymi partiami gitar i refrenem, który momentalnie zapada w pamięć. Tytułowy „Know Unto God” czerpie pełnymi garściami z klasycznej szkoły thrashu spod znaku Kreatora czy Tankarda. Melodyjny „I Fear Myself” zachwyca dynamiką i przebojowością, momentami przywodząc na myśl najlepsze dokonania Anthrax. Z kolei „Nothing Is Real” buduje mroczny klimat poprzez bardziej stonowane tempo i gęstą atmosferę. Finał płyty, zadziorny „The Truth Lies”, ponownie nawiązuje do klasycznego, nowojorskiego thrashu w duchu Anthrax.

Cieszy fakt, że Cyclone wrócił do świata żywych w tak dobrej formie. Nowy mini-album to solidna porcja soczystego, dojrzałego thrash metalu, która skutecznie zaostrza apetyt na pełnometrażowe wydawnictwo. Jeśli ten materiał jest zapowiedzią tego, co dopiero nadejdzie, zdecydowanie jest na co czekać. Warto mieć to wydawnictwo na oku.

Ocena: 8/10

BITTERNESS - Hallowed be the game (2026)

 


Rok 2026 zapowiada się wyjątkowo interesująco dla fanów thrash metalu. To właśnie wtedy, po sześcioletniej przerwie, powraca niemiecki Bitterness, który kazał swoim sympatykom długo czekać na nowy materiał. Na szczęście zespół nie zapomniał, jak grać rasowy thrash metal w duchu klasyki spod znaku Kreator, Tankard czy Municipal Waste. Bitterness sięga po estetykę lat 90., a ich najnowszy album, zatytułowany „Hallowed Be the Game”, ukaże się 6 lutego 2026 roku. Nie znajdziemy tu rewolucji ani nowatorskich rozwiązań – dostajemy dokładnie to, do czego Bitterness zdążył nas przyzwyczaić.

Trzonem zespołu pozostaje Frank, odpowiedzialny zarówno za partie wokalne, jak i gitarowe. Doskonale zna realia gatunku i potrafi wyczarować interesujące, agresywne riffy, które w prosty sposób przywołują ducha thrash metalu lat 90. Motywy gitarowe są nieskomplikowane, ale skuteczne i wyraźnie osadzone w klasyce gatunku. Również jako wokalista Frank sprawdza się znakomicie – jego śpiew jest agresywny, pełen pasji i odpowiednio napędza cały materiał. To zdecydowanie właściwy człowiek na właściwym miejscu, który potrafi nadać zespołowi odpowiedni impet.

Sekcję rytmiczną tworzą Marcel na basie oraz Andreas na perkusji. To solidny i zgrany duet, który odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu całej tej metalowej machiny. Dzięki nim album jest dynamiczny, energetyczny i spójny. Choć materiał nie grzeszy oryginalnością i nie zaskakuje nowymi pomysłami, słucha się go z dużą przyjemnością. Nie brakuje tu mocnych riffów, chwytliwych melodii i klasycznego thrashowego pazura. Dodatkowym atutem są zaproszeni goście – na płycie pojawia się Andreas Geremia z Tankard oraz Michael Goldschmidt, co tylko podkreśla hołd oddany niemieckiej scenie metalowej.

Album otwiera „WWH8” – prawdziwy thrashmetalowy strzał. Jest szybko, agresywnie i intensywnie, ale jednocześnie zagrane z pomysłem i odpowiednią iskrą. Zespół od samego początku pokazuje, że doskonale wie, jak tworzyć solidny thrash metal. Następnie dostajemy bardziej rozbudowany i lekko heavy metalowy „Amok:Koma”, w którym wyraźnie słychać inspiracje klasyczną niemiecką sceną metalową. Zadziorny „Hypochristian” świetnie buja, a bardziej stonowane, heavy metalowe fragmenty wypadają nadzwyczaj dobrze.

Bitterness przyspiesza w agresywnym „High Sobriety”, który przywodzi na myśl dokonania Kreator czy Tankard. Zespół nie zwalnia tempa – „Win Windustry” to kolejna dynamiczna i pełna furii kompozycja, będąca kwintesencją thrash metalu. Grupa doskonale odnajduje się również w chwytliwych melodiach i umiejętnie wplata elementy heavy metalu lat 80., czego najlepszym przykładem jest tytułowy „Hallowed Be the Game”. To utwór, w którym thrash łączy się z heavy i speed metalem, a całość brzmi niezwykle świeżo i przekonująco. Pasja i zaangażowanie zespołu są tu wręcz namacalne, a potencjał drzemiący w Bitterness ujawnia się w pełni.

Podobne emocje wzbudza prosty, lecz niezwykle chwytliwy „Losing” – czasem to właśnie nieskomplikowana forma okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Na zakończenie albumu otrzymujemy udany cover Misfits – „Scream”, który stanowi mocne i klimatyczne zwieńczenie całości.

Sześcioletnia przerwa wydawnicza pozwoliła zespołowi zebrać myśli i solidnie przygotować się do powrotu. Ten ruch okazał się strzałem w dziesiątkę. Bitterness zaprezentował przemyślany, dopracowany i niezwykle solidny album z pogranicza thrash i heavy metalu, który z pewnością znajdzie swoich odbiorców. Zdecydowanie warto wypatrywać premiery tego wydawnictwa.

Ocena: 8/10

niedziela, 21 grudnia 2025

AEON GODS - Reborn to light (2026)


 Debiut Aeon Gods przypadł mi do gustu, ponieważ był to materiał klimatem wyraźnie nawiązujący do zespołów takich jak Warkings, Bloodbound, Wind Rose, Brothers of Metal czy Victorius. Pierwszy album był niezwykle melodyjny i wypełniony przebojowymi utworami. To prosty, bezpośredni power metal, który błyskawicznie wpadał w ucho. Oczywiście nie brakowało tu kiczu i przesadzonej formuły, jednak całość broniła się solidnymi kompozycjami i była jak najbardziej godna uwagi.

20 lutego 2026 roku światło dzienne ujrzy drugi album studyjny zatytułowany Reborn to Light, wydany nakładem Scarlett Records. Niestety, już po pierwszych odsłuchach wyraźnie czuć spadek formy.

Skład zespołu pozostał bez zmian, podobnie jak obrana stylistyka. Duet gitarowy En Atum / Abzu Kean nadal stawia na proste, łatwo przyswajalne motywy gitarowe. Tym razem jednak pojawia się sporo nietrafionych pomysłów oraz melodii, które są mało wyraziste i szybko ulatują z pamięci. Całość sprawia wrażenie dość marnej kalki wcześniej wspomnianych zespołów.

Wokalista Alexander Hunzinger dysponuje ciekawą barwą głosu i dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Jest niewątpliwie utalentowany, jednak na tej płycie nie ma zbyt wielu okazji, by się w pełni zaprezentować. Problem nie leży w umiejętnościach muzyków, lecz w samych kompozycjach — pomysłach dalekich od ideału i pozbawionych wyrazistej tożsamości. Po zakończonym odsłuchu niewiele zostaje w pamięci. To album z kategorii „do przesłuchania”, ale bez większego echa.

Płytę otwiera rozpędzony „Birth of Light” — utwór podniosły i bardzo melodyjny. Niestety, wszystko to już gdzieś było i to w znacznie lepszym wydaniu. Mimo to jest to jeden z najmocniejszych punktów albumu i dobrze oddaje charakter zespołu. Z kolei „Flames of Ember Dawn” wypada wtórnie i nijako — oklepana formuła oraz przerost formy nad treścią nie robią większego wrażenia.

Na plus można zaliczyć pomysłowy i przebojowy „The Sacred Union”. Daleko mu do ideału, ale potrafi zauroczyć głównym motywem oraz chwytliwym refrenem. Nieco mroczniejszy „The Soldiers of Re” miewa swoje momenty, jednak wciąż brakuje mu wyrazistości. Więcej życia i agresji wnosi dynamiczny „Reborn to Light”, będący kolejnym mocnym punktem albumu — słychać tu nieco klimatów znanych z twórczości Induction.

Podobne emocje wywołuje „Blood and Sand”, który jest melodyjny i przebojowy. To solidny utwór, choć brakuje w nim świeżości i elementu zaskoczenia. Album zamyka melodyjny „Farewell”, dobrze oddający styl grupy. Formuła i aranżacje są wprawdzie mocno ograne, ale sam utwór wypada całkiem przyzwoicie.

Niestety, po całościowym odsłuchu niewiele zostaje w głowie. Nawet okładka sprawia wrażenie sztucznej i wygląda jakby została wygenerowana przez sztuczną inteligencję.

Aeon Gods nagrali udany debiut, jednak drugi album to wyraźny krok wstecz. Brakuje tu świeżości, odwagi i pomysłowości. To europejski power metal pozbawiony iskry i polotu. Szkoda, bo zespół stać na znacznie więcej. Płyta z serii: posłuchać i zapomnieć.

Ocena: 5/10

piątek, 19 grudnia 2025

FILI BIBIANO' FORTRESS - Death is your master (2026)


  30 stycznia 2026 roku nakładem High Roller Records ukaże się drugi studyjny album amerykańskiej formacji Fortress, zatytułowany „Death Is Your Master”. Zespół powstał w 2016 roku z inicjatywy gitarzysty Fili Bibiano, znanego z działalności w Intraced oraz – przede wszystkim – w Witherfall. Fortress to kapela, której stylistyka przywołuje skojarzenia z takimi formacjami jak Alcatrazz, Impellitteri czy Universe. Każdy miłośnik klimatycznego heavy metalu z domieszką hard rocka i ducha NWOTHM powinien znaleźć tu coś dla siebie. To album, obok którego nie można przejść obojętnie.


Fili Bibiano odpowiada na płycie za partie gitarowe, basowe oraz syntezatory, będąc niekwestionowanym motorem napędowym zespołu i głównym architektem jego brzmienia. Dominują tu silne wpływy lat 80., mnóstwo finezji oraz pomysłowości. Fortress znakomicie balansuje między rasowym heavy metalem a bardziej melodyjnym hard rockiem – jest tu zarówno drapieżność, jak i lekkość. Wszystko zostało doskonale wyważone, a każdy element układanki współgra z pozostałymi. Szczególnie cenię zespoły, które tworzą muzykę z pasją i wyraźnym ukłonem w stronę lat 80., a jednocześnie starają się zachować świeżość oraz własną tożsamość. Fortress idealnie wpisuje się w ten schemat. Mając na pokładzie wokalistę klasy Juan Aguila, można naprawdę wiele zdziałać. Juan potrafi zarówno budować nostalgiczny klimat minionej dekady, jak i nadać całości odpowiedniego pazura. Skoro muzyka jest wehikułem czasu do lat 80., to również okładka oraz brzmienie muszą iść w tym samym kierunku – i tu zadanie zostało wykonane wzorowo.

Album składa się z siedmiu utworów o łącznym czasie trwania około 35 minut, co oznacza konkretne podejście do tematu: bez zbędnych dłużyzn, szybko i na temat. Na otwarcie otrzymujemy rozpędzony „Flesh and Dagger” – mocny riff, szybkie tempo i popisowe zagrywki Bibiano od razu robią świetne wrażenie i skutecznie zachęcają do dalszego odsłuchu. W „Savage Sword” tempo zostaje nieco stonowane, a epicki klimat i wyraźny ukłon w stronę twórczości Manilla Road wypadają niezwykle urokliwie. Podobne emocje wywołuje urozmaicony, momentami lekko progresywny „Fugitive”. Na szczególne wyróżnienie zasługuje nastrojowy, marszowy „Night City”, w którym rockowe zapędy zespołu nadają całości wyjątkowego charakteru. Więcej energii i drapieżności przynosi przebojowy „Blackest Night”, będący wyraźnym hołdem dla NWOBHM. Bibiano po raz kolejny udowadnia tu swój talent i kreatywność. Finałem płyty jest „B.Y.O.D.” – najcięższy utwór w zestawie. Potężny riff oraz znakomite partie wokalne, utrzymane w wysokich rejestrach, sprawiają, że kompozycja na długo zapada w pamięć i stanowi bardzo mocne zwieńczenie albumu.

Fili Bibiano i Fortress nagrali solidny krążek, który imponuje klimatem lat 80. oraz naprawdę udanymi motywami. Choć nie wszystko jest tu idealne – brakuje może wyrazistych hitów czy elementu zaskoczenia – album pozostaje bardzo przyjemny w odbiorze i łatwo przyswajalny. To propozycja, która z pewnością zasługuje na uwagę fanów klasycznego heavy metalu.


Ocena: 7,5/10

środa, 17 grudnia 2025

MIDNIGHT FORTRESS - Midnight Fortress (2025)


 

Eryk Kula robi naprawdę wiele dobrego dla polskiej sceny heavy metalowej. Ma zaledwie 25 lat, a już dał się poznać jako członek heavy/speed metalowego Night Lorda oraz zespołu Okrutnik, w którym heavy i speed metal łączą się z black metalem. W 2022 roku powstał Midnight Fortress – formacja skupiona głównie na heavy/speed metalu, ale czerpiąca również sporo z hard rocka i glam metalu. Nie brakuje tu czytelnych nawiązań do takich zespołów jak Iron Maiden, Judas Priest, Enforcer czy Skull Fist, ale też do klimatów znanych z dokonań Mötley Crüe oraz W.A.S.P..


15 grudnia zespół wydał album zatytułowany po prostu Midnight Fortress. To kolejny bardzo dobry dowód na to, że w Polsce nie brakuje młodych, ambitnych i głodnych sukcesu zespołów metalowych.


Mózgiem całego przedsięwzięcia jest niezwykle utalentowany Eryk Kula, odpowiedzialny zarówno za partie wokalne, jak i gitarowe. W warstwie gitarowej wspiera go Boriz Smidoda. Panowie świetnie balansują między klasycznym heavy/speed metalem osadzonym w realiach lat 80., momentami przywołując skojarzenia z Exciter czy Agent Steel. Z drugiej strony potrafią swobodnie skręcić w rejony glam metalu i hard rocka. Partie gitarowe są zróżnicowane, pełne pasji i energii, a przy tym dopracowane pod względem melodii. Słychać pomysłowość i wyczucie formy – dobra robota.


Eryk to także wokalista z prawdziwego zdarzenia. Jego głos skutecznie buduje mroczny klimat, przywodzący na myśl klasyczne wydawnictwa z lat 80. Każdy element Midnight Fortress został starannie dopieszczony, a całość sprawia wrażenie spójnej i przemyślanej konstrukcji, choć jednocześnie nie da się ukryć, że mamy do czynienia z debiutanckim albumem.


Okładka emanuje mrokiem i tajemniczością, a samo brzmienie jest mocne, selektywne i wyraziste – stanowi wyraźny hołd dla metalowych płyt sprzed czterech dekad. Już na samym początku na kolana rzuca rozpędzony i przebojowy „Angels Kiss” – prawdziwa heavy/speed metalowa petarda, zagrana z polotem i energią. Następnie dostajemy „Sadistic”, utrzymany w speed metalowym tempie, w którym zespół wypada szczególnie przekonująco.


Ghosting” przynosi chwilę wytchnienia – to bardziej stonowany, mroczny utwór, rasowy heavy metal pełnymi garściami czerpiący z estetyki lat 80. Podobne emocje wywołuje zadziorny „Lilith”, w którym przemycono hardrockowe patenty znane z płyt Dokken czy ponownie Mötley Crüe. Odrobiny progresji dostajemy w rozbudowanym „Price” – spokojne intro niech nikogo nie zwiedzie, bo później pojawia się solidny heavy metalowy pazur.


The Darkest Believers” to poprawny i dobrze skonstruowany numer, choć bez większych zaskoczeń. Z kolei marszowy „Last Ride” przyjemnie buja i wnosi powiew świeżości – ciężki riff oraz efektowne popisy wokalne Eryka czynią z niego jeden z mocniejszych punktów albumu. Bardzo dobrze wypada również energiczny „Victims of the Dark”, w którym zespół ociera się o thrash metal, pokazując swój potencjał i techniczne umiejętności. „Godstripper” kontynuuje ten kierunek, zabierając słuchacza w rejony speed/thrash metalu.


Całość zamyka dynamiczny „The Midnight Fortress”, który stanowi idealne podsumowanie albumu – zarówno pod względem stylu, jak i charakteru zespołu.


Nowy zespół na polskiej scenie heavy metalowej zawsze budzi ekscytację i ciekawość. Midnight Fortress zalicza bardzo udany debiut. Znajdziemy tu mnóstwo mocnych riffów, stylistyczne zróżnicowanie oraz wyraźny pomysł na własne brzmienie i melodie. Owszem, nie wszystko wyszło idealnie i materiał mógłby być nieco krótszy, ale całości słucha się z dużą przyjemnością. Taka mieszanka heavy i speed metalu z domieszką hard rocka oraz thrashu zawsze ma swoich odbiorców. Zdecydowanie warto sprawdzić i wyrobić sobie własne zdanie. Czekam na więcej muzyki od Midnight Fortress.


Ocena: 7/10

wtorek, 16 grudnia 2025

SACRED LEATHER - Keep the fire burning (2025)


 
Uwielbiam tego typu heavy metalowe okładki. Od razu czuć ducha lat 80., a skojarzenia z klasycznymi wydawnictwami Judas Priest czy Accept nasuwają się same. Już sama kolorystyka i sposób wykonania robią ogromne wrażenie, budząc naturalną ciekawość, czy muzyczna zawartość dorównuje oprawie graficznej i czy te skojarzenia znajdą potwierdzenie w dźwiękach.

„Keep the Fire Burning” to drugi album studyjny amerykańskiej formacji Sacred Leather. Zespół działa od 2014 roku i przez ten czas wypracował własny styl, mocno zakorzeniony w patentach takich legend jak Dio, Dokken, Scorpions, Judas Priest czy Accept. Sacred Leather garściami czerpie z klasyki heavy metalu, ale robi to z wyczuciem i autentyczną pasją. Album ukazał się 20 listopada i bez wątpienia zasługuje na uwagę każdego fana melodyjnego grania spod znaku lat 80.

To prawda — Sacred Leather nie odkrywa Ameryki na nowo, jednak nadrabia szczerością, energią i miłością do złotej ery heavy metalu. Ich muzyka jest przystępna, chwytliwa i potrafi szybko zapaść w pamięć. Fundamentem całości jest rozpędzona, dynamiczna sekcja rytmiczna, która nadaje kompozycjom odpowiednią siłę i napęd. Wokalista Dee Wratchild może nie imponuje wybitną techniką, ale jego agresywny, surowy śpiew idealnie wpisuje się w kanon klasycznego heavy metalu. Słychać w nim autentyczność i zaangażowanie, które potrafią skraść serce słuchacza.

Silnym punktem zespołu jest gitarowy duet Owensa i Highwaya. Muzycy stawiają na melodyjność, klasyczne harmonie i efektowne gitarowe pojedynki. Solówki są soczyste, pełne feelingu i doskonale oddają ducha lat 80., podobnie jak samo brzmienie albumu — ciepłe, selektywne i odpowiednio „analogowe”. Wszystko to sprawia, że Sacred Leather potrafi naprawdę zachwycić na swoim nowym wydawnictwie.

Materiał jest przemyślany i zróżnicowany. Zespół uderza z impetem już na początku — „Spitfire at Night” to pełnokrwisty heavy/speed metalowy killer. Agresywny riff, szybkie tempo i wysokie partie wokalne tworzą mieszankę o niszczycielskiej sile. Podobne emocje wywołuje drapieżny „Phantom Highways”, w którym wyraźnie pobrzmiewa duch Judas Priest. Gitarowe popisy imponują pomysłowością i techniką — jest się czym delektować.

Przy „Wake Me Up” zespół nieco zwalnia tempo, skręcając w stronę bardziej hardrockowego feelingu. Jest lżej, bardziej melodyjnie, z wyraźnymi odniesieniami do stylistyki Scorpions czy Dokken. Z kolei „Fallen Angel” to udana fuzja heavy metalu i hard rocka — utwór nośny, przebojowy i bardzo klimatyczny. Sacred Leather wyraźnie bawi się konwencją, pokazując, że ma pomysł na własną tożsamość.

Epicki rozmach i niemal rycerska aura dominują w rozbudowanym „Tear Out My Heart”. W takiej odsłonie zespół również wypada znakomicie, imponując aranżacjami i umiejętnym budowaniem napięcia. Podobny klimat odnajdziemy w tajemniczym „Malevolent”, pełnym różnych smaczków i ciekawych rozwiązań. Do szybszego grania Sacred Leather wraca w dynamicznym „Keep the Fire Burning” — gdyby cały album utrzymany był w takim heavy/speed metalowym tonie, z pewnością jeszcze by na tym zyskał. Całość zamyka epicki, rasowo „true metalowy” numer „Mistress of the Sun”.

Gdyby Sacred Leather zdecydował się nagrać album w całości utrzymany w stylistyce pierwszych kompozycji, krążek mógłby być jeszcze mocniejszy. Momentami zespół zbyt mocno skręca w stronę hard rocka, co nie zawsze działa na korzyść całości. Mimo to potencjał drzemiący w tej formacji jest ogromny i bez wątpienia jeszcze nie raz o nich usłyszymy. To płyta zdecydowanie godna uwagi dla wszystkich, którzy kochają połączenie melodyjnego hard rocka i klasycznego heavy metalu.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 15 grudnia 2025

WINGS OF DESTINY - Masters of war (2025)

 

"

Rok 2021 był wyjątkowo udany dla kostarykańskiej formacji power metalowej Wings of Destiny. Zespół działa nieprzerwanie od 2013 roku i ma na koncie już siedem albumów studyjnych. Najnowsze wydawnictwo, zatytułowane „Masters of War”, ukazało się 12 grudnia i stanowi naturalną kontynuację kierunku obranego na wcześniejszych płytach. Grupa wciąż czerpie pełnymi garściami z klasyki gatunku, inspirując się twórczością takich zespołów jak Gamma Ray, Rhapsody, Helloween czy Mystic Prophecy.


Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy album nagrany w nowym składzie. Od 2022 roku w zespole udziela się gitarzysta David Shankle, a od 2024 roku za perkusją zasiada Mike LePond. To wielkie nazwiska, których nikomu nie trzeba przedstawiać. Mimo zmian personalnych udało się utrzymać wysoki poziom artystyczny – to płyta z gatunku tych, których po prostu trzeba posłuchać. Nie brakuje tu emocji, energii i interesujących kompozycji.


Nowe nabytki bardzo dobrze wpasowały się w stylistykę zespołu. Mike nadaje całości odpowiedniej mocy i dynamiki, skutecznie podbijając ciężar utworów. David Shankle, ku pewnemu zaskoczeniu, nie epatuje przesadnie shredowymi popisami, lecz umiejętnie wplata epicki klimat i drapieżność znaną z płyt Manowar. Pojawiają się również wyraźne nawiązania do Death Dealer, co działa zdecydowanie na plus. Całość znakomicie dopełnia wokalista Anthony Darusso, który potrafi zarówno budować napięcie i nastrój, jak i siać wokalne spustoszenie. Wings of Destiny prezentuje heavy/power metal na bardzo wysokim poziomie, choć nie sposób nie odnieść wrażenia, że album jest nieco słabszy od swojego poprzednika.


Tradycyjnie całość otwiera podniosłe intro, które skutecznie buduje napięcie i wprowadza w klimat płyty. Pierwszym właściwym uderzeniem jest rozpędzony „Masters of War” – bojowy heavy/power metal pełną gębą. Słychać tu wpływy takich zespołów jak Wizard, Majesty, Manowar czy Death Dealer. David Shankle błyszczy w tej konwencji i czuje się w niej jak ryba w wodzie. To mocny otwieracz, a przecież to dopiero początek.


Lżejszy i bardziej melodyjny „Walking in the Shadows” ukazuje inne oblicze zespołu. Dobrze, że formacja bawi się konwencją i urozmaica materiał. Następnie pojawia się bardziej stonowany, klimatyczny „By the Dawn” – poprawny, lecz wyczuwalny jest tu chwilowy spadek intensywności. „Hear My Call” przywraca agresję: szybkie tempo, wyrazisty riff i solidna dawka energii.


Najdłuższym utworem na płycie jest „Incantation” – i jednocześnie jeden z jej najmocniejszych punktów. Drapieżność, tempo, wyrazista melodyjność i klimat balansujący gdzieś pomiędzy Iron Mask a Rhapsody robią ogromne wrażenie. Gitarowe popisy Davida stoją tu na pierwszorzędnym poziomie i pokazują, jaki potencjał drzemie w tym zespole.


Imponuje również podniosły, epicki „Life”, w którym band stawia na świeżość i pomysłowe aranżacje. Sześć minut mija niepostrzeżenie – dzieje się tu naprawdę dużo dobrego. Klasyczne wejścia gitarowe i lekko rockowe harmonie przywodzą na myśl klimat Edguy. Utwór jest niezwykle przebojowy, pomysłowy i szybko wpada w ucho.


Kolejnym killerem na płycie jest agresywny „Obey or Die”, w którym zespół prezentuje się wyjątkowo okazale. Z kolei w rozpędzonym „Storm Within” dostajemy solidną dawkę shredu – to rasowy killer w duchu Death Dealer i Manowar, prawdziwa perełka albumu. Całość zamyka nastrojowy, spokojniejszy „Waiting for Sunrise”, który stanowi dobre, wyciszające zwieńczenie materiału.


Wings of Destiny kazał swoim fanom czekać cztery lata na nowy materiał, lecz czas ten nie został zmarnowany. Zespół powrócił z kolejnym bardzo dobrym albumem – znakomitą mieszanką heavy i power metalu w epickim wydaniu. Nowi członkowie wnoszą świeżą energię i sieją prawdziwe zniszczenie. Miło widzieć Davida Shankle’a ponownie w tak dobrej formie. Choć „Masters of War” nieco ustępuje poprzednikowi, wciąż pozostaje wydawnictwem wysokiej klasy.


Ocena : 8.5/10

niedziela, 14 grudnia 2025

GREYHAWK - Warriors of Greyhawk (2026)


 Nazwa Greyhawk jest już doskonale znana fanom epickiego heavy/power metalu. Ta amerykańska formacja obecna jest na scenie od 2016 roku i ma na swoim koncie dwa pełnoprawne albumy studyjne. Wydany w 2024 roku Thunderheart okazał się prawdziwą petardą i ucztą dla miłośników tej stylistyki. Zespół udowodnił wówczas, że potrafi czerpać pełnymi garściami z dorobku takich wykonawców jak Visigoth, Dio, Eternal Champion czy Judas Priest.


Teraz wielkimi krokami zbliża się premiera trzeciego krążka zatytułowanego Warriors of Greyhawk. Album ukaże się 13 lutego 2026 roku nakładem wytwórni Cruz del Sur Music. Będzie to pierwsze wydawnictwo zespołu z nowym wokalistą — Anthony Corso. Greyhawk gra tu dalej swoje, oferując naturalną kontynuację poprzedniego albumu, choć z wyraźnym ukłonem w stronę epickiego charakteru debiutu. Jedno jest pewne — to kolejny majstersztyk w ich dorobku, którego nie można przegapić.


Anthony Corso znakomicie odnalazł się w świecie Greyhawk. Potrafi śpiewać wysoko, z rozmachem i swobodą, a przy tym doskonale operuje epicką ekspresją. Na nowym albumie naprawdę błyszczy i w wielu momentach potrafi przyprawić o dreszcze. Idealnie wpasowuje się w stylistykę zespołu — to bez wątpienia bardzo udana rekrutacja.


Warriors of Greyhawk to przede wszystkim kopalnia znakomitych solówek i gitarowych zagrywek w wykonaniu duetu Berlin / Steinway. Muzycy stawiają na melodyjność i przebojowość, dzięki czemu płyta jest energiczna, świeża i wyjątkowo chwytliwa. Zresztą już jedno spojrzenie na okładkę wystarcza, by wiedzieć, że czeka nas prawdziwa metalowa uczta.


Na albumie znalazło się 11 utworów, a całość trwa niespełna 49 minut — idealny balans bez niepotrzebnego rozciągania materiału. Na otwarcie dostajemy marszowy, epicki „Ascension”. Popisy nowego wokalisty oraz pomysłowy riff robią tu kapitalną robotę. Utwór zachwyca jakością aranżacji i nie zawiera żadnych zbędnych motywów.


Więcej energii i stricte power metalowego ognia oferuje rozpędzony „Land of Ashes” — tutaj Greyhawk nie bierze jeńców. To power metal z nutą klimatów znanych z Majesty czy Wizard. Sposób, w jaki gra ten amerykański zespół, budzi autentyczny zachwyt.


Nieco zwalniamy w „Take a Stand”, gdzie Greyhawk zabiera nas w podróż do lat 80. To wyraźny ukłon w stronę twórczości Judas Priest, Dio czy Accept — klasyka w najlepszym możliwym wydaniu. Utwór porywa od pierwszych sekund.


Echa Gamma Ray słychać w dynamicznym „Endless Race”, gdzie zespół ponownie flirtuje z europejskim power metalem. Tego typu granie zawsze jest w cenie, a refren stanowi wyraźny hołd dla Gamma Ray oraz Helloween.


Prawdziwie epicki charakter ma tytułowy „Warriors of Greyhawk”, w którym zespół śmiało sięga po inspiracje Manowar czy HammerFall. Brzmi to imponująco i niezwykle pomysłowo — czapki z głów.


Riff rodem z Dio atakuje nas w rozpędzonym „Words of Power”, kolejnym killerze na płycie. Może nie jest to nic odkrywczego, ale słucha się tego z ogromną przyjemnością — pełna klasa.


Nieco słabiej wypada nastrojowy „Chosen”, który skręca w stronę hard rocka i bardziej przystępnej formy. Tu da się odczuć lekki spadek intensywności. Straty szybko nadrabia energiczny „Hyperspace”, pokazujący pełnię możliwości Greyhawk w power metalowej odsłonie.


Fanom Judas Priest czy Primal Fear z pewnością przypadnie do gustu agresywniejszy i bardziej toporny „Embers Rise” — klasyczne granie z wyczuciem i siłą. Zespół próbuje także lżejszych środków w hardrockowym „Rise Above”, który choć solidny, nie wywołuje już tak silnych emocji.


Album zamyka sześciominutowy „Eternal Quest” — utwór o stonowanym tempie i epickim charakterze. To udane zwieńczenie płyty, choć na krążku znajdziemy kompozycje bardziej porywające.


Greyhawk wciąż pozostaje w znakomitej formie i dostarcza kolejny świetny album w klimatach heavy/power metalu. Amerykanie doskonale wiedzą, jak tworzyć chwytliwe melodie, epicką atmosferę i utwory, które zostają w głowie na długo. Nawet kilka słabszych momentów nie psuje bardzo pozytywnego odbioru całości. Warto wypatrywać "Warriors of Greyhawk."


Ocena: 9/10


IRONBIRD - High Speed Evil (2025)


 Nieczęsto spotyka się heavy metalowy zespół z Malezji. Nie jest to kraj kojarzony z tym gatunkiem muzycznym, dlatego tym większe zaskoczenie przynosi formacja Ironbird, która powstała w 2015 roku i od początku obrała sobie za cel granie heavy/speed metalu w duchu lat 80.

W ich muzyce bez trudu można wychwycić echa wczesnego Helloween z okresu albumu Walls of Jericho, pojawiają się też wpływy pierwszych płyt Blind Guardian czy bezkompromisowego Exciter. Zespół jest pełen pomysłów, głodny sukcesu i ma jasno określoną wizję zarówno siebie, jak i swoich kompozycji.

Debiutancki album zatytułowany High Speed Evil miał premierę 8 sierpnia i jest to pozycja, której zdecydowanie nie należy lekceważyć. Owszem, próżno tu szukać rewolucji czy eksplorowania nowych rejonów heavy metalu — Ironbird stawia na sprawdzone schematy. Robi to jednak umiejętnie, z wyczuciem i wyraźnym hołdem dla klasyków oraz złotej ery lat 80.

Siła zespołu tkwi przede wszystkim w przemyślanych zagrywkach gitarzysty Eko Nurdin, który stawia na mocne, wyraziste riffy, szybkie tempo i klasyczne brzmienie. Miłym akcentem jest również wokal Ash Rajis, który momentami przywodzi na myśl Kai Hansen z jego najlepszych lat. Materiał jest dynamiczny i bardzo przyjemny w odbiorze — nie ma tu miejsca na nudę. Klimat lat 80. czuć nie tylko w muzyce, ale także w okładce i dopracowanej produkcji.

Album otwiera klasyczny, instrumentalny utwór „The Hellion Iron Throne”, pełniący rolę klimatycznego wstępu. Zaraz po nim wkracza melodyjny „Flight with the Iron” — już w pierwszych sekundach słychać tu ducha Iron Maiden, by później przejść w bardziej bezpośrednie ukłony w stronę heavy/speed metalu rodem z płyt Skull Fist czy Enforcer. To kawałek, który pokazuje, że zespół potrafi solidnie przyłożyć.

Kolejnym mocnym punktem jest „Metal Invaders”, gdzie skojarzenia z wczesnym Helloween są jak najbardziej uzasadnione — sam tytuł zresztą zobowiązuje. Szybko w ucho wpada również przebojowy „Heavy Metal Bikers”: prosty, ale oddający esencję heavy metalu lat 80., będący znakomitym hołdem dla Judas Priest i Iron Maiden.

Riff otwierający „High Speed Evil” przywodzi mi na myśl „Back to Back” zespołu Pretty Maids, choć całościowo utwór skręca w bardziej speedmetalowe klimaty bliskie Helloween i Exciter. Klasyczny heavy metal w melodyjnej odsłonie dostajemy w przebojowym „Burning in the Night”, gdzie wpływy Iron Maiden są wyjątkowo wyraźne. Owszem, oryginalności tu niewiele, ale słucha się tego znakomicie.

Do tego dochodzą rozpędzony „Iron Meets Steel” oraz zadziorny „Titian Sirat”, który zamyka album z odpowiednią dawką energii i charakteru.

Debiut Ironbird to swoista laurka dla wielkich zespołów i przede wszystkim dla heavy metalu lat 80. Formacja oddaje hołd wczesnemu Helloween, Judas Priest, Exciter i Iron Maiden — i robi to naprawdę bardzo dobrze. Jest pazur, pomysłowość i szczere zaangażowanie, słyszalne od pierwszych sekund. Ironbird nie bawi się w półśrodki — od razu przechodzi do ataku.

Brawo, panowie! Bardzo dobra robota. Czekamy na więcej.

Ocena: 8/10

piątek, 12 grudnia 2025

RAVE IN FIRE - Square one (2026)

 


Rave in Fire to hiszpański zespół, w którym pierwsze skrzypce gra charyzmatyczna wokalistka Selene Perdiguero. Grupa działa od 2015 roku i wykonuje klasyczną mieszankę heavy metalu oraz hard rocka. Stawia na prostotę, melodyjność i klimat lat 80., a w ich brzmieniu nietrudno doszukać się inspiracji takimi formacjami jak Hitten, White Wizzard czy Doro. Debiutancki album był solidnym wejściem na scenę, a jaki jest nadchodzący „Square One”, który ukaże się 30 stycznia 2026 roku nakładem High Roller Records?


Zespół pozostaje wierny wypracowanemu wcześniej stylowi – to naturalna kontynuacja tego, co zaprezentowali na pierwszej płycie. „Square One” to klasyczne, do bólu tradycyjne granie, które konsekwentnie odwołuje się do ducha lat 80. Album ponownie cechują zadziorne riffy, nośne, łatwo wpadające w ucho refreny i przede wszystkim głos Seleny, będący głównym atutem zespołu. Za gitarowe partie odpowiada Jonjo Negrete, stawiający na sprawdzone, choć mało odkrywcze rozwiązania. Choć materiał jest wtórny i przewidywalny, wykonanie stoi na tak dobrym poziomie, że całości słucha się z przyjemnością. Brakuje jednak świeżości, wyrazistych hitów i większych emocji.


Zawartość albumu otwiera prosty, zadziorny „Dark Poison”, przywodzący na myśl twórczość Judas Priest czy Dio. Utwór emanuje energią i przebojowym refrenem, udowadniając, że w tym zespole tkwi spory potencjał. Hardrockowy sznyt pojawia się w chwytliwym „Crown of Stars”, gdzie zespół swobodnie bawi się konwencją gatunku. Rozbudowany „Still Standing” jest spokojniejszy, nieco bardziej komercyjny, a przy tym zbyt wydłużony. Jednym z najlepszych momentów płyty okazuje się ostry i przebojowy „Untiring Eagles”, kojarzący się momentami z dokonaniami Crystal Viper. Solidny „Knightwalker” nieco ginie w tle, natomiast finałowy, siedmiominutowy „Square One” okazuje się w moim odczuciu zbyt stonowany i na siłę wydłużony.


Rave in Fire powraca z nowym albumem, który dobrze się słucha, lecz nie oferuje niczego wyjątkowego. Nie zachwyca, nie zaskakuje i nie wyróżnia się na tle licznych retro-wydawnictw. Choć trafiają się ciekawe fragmenty, całość pozostaje daleka od ideału. Szkoda – bo przy większej odwadze i świeżości mógł to być znacznie ciekawszy materiał.


Ocena: 6/10

BLAZON STONE - Treasure Hunt EP (2025)


 Cederick i Blazon Stone intensywnie pracują nad następcą „Damnation”. Jak na razie wiadomo jedynie, że zespół zamierza odejść od typowo pirackiej tematyki, choć wciąż pragnie pozostać wierny stylistyce Running Wild. Aby jednak nagrodzić fanom ich cierpliwość i długi czas oczekiwania na nowy album, Blazon Stone postanowili wydać minialbum. Płyta zatytułowana „Treasure Hunt” ukazała się 10 grudnia. I tu nie ma niespodzianki — to dokładnie ten Blazon Stone, którego znamy i kochamy.

Na szczególne uznanie zasługuje kolejna znakomita okładka w dorobku zespołu. Mocne, zadziorne brzmienie świetnie współgra z całą oprawą. Wszystko jest spójne, podobnie jak na wcześniejszych wydawnictwach. Co prawda brak elementu zaskoczenia, ale Blazon Stone wciąż grają swoje i nadal przypominają najlepsze lata Running Wild. Cederick niezmiennie zachwyca grą na gitarze i pomysłowością — zarówno w kwestii melodii, jak i podniosłych, wpadających w ucho refrenów. Nie można również pominąć utalentowanego Matiasa Palma, który nadaje całości wyrazistości i drapieżnego charakteru. Cały skład jest doskonale zgrany, a efektem są naprawdę znakomite kompozycje.

Na minialbumie znajdziemy cztery utwory — jeden cover oraz trzy kawałki, które nie pasowały do nadchodzącej płyty. Album otwiera „Cutthroat Island”, utwór zaczynający się klimatycznie, by po chwili nabrać tempa. To rasowy, szybki i przebojowy numer w charakterystycznym stylu Blazon Stone. Jeszcze ciekawszy wydaje się skoczny i pozytywnie zakręcony „Treasure Hunt”, przywodzący na myśl pierwsze płyty formacji — świetna sprawa. Prosty, zadziorny „Ironhearts” to już nieco bardziej surowy heavy metal w duchu „Soulless” Running Wild. Całość zamyka „Song from the Boneyard”, cover punkowego zespołu Elvert Under Ground, założonego przez ojca Cedericka. Interpretacja Blazon Stone wypada naprawdę intrygująco.

Blazon Stone wciąż trzymają wysoką formę i pokazują, że także dziś można grać energiczny heavy/power metal utrzymany w duchu klasycznego Running Wild. Nie ma tu rewolucji ani nowych rozwiązań, ale muzyka nadal dostarcza mnóstwo frajdy. Pozostaje z niecierpliwością czekać na nowy album — w końcu każda premiera Blazon Stone to małe święto dla fanów Running Wild.

Ocena: 8,5/10

czwartek, 11 grudnia 2025

IRON BRIGADE - Ill fated voyage (2025)


 Przybywa nam debiutantów na heavy-metalowej scenie, więc pora sprawdzić, co potrafi amerykański Iron Brigade, działający od 2018 roku. Zespół stara się grać klasyczny heavy metal z nutą power metalu i epickości. Nie kryje inspiracji takimi formacjami jak Grave Digger, Lonewolf, Omen czy Running Wild. 7 listopada ukazał się ich debiutancki album Ill-Fated Voyage i jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Oczywiście nie jest to płyta pozbawiona wad. Brakuje jej nieco błysku geniuszu, jednak słychać, że muzycy wkładają w swoją twórczość serce i ogromny zapał. Całość brzmi solidnie, dynamicznie i przebojowo. Momentami doskwiera pewien niedosyt agresji, świeżości i elementu zaskoczenia — to materiał raczej z kategorii „jedna z wielu”, choć Iron Brigade potrafi zapisać się w pamięci. Duża w tym zasługa wokalisty Daniela Butcha, który dysponuje charyzmą i ciekawą manierą wokalną idealnie pasującą do stylistyki zespołu. Dobrze wypada również duet gitarowy Caden Butch / Jonathan Stanley — stawiają na melodie i proste, zadziorne riffy, które świetnie współgrają z charakterem płyty. Na plus zasługuje także prosta, ale przyjemna dla oka okładka. Brzmienie jest typowe dla tego rodzaju albumów — bez większych niespodzianek.

Zawartość to 47 minut muzyki i 9 solidnie zagranych utworów. Album otwiera klimatyczny „Deus Vult”, skutecznie budujący nastrój i napięcie. Melodyjny „Crusader” ma bardzo efektowne wejście — szybkie tempo, mocny riff i wyraźne wpływy Running Wild tworzą energetyczny, pozytywnie zakręcony kawałek. Sporo mocy prezentuje „Afterlife Confessions”, odsyłający do klasyki amerykańskiego power metalu. Tytułowy „Ill-Fated Voyage” to porządny heavy-metalowy numer, choć bez elementów szczególnie wyróżniających. Sześciominutowy „Faith in Battle” stanowi wyraźny ukłon w stronę rycerskiego heavy metalu spod znaku Omen czy Manowar. Zespół przyspiesza w energicznym „All Hail the Guardian”, w którym więcej jest power-metalowej stylistyki. Epicki klimat udziela się w nastrojowym „Days of Glory”, a album zamyka mało wyrazisty „Keepers of the Flame”.

Iron Brigade zalicza udany debiut. Pokazuje, że ma pomysł na siebie i wie, jaką muzyczną ścieżką chce podążać. Wykonują swoją robotę dobrze i słychać w tym potencjał. Szkoda jedynie, że całość nie powala na kolana — ewidentnie brakuje kilku „killerów” i prawdziwych hitów, które na dłużej by zostały z słuchaczem. Być może następnym razem Iron Brigade pokaże więcej pazura.

Ocena: 7/10

środa, 10 grudnia 2025

FATES HAND - Steel, fire and ice (2025)


 Tytuł "Steel, Fire & Ice" idealnie pasuje do zespołów pokroju Manowar, Eternal Champion, Grand Magus czy Savage Oath — czyli całej sceny obracającej się wokół epickiego heavy metalu. Podobnych skojarzeń dostarcza debiut australijskiej formacji Fates Hand. Ich pierwszy album, "Steel, Fire and Ice", ukazał się 21 listopada nakładem Dying Victims Productions.

Do czołówki gatunku Fates Hand jeszcze nie doskakuje — to fakt. Zespół gra dość zachowawczo i ostrożnie. Materiał jest solidny, ale brakuje mu wyrazistych pomysłów, które przerodziłyby się w rasowe killery i zapadające w pamięć hity. Muzycy bez wątpienia mają umiejętności, co kilkukrotnie udowadniają. Trzon składu stanowi wokalista Denimal, którego głos nadaje całości odpowiedniego klimatu — nieco podszytego doom metalową manierą. To właściwy człowiek na właściwym miejscu, choć momentami chciałoby się w jego śpiewie odrobiny większej drapieżności. Drugim filarem jest Gjoll, odpowiedzialny za partie gitar i basu. Jego gra stawia na epickie, rycerskie motywy oraz klasyczne, tradycyjne brzmienie. Wszystko współgra na tyle dobrze, że odsłuch sprawia szczerą przyjemność.

Album otwiera marszowy "The Quest Spirit", najdłuższy utwór w zestawie, który od razu definiuje styl i poziom zespołu. Nie ma tu nic przełomowego, ale całość brzmi przekonująco. "Woven in Space and Time" to prostszy, melodyjny numer, w którym pobrzmiewają echa NWOBHM. Klimat lat 80. jest zresztą obecny przez większość albumu. Podobną formułę przyjęto w "Starforger", czerpiącym pełnymi garściami z klasycznego heavy metalu tamtej dekady. Niestety, brakuje tu nieco energii i wewnętrznego ognia. Całość zamyka dobrze rozplanowany "Stallion of Skies and Seas", w którym epickość i udany riff niosą utwór od początku do końca.

Przed Fates Hand wciąż sporo pracy. Zespół musi urozmaicić aranżacje, wzbogacić gitarowe motywy i wnieść do swojej muzyki odrobinę świeżości oraz przebojowości. Przydałoby się także więcej agresji i zadziorności. Potencjał jest, lecz jak na razie formacja nie potrafi w pełni go wykorzystać. Szkoda — może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 8 grudnia 2025

TREAT - The Wild card (2025)


 Początki szwedzkiego Treat sięgają lat 80. Mimo upływu czasu, zmian trendów i pojawiania się nowych formacji, zespół konsekwentnie trzyma się swojego stylu, czyli melodyjnego hard rocka. Stawiają na lekki klimat, przebojowość i łatwość odbioru. Najnowszy album, zatytułowany „The Wild Card”, który ukazał się 21 listopada, to naturalna kontynuacja dotychczasowego brzmienia grupy. To kolejna solidna porcja melodyjnego hard rocka w wykonaniu Szwedów.


Płyta została wydana przez Frontiers Records, więc można było spodziewać się charakterystycznego, przebojowego i dopracowanego brzmienia. Jest lekko, melodyjnie i przyjemnie. Nie znajdziemy tu agresywnych riffów ani szalonych zrywów — całość jest raczej przewidywalna i momentami nieco schematyczna. Nie brakuje jednak solidnych partii gitarowych i wyrazistych melodii. Właśnie ten melodyjny, hitowy aspekt to największa zaleta „The Wild Card”.


Treat to przede wszystkim utalentowany wokalista Robert Ernlund oraz świetny gitarzysta Anders Wikström. Zespół jest zgrany, doświadczony i wie, jak tworzyć chwytliwe kompozycje. Kto lubi mieszankę pop rocka i melodyjnego hard rocka z wyraźnymi wpływami Def Leppard, Foreigner, Europe czy H.E.A.T, ten może śmiało sięgnąć po najnowszy album.


Materiał jest jednak trochę zbyt obszerny, a przez to nieco rozwleczony. Mimo to to wciąż dobrze skrojony hard rockowy krążek. Płytę otwiera zadziorny „Out with a Bang” — typowe, energiczne granie w stylu Treat. Piękne wejście klawiszy rozpoczyna dynamiczny „Rodeo”, w którym zespół pokazuje pazur, opierając utwór na bardziej agresywnym riffie przywodzącym na myśl dokonania Pretty Maids. „1985” czy „Endeavour” są już bardziej popowe i chwilami przypominają brzmienie Def Leppard. O wiele ciekawszy jest mocniejszy „Hand on Heart”, w którym zespół wypada zdecydowanie najlepiej.


Moim faworytem szybko został „Mad Honey”, utwór momentami nawiązujący do dokonań Deep Purple czy Def Leppard — rasowy przebój, wpadający w ucho od pierwszego przesłuchania. Dalej pojawia się lekki i melodyjny „Adam & Evil”, jednak pozostała część albumu zlewa się już nieco w jedną, mniej charakterystyczną całość. Na otarcie łez zostaje mocniejszy „One Minute to Breathe”.


Treat nie nagrał może najlepszej hard rockowej płyty 2025 roku, ale ponownie dostarczył solidny, rzemieślniczy materiał. Tym razem zabrakło jednak nieco świeżych pomysłów na cały album. Obok świetnych kompozycji pojawiają się utwory przeciętne i zbyt komercyjne. Płyta jest warta przesłuchania, choć nie wzbudza większych emocji.


Ocena: 6/10

niedziela, 7 grudnia 2025

NIGHTFALL EMPIRE - Till the end (2025)

A oto kolejny młody zespół próbujący swoich sił na rynku muzycznym. Międzynarodowy Nightfall Empire, powstały w 2022 roku, 28 listopada wydał swój debiutancki album zatytułowany „Till the End”. Formacja stara się łączyć heavy metal z power metalem, czerpiąc pełnymi garściami z twórczości takich zespołów jak Primal Fear, Mystic Prophecy czy Brainstorm. Szkoda jedynie, że młodemu składowi wciąż brakuje doświadczenia, którym mogą pochwalić się ich starsi koledzy po fachu.

Płyta jest krótka, treściwa i skupiona — znajdziemy na niej siedem utworów o łącznym czasie 38 minut. Na starcie wita nas klimatyczne intro „The Night Before the Battle”, pełne podniosłego nastroju i budowania epickiego napięcia. Po nim wchodzi mocny i zadziorny „King of Death”, w którym doskonale słychać, że zespół faktycznie potrafi grać. Utwór może się podobać, bo stylistycznie mocno nawiązuje do Primal Fear. Wokalista Aron ma charyzmę i solidny warsztat, a jego współpraca z Seleną wypada bardzo przekonująco. Podział partii wokalnych między męski i żeński głos okazuje się strzałem w dziesiątkę — dzięki temu album jest bardziej zróżnicowany i przebojowy, co świetnie pokazuje tytułowy „Till the End”.

Na albumie znajdziemy dwa bardziej rozbudowane utwory. Pierwszy z nich, „Bleeding for Nothing”, imponuje rozmachem i patosem, natomiast trwający ponad osiem minut „In the Deep” zachwyca mroczniejszą atmosferą i świetnie prowadzoną formą. Zespół najlepiej wypada jednak w bardziej agresywnym, szybkim graniu — takim jak w energetycznym „Infernal Violence”.

Piękna okładka, mocne brzmienie i wyraźnie nakreślony kierunek stylistyczny robią jak najbardziej pozytywne wrażenie. Niestety zabrakło w pełni dopracowanych kompozycji. To dobra, momentami nawet bardzo dobra płyta, ale wciąż brakuje jej większej dawki przebojowości i prawdziwych „killerów”. Gitarowy duet Karim/Lucas daje z siebie wszystko i stara się zaskoczyć słuchacza ciekawymi pomysłami, choć nie zawsze wszystko wypada tak, jak by się chciało. Warto po album sięgnąć, jednak nie należy oczekiwać płyty, która rzuci słuchacza na kolana.

Ocena: 7/10

sobota, 6 grudnia 2025

TURBO'S TRIBUNAL - Mills of tribunal (2026)

Kiedy ma się talent, umiejętności i konkretny pomysł na muzykę, można wziąć sprawy w swoje ręce i powołać do życia jednoosobowy projekt artystyczny. Właśnie tak postąpił duński muzyk Andreas Thunbo, który od trzydziestu lat działa w podziemiu, tworząc mało rozpoznawalne, lecz intrygujące nagrania. Zainicjował projekt Turbo's Tribunal, a 23 stycznia 2026 roku ukaże się jego debiutancki album "Mills of Tribunal".


Jak na jednoosobową inicjatywę, trzeba przyznać, że całość została zrealizowana z pomysłem i polotem. Thunbo składa wyraźny hołd klasycznemu heavy metalowi, a w jego muzyce pobrzmiewają echa twórczości Heavy Load, Judas Priest czy Iron Maiden. Można tu również wychwycić elementy charakterystyczne dla Running Wild oraz Warlord. Thunbo dysponuje ciekawą, klimatyczną barwą głosu, a inspiracje brzmieniem lat 80. są nie do przeoczenia. Największe wrażenie robi jednak jego gra na gitarze – pełna mocnych, tradycyjnych riffów, uzupełnionych o melodyjne solówki i wyczuwalną dbałość o urozmaicenie kompozycji. Materiał zawarty na płycie z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom klasycznego metalu.


Okładka albumu jest jednak dość nijaka i niewiele mówi o muzycznej zawartości krążka. Dopiero sama muzyka w pełni odsłania wartość Turbo's Tribunal. "Summon the Tribunal", instrumentalny utwór otwierający album, to wyraźny ukłon w stronę Iron Maiden i klimatu NWOBHM. Pomysłowy riff i wysokie tempo napędzają rozpędzony "Draw the Line", brzmiący jak mieszanka Heavy Load i Iron Maiden. Retro klimat lat 80. i prosty, łatwo wpadający w ucho riff stają się fundamentem "The Sky Comes Alive" – dobrego utworu, choć nie powalającego na kolana.


Bardzo przyjemnie buja skoczny "Deliberation", który również czerpie pełnymi garściami ze złotego okresu NWOBHM. Moim numerem jeden na tej płycie jest przebojowy i energiczny "Boogieman", utrzymany w duchu "Running Free" Iron Maiden – naprawdę mocna rzecz. Thunbo udowadnia też, że potrafi grać szybciej i agresywniej, czego przykładem jest "Men of the World" z pomysłowym riffem i nastrojowym refrenem. Mnóstwo klasycznego heavy metalu i wyraźne wpływy Judas Priest oraz Iron Maiden odnajdziemy w dynamicznym "Mills of Tribunal". Całość zamyka solidny, spójny stylistycznie "Sealing Fates".


Turbo's Tribunal to projekt muzyczny stworzony przez duńskiego multiinstrumentalistę, który zasługuje na uznanie. Jest tu klimat, pomysłowe riffy, dobrze przemyślane partie gitarowe oraz nastrojowy wokal Thunbo. Brakuje może odrobiny błysku geniuszu i większej liczby absolutnych „killerów”, ale mimo drobnych niedociągnięć jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi.


Ocena: 7,5/10



---