niedziela, 25 stycznia 2026

CORONATUS - Dreadful Waters (2026)


 

W muzyce metalowej piękne jest to, że można znać ogromną liczbę zespołów, a mimo to wciąż mieć spore zaległości i nieustannie odkrywać kolejne bogactwa. Jednego życia nie starczyłoby, by poznać wszystkie formacje godne uwagi, które wciąż pozostają poza naszym radarem. Niemiecki Coronatus jest tego doskonałym przykładem – mimo że działają od 1999 roku i mają na koncie aż 11 albumów studyjnych, do niedawna byli mi zupełnie nieznani. Ich twórczość pokazuje jednak, jak umiejętnie można połączyć świat symfonicznego metalu z folk metalem, okraszając całość elementami gotyckimi i klasycznymi.

23 stycznia ukazał się jedenasty album studyjny formacji Coronatus i jest to prawdziwa uczta dla fanów symfonicznego oraz folk metalu. Warto wspomnieć, że zespół na przestrzeni lat przechodził liczne zmiany personalne. W 2022 roku do składu dołączył gitarzysta Harald Zeidlers, natomiast w 2024 roku szeregi zespołu zasiliła wokalistka Sabine Unger. Jej głos jest uroczy i idealnie współgra z muzyką zespołu – nadaje całości podniosłości, klimatu i odpowiedniej drapieżności.

Wokal Sabine to jednak nie jedyny atut Coronatus. Zeidlers wnosi do brzmienia dużą dawkę melodyjności, doskonale współgrając zarówno z warstwą instrumentalną, jak i operową otoczką kompozycji. Na płycie nie ma przesytu ani przerostu formy nad treścią. Zespół zadbał o pomysłowe motywy, urozmaicenie i sporą przebojowość. Dzieje się tu naprawdę wiele dobrego, a najmocniejszą stroną albumu pozostaje tajemniczy klimat oraz umiejętna fuzja folk metalu z symfonicznym rozmachem. Materiał potrafi być zadziorny, ale bywa też lekki, chwytliwy i nastrojowy. Jestem pod wrażeniem, jak sprawnie Coronatus tworzy ciekawe i zapadające w pamięć motywy. Czasami robi się spokojniej i mniej metalowo, ale radość z odsłuchu pozostaje niezmiennie wysoka.

Nie wiedziałem, czego się spodziewać, jednak już otwierający „The Maelstrom” momentalnie uświadamia słuchaczowi pomysłowość i świeżość zespołu. Jest podniosłość, piękne melodie i fascynująca mieszanka folk metalu z symfonicznym rozmachem – prawdziwy pokaz mocy i kreatywności. Lżejszy, bardziej folkowy „Through the Brightest Blue” odsłania inne oblicze grupy, nadal pozostając przebojowym i pełnym pomysłów. Echa Nightwish można wychwycić w przepięknym i chwytliwym „To the Reef”, gdzie folkowy motyw i urozmaicone przejścia skutecznie przyciągają uwagę. Coronatus nie gra na jedno kopyto, co jest ogromnym atutem.

Zespół potrafi również przyspieszyć i sięgnąć po mocniejszy riff, co udowadnia „The Ship’s Cook”. Spokojny, balladowy „Southern Cross” chwyta za serce i zachwyca aranżacją, klimatem oraz emocjonalnym wydźwiękiem. Następnie otrzymujemy bardziej podniosły i symfoniczny „The Siren”, który jest jednocześnie bardziej gitarowy i metalowy. Coronatus bez problemu odnajduje się na każdej muzycznej płaszczyźnie. Przebojowy, nośny motyw napędza „A Seaman’s Yarn” – utwór, który doskonale pokazuje talent zespołu do tworzenia świeżych i angażujących kompozycji. Na finał otrzymujemy nastrojowy, pełen smaczków „Die Hexe und der Teufel”.

Coronatus okazał się dla mnie prawdziwą podróżą w nieznane. Nie znałem stylu zespołu ani jakości ich twórczości i obawiałem się, że dominować będą elementy gotyckie lub zbyt komercyjne, prowadząc do nijakiej, mało interesującej papki. Tymczasem całość brzmi świeżo, pomysłowo, a każdy utwór sprawia autentyczną frajdę. Heavy metal jest tu raczej dodatkiem, który dopełnia całą konstrukcję. Zdecydowanie warto sięgnąć po ten album, zwłaszcza jeśli ktoś kocha symfoniczny metal i folk metal.

Ocena: 8,5/10

piątek, 23 stycznia 2026

DEATH DEALER - Reign od steel (2026)


 

Za każdym razem, gdy pojawia się nowy album Death Dealer, ogarnia mnie ekscytacja i euforia. To dla mnie prawdziwe święto, bo ta supergrupa znakomicie odnajduje się w estetyce heavy/power metalu. Każdy fan takich zespołów jak Cage, The Three Tremors, Ross the Boss czy Empire of Eden poczuje się tu jak w domu. „Conquered Lands” z 2020 roku to prawdziwa petarda i – obok debiutu – najlepszy album w dorobku zespołu. Po sześciu latach oczekiwania kapela, w niezmienionym składzie, oddaje w nasze ręce czwarty album studyjny zatytułowany „Reign of Steel”, którego premiera odbyła się dziś, 23 stycznia 2026 roku, nakładem wytwórni Massacre Records. Teoretycznie wszystko się zgadza: ten sam skład, ta sama stylistyka, podobne motywy i charakterystyczne rozwiązania. A jednak… tym razem brakuje tej dawnej siły rażenia, znanej z poprzednich wydawnictw.

Na płycie trafiają się momenty, w których mam wrażenie, że Sean Peck nie jest w optymalnej formie – jakby momentami się męczył i nie dysponował już tą samą mocą oraz pazurem co dawniej. Oczywiście wciąż śpiewa w swoim rozpoznawalnym stylu i nie brakuje charakterystycznych wysokich rejestrów, jednak na tle wcześniejszych albumów słychać pewien spadek dyspozycji. Również Ross the Boss i Stu Marshall zdają się być w nieco słabszej kondycji. Grają solidnie, nie brakuje mocnych riffów ani udanych solówek, ale gdzieś ulotnił się ten pierwiastek geniuszu i naturalnej przebojowości.

Albumu słucha się dobrze, jednak nie wywołuje on takich emocji jak debiut czy „Conquered Lands”. Do ideału sporo brakuje, a przecież w składzie mamy prawdziwe gwiazdy heavy i power metalu. Problem tkwi przede wszystkim w braku świeżości oraz nowych pomysłów na kompozycje i aranżacje. Całość momentami brzmi jak słabsza, mniej wyrazista kopia wcześniejszych płyt.

Być może czepiam się wokalu Seana Pecka, ale w agresywnym „Bloodbath”, ocierającym się wręcz o thrash metal, niedociągnięcia są niestety wyraźnie słyszalne. Doceniam energię i próbę zaskoczenia – sam pomysł był interesujący – jednak wykonanie nie jest w pełni przekonujące. To bez wątpienia najostrzejszy utwór w dorobku zespołu. Spokojniejszy „Raging Wild and Free” również wypada dość bezbarwnie. Owszem, pozwala złapać oddech, ale nie chwyta za serce ani nie buduje odpowiedniego napięcia.

Stonowany i nieco toporny „Compelled” także nie powala na kolana – to po prostu solidny heavy metal z zadziornym riffem. Sześciominutowy „Sleeping Prophet” sprawia wrażenie ospałego i pozbawionego iskry; brakuje mu wyrazistego motywu przewodniego i prawdziwej mocy.

Na szczęście na płycie nie brakuje również jaśniejszych punktów, godnych marki Death Dealer. Z pewnością należy do nich pomysłowy i przebojowy „Assemble” – dokładnie za takie utwory cenię ten zespół. Ciekawy motyw gitarowy napędza dynamiczny „Devil’s Triangle” i wreszcie zaczyna się dziać coś naprawdę interesującego. Do najlepszych albumów Death Dealer wciąż daleko, ale słychać, że zespół stara się jak może.

Klasyczny heavy metal dostajemy w dobrze zagranym „Riding on the Wings”, gdzie przebojowy refren robi solidną robotę. Pamiętam też, jak pozytywnie zaskoczył mnie singiel „Blast the Highway”, promujący ten album – rasowy killer i kwintesencja stylu Death Dealer. Szkoda tylko, że takich numerów jest tu zdecydowanie za mało. Warto jeszcze wspomnieć o rozpędzonym „Dragon of Algorath”, który momentami przywodzi na myśl Cage. To udany utwór, imponujący energią i chwytliwością.

Podsumowując: nie brakuje tu dobrych kompozycji, jednak jako całość album nie powala na kolana. Nie zostaje w pamięci na długo i nie dorównuje sile rażenia poprzednich wydawnictw. Same mocne riffy i szybkość to za mało – zabrakło hitów, wyrazistych motywów oraz wciągających melodii. Panowie grają tak, jakby zostali częściowo obdarci ze swojego talentu i twórczego geniuszu. Powstała po prostu dobra płyta balansująca między heavy a power metalem, ale od zespołu tej klasy należy oczekiwać znacznie więcej.

Ocena: 7/10


SISkA - Broken dreams (2026)


 Debiutancki album włoskiego zespołu Siska ukazał się w 2018 roku i od tamtej pory niewiele się zmieniło. Zespół wciąż porusza się w stylistyce będącej mieszanką hard rocka i heavy metalu, otwarcie przyznając się do inspiracji twórczością Skid Row czy KISS. Najnowszy krążek, zatytułowany „Broken Dreams”, miał swoją premierę 16 stycznia. Już sam fakt udziału Tima „Rippera” Owensa na wokalu – postaci, której nikomu nie trzeba przedstawiać – przyciąga uwagę. Efektowna okładka i nazwisko Owensa skutecznie zachęcają do sięgnięcia po płytę, jednak w tym przypadku są one wyjątkowo mylące.

Tim Ripper przez lata imponował formą wokalną, drapieżnością i potężnym głosem. Tutaj jednak śpiewa jakby bez mocy, bez przekonania i wiary w prezentowany materiał. Co gorsza, same kompozycje są nijakie i pozbawione wyrazu, a wokal Owensa w żaden sposób ich nie ratuje – wręcz przeciwnie, dodatkowo obniża ogólną jakość albumu. Brakuje ognia, pasji i pomysłowości. Zespół nie zadbał o chwytliwe refreny ani wyraziste melodie, a szkoda, bo potencjał był.

Również forma gitarzystów pozostawia sporo do życzenia. Duet Sisco / Fragala gra poprawnie, lecz bez iskry i wyraźnego pomysłu. Całość sprawia wrażenie odegranej bez zaangażowania. Owszem, mamy tu mieszankę hard rocka i heavy metalu, ale niewiele z niej wynika – to granie bez charakteru i wyraźnej tożsamości.

Na szczęście trafiają się momenty lepsze. „Time Machine” to jeden z nielicznych utworów, w których słychać pasję i odpowiednią dynamikę. Ten numer prezentuje solidne połączenie hard rocka i heavy metalu, które rzeczywiście sprawdza się w odsłuchu. Prosty, utrzymany nieco w klimacie Judas Priest, „Gangster” to kolejny poprawny kawałek – solidny, lecz kompletnie pozbawiony elementu wyróżniającego.

Spokojniejszy „In the Shadows”, próbujący zahaczyć o klimaty Whitesnake, wypada słabo. Owens wyraźnie nie odnajduje się w takiej stylistyce, a jego wokal brzmi tu nienaturalnie. Bardziej radiowy i komercyjny utwór tytułowy „Broken Dreams” również nie robi większego wrażenia – całość brzmi nijako, a linia wokalna gryzie się z warstwą instrumentalną. Singlowy „Lonely Tomb” niewiele wnosi do albumu, będąc jedynie przeciętnym heavy metalowym numerem z hardrockową nutą.

Kolejny przebłysk jakości to energiczny i bardziej zadziorny „Thunderbird”. Szkoda tylko, że reszta materiału nie utrzymuje takiego poziomu. Album zamyka „Mother Nature” – utwór poprawny, lecz całkowicie pozbawiony polotu i elementu zaskoczenia. To kolejny przykład nijakiego heavy metalu z domieszką hard rocka, który szybko ulatuje z pamięci.

Uwielbiam wokal Tima Owensa i jego dotychczasową twórczość, ale w tym przypadku mamy do czynienia z wyraźną wpadką. Śpiewa jakby na siłę, nie mogąc odnaleźć się w hardrockowej stylistyce zespołu. Z drugiej strony, same kompozycje również zawodzą – są słabo dopracowane, pozbawione pasji, świeżości i wyrazistych pomysłów. To album, który mógł być znacznie ciekawszy, a pozostawia spory niedosyt.

Ocena: 4,5/10

czwartek, 22 stycznia 2026

DEATHRAISER - Forged in hatred (2026)


 

Kolejna propozycja dla tych słuchaczy, którym nowy album Kreator nie do końca przypadł do gustu. Deathraiser to brazylijski zespół działający od 2009 roku, mający na swoim koncie dwa wydawnictwa. Na najnowszy album zatytułowany „Forged in Hatred” fani musieli czekać aż 15 lat. Ten długi okres zaowocował jednak materiałem znacznie bardziej dopracowanym i przemyślanym niż wcześniejsze dokonania grupy.

Zespół konsekwentnie stawia na klasyczny thrash metal rodem z lat 80. i 90. — wyraźnie słychać tu wpływy takich formacji jak Kreator, Warbringer czy Suicidal Angels. W tym przypadku cierpliwość się opłaciła, bo nowy album prezentuje bardzo solidny poziom i udowadnia, że Deathraiser nie zapomniał, jak grać bezkompromisowy thrash.

Skład zespołu pozostał niezmieniony, podobnie jak obrana stylistyka. Skoro coś działa, nie ma sensu tego na siłę zmieniać. „Forged in Hatred” kipi energią i oferuje potężne riffy oraz klasyczne gitarowe motywy. Ogromną siłą zespołu jest duet gitarowy tworzony przez Thiago i Ramona. Muzycy sięgają po sprawdzone, oldschoolowe rozwiązania charakterystyczne dla starej szkoły thrash metalu. Nie próbują odkrywać gatunku na nowo — bazują na oklepanych schematach, ale robią to na tyle skutecznie, że słuchanie sprawia autentyczną frajdę. Jest agresja, drapieżność i odpowiednia dynamika. Taki thrash metal zawsze będzie w cenie.

Thiago pełni również rolę wokalisty, a jego sposób śpiewania wyraźnie przywodzi na myśl Millego Petrozzę z pierwszych płyt Kreator. To kolejny atut Deathraiser, który dodatkowo wzmacnia oldschoolowy klimat albumu.

Materiał jest krótki, treściwy i mało wymagający — 35 minut czystego, bezkompromisowego thrash metalu w najlepszym wydaniu. Na otwarcie dostajemy „Severe Atrocity” — agresywny, klasyczny numer z bardzo dobrą pracą gitar, który od razu pokazuje, że zespół doskonale wie, jak grać thrash metal. Następnie pojawia się rozpędzony „Primitive Medicine”, słusznie wybrany na singiel promujący album. To thrash metal w najczystszej postaci — Deathraiser nie bierze tu jeńców.

Ciekawie wypada nieco bardziej toporny i mroczny „Everything Dies”, w którym da się wyczuć wyraźniejsze wpływy heavy metalu. To znakomite urozmaicenie materiału, które potrafi na długo zapaść w pamięć. Z kolei w agresywnym „Corporation Parasite” można bez trudu wyłapać inspiracje Kreatorem i Exodusem. To esencja wszystkiego, co najlepsze w thrash metalu — prawdziwa petarda. W podobnym klimacie utrzymane są „Empire of Ignorance” oraz „Toxic Legacy”.

Nie brakuje również bardziej melodyjnych akcentów, co potwierdza instrumentalny „Symphony of Violence”. Końcówka płyty nie zaskakuje stylistycznie, ale trzyma wysoki poziom. Drapieżny „One Step to the Grave” ponownie odsyła nas do niemieckiej sceny thrashmetalowej, natomiast rytmiczny i bardzo bujający „Dead Generation” stanowi idealne podsumowanie całości.

Warto zwrócić szczególną uwagę na solówki i to, co wyprawiają gitarzyści — to naprawdę kawał bardzo dobrej roboty. Panowie zdecydowanie odrobili lekcję.

Po 15 latach przerwy brazylijski Deathraiser wraca z albumem, który zabiera słuchacza w sentymentalną podróż do lat 80. i 90., gdy na szczycie byli Sodom czy Kreator. Zespół garściami czerpie z dorobku starszych kolegów po fachu, oddając im jednocześnie należny hołd. Dobra zabawa gwarantowana — każdy fan thrash metalu powinien po ten album sięgnąć.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 19 stycznia 2026

VALIANT SENTINEL - Neverealm (2026)

 


W obozie greckiego Valiant Sentinel sporo się dzieje. Projekt muzyczny zainicjowany przez gitarzystę Dimitrisa Skodrasa właśnie przeobraził się w pełnoprawny zespół. Dimitris odpowiada za partie gitarowe oraz klawiszowe i bez wątpienia jest mózgiem całego przedsięwzięcia. Do współpracy zaprosił basistę Panosa Manikasa oraz wokalistę Giannisa Georganosa, znanego z formacji Subfire. Za partie perkusyjne odpowiada Frederik Ehmke z Blind Guardian, występujący w roli muzyka sesyjnego. W takim składzie nagrany został drugi album studyjny zespołu, zatytułowany „Neverealm”, który ukazał się 16 stycznia nakładem Theogonia Records.

Pod względem stylistycznym otrzymujemy udany i spójny miks heavy oraz power metalu. Słychać tu wyraźne inspiracje takimi zespołami jak Sinbreed, Blind Guardian czy Brainstorm. Valiant Sentinel stawia na budowanie klimatu, zadziorne riffy oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć refreny. Całość została zagrana z wyczuciem i pomysłem – wyraźnie słychać, że zespół znacznie większą wagę przyłożył tym razem do procesu kompozytorskiego. Choć materiał nie unika pewnej wtórności, słucha się go nadzwyczaj przyjemnie.

Bezsprzecznie jednym z najmocniejszych punktów Valiant Sentinel jest wokal Giannisa, który potrafi skutecznie budować napięcie, dodając kompozycjom mocy, ekspresji i drapieżności. Widoczny jest także progres w partiach gitarowych – są one ciekawsze, bardziej rozbudowane i dopracowane niż na debiucie. Album jest bardzo przystępny, przebojowy i dostarcza mnóstwo czystej frajdy ze słuchania.

Na zawartość płyty składa się dziewięć utworów o łącznym czasie trwania 44 minut. Już na otwarcie atakuje nas rozpędzony i agresywny „War in Heaven” – mocny riff, dynamiczne tempo oraz pomysłowy refren sprawiają, że utwór robi znakomite pierwsze wrażenie. Klasyczne rozwiązania wybrzmiewają w melodyjnym „Neverealm” – z jednej strony hołd dla tradycji, z drugiej nowoczesne podejście i świeżość. Nie brakuje tu potencjalnych hitów, a utwór tytułowy jest tego najlepszym dowodem. To wyraźny ukłon w stronę niemieckiego power metalu – prawdziwa petarda.

Wpływy Blind Guardian oraz Manilla Road pojawiają się w klimatycznym i bardziej stonowanym „Mirkwood Forest”, który znakomicie urozmaica tracklistę. Imponująco prezentuje się również rozbudowany i pełen smaczków „The Undermark” – epicki klimat wręcz powala na kolana i pokazuje, jak duży potencjał drzemie w zespole. Echa Blind Guardian odnajdziemy także w spokojnym, nastrojowym „To Mend the Ring”, który potrafi poruszyć i chwycić za serce. W podobnym duchu utrzymany jest również „Come What’s May”.

Mocne, rycerskie uderzenie zespół serwuje w „Elden Lord”, gdzie ponownie pobrzmiewają inspiracje Blind Guardian i Sinbreed – to power metal w najczystszej postaci. Valiant Sentinel błyszczy także w pomysłowym „Arch Nemesis”, w którym gościnnie pojawia się Zak Stevens, dodając kompozycji dodatkowej siły i charakteru. Całość zamyka monumentalny „The Battle of Hornburg”, dziewięciominutowy kolos, w którym zespół daje pełen upust swojej kreatywności i talentowi. Utwór mija zaskakująco szybko, a popisy gitarowe oraz efektowne przejścia sekcji rytmicznej budzą szczery podziw. Klasa sama w sobie.

Oczywiście do ideału wciąż nieco brakuje, jednak mimo to zespół robi bardzo pozytywne wrażenie. Potrafią grać z wyobraźnią, dbałością o detale i wyczuwalnym zaangażowaniem. Słychać tu autentyczną miłość do power metalu. Valiant Sentinel posiada własny styl i umiejętność tworzenia materiału, który wciąga i sprawia ogromną przyjemność. Jeśli w przyszłości dopracują jeszcze kompozycje, zadbają o większą przebojowość i element zaskoczenia, z pewnością będzie o nich głośno.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 18 stycznia 2026

TRIUMPHER - Piercing the heart of the World (2026)


 

Manowar w ostatnich latach traci czas na nagrywanie nowych wersji swoich klasyków – nie wiadomo po co i dla kogo – zamiast tworzyć nowy materiał godny pochwał i stawiania metalowych ołtarzy. Na szczęście nie brakuje zespołów, które chcą godnie przejąć pałeczkę po Manowar i pisać nowe rozdziały epickiego heavy metalu dla prawdziwych wojowników. Jednym z takich zespołów, mających wyraźny pomysł na współczesny, świeży i pełen rozmachu epic metal, jest bez wątpienia grecki Triumpher.

Zespół działa od 2019 roku i ma już na koncie dwa znakomite albumy, którymi udowodnił, że należy do pierwszej ligi i potrafi nagrywać nowe klasyki epickiego heavy metalu. Teraz, po dwóch latach przerwy, nadchodzi czas na trzeci album studyjny zatytułowany “Piercing the Heart of the World”, który ukaże się 6 marca nakładem No Remorse Records. To płyta będąca prawdziwym przejawem geniuszu i absolutnym majstersztykiem – wręcz wzorcowa definicja epickiego heavy metalu.

Triumpher czerpie garściami z twórczości Manowar, choć bez trudu można wychwycić również wpływy Manilla Road czy Virgin Steele. Podniosłe motywy, przepiękne aranżacje, tajemnicza atmosfera i pełne emocji solówki przesądzają o wyjątkowym pięknie tej muzyki. Wokal Marsa Triumpha jest przeszywający, monumentalny i wywołujący dreszcze. Co za talent i umiejętności! Potrafi zarówno budować epicki nastrój, jak i nadać całości rasowego, heavy metalowego pazura. To wokalista absolutnie pierwszoligowy – tutaj nie ma miejsca na dyskusję.

Sekcja rytmiczna dba o dynamikę i potężne uderzenie, natomiast prawdziwe cuda wyczynia duet gitarowy. Marios i Christopher prowadzą między sobą przepiękny dialog, stawiając na emocje, pomysłowość i epicki klimat. Odnoszę wrażenie, że gitary dosłownie do nas mówią i mają własny język – to drzwi do innego świata. Czysta magia. Zespół zadbał również o potężne, pełne czarów brzmienie oraz klimatyczną okładkę, która cieszy oko i doskonale współgra z muzyką.

Zapnijcie pasy i wyruszamy w podróż z Triumpher. Album wypełnia osiem utworów, dających łącznie 44 minuty epickiej uczty. Na pierwszy ogień idzie marszowy i monumentalny „Black Blood”, który od razu zdradza fascynację Manowar. Jednocześnie bije z niego świeżość i pomysłowość. Imponuje to, jak zespół bawi się konwencją i jaką wagę przykłada do detali – tutaj wszystko lśni.

Nie brakuje również szybkich killerów, a „Destroyer” jest tego doskonałym przykładem. Potężny riff i bardziej energiczne tempo robią tu kapitalną robotę. Triumpher rzuca na kolana i pokazuje, jak grać epicki heavy metal najwyższych lotów. Wielkie brawa należą się za podniosłe chórki, które budują znakomitą atmosferę. Świetnie buja rozbudowany i patetyczny „The Mountain Throne” – kolejny przejaw geniuszu. Zwolnienia tempa i nacisk na emocje to czysta magia, a zmiany tempa i przyspieszenia są tu poprowadzone mistrzowsko.

Spokojny, sześciominutowy „Ithaca” to absolutny majstersztyk. Jest klimatycznie, refleksyjnie i niezwykle epicko. Wokal wysuwa się na pierwszy plan i tak naprawdę niewiele więcej potrzeba – szczęka opada, jak doskonale to brzmi. Nawet dwuminutowy, balladowy „Vaults of Immortals” kradnie serce i pokazuje, jak bardzo zespół stawia na emocje i oddziaływanie na zmysły.

Klasyczny duch Manowar wybrzmiewa w potężnym, bojowym „The Flaming Sword”. Triumpher znakomicie przejmuje pałeczkę po zespole, który dziś jest już cieniem samego siebie. To klasa sama w sobie. Rozpędzony killer „Erinyes” brzmi jak mieszanka szybkich hitów Manowar i Running Wild, z delikatnymi echami black metalu w tle. Prawdziwa petarda – na kolana wszyscy fani heavy metalu!

Na sam koniec wisienka na torcie – niemal dziesięciominutowy „Naus Apidalia”. Epicki heavy metal z krwi i kości oraz dowód na to, że w tym gatunku wciąż można powiedzieć bardzo wiele. To znakomity hołd dla twórczości Manowar, a jednocześnie wyraźny manifest własnej tożsamości. Taki finał mógł zaserwować tylko grecki Triumpher, który konsekwentnie pisze własną historię epickiego heavy metalu. Chórki, aranżacje, atmosfera – to wszystko jest czymś znacznie więcej niż tylko muzyką.

Jak oni to robią? Triumpher po raz trzeci nagrywa płytę genialną i bezbłędną. To coś więcej niż muzyka czy hołd dla Manowar – to nowa definicja epickiego heavy metalu. Nowy album Triumpher to czysty przejaw geniuszu i dzieło, które zostaje w pamięci na długo. Sieje zniszczenie i już teraz można budować ołtarzyk ku czci Triumpher. Wielki triumfalny powrót w glorii chwały.

W marcu zespół zagra w Polsce na Helicon Metal Festival i to będzie prawdziwe święto dla fanów zespołu jak i heavy metalu. 

Ocena: 10/10

sobota, 17 stycznia 2026

MEGADETH - Megadeth (2026)

 


Ten dzień w końcu musiał nadejść. Dzień, w którym Megadeth wyrusza w swoją ostateczną podróż i zamyka pewien rozdział w historii metalu. Nic nie trwa wiecznie, a Megadeth – jako jeden z filarów Wielkiej Czwórki thrash metalu – zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach gatunku, wydając mnóstwo znakomitych albumów. Owszem, ostatnie lata to już nie ten sam poziom co w latach 80. czy 90., ale nawet nowsze płyty trzymały solidny poziom i potrafiły dostarczyć sporo satysfakcji.

W 2023 roku do zespołu dołączył gitarzysta Teemu Mäntysaari (Wintersun), wnosząc do składu nową energię i świeże spojrzenie. Po czterech latach oczekiwania wreszcie nadszedł czas na ostatni album Megadeth, zatytułowany po prostu „Megadeth”, którego premiera zaplanowana jest na 23 stycznia.

Nie ma tu rewolucji ani stylistycznych zwrotów akcji – dostajemy dokładnie to, czego można się spodziewać po Megadeth. To rasowy, charakterystyczny album zespołu, zawierający wszystkie elementy składające się na jego unikalny styl. Rozpoznawalny, kąśliwy wokal Dave’a Mustaine’a jest obecny i – co ważne – znajduje się w bardzo dobrej formie. Nadaje kompozycjom drapieżności i odpowiedniego ciężaru. Sporo świeżości wnosi Mäntysaari, który znakomicie dogaduje się z Mustainem. Panowie swobodnie operują konwencją, stawiając na proste, zadziorne riffy oraz melodyjne, dobrze wyważone solówki. Całość oscyluje na pograniczu heavy i thrash metalu, jest rozegrana ze smakiem i nie brakuje utworów zapadających w pamięć. Jeśli to rzeczywiście finał kariery Megadeth, to zespół żegna się w godnym stylu.

Okładka płyty nie zachwyca – wizualnie wypada raczej przeciętnie – ale niesie ze sobą symbolikę pożegnania, co najwyraźniej było głównym zamysłem. Brzmienie jest mocne i soczyste, choć można odczuć pewien niedosyt surowości i pazura. Na szczęście sam materiał rekompensuje te braki – jest dobrze wyważony i atrakcyjny. Single zaprezentowane podczas promocji albumu przypadły mi do gustu i potwierdziły jedno: to wciąż Megadeth, jaki znamy i kochamy.

Album otwiera agresywny, dynamiczny „Tipping Point” – świetny start i jeden z najmocniejszych punktów płyty. Przywołuje ducha dawnych lat i pokazuje, że zespół wciąż potrafi uderzyć z impetem. Podobne emocje budzi lekko punkowy, pomysłowy „I Don’t Care”, w którym Dave Mustaine popisuje się znakomitą formą wokalną. Bardziej stonowany i wyraźnie heavy metalowy „Hey God” to solidny, chwytliwy numer, choć bez ambicji bycia killerem.

Efektowne solówki Mäntysaariego napędzają melodyjny i rozpędzony „Let There Be Shred” – to klasyczny megadethowy killer i dokładnie taki Megadeth, jaki uwielbiam. „Puppet Parade” to kolejny heavy metalowy kawałek oparty na prostej formule i mocnym riffie, z przyjemnie bujającym, lekko komercyjnym refrenem. Dalej pojawia się spokojniejszy „Another Bad Day”, przemycający hardrockowe patenty – nieskomplikowany, ale chwytliwy i przystępny.

Thrashowa agresja wraca w ostrzejszym „Made to Kill” i szkoda, że takich numerów nie ma na płycie więcej. Niestety, „Obey the Call” wypada dość nijako i niewiele wnosi do całości. Solidny heavy metal reprezentuje „I Am War”, choć i tutaj brakuje dopracowania i elementu, który naprawdę zwaliłby z nóg – słucha się tego dobrze, ale bez większych emocji. Zdecydowanie więcej dzieje się w bardziej zadziornym i przebojowym „The Last Note”.

Na koniec dostajemy bonus w postaci kultowego „Ride the Lightning” – historia zatacza koło. Wersja Megadeth jest interesująca, choć traktuję ją raczej jako ciekawostkę niż pełnoprawny punkt programu.

Trudno uwierzyć, że to naprawdę ostatni album Megadeth. To żywa legenda metalu, która przez dekady rozpalała wyobraźnię fanów i dostarczała niezapomnianych płyt. Zespół zawsze miał własny styl i unikalne podejście do thrash metalu. Będzie mi brakować wokalu Dave’a Mustaine’a i tych charakterystycznych gitarowych zagrywek. Na szczęście zostaje bogata dyskografia, a pożegnalny album jest naprawdę bardzo dobry. Nie przynosi wstydu, a wręcz potwierdza, że Megadeth to klasa sama w sobie."Megadeth" to swoista kontynuacja tego co band prezentował na ostatnich plytach. To godne i mocne podsumowanie historii wielkiego zespołu.

Ocena: 8/10

VENGER - Times of legend (2026)

 


Jeśli komuś wciąż mało muzyki spod znaku Saxon czy klimatów NWOBHM, śmiało może sięgnąć po debiutancki album zespołu Venger. Formacja powstała w 2024 roku z inicjatywy gitarzysty Saxon – Douga Scarratta, który do współpracy zaprosił perkusistę Svena Rothe, gitarzystę Jamesa Fogarty’ego oraz wokalistę Franza Bauera, znanego z Roadwolf. Doświadczeni muzycy serwują w efekcie solidną porcję heavy metalu w klasycznym, brytyjskim wydaniu. Album „Times of a Legend” ukazał się 9 stycznia.

Sztuczna, komputerowa okładka raczej odstrasza niż zachęca do odsłuchu, natomiast samo brzmienie płyty jest mocne, selektywne i wyraziste. Znacznie lepiej wypada sam materiał muzyczny. Na pierwszy plan wysuwa się praca gitarzystów, którzy stawiają na klasyczne patenty i nośne, wyraziste riffy – to wyraźny ukłon w stronę złotej ery brytyjskiego heavy metalu. Słychać tu echa Saxon, Satan, a momentami także Black Sabbath z okresu wokalnego Tony’ego Martina. Panowie nie próbują odkrywać Ameryki na nowo, ale oferują bardzo przyzwoitą podróż do lat 80. Klimat oraz pomysłowe riffy wykonują tu kawał solidnej roboty.

Album otwiera „From World’s Unknown” – rasowy heavy metal oparty na klasycznym riffie, będący udanym miksem patentów Judas Priest i Saxon. Dalej dostajemy zadziorny „Pharaoh’s Curse”, w którym wyraźnie słychać potencjał i kreatywność muzyków. Utwór brzmi klasycznie, ale z polotem i świeżą energią. W podobnych klimatach utrzymany jest „Navigate the Labyrinth”, mocno osadzony w brytyjskiej stylistyce.

Nie zabrakło również miejsca na bardziej rockowe granie – „Crystal Gazer” oferuje lżejszą formę, a jego klimat stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zespół pokazuje pazur w agresywnym „The Legend” – to prawdziwa perełka albumu: mocny riff, szybsze tempo i gotowy killer. Kolejnym mocnym punktem jest „Seance”, który stawia na stonowane tempo, łagodniejszą atmosferę i rockowy charakter. W podobnej tonacji utrzymany jest nastrojowy „Impaler of Souls”, a całość zamyka „Tower of Babel”, ponownie podkreślający talent i doświadczenie zespołu.

Dla fanów Saxon i klasycznego heavy metalu to bez wątpienia nie lada gratka, zwłaszcza że materiał jest solidny i nie brakuje w nim ciekawych aranżacji. Nieco zabrakło jednak wyrazistych hitów czy bezkompromisowych killerów, które siałyby totalne zniszczenie. Mimo to potencjał jest wyraźnie wyczuwalny – pozostaje czekać, co przyniesie przyszłość.

Ocena: 8/10

czwartek, 15 stycznia 2026

BATERING RAM - Time masters (2026)


 

Nazwa zespołu Battering Ram początkowo niewiele mi mówiła, jednak jedno spojrzenie na okładkę autorstwa Andreasa Marschalla wystarczyło, bym wiedział, że warto sięgnąć po debiutancki album hiszpańskiej formacji. Zespół działa od 2008 roku i w końcu nadszedł moment na pełnoprawny debiut zatytułowany „Time Masters”, który ukazał się 10 stycznia. To materiał balansujący na styku heavy metalu i thrash metalu.

Już od pierwszych chwil uwagę przykuwa świetna okładka oraz mocne, wyraziste brzmienie. Sam zespół udowadnia, że doskonale opanował swoje instrumenty i potrafi umiejętnie łączyć klasyczne elementy heavy metalu z ostrzejszym, thrashowym pazurem. W ich muzyce bez trudu można wychwycić inspiracje takimi zespołami jak Anthrax, Megadeth czy Paradox. Battering Ram przemyca również sporo elementów progresywnych, stawiając na bardziej złożone struktury i rozbudowane partie gitarowe.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje gitarzysta Guillermo Marques, który dwoi się i troi, by materiał był pełen niespodzianek i przyjemny w odbiorze. Bardzo dobrze wypada także wokalista David Ordas – jego głos oscyluje wokół stylistyki heavy/power metalowej, a ciekawa barwa nadaje całości dojrzałości i klimatu. Wszystko to sprawia, że debiut Battering Ram zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Każdy utwór wpisuje się w spójną narrację, tworząc album koncepcyjny, w którym dominują motywy czasu i przeznaczenia. Całość otwiera tajemnicze intro, po którym następuje pomysłowy i bardziej progresywny „Unexpected Events” – utwór pełen interesujących aranżacji i nieoczywistych rozwiązań. Więcej agresywnego thrash metalu dostajemy w „The Persecuted”, który aż kipi energią i przebojowością. Bardziej stonowane tempo i solidna dawka heavy metalu to z kolei atuty zadziornego „Seconda Son”. Elementy power metalu wyraźnie wybrzmiewają w dynamicznym „Immortality Fed by Death”, który dodatkowo wzbogacono progresywnymi patentami.

Najlepiej zespół wypada w bardziej agresywnych fragmentach, gdzie nacisk kładziony jest na szybkość i melodyjność – doskonale oddaje to tytułowy „Time Masters”. Nieco słabiej prezentuje się „Armageddon Wars”, który sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią i nie do końca przekonuje. Album zamyka rozbudowany, progresywny „The Quest”, oferujący udany miks heavy/power metalu z thrash metalem – to solidne i satysfakcjonujące zwieńczenie całości.

Battering Ram zalicza udany start. To zespół z umiejętnościami i wyraźnym pomysłem na siebie, choć kilka elementów wymaga jeszcze dopracowania. Brakuje nieco większej przebojowości oraz bardziej wyrównanego poziomu kompozycji. Przydałyby się także gitarowe motywy, które od razu zapadałyby w pamięć i robiły efekt „wow”. To solidny materiał z potencjałem, choć pozostawia po sobie lekki niedosyt.

Ocena: 6,5/10

środa, 14 stycznia 2026

WALLS OF BABYLON - Aeons part (2026)


 

Kto by pomyślał, że włoski Walls of Babylon działa już od 14 lat? Po czteroletniej przerwie zespół powraca z czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „Aeons Apart”. Płyta ukazała się 9 stycznia i bez wątpienia można ją rozpatrywać w kategorii albumu koncepcyjnego – cała tematyka krąży wokół izolacji oraz upływu czasu. W porównaniu do „Fallen” nowy materiał jest wyraźnie bardziej dojrzały i różnorodny.

Muzycznie mamy do czynienia z power metalem wzbogaconym o elementy progresywne, rockowe oraz symfoniczne. W brzmieniu zespołu można doszukać się inspiracji takimi formacjami jak Kamelot czy Symphony X, nie brakuje również wpływów Evergrey, Secret Sphere oraz Labyrinth. Walls of Babylon nadal utrzymują wysoki poziom, a ich najnowsze wydawnictwo bez wątpienia zasługuje na uwagę.

O ile soczysta produkcja i nuta nowoczesności robią bardzo dobre wrażenie, o tyle kiczowata okładka potrafi skutecznie odstraszyć. Na szczęście muzyka broni się sama. Warto pochwalić muzyków za pasję oraz wyraźny pomysł na własną tożsamość artystyczną. Wokalista Valerio Gaoni umiejętnie buduje klimat i nadaje całości power metalowego charakteru – jego głos idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu i odgrywa kluczową rolę w jego brzmieniu.

Mocnym punktem albumu jest także współpraca gitarzystów Pellegrini/Pietrini. Panowie stawiają na chwytliwe melodie, różnorodność i sporą dawkę pozytywnej energii. Słychać tu pasję, kreatywność i zaangażowanie. Choć do ideału jeszcze trochę brakuje, muzycy potrafią solidnie „dać czadu”.

Album składa się z dziewięciu utworów, a już otwierający „Silent Guilt” imponuje dynamiką i przebojowym charakterem. Szybkie tempo oraz podniosły refren robią świetną robotę – całość słucha się niezwykle przyjemnie i słychać tu spory potencjał. Jeszcze większego kopa serwuje energiczny „Eternal Hurt”, który doskonale oddaje esencję power metalu: mocny riff, galopujące tempo i duża dawka chwytliwości składają się na niemal gotowy hit.

Na płycie znalazło się również miejsce na lżejsze, bardziej melodyjne momenty. „Tales of Luminescence” przywodzi na myśl klimat Helloween czy Edguy – radosny feeling i łatwo wpadająca w ucho melodia są tu ogromnym atutem. Pozytywna energia emanuje także z melodyjnego „Ashen Hero”, dobrze rozplanowanego utworu, który pokazuje kompozytorski talent zespołu.

Nutę hard rocka odnajdziemy w lekkim „Starblight”, natomiast radiowy potencjał ujawnia się w przyjemnym w odbiorze „Once Again”. Elementy progresywne wyraźnie zaznaczają się w rozbudowanym „Lies to Gold” – to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Bardziej zadziorny i mroczniejszy klimat oferuje „Blood for Blood”, który wnosi do całości odrobinę ciężaru. Całość zamyka rozpędzony i przebojowy „Epilogue” – bardzo udane podsumowanie albumu i umiejętności zespołu.

Nowy materiał Walls of Babylon to solidna dawka progresywnego power metalu z domieszką symfonicznych aranżacji. To muzyka lekka, przystępna i przyjemna w odbiorze. Brakuje co prawda elementu zaskoczenia oraz jeszcze większej dawki wyrazistych hitów, jednak całość prezentuje się naprawdę solidnie. Warto sięgnąć po ten album i wyrobić sobie własne zdanie.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 12 stycznia 2026

DEATHGEIST - Underwolrd (2026)


 

Po czterech latach oczekiwania brazylijski Deathgeist powraca z nowym materiałem. „Underworld” to swoista kontynuacja kierunku, jaki zespół prezentował do tej pory. Otrzymujemy przede wszystkim dynamiczny i agresywny thrash metal, jednak dużym atutem albumu jest obecność melodyjności oraz wyraźnych patentów zaczerpniętych z heavy i speed metalu. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że to właśnie ta heavy/speedmetalowa motoryka wysuwa się na pierwszy plan. Płyta ukazała się 9 stycznia i bez wątpienia zasługuje na uwagę. Oczywiście nie jest to światowa liga, ale zespół nadrabia pasją i solidnym rzemiosłem.

Deathgeist działa od 2017 roku i ma już na koncie cztery albumy studyjne. Najnowszy krążek wyraźnie pokazuje, że muzycy wiedzą, jak grać i jak dostarczyć porcję solidnego metalowego grania. Fundamentem całości są partie gitarowe duetu Adriano i Victor, którzy stawiają na klasyczne rozwiązania i wyraźnie czerpią z klimatu lat 80. Brakuje nieco elementu zaskoczenia oraz większej przebojowości, jednak album broni się mocnymi riffami i wysokim tempem. Adriano Perfetto odpowiada również za partie wokalne — to rasowy frontman, stawiający na drapieżność, agresję i oldschoolowy klimat. Technicznie nie zawsze jest idealnie, ale jego wokal dobrze wpisuje się w stylistykę Deathgeist i stanowi jeden z motorów napędowych zespołu.

Przyjemna dla oka okładka oraz soczyste, dobrze wyważone brzmienie współgrają z zawartością albumu. Całość otwiera sześciominutowy „Underworld” — ponury, mroczny utwór, który jasno sygnalizuje obecność wpływów heavy i speed metalu. To kompozycja dość prosta i stylistycznie przewidywalna, ale jednocześnie przyjemna w odbiorze. Więcej heavy metalowego klimatu odnajdziemy w nastrojowym „Mind Games”, choć brakuje tu emocjonalnego zrywu i wyrazistego punktu kulminacyjnego.

Bardzo dobrze wypada rozpędzony „Destination: Dust”, w którym można wyraźnie usłyszeć inspiracje takimi zespołami jak Destruction czy Kreator. Na płycie znalazł się również toporny i stonowany „U.F.O. Inc.” — solidny, choć pozbawiony większych ambicji. Z kolei „Last Memories” wypada zbyt spokojnie i nijako, niewiele wnosząc do całości. Jednym z ciekawszych momentów albumu jest dynamiczny „When Darkness Falls”, pokazujący, że Deathgeist potrafi stworzyć utwór naprawdę godny uwagi. Całość zamyka „Skinwalkers” — kolejny przykład melodyjnego grania w wykonaniu zespołu. To dobra propozycja, choć do ideału wciąż sporo brakuje.

Deathgeist to solidny zespół grający z pasją i pozytywną energią. Wciąż brakuje im elementu zaskoczenia oraz większej dawki przebojowości, jednak nowy album potwierdza, że drzemie w nich potencjał na coś więcej. To materiał, którego słucha się bez bólu, a momentami nawet z przyjemnością. Warto sprawdzić, choć nie należy oczekiwać rewelacji.

Ocena: 5,5/10

sobota, 10 stycznia 2026

DESTROY THEM - Threehold of apocalypse (2026)


 Mało kto wie, że w teledysku „Become Immortal” Kreatora z 2022 roku pojawił się inny niemiecki zespół grający thrash metal – Destroy Them. Sam Kreator okrzyknął ich młodszą wersją siebie. Kapela istnieje od 2016 roku, jednak dopiero teraz, 9 stycznia, udało jej się wydać pierwszy pełnometrażowy album studyjny. Trzeba przyznać, że „Threshold of Apocalypse” to faktycznie hołd złożony twórczości Kreatora czy Destruction. Słychać wyraźnie, że zespół inspiruje się przede wszystkim takimi płytami jak „Hordes of Chaos” czy „Phantom Antichrist”. Co więcej – ten album wypada znacznie lepiej niż najnowsze wydawnictwo samego Kreatora.

Jest tu energia, drapieżność, ale również spora dawka melodyjności i przebojowości. Zespół ma wyraźny pomysł na siebie i doskonale wie, jak grać thrash metal z polotem. Destroy Them czerpie z dokonań Kreatora, ale stara się zachować własną tożsamość, zamiast być jedynie marną kopią. Muzycy świetnie bawią się konwencją, a materiał potrafi porwać i dostarczyć mnóstwo frajdy fanom thrash metalu.
Warto wspomnieć, że skład tworzą doświadczeni muzycy. Na wokalu udziela się Hendrik Tuschmann, znany m.in. z Ravage. Jego głos jest drapieżny, charyzmatyczny i znakomicie napędza muzykę Destroy Them. Wraz z Chrisem Tsitsem tworzy znakomity duet gitarowy. Chrisa można kojarzyć z Suicidal Angels i jakość tamtej kapeli wyraźnie daje o sobie znać. Partie gitarowe i riffy to bez wątpienia jedna z największych zalet tej płyty. Wszystko zostało zagrane z pasją i brzmi świeżo. Dzięki temu debiut Destroy Them nie sprawia wrażenia pierwszego albumu, lecz dzieła dojrzałych muzyków, dla których thrash metal to sens życia.

Na pochwałę zasługuje również dopracowane, wysokiej klasy brzmienie oraz klimatyczna okładka. Na płycie znalazło się 10 utworów i każdy z nich dostarcza sporo satysfakcji. Już otwierający „Hatespeech” pokazuje, na co stać zespół. Echa Kreatora oczywiście słychać w „Masterheads Collide”, ale Destroy Them podchodzi do tego z pomysłem. To rasowy killer, który szybko wpada w ucho, a zespół po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać chwytliwe numery.
Emocje nie opadają – atakuje nas kolejny thrashmetalowy killer w postaci „They Will Be”. Biją z tego utworu świeżość i pomysłowość. Thrash metal w takim wydaniu kocham najbardziej. Nieco zwalniamy w heavy metalowym „Nothingness” – pojawia się mroczny klimat i bardziej toporny charakter, pokazujący inne oblicze zespołu. Mocny riff, szybsze tempo i pomysłowy motyw przewodni napędzają „Ode to Death”, który jest kolejnym mocnym punktem albumu.
Piękne w tej płycie jest to, że cały czas coś się dzieje i nie ma miejsca na nudę. Nutkę heavy metalowej stylistyki odnajdziemy także w „Silence of Oregon”, co stanowi kolejne urozmaicenie i pokazuje, jak duży potencjał drzemie w Destroy Them. Na uwagę zasługuje również dynamiczny i przebojowy „Brutal Attack”. Nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy charakter ma utwór tytułowy „Threshold of Apocalypse”. Zespół konsekwentnie dba o różnorodność i świeżość materiału. Album zamyka najdłuższy numer na płycie – „Where Is My War”.

Debiutancki album niemieckiej formacji idealnie trafia w mój gust. To płyta pełna agresji, chwytliwych melodii i potężnych riffów. Destroy Them udowadnia, że w thrash metalu wciąż można nagrać świetny, świeży album. Panowie doskonale znają się na rzeczy i wiedzą, jak zadowolić słuchaczy. Płyta znacznie ciekawsze niż nowe dzieło Kreator.
Płyta – petarda.

Ocena: 9/10

piątek, 9 stycznia 2026

X SINNER - Going out with a bang (2026)


 

To dopiero niespodzianka. Amerykański X Sinner wraca do świata żywych! Siedemnaście lat oczekiwania na nowy materiał to naprawdę kawał czasu. X Sinner działa na scenie od 1988 roku i niejednokrotnie udowadniał, że potrafi grać hard rock godny uwagi, z wyraźnymi wpływami AC/DC, Dokken czy Krokus. Najnowszy album zatytułowany „Going Out with a Bang”, który ukazał się 1 stycznia 2026 roku, jest tego najlepszym potwierdzeniem. Jeśli ktoś kocha stary, dobry hard rock lat 80. i 90., przesiąknięty duchem klasycznego AC/DC, będzie w siódmym niebie.

X Sinner to przede wszystkim zadziorny, chropowaty głos Rexa Scotta. Bez trudu słychać, że inspiruje się Brianem Johnsonem — i trzeba przyznać, że wychodzi mu to znakomicie. Jest charyzma, jest pazur, a dzięki temu cała płyta nabiera autentycznego hardrockowego feelingu. Scott pełni również rolę gitarzysty i wspólnie z Gregiem Bishopem tworzy zgrane, pełne energii partie gitarowe, w których słychać pasję oraz miłość do klasycznego hard rocka. To prawdziwa laurka dla lat 80. i twórczości AC/DC.

Na albumie znalazło się 10 utworów, a otwierający całość „Light You Up” od razu serwuje nam hołd dla AC/DC. Niby nic nowego, a jednak cieszy i skutecznie wprowadza w klimat płyty. Miłośnicy szybkiego, bezkompromisowego hard rocka w stylu „Fire Your Guns” AC/DC powinni koniecznie sięgnąć po rozpędzony „Going for Broke” — to prawdziwa hardrockowa petarda, w której zespół błyszczy pełnym blaskiem.

Nieco wpływów Def Leppard można wychwycić w przebojowym „Fire and Thunder”, gdzie prosty, chwytliwy motyw sprawdza się doskonale. Kolejnym agresywnym numerem jest „World on Fire” — tutaj szczególne brawa należą się gitarzystom za znakomitą, pełną werwy pracę. To hard rock najwyższych lotów. Zespół bardzo dobrze odnajduje się w mocniejszym, riffowym graniu, co potwierdza „Hell or High Water”. Finał albumu należy do prostego, ale niezwykle chwytliwego „Time to Rise”, który brzmi jak udany miks ery Bona Scotta z przebojowością Def Leppard. Całość jest dobrze wyważona i konsekwentnie utrzymana w jednej stylistyce.

Zespół kazał swoim fanom długo czekać, ale było warto. Otrzymujemy klasyczne dźwięki i sprawdzone patenty znane z płyt Def Leppard czy AC/DC. Na albumie nie brakuje potencjalnych hitów i zapadających w pamięć melodii, a całość sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, spójnego wydawnictwa. To płyta obowiązkowa dla każdego fana hard rocka.

Ocena: 8/10

czwartek, 8 stycznia 2026

LEATHERHEAD - Violent horror stories (2026)

 



Nadszedł czas, aby zweryfikować, czy grecki zespół Leatherhead był jedynie jednorazowym objawieniem, czy też rzeczywiście jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy na greckiej scenie metalowej. Grupa powraca z nowym materiałem zaledwie po dwóch latach i udowadnia, że ma sporo do powiedzenia w kategorii heavy/speed metalu inspirowanego latami 80. Muzycy bez kompleksów sięgają po dziedzictwo takich formacji jak Exciter, Enforcer, Agent Steel czy Scanner. Album „Violent Horror Stories” ukaże się 13 lutego 2026 roku nakładem No Remorse Records. Choć całość nie dorównuje perfekcją debiutowi, nadal mamy do czynienia z graniem na bardzo wysokim poziomie. Tego wydawnictwa po prostu nie można przegapić.

Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą. Jim Komninos, znany wcześniej z formacji Thorn Burial, w której występował również wokalista Tolis Mekras, doskonale wpisuje się w stylistykę zespołu. Jego współpraca z Thanosem Metaliosem układa się wzorcowo. Duet stawia na zadziorne, kreatywne partie gitarowe oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć solówki. Leatherhead doskonale wie, jak dogodzić słuchaczowi i pobudzić jego zmysły. Z jednej strony mamy tu granie dobrze znane i wielokrotnie eksploatowane, z drugiej – podane z pomysłem, pasją i dbałością o detale. Słychać autentyczne zaangażowanie i miłość do gatunku. Wokal Tolisa ponownie robi ogromne wrażenie i potrafi wywołać dreszcze. Dostajemy także soczyste, selektywne brzmienie oraz znakomitą okładkę z charakterystyczną maskotką zespołu. Brawo!

Album składa się z ośmiu utworów i oferuje 37 minut muzyki, która naprawdę potrafi zachwycić. Już rozpędzony „V.H.S.” oddaje esencję heavy/speed metalu rodem z lat 80. Główny motyw dosłownie rozwala system i pokazuje klasę zespołu – nic dziwnego, że to właśnie ten numer wybrano na singiel. Następnie otrzymujemy dynamiczny „Summoning the Dead”, który imponuje efektownymi solówkami i znakomitą dynamiką. Sekcja rytmiczna błyszczy w „The Visitors”, gdzie można wychwycić echa Iron Maiden czy Kinga Diamonda. To utwór, który doskonale eksponuje możliwości wokalne Tolisa – jego głos sieje tu prawdziwe spustoszenie. Siedmiominutowy „Children of the Beast” to bardziej rozbudowana kompozycja, oparta na mrocznym klimacie i umiejętnym budowaniu napięcia. Klasyczne patenty i wyraźne nawiązania do lat 80. są jednym z największych atutów Leatherhead. Zespół świetnie odnajduje się również w szybkim, bezkompromisowym speed metalowym graniu, co znakomicie potwierdza „Incubus”. Mnóstwo klasycznych elementów znajdziemy także w prostym, chwytliwym „Crimson Eyes”, który czerpie pełnymi garściami z NWOBHM. Podobnie prezentuje się pomysłowy i energetyczny „Dreamcatcher”.

Leatherhead nagrał kolejny znakomity album w swoim charakterystycznym heavy/speed metalowym stylu. Jest klimat lat 80., potężne brzmienie, przemyślane riffy i wciągające refreny. Zespół udowadnia, że ma talent, wizję i jasno określony kierunek artystyczny. Album aż kipi energią i kryje w sobie wiele potencjalnych hitów. Grecki band pokazuje, że nie jest sezonową sensacją, lecz formacją z prawdziwym potencjałem.

Ocena: 9/10

środa, 7 stycznia 2026

KREATOR -Krushers of the World (2026)


 

Niemiecki Kreator przechodził w swojej karierze przez różne etapy stylistyczne, jednak ostatnia faza – melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i power metalu – trwa już blisko dwie dekady. To właśnie w tym okresie zespół nagrał tak znakomite płyty jak Phantom Antichrist czy Gods of Violence. Dzięki temu Kreator zaczął tworzyć więcej przebojowych utworów, trafił do szerszego grona odbiorców i ponownie stał się jedną z największych sił na metalowej scenie.

Najnowszy album, zatytułowany Krushers of the World, jest w zasadzie kontynuacją tej przystępnej, melodyjnej odsłony thrash metalu, wzbogaconej o elementy heavy i power metalu. Całość brzmi jednak jeszcze bardziej komercyjnie niż wcześniej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych – wyraźna wada.

Od 2019 roku skład zespołu pozostaje stabilny, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Muzycy są w znakomitej formie i trudno odmówić im profesjonalizmu czy energii. Problem tkwi jednak w samej jakości materiału. Któraś z rzędu płyta utrzymana w tym samym, melodyjnym stylu może zwyczajnie męczyć i przestaje robić tak duże wrażenie. Zespół serwuje nam bardzo podobne patenty, tyle że w nieco słabszym wydaniu. Ile razy można bazować na zbliżonym motywie gitarowym?

Ten problem niestety dotyka nowego albumu. Sama formuła i stylistyka wciąż są atrakcyjne – melodyjne oblicze Kreator nadal bardzo mi się podoba – jednak na Krushers of the World brakuje świeżości i elementu zaskoczenia. Często można odnieść wrażenie, że dane pomysły pojawiły się już na poprzedniej płycie, tylko w lepszej, bardziej przekonującej odsłonie.

Na plus zdecydowanie należy zaliczyć Mille Petrozzę, który wciąż imponuje zadziornym, charakterystycznym wokalem napędzającym machinę zwaną Kreator. Duet gitarowy Petrozza/Sammy Duet (Sami Yli-Sirniö) nadal potrafi porwać zarówno efektownymi solówkami, jak i solidnymi riffami. Nie wszystko jednak wypada idealnie – momentami zespół sprawia wrażenie, jakby kręcił się we własnym kręgu, zjadając własny ogon.

Teoretycznie wszystko się zgadza: przepiękna okładka, soczyste i selektywne brzmienie oraz sprawdzony styl powinny zaowocować kolejną perełką w dyskografii. Niestety, tym razem tak się nie dzieje. Thrashmetalowe wydawnictwa z 2025 roku pokazują, że Kreator z nowym albumem plasuje się raczej w drugiej lidze niż w ścisłej czołówce.

Najlepsze wrażenie robią znane już single. Rozpędzony i agresywny „Seven Serpents” brzmi jak nieco słabsza kopia „Phantom Antichrist” – bardzo podobny riff i refren sprawiają, że uczucie déjà vu jest nieuniknione. Bardziej nowoczesny i mroczny charakter ma „Satanic Anarchy”. To przemyślany, dojrzały utwór, który potrafi zaskoczyć, choć jego refren wydaje się odrobinę zbyt słodki.

Melodyjny i klimatyczny „Tränenpalast”, z gościnnym udziałem Britt Görtz, wyraźnie nawiązuje do stylistyki Arch Enemy i ociera się o melodyjny death metal. Na duży plus zasługuje riff, w którym pobrzmiewają patenty znane z twórczości Running Wild. To bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów albumu.

Tytułowy „Krushers of the World” jest natomiast dość toporny, mocno heavy metalowy i – niestety – nijaki oraz ospały. Thrashmetalowe łojenie dostajemy w „Barbarian”, czyli typowym numerze Kreator. Słucha się go dobrze, ale próżno szukać tu czegokolwiek nowego.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest rozpędzony „Blood of Our Blood” – zagrany z pasją i pomysłem, z chwytliwym refrenem, który szybko zapada w pamięć. To prawdziwa petarda, przebijająca wiele innych kompozycji z albumu. „Combatants” opiera się na solidnym riffie i lekko heavy metalowym charakterze. Dobra praca gitar i spora dawka melodyjności to jego główne atuty, choć i tutaj Kreator bywał już w przeszłości bardziej przekonujący.

Szybki i agresywny „Psychotic Imperator” korzysta ze sprawdzonych patentów i momentami przywodzi na myśl „Hordes of Chaos”. Bardzo dobrze wypada za to drapieżny, pełen agresji „Death Scream” – Kreator w formie, jaką najbardziej cenię: z pomysłem, pazurem i nośnym motywem przewodnim. Finał płyty stanowi lżejszy, bardziej heavy metalowy „Loyal to the Grave” – utwór przebojowy, łatwy w odbiorze, wręcz radiowy i wyraźnie nastawiony na szeroką publiczność.

Kocham Kreator i jego melodyjne wcielenie, jednak coraz wyraźniej czuję, że ta formuła zaczyna się wyczerpywać. Zespół powinien mocniej popracować nad samymi kompozycjami. Otrzymujemy w dużej mierze kopie pomysłów z poprzednich płyt, przy czym ich jakość nie dorównuje pierwowzorom. To album dobry do okazjonalnego odsłuchu, z kilkoma naprawdę udanymi numerami, ale całościowo liczyłem na coś więcej – na materiał odważniejszy i bardziej inspirujący.

Nie czuję, by Krushers of the World był kandydatem do płyty roku. Tym bardziej szkoda, że cztery lata oczekiwania nie przełożyły się na wydawnictwo z prawdziwie wielkim „wow”.

Ocena: 7,5/10


wtorek, 6 stycznia 2026

ZEPTER - Zepter (2026)


 Nazwa Zepter nie jest jeszcze rozpoznawalna w heavy metalowym świecie. Nie powinno to jednak dziwić, ponieważ zespół ma na koncie jedynie mini-album i porusza się stylistycznie na pograniczu klasycznego heavy metalu oraz NWOBHM. Tego typu grania na rynku nie brakuje, dlatego aby się wyróżnić, potrzeba nie tylko solidnych umiejętności, ale również wyrazistego pomysłu na siebie. Pochodząca z Austrii formacja działa od 2024 roku, a jej debiutancki album zatytułowany „Zepter” ukaże się 20 lutego 2026 roku nakładem wytwórni High Roller Records.

Jest to płyta silnie osadzona w nostalgii za latami 80., czerpiąca inspiracje z nurtu NWOBHM oraz klasycznych wydawnictw Iron Maiden, Saxon, Angel Witch czy Satan. Muzycy bez wątpienia potrafią grać, co słychać niemal od pierwszych dźwięków. Zabrakło jednak nieco mocy, drapieżności, a przede wszystkim wyrazistych pomysłów na utwory, które mogłyby stać się zapamiętywalnymi hitami. Debiut austriackiej formacji słucha się przyjemnie, lecz trudno mówić o płycie, która rzuca na kolana. To raczej przemyślana i solidna porcja klasycznego heavy metalu.

Centralną postacią zespołu jest wokalista i gitarzysta Lukas Gotzenberger. Niestety, jego wokal wypada dość nijako i – w moim odczuciu – zbyt spokojnie. Momentami partie instrumentalne przyćmiewają jego głos, co sprawia, że to właśnie wokal wydaje się najsłabszym ogniwem zespołu. W warstwie gitarowej Lukasa wspiera Stefan Bolda i ta współpraca układa się całkiem dobrze. Całości jednak brakuje elementu zaskoczenia oraz charakterystycznych patentów, które porwałyby słuchacza. Kompozycje utrzymane są w podobnej tonacji, a niedobór wyrazistych refrenów sprawia, że niewiele motywów zostaje w pamięci. Okładka oraz surowe brzmienie wyraźnie nawiązują do estetyki lat 80. i jest to zdecydowanie najmocniejszy atut tej płyty.

Elementy speed metalu pojawiają się już w otwierającym album „Slasher on the Highway” – to udany numer, który doskonale oddaje klimat złotej ery heavy metalu. Zadziorny riff i szybkie tempo robią bardzo dobrą robotę. Równie dobrze wypada rytmiczny i chwytliwy „Everlasting”, czerpiący pełnymi garściami z wczesnego Iron Maiden czy Heavy Load. Przewodni motyw jest pomysłowy i pokazuje bardziej przebojowe oblicze zespołu.

Więcej speedmetalowej energii dostajemy w rozpędzonym „The Slayer”, który instrumentalnie prezentuje się solidnie, choć wokal nieco psuje ogólny odbiór. W „Hit the Streets” pojawia się z kolei hardrockowy feeling, jednak również tutaj brakuje emocji i świeżości – to granie poprawne, lecz bez iskry. Echa Accept można usłyszeć w topornym, cięższym „Dark Angels”. Album zamyka szybszy „The Lords” – riff jest przyjemny dla ucha, ale całościowo znów zabrakło dopracowania i bardziej pomysłowych aranżacji.

„Zepter” to album skierowany głównie do maniaków heavy metalu lat 80. oraz miłośników NWOBHM. Niestety, poza solidnym rzemiosłem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To płyta, która sprawdzi się raczej przy jednorazowym odsłuchu, ponieważ niewiele elementów zachęca do regularnych powrotów. Przed zespołem wciąż długa droga, zanim stanie się bardziej rozpoznawalną kapelą na scenie.

Ocena: 5,5/10

wtorek, 30 grudnia 2025

STARGATE -The moment od a lifetime (2025)

 



Kto by pomyślał, że pierwotny wokalista greckiego Stargate powróci do składu zespołu? Dimitris Tiktopoulos wraca i już od pierwszych dźwięków słychać, że czas działał na jego korzyść. To dziś znacznie bardziej dojrzały wokalista, potrafiący umiejętnie budować napięcie i klimat. Z łatwością nadaje kompozycjom przebojowości oraz melodyjnego charakteru, nie tracąc przy tym metalowej mocy.

Zespół nie próżnował — już po roku wraca z nowym materiałem. Album „The Moment of a Lifetime”, siódmy studyjny krążek Stargate, ukazał się 12 grudnia nakładem Steel Gallery Records. Co istotne, szybkie tempo wydawnicze nie odbiło się negatywnie na jakości — zespół wciąż trzyma bardzo wysoki poziom.

Na szczególne uznanie zasługuje forma i talent Dimitrisa, który idealnie wpisuje się w stylistykę Stargate. Potrafi nadać muzyce charakteru, podniosłości i emocjonalnej głębi. Całość oscyluje wokół heavy i power metalu, ale nie brakuje tu również elementów progresywnych. Momentami wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Labÿrinth, Vision Divine czy Axenstar.

Ogromny wkład w brzmienie płyty ma gitarzysta Anthinos, który dwoi się i troi, by nadać kompozycjom różnorodności. Najlepiej wypadają jego wyprawy w rejony neoklasyczne, przywodzące na myśl dokonania Iron Mask. Doskonałym przykładem jest pełen energii i pomysłowości „Dance in the Crimson Sky”. Podobne elementy odnajdziemy w nastrojowym i melodyjnym „Invisible”.

Otwarcie płyty prezentuje się znakomicie — to prawdziwy popis talentu gitarzysty i wokalisty. Każdy element jest tu starannie przemyślany, a wciągający, klimatyczny refren sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą perełką. Więcej progresywnego power metalu znajdziemy w „Starlit Road” oraz klimatycznym „Avalon”.

Świetnie wypada również drapieżny, a jednocześnie melodyjny utwór tytułowy „A Moment of a Lifetime”, będący ukłonem w stronę prostszego i bardziej przystępnego grania. Bardzo przyjemnie buja „Final Victory”, w którym przemycono elementy hard rocka — to już nieco łagodniejsza, bardziej komercyjna odsłona zespołu. Z kolei stonowany i epicki „Vertical” potrafi zauroczyć swoją formułą oraz aranżacjami; ponownie błyszczy tu Dimitris.

Album zamyka niestety najsłabszy punkt programu — nijaki i nieco przekombinowany „Pain”.

Podsumowując: Stargate nagrało kolejny bardzo solidny album. Zespół wciąż serwuje wysokiej próby heavy/power metal z progresywnymi akcentami, potrafi tworzyć chwytliwe melodie i zapadające w pamięć utwory. Co najważniejsze — ma jasno określoną tożsamość i pomysł na siebie. „The Moment of a Lifetime” to płyta zdecydowanie godna uwagi.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Podsumowanie roku 2025

 
                                             PODSUMOWANIE ROKU 2025


Powoli dobiega końca rok 2025. Jak zwykle był to czas pełen muzycznych emocji oraz niezwykle interesujących wydawnictw dla miłośników ciężkiego brzmienia. W praktycznie każdym gatunku można było znaleźć coś wartego uwagi i zapamiętania. Nie zabrakło pięknych, melodyjnych albumów w kręgu power metalu, a fani klasycznego heavy metalu czy speed metalu również mieli w czym wybierać.
Rok 2025 okazał się także wyjątkowo udany dla thrash metalu — pojawiło się mnóstwo świetnych płyt, które z powodzeniem nawiązują do złotych lat gatunku, a jednocześnie wnoszą świeżą energię. Były imponujące powroty legend, jak chociażby Coroner, ale nie zabrakło również solidnych i często zaskakujących wydawnictw zespołów takich jak Battle Beast, Thema, Numenor czy Memories of Old.
Czas minął niepostrzeżenie, jednak był to kolejny znakomity rok, w którym upchnięcie wszystkich ukochanych albumów w zaledwie 40 pozycjach okazało się nie lada wyzwaniem. Szczególnie mocno zaznaczyły się wydawnictwa z Grecji, Niemiec, Szwecji oraz Stanów Zjednoczonych — różnorodność sceny metalowej tylko potwierdziła swoją siłę.

Jest w czym wybierać i czym się zachwycać. Wielkimi krokami zbliża się rok 2026, a wraz z nim kolejne oczekiwane premiery. Z niecierpliwością wypatruję nowych albumów Kinga Diamonda, Running Wild, solowego wydawnictwa Kaia Hansena, a także nowych płyt Kreatora, Masterplanu i wielu innych zespołów.
Na ten moment przedstawiam jednak moją osobistą najlepszą czterdziestkę — zestawienie, które w pełni oddaje mój gust oraz to, co naprawdę gra mi w duszy. Każda z tych płyt zasługuje na uwagę, szacunek i szczere uznanie.


1. RAGE - A new world Rising 



Rage działa nie od dziś i jest zespołem o imponującym dorobku oraz wieloletnim stażu. Ostatnie lata dobitnie pokazują, w jak znakomitej formie znajduje się kapela. Mam wręcz wrażenie, że w ostatnim okresie nagrywa ona jedne z najlepszych płyt w całej swojej bogatej historii. „A New World Rising” to dla mnie absolutny szczyt ich osiągnięć — album, który w pełni oddaje piękno i potęgę power metalu. Tak właśnie powinien brzmieć power metal naszych czasów. Prawdziwa petarda.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/08/rage-new-world-rising-2025.html


2. DYNAZTY - Game of Faces


Jak oni to robią? Za każdym razem wydają prawdziwy majstersztyk. To niewyczerpana kopalnia hitów i jeden z najlepszych zespołów poruszających się w stylistyce melodyjnego heavy/power metalu. Potrafią oczarować słuchacza zarówno ogromnym talentem, jak i nieprzeciętną pomysłowością. Kocham ich i ich muzykę, a na każdy kolejny album czekam z ogromną niecierpliwością. Każde wydawnictwo to czyste złoto. Tym razem jest dokładnie tak samo — choć w ich przypadku trudno uznać to za jakąkolwiek niespodziankę.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/02/dynazty-game-of-faces-2025.html



3. DESTRUCTION - Birth of Malice 

Kolejny przykład swoistego „syndromu Rage”. Destruction działa nieprzerwanie od lat 80. i od dekad stanowi prawdziwą potęgę niemieckiej sceny thrashmetalowej. Zespół ma na koncie wiele znakomitych albumów, jednak ostatnie lata to wyraźny rozkwit formy i jakby przeżywanie drugiej młodości. Najnowsze wydawnictwo, zatytułowane „Birth of Malice”, to jeden z najlepszych albumów w ich dorobku — a być może nawet najlepszy. To wzorcowy przykład tego, jak powinien brzmieć teutoński thrash metal: pełen agresji, energii i jednocześnie świetnych, zapadających w pamięć melodii. Brawo, Schmier!

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/03/destruction-birth-of-malice-2025.html





4. JOE STUMPS TOWER OF BABEL - Days of Thunder 

Debiutancki album Tower of Babel jest znakomitym wydawnictwem i dobitnie pokazał, że formuła Rainbow wcale nie przeszła do historii — wciąż można tworzyć genialną muzykę utrzymaną w tym klimacie. Tym razem dochodzi do zmiany na stanowisku wokalisty, jednak nowy frontman, świetny Jo Amore z francuskiego Nightmare, udowadnia swoją klasę od pierwszych dźwięków. Całość brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. lub 90. To znakomity hołd złożony Ritchiemu Blackmore’owi oraz legendzie Rainbow.
https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/07/joe-stumps-tower-of-babel-days-of.html


5. ANGELO PERLEPES MYSTERY - Spelled by fire

Zespół pochodzi z Grecji, a jego muzyka wyraźnie nawiązuje do stylistyki Rainbow oraz twórczości Yngwiego Malmsteena. Słychać tu mnóstwo neoklasycznego power metalu, gitarowego rozmachu i błysku geniuszu Angelo, który dosłownie wymiata na gitarze. Aż wstyd przyznać, że wcześniej nie miałem styczności z jego twórczością. To kolejna prawdziwa petarda utrzymana w klimatach Rainbow — pełna energii, pasji i znakomitych melodii.

To pierwszy album zespołu od czasu wydania „Grin” w 1993 roku. Coroner udowadnia, że upływ czasu nie miał najmniejszego wpływu ani na jakość ich muzyki, ani na charakterystyczny styl. Zespół pokazuje, że progresywny thrash metal wciąż potrafi być niezwykle intrygujący i wciągający. Do tego dochodzi mroczny, gęsty klimat oraz wyszukane motywy i dopracowane melodie, które skutecznie przykuwają uwagę słuchacza. Nie ma tu miejsca na nudę. To prawdziwy majstersztyk w wykonaniu Coroner — zespołu, który zachwycał swoją muzyką już w latach 80. i 90., i który dziś ponownie potwierdza swoją klasę.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/10/coroner-dissonance-theory-2025.html


7. ARCH ENEMY - Blood Dynazty

Jak się okazuje, tegoroczny album jest ostatnim nagranym z Alissą White-Gluz w roli wokalistki. To ogromna szkoda, ponieważ wszystkie płyty powstałe z jej udziałem były znakomite — pełne energii, charakteru i przebojowych kompozycji. Najnowsze wydawnictwo stanowi godne i bardzo udane zwieńczenie tego etapu działalności zespołu, z Alissą na wokalu.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/03/arch-enemy-blood-dynasty-2025.html


8. LABYRINTH - In the vanishing echoes of goodbey

W 2021 roku ten włoski zespół dosłownie powalił mnie na kolana albumem „Welcome to the Absurd Circus”, który bez wahania zaliczyłbym do grona najlepszych wydawnictw tamtego roku. Teraz kapela z powodzeniem powtarza ten sukces, nagrywając kolejną prawdziwą perełkę w swojej dyskografii. To bezsprzeczni specjaliści od progresywnego power metalu — muzyki pięknej, emocjonalnej i jednocześnie zachwycającej rozmachem oraz pomysłowością. Album urzeka dopracowaną formą i bogactwem detali. Płyta idealna w każdym calu.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/01/labyrinth-in-vanishing-echoes-of.html


9. WINGS OF STEEL - Winds of Time 

To drugi album Amerykanów i tym razem zdecydowanie przeszli samych siebie. Tak właśnie gra się heavy metal — z pasją, autentycznością i wyraźnym hołdem dla legend gatunku z lat 80. Na szczęście panowie nie są jedynie bladą kalką Iron Maiden czy Judas Priest, lecz prezentują własną wizję i spójny pomysł na siebie. Ta grupa utalentowanych młodzieńców konsekwentnie podbija metalowy świat i można być pewnym, że jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Wings of Steel to już marka sama w sobie, a ten album stanowi najlepsze potwierdzenie ich rosnącej pozycji.

https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/09/wings-of-steel-winds-of-time-2025.html



10. MAJESTICA - Power train 

Tommy Johansson to człowiek niezwykłego talentu. Błyszczał w zespołach Sabaton i Memories of Old, ale największą radość fanom power metalu przynosi dzięki swojej grupie Majestica. To fantastyczny symfoniczny power metal w klimacie fantasy — radosny, pełen magii, podniosłości i baśniowej atmosfery. Taki właśnie power metal jest potrzebny obok bardziej „tradycyjnych” form. Najnowszy album to, moim zdaniem, najlepsza płyta w dorobku Majestica.


https://powermetal-warrior.blogspot.com/2025/02/majestica-power-train-2025.html

11.TURBO - blizny
12.DRAGONSKULL - Chaos fire Vengeance
13.ASCALON - The Black library
14. AQUILLA - Sentinels of new dawn
15. SHADOW HOST - Chaos unleashed
16. HELSTAR - The Devils masquerade
17. AEDEN SKY - The Universal realm
18. TESTAMENT - Para bellum
19.LIVIN EVIL - The warriors of the King
20. BEHOLDER - in the temple od Tyrant

21.OWLBEAR - Feather & całe
22.AVANTASIA - Here be dragons
23. INSANIA - the great apocalypse
24. THE FERRYMEN - Iron Will
25. ETERNAL THIRST - the nesting od chaos
26. ASKA - knight strike
27. CRISTIANO FILIPPINI'S FLAMES OF HEAVEN - Symphony of Universe
28.THELEMITE - powers od darkness
29. BLACK ADDER - Hellraiser
30.STARFORCE - Beyond the eternal light

31. SUOTANA - ounas II
32.CRIMSON SHADOWS - whispers of war
33. WARKINGS - Armageddon
34.HEYNA - About rockn roll
35. NIGHTSTEEL -Nightsteel
36. BLOODBOUND - fields od swords
37. DIRKSCHNEIDER & THE OLD GANG - Babylon
38.FEANOR - Hellhammer
39. WARBRINGER - Wrath and ruin
40. TERRA ATLANTICA - Oceans

Można by ciągnąć tę listę dalej, wspominając znakomitych Axetasy, Paradox, Phantom i wiele innych zespołów, których nie sposób tu wszystkich zmieścić. Jak zawsze ukazało się sporo świetnej muzyki, choć w natłoku codziennych obowiązków i braku czasu łatwo coś przeoczyć. Każdy z nas zapewne inaczej ułoży swoje osobiste topy, ale jednocześnie każdy może kogoś zainspirować swoją perspektywą. Będzie do czego wracać, a kolejne klasyki na pewno się pojawią. Teraz z niecierpliwością wypatrujemy nadchodzącego roku i liczę na wielkie niespodzianki oraz kolejną porcję znakomitej muzyki.
A jak wyglądają wasze zestawienia? Co was zachwyciło? Które zespoły rozczarowały? Na co czekacie w nadchodzącym roku?


piątek, 26 grudnia 2025

GLENN HUGHES - Chosen (2025)


 Podczas gdy David Coverdale zdecydował się przejść na emeryturę, jego dawny kompan ze sceny nie zamierza nawet zwalniać tempa. Glenn Hughes – ikona rocka, wokalista o niepowtarzalnym głosie i charyzmie – mimo 74 lat na karku, nadal imponuje formą. Nie tylko daje świetne koncerty, ale wciąż tworzy muzykę na najwyższym poziomie. Ostatnimi czasy błyszczał w takich projektach jak The Dead Daisies czy Black Country Communion. Teraz przypomina o sobie kolejną solową płytą – i to z przytupem.

Po świetnie przyjętym albumie "Resonate" z 2016 roku, Hughes powraca z krążkiem "Chosen", który ukazał się 5 września nakładem wytwórni Frontiers Records. To materiał godny wielkiego nazwiska – dojrzały, dopracowany, a jednocześnie pełen pasji i świeżości.

"Chosen" to album bardziej mroczny, melancholijny, nastrojowy. Nie brakuje tu wpływów Black Sabbath, Black Country Communion czy Deep Purple. To wciąż klasyczna mieszanka hard rocka i heavy metalu, ale wzbogacona o nowoczesne brzmienia i współczesne aranżacyjne patenty. Dzięki temu całość brzmi świeżo, pomysłowo, a jednocześnie nie traci nic ze swojego rockowego charakteru. Glenn Hughes, mimo upływu lat, wciąż potrafi powalić na kolana swoim głosem – drapieżnym, ekspresyjnym, pełnym emocji. To prawdziwa rockowa gwiazda w każdym calu.

Za partie klawiszy odpowiada Bob Fridzema, a gitarowe aranżacje to dzieło Sorena Andersena. Ten duet odwala kawał świetnej roboty – jest w tym pasja, energia i masa chwytliwych melodii. Płyta jest różnorodna i świetnie zbalansowana – nie popada w monotonię, a każdy utwór wnosi coś nowego.

Okładka albumu może nie zdradza zbyt wiele, ale idealnie koresponduje z ciężkim, hardrockowym klimatem zawartości. Brzmienie jest masywne, mroczne, a zarazem klarowne – świetnie podkreśla charakter płyty.

Już otwierający album "Voice in My Head" robi świetne wrażenie – to dynamiczna mieszanka heavy metalu i hard rocka z wyraźnymi wpływami Black Sabbath, podszyta mrocznym, melancholijnym klimatem. Klimatyczny "My Alibi" pozytywnie zaskakuje – prosty, ale niezwykle chwytliwy motyw przewodni oraz subtelne odniesienia do Deep Purple dodają mu uroku. Tytułowy "Chosen" to bardziej przystępny, radiowy utwór, o lżejszym, rockowym charakterze – zdecydowanie najbardziej komercyjny moment na płycie, ale wciąż utrzymany w dobrym guście.

W "In the Golden" Hughes ponownie składa hołd klasyce – to utwór pełen klimatu i bogatych aranżacji, z echem Black Sabbath i Deep Purple. Jeszcze ciężej robi się w "The Lost Parade", gdzie potężny riff i przytłaczający nastrój budują ponurą, ale niezwykle efektowną atmosferę. To klasyka w najlepszym wydaniu – dokładnie to, co w muzyce Glenna Hughesa cenimy najbardziej.

Na szczególną uwagę zasługuje też "Black Cat Moan" – z pomysłowym riffem, porywającą melodią i nieco bluesowym pazurem. Płyta zamyka się agresywnym, energicznym "Into the Fade", który świetnie podsumowuje cały materiał – jest zadziornie, ciężko, ale zarazem z rockowym rozmachem.

Glenn Hughes udowadnia, że wiek to tylko liczba. Wciąż zachwyca sceniczną formą i potrafi stworzyć album, który jest zarówno hołdem dla klasyki, jak i odważnym krokiem w stronę nowoczesności. Mroczny klimat, świetne riffy, charyzmatyczny wokal i dopracowane kompozycje – "Chosen" to kolejny dowód na to, że legenda nie gaśnie.

Ocena: 8/10

środa, 24 grudnia 2025

TEMPLAR - Conquering swords (2026)


 Szwedzki heavy metal kojarzy się dziś przede wszystkim z takimi zespołami jak Century, Mindless Sinner, Gotham City czy Heavy Load – klasyką lat 80. Odnoszę jednak wrażenie, że działający od 2022 roku Templar świadomie podąża właśnie tą ścieżką, czerpiąc pełnymi garściami z tradycji szwedzkiego heavy metalu sprzed dekad. Co więcej, 27 lutego 2026 roku ukaże się ich debiutancki album zatytułowany Conquering Swords, wydany przez Jawbreaker Records. Trudno w to uwierzyć, bo materiał brzmi niczym zaginiony klasyk z końcówki lat 80., który dopiero po latach ujrzał światło dzienne.

Okładka albumu jest nieco kiczowata i skromna – dokładnie taka, jakiej można by się spodziewać w 1989 roku. Również samo brzmienie jest celowo „przybrudzone”, surowe, pozbawione zbędnych ozdobników i nowoczesnych trików produkcyjnych. Wszystko to sprawia, że płyta brzmi bardzo autentycznie i bezpośrednio, przywołując ducha dawnych czasów. Muzycy Templar potrafią zauroczyć zarówno talentem, jak i warsztatem.
Pierwsze skrzypce w zespole gra basista i wokalista Isak Neffling. Jego charakterystyczny głos buduje atmosferę i nadaje całości epickiego rozmachu. Słychać tu wyraźne inspiracje Kingiem Diamondem czy Ozzym Osbourne’em, ale Neffling nie jest jedynie ich kalką – posiada ciekawą barwę i potrafi zaskoczyć różnorodnością stylów wokalnych. Jego śpiew idealnie wpisuje się w estetykę lat 80., co zdecydowanie działa na korzyść albumu. Na duże brawa zasługują również gitarzyści Gustav Harrysson i Teddy Edoff. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, chwytliwe motywy i melodyjne sola, składając tym samym hołd zespołom pokroju Heavy Load, Iron Maiden czy Century. Ich gra jest urozmaicona, pełna energii i wyczucia – jest się czym zachwycać.

Album oferuje około 40 minut muzyki. Na otwarcie otrzymujemy klimatyczny „Gates of Angmar”, który znakomicie buduje napięcie i wprowadza słuchacza w mroczną, nieco tajemniczą atmosferę rodem z lat 80. Ta aura niepokoju i grozy ma w sobie ogromny urok. Potężne wejście gitar w „WitchKing” to wyraźny ukłon w stronę klasyki Heavy Load – świetnie rozplanowane partie gitarowe i duża dawka energii sprawiają, że zespół od razu pokazuje, na co go stać. Potencjał jest tu wręcz ogromny.
Klasyczny riff otwiera zadziorny „Excalibur”, przemycający elementy Dio, Accept oraz wielu innych legend lat 80. Jeszcze szybciej robi się w rozpędzonym „Rainbow’s End”, który momentami przywodzi na myśl Helloween z czasów Walls of Jericho. To naprawdę mocna pozycja. Podobne emocje wywołuje dynamiczny „Exiled in Fire”. Choć zespół nie odkrywa tu Ameryki na nowo, radość z odsłuchu jest ogromna – słychać znane patenty i schematy, ale Templar realizuje je z dużą gracją i pomysłowością.
Chwilę wytchnienia przynosi klimatyczny „The Sorceress”, pełniący rolę rockowej ballady w duchu Scorpions. To bardzo udany, nastrojowy moment płyty. Z kolei „Trident” zachwyca pięknym wejściem gitar i czerpie pełnymi garściami z NWOBHM oraz Iron Maiden – prosty, przebojowy motyw robi tu znakomitą robotę. Odrobinę hardrockowego luzu wnosi „Shipwreck”, co stanowi miłe urozmaicenie materiału. Następnie wracamy do klasycznych klimatów lat 80. w „White Wolf”, mocno osadzonym w estetyce NWOBHM.

Finał płyty należy do marszowego, epickiego „Conquering Swords”, który śmiało sięga po inspiracje Manowar, Manilla Road czy Running Wild. To prawdziwa petarda na zakończenie albumu – zespół pokazuje tu pełnię swojego potencjału i udowadnia, że potrafi pisać rasowe heavy metalowe hymny.
Trudno uwierzyć, że Conquering Swords to debiut, bo zawarta tu muzyka jest dojrzała, przemyślana i niezwykle satysfakcjonująca. Album z pewnością przypadnie do gustu fanom heavy metalu lat 80. Każdy, kto wychował się na Heavy Load, Century czy Mindless Sinner, bardzo szybko zakocha się w muzyce Templar. To naprawdę mocna rzecz – i już teraz nie mogę doczekać się kolejnych wydawnictw tej szwedzkiej formacji.


Ocena: 8,5/10 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

CYCLONE - Know unto God EP (2026)


 Czy ktoś jeszcze pamięta belgijski Cyclone? Thrashmetalowa formacja założona w 1981 roku, która przez ponad dekadę – aż do 1993 – konsekwentnie trzymała wysoki poziom, wydając dwa znakomite krążki. Zespół potrafił połączyć bezkompromisową agresję z wyraźną melodyjnością, co sprawiało, że ich muzyka była jednocześnie brutalna i chwytliwa. W swojej stylistyce przypominali dokonania takich kapel jak Grinder, Anthrax, Sacred Reich czy Kreator.

Rok 2018 przyniósł długo wyczekiwany przełom – Cyclone powrócił do życia. Z pierwotnego składu pozostał wokalista Guido Gevels, natomiast resztę zespołu tworzą byli muzycy Sanity’s Rage. Efektem tej współpracy jest mini-album Know Unto God, który ukaże się 6 lutego 2026 roku nakładem High Roller Records. Pozostaje jedynie niedosyt, że nie jest to pełnowymiarowy longplay.

Mroczna, sugestywna okładka działa na wyobraźnię i skutecznie zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Dopełnia ją potężne, selektywne brzmienie, które nadaje całości odpowiednią wagę i siłę rażenia. Guido, mimo upływu lat, wciąż brzmi agresywnie, energicznie i niezwykle przekonująco. Bardzo dobrze wypada także duet gitarowy Jesse / Maxime, stawiający na sprawdzone, ale przemyślane rozwiązania.

Wystarczy odpalić „Eliminate”, by zostać brutalnie wyrwanym z kapci – to rasowy thrashmetalowy killer z potężnym riffem, agresywnymi partiami gitar i refrenem, który momentalnie zapada w pamięć. Tytułowy „Know Unto God” czerpie pełnymi garściami z klasycznej szkoły thrashu spod znaku Kreatora czy Tankarda. Melodyjny „I Fear Myself” zachwyca dynamiką i przebojowością, momentami przywodząc na myśl najlepsze dokonania Anthrax. Z kolei „Nothing Is Real” buduje mroczny klimat poprzez bardziej stonowane tempo i gęstą atmosferę. Finał płyty, zadziorny „The Truth Lies”, ponownie nawiązuje do klasycznego, nowojorskiego thrashu w duchu Anthrax.

Cieszy fakt, że Cyclone wrócił do świata żywych w tak dobrej formie. Nowy mini-album to solidna porcja soczystego, dojrzałego thrash metalu, która skutecznie zaostrza apetyt na pełnometrażowe wydawnictwo. Jeśli ten materiał jest zapowiedzią tego, co dopiero nadejdzie, zdecydowanie jest na co czekać. Warto mieć to wydawnictwo na oku.

Ocena: 8/10

BITTERNESS - Hallowed be the game (2026)

 


Rok 2026 zapowiada się wyjątkowo interesująco dla fanów thrash metalu. To właśnie wtedy, po sześcioletniej przerwie, powraca niemiecki Bitterness, który kazał swoim sympatykom długo czekać na nowy materiał. Na szczęście zespół nie zapomniał, jak grać rasowy thrash metal w duchu klasyki spod znaku Kreator, Tankard czy Municipal Waste. Bitterness sięga po estetykę lat 90., a ich najnowszy album, zatytułowany „Hallowed Be the Game”, ukaże się 6 lutego 2026 roku. Nie znajdziemy tu rewolucji ani nowatorskich rozwiązań – dostajemy dokładnie to, do czego Bitterness zdążył nas przyzwyczaić.

Trzonem zespołu pozostaje Frank, odpowiedzialny zarówno za partie wokalne, jak i gitarowe. Doskonale zna realia gatunku i potrafi wyczarować interesujące, agresywne riffy, które w prosty sposób przywołują ducha thrash metalu lat 90. Motywy gitarowe są nieskomplikowane, ale skuteczne i wyraźnie osadzone w klasyce gatunku. Również jako wokalista Frank sprawdza się znakomicie – jego śpiew jest agresywny, pełen pasji i odpowiednio napędza cały materiał. To zdecydowanie właściwy człowiek na właściwym miejscu, który potrafi nadać zespołowi odpowiedni impet.

Sekcję rytmiczną tworzą Marcel na basie oraz Andreas na perkusji. To solidny i zgrany duet, który odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu całej tej metalowej machiny. Dzięki nim album jest dynamiczny, energetyczny i spójny. Choć materiał nie grzeszy oryginalnością i nie zaskakuje nowymi pomysłami, słucha się go z dużą przyjemnością. Nie brakuje tu mocnych riffów, chwytliwych melodii i klasycznego thrashowego pazura. Dodatkowym atutem są zaproszeni goście – na płycie pojawia się Andreas Geremia z Tankard oraz Michael Goldschmidt, co tylko podkreśla hołd oddany niemieckiej scenie metalowej.

Album otwiera „WWH8” – prawdziwy thrashmetalowy strzał. Jest szybko, agresywnie i intensywnie, ale jednocześnie zagrane z pomysłem i odpowiednią iskrą. Zespół od samego początku pokazuje, że doskonale wie, jak tworzyć solidny thrash metal. Następnie dostajemy bardziej rozbudowany i lekko heavy metalowy „Amok:Koma”, w którym wyraźnie słychać inspiracje klasyczną niemiecką sceną metalową. Zadziorny „Hypochristian” świetnie buja, a bardziej stonowane, heavy metalowe fragmenty wypadają nadzwyczaj dobrze.

Bitterness przyspiesza w agresywnym „High Sobriety”, który przywodzi na myśl dokonania Kreator czy Tankard. Zespół nie zwalnia tempa – „Win Windustry” to kolejna dynamiczna i pełna furii kompozycja, będąca kwintesencją thrash metalu. Grupa doskonale odnajduje się również w chwytliwych melodiach i umiejętnie wplata elementy heavy metalu lat 80., czego najlepszym przykładem jest tytułowy „Hallowed Be the Game”. To utwór, w którym thrash łączy się z heavy i speed metalem, a całość brzmi niezwykle świeżo i przekonująco. Pasja i zaangażowanie zespołu są tu wręcz namacalne, a potencjał drzemiący w Bitterness ujawnia się w pełni.

Podobne emocje wzbudza prosty, lecz niezwykle chwytliwy „Losing” – czasem to właśnie nieskomplikowana forma okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Na zakończenie albumu otrzymujemy udany cover Misfits – „Scream”, który stanowi mocne i klimatyczne zwieńczenie całości.

Sześcioletnia przerwa wydawnicza pozwoliła zespołowi zebrać myśli i solidnie przygotować się do powrotu. Ten ruch okazał się strzałem w dziesiątkę. Bitterness zaprezentował przemyślany, dopracowany i niezwykle solidny album z pogranicza thrash i heavy metalu, który z pewnością znajdzie swoich odbiorców. Zdecydowanie warto wypatrywać premiery tego wydawnictwa.

Ocena: 8/10

niedziela, 21 grudnia 2025

AEON GODS - Reborn to light (2026)


 Debiut Aeon Gods przypadł mi do gustu, ponieważ był to materiał klimatem wyraźnie nawiązujący do zespołów takich jak Warkings, Bloodbound, Wind Rose, Brothers of Metal czy Victorius. Pierwszy album był niezwykle melodyjny i wypełniony przebojowymi utworami. To prosty, bezpośredni power metal, który błyskawicznie wpadał w ucho. Oczywiście nie brakowało tu kiczu i przesadzonej formuły, jednak całość broniła się solidnymi kompozycjami i była jak najbardziej godna uwagi.

20 lutego 2026 roku światło dzienne ujrzy drugi album studyjny zatytułowany Reborn to Light, wydany nakładem Scarlett Records. Niestety, już po pierwszych odsłuchach wyraźnie czuć spadek formy.

Skład zespołu pozostał bez zmian, podobnie jak obrana stylistyka. Duet gitarowy En Atum / Abzu Kean nadal stawia na proste, łatwo przyswajalne motywy gitarowe. Tym razem jednak pojawia się sporo nietrafionych pomysłów oraz melodii, które są mało wyraziste i szybko ulatują z pamięci. Całość sprawia wrażenie dość marnej kalki wcześniej wspomnianych zespołów.

Wokalista Alexander Hunzinger dysponuje ciekawą barwą głosu i dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Jest niewątpliwie utalentowany, jednak na tej płycie nie ma zbyt wielu okazji, by się w pełni zaprezentować. Problem nie leży w umiejętnościach muzyków, lecz w samych kompozycjach — pomysłach dalekich od ideału i pozbawionych wyrazistej tożsamości. Po zakończonym odsłuchu niewiele zostaje w pamięci. To album z kategorii „do przesłuchania”, ale bez większego echa.

Płytę otwiera rozpędzony „Birth of Light” — utwór podniosły i bardzo melodyjny. Niestety, wszystko to już gdzieś było i to w znacznie lepszym wydaniu. Mimo to jest to jeden z najmocniejszych punktów albumu i dobrze oddaje charakter zespołu. Z kolei „Flames of Ember Dawn” wypada wtórnie i nijako — oklepana formuła oraz przerost formy nad treścią nie robią większego wrażenia.

Na plus można zaliczyć pomysłowy i przebojowy „The Sacred Union”. Daleko mu do ideału, ale potrafi zauroczyć głównym motywem oraz chwytliwym refrenem. Nieco mroczniejszy „The Soldiers of Re” miewa swoje momenty, jednak wciąż brakuje mu wyrazistości. Więcej życia i agresji wnosi dynamiczny „Reborn to Light”, będący kolejnym mocnym punktem albumu — słychać tu nieco klimatów znanych z twórczości Induction.

Podobne emocje wywołuje „Blood and Sand”, który jest melodyjny i przebojowy. To solidny utwór, choć brakuje w nim świeżości i elementu zaskoczenia. Album zamyka melodyjny „Farewell”, dobrze oddający styl grupy. Formuła i aranżacje są wprawdzie mocno ograne, ale sam utwór wypada całkiem przyzwoicie.

Niestety, po całościowym odsłuchu niewiele zostaje w głowie. Nawet okładka sprawia wrażenie sztucznej i wygląda jakby została wygenerowana przez sztuczną inteligencję.

Aeon Gods nagrali udany debiut, jednak drugi album to wyraźny krok wstecz. Brakuje tu świeżości, odwagi i pomysłowości. To europejski power metal pozbawiony iskry i polotu. Szkoda, bo zespół stać na znacznie więcej. Płyta z serii: posłuchać i zapomnieć.

Ocena: 5/10