„Steel Burner” to szósty album studyjny greckiego wirtuoza gitary, Gusa G. W swojej solowej karierze artysta koncentruje się przede wszystkim na gitarowych popisach, osadzonych w klimatach hard rocka i heavy metalu. Po raz kolejny stara się udowodnić, jak utalentowanym jest instrumentalistą. Nie do końca jednak widzę sens powstawania tych płyt — ani pod względem jakościowym, ani stylistycznym nie robią one większego wrażenia. Materiał nie odbiega znacząco od tego, co można usłyszeć w Firewind.
Najnowszy album, „Steel Burner”, który ukazał się 24 kwietnia, to propozycja skierowana głównie do fanów talentu Gusa G. Na uwagę z pewnością zasługuje udział gości: Doro Pesch, Matta Barlowa i Ronniego Romero. Ich występy są wyraziste, a utwory z ich udziałem należą do najmocniejszych punktów wydawnictwa. Mimo to całość wypada przeciętnie i nie oferuje zbyt wiele świeżości. Album jest nierówny i nie wnosi nic nowego do dorobku artysty. Opiera się na dobrze znanych schematach, a szkoda, że elementy power metalu zostały tu zepchnięte na margines. Dominuje klasyczny heavy metal i hard rock.
Same kompozycje nie są złe, jednak brakuje im wyjątkowości, a poziom utworów jest nierówny. Klimatyczne klawisze i mocny riff sprawiają, że otwierający „Steel Burner” dobrze sprawdza się jako intro. Pozytywnie zaskakuje Doro w „Nothing Can Break Me” — utwór jest agresywny i chwytliwy. Gdyby cały album utrzymany był w takim stylu, byłby znacznie ciekawszy. Matt Barlow imponuje formą wokalną w mrocznym i dynamicznym „Dancing with Death”, gdzie wyraźnie czuć klimat Iced Earth. To jeden z najlepszych momentów na płycie.
„Advent” nie wyróżnia się niczym szczególnym i sprawia wrażenie utworu stworzonego bez wyraźnej koncepcji. „What If” z kolei jest nijaki i pozbawiony wyrazu. Niestety, pozostałe kompozycje również nie zapadają w pamięć. Nawet obecność Ronniego Romero nie jest w stanie znacząco podnieść poziomu materiału.
Szkoda czasu na solowe dokonania Gusa G. — całość sprawia wrażenie odrzutów z Firewind. Owszem, pojawiają się pojedyncze przebłyski, ale to zdecydowanie za mało, by stworzyć angażujący i satysfakcjonujący album. To płyta, której można posłuchać raz i szybko o niej zapomnieć. Lepiej poczekać na kolejny album Firewind.
Ocena: 4,5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz