Na szczególne uznanie zasługuje praca gitarzystów Jake’a Wherleya i Patricka Kerna. Solówki są efektowne, lecz nigdy przesadzone, a liczne gitarowe harmonie i zagrywki nadają muzyce heroicznego rozmachu. Wokal Wherleya może nie imponuje spektakularną skalą, jednak jego szorstka, zdecydowana interpretacja świetnie współgra z cięższym charakterem materiału. Dzięki temu album zyskuje dodatkową dawkę autentyczności i energii. Wszystko brzmi naturalnie, szczerze i bez zbędnego zadęcia.
Pewne zaskoczenie może wywołać okładka płyty. Sugeruje ona bowiem symfoniczny, baśniowy power metal w duchu Rhapsody, podczas gdy zawartość albumu prezentuje zupełnie inny klimat. Produkcja pozostaje stosunkowo surowa, co zapewne podzieli słuchaczy. Nie jest to krystalicznie wygładzony współczesny power metal, lecz brzmienie znacznie bliższe klasycznym wydawnictwom z lat osiemdziesiątych. W przypadku Emerald Rage taki wybór okazuje się jednak strzałem w dziesiątkę. Podkreśla żywiołowość materiału i jego oldschoolowy charakter, skutecznie przywołując atmosferę złotej ery heavy i speed metalu. To kolejny dowód na to, że muzycy doskonale rozumieją estetykę, w której się poruszają.
Już otwierający album „Ringwraiths” zdradza, że Emerald Rage nie zamierza ograniczać się do tradycyjnego power metalowego galopu. Gitary są ostrzejsze niż na poprzednich wydawnictwach, a sekcja rytmiczna pracuje z niemal thrashową agresją. Jednocześnie nie brakuje charakterystycznych dla zespołu melodyjnych harmonii i epickiego klimatu. To bardzo udany otwieracz – może nie wnosi niczego rewolucyjnego, ale dostarcza mnóstwo satysfakcji z odsłuchu.
Utwory takie jak „From Here to Kingdom Come” czy „Iconoclast” łączą chwytliwe refreny z dynamicznymi riffami, tworząc mieszankę przywodzącą na myśl wczesne dokonania Blind Guardian i Helloween, zachowując przy tym własny charakter. Owszem, jest w tym sporo klasycznych inspiracji, jednak zespół korzysta z nich umiejętnie, dzięki czemu powstają solidne i angażujące kompozycje.
Wpływy Metalliki czy Megadeth można natomiast wyłapać w agresywnym i pomysłowo skonstruowanym „Of Feast and Fear”. W takim wydaniu Emerald Rage wypada wyjątkowo przekonująco, pokazując, że thrashowe naleciałości doskonale współgrają z jego podstawowym, power metalowym obliczem.
Największą siłą albumu pozostaje jednak różnorodność. Obok szybkich i agresywnych kompozycji pojawiają się bardziej nastrojowe momenty. Folkowe akcenty w „Through the Winter” wprowadzają oddech pomiędzy cięższymi fragmentami materiału. W tym utworze szczególnie wyraźnie słychać inspiracje twórczością Blind Guardian.
Rozbudowany utwór tytułowy stanowi centralny punkt całego wydawnictwa. To właśnie tutaj najlepiej słychać ambicje zespołu – bardziej złożoną konstrukcję kompozycji, rozbudowane partie gitarowe oraz umiejętność budowania napięcia. Ponad siedem minut mija niezwykle szybko, co najlepiej świadczy o jakości tego utworu.
Dalej znajdziemy rozpędzony i agresywny „King of Swords”, w którym zespół stawia na rycerski, epicki klimat. Zabieg ten sprawdza się znakomicie. Thrashmetalowa energia powraca z kolei w pędzącym „Titan of Sacred Fire”. Trudno nie docenić pasji, zaangażowania i agresji, jakie muzycy wkładają w ten utwór.
Jedynym słabszym punktem wydaje się spokojniejszy „Moonlight”. W kontekście całego albumu utwór ten nie do końca odnajduje swoje miejsce i można odnieść wrażenie, że płyta niewiele straciłaby na jego braku.
The Eyes of the Dragon pokazuje Emerald Rage w najlepszej dotychczas formie. Zespół nie porzuca swoich korzeni, lecz wzbogaca je o większą agresję, bardziej rozbudowane kompozycje i odważniejsze aranżacje. To album skierowany przede wszystkim do fanów klasycznego heavy, speed i power metalu, którzy cenią zarówno epickie melodie, jak i energię płynącą z thrashowych riffów.
Jeżeli kolejne wydawnictwa utrzymają ten poziom, Emerald Rage ma szansę stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnej amerykańskiej sceny metalowej. Oby tak się stało, bo dobrych kapel młodego pokolenia nigdy za wiele.
Ocena: 8,5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz