Eternity's End nadal imponują techniką, szybkością i umiejętnością budowania efektownych, rozbudowanych kompozycji. Jest tutaj sporo galopujących riffów, błyskotliwych solówek, klawiszowych pojedynków i charakterystycznego neoklasycznego sznytu. Słychać inspiracje takimi zespołami jak Symphony X, Helloween, Stratovarius czy twórczością Yngwiego Malmsteena. Problem polega jednak na tym, że tym razem nie wszystko działa z taką precyzją i naturalnością, jakiej oczekiwałbym od tej formacji. Niektóre partie sprawiają wrażenie nieco przekombinowanych, a kompozycjom momentami brakuje odpowiedniego wyważenia pomiędzy instrumentalnymi popisami a chwytliwością. Czasami wdziera się chaos, czasami sam pomysł na kompozycje jest daleki od tego co band prezentował na poprzedniej płycie. Czuć lekki spadek formy.
Zmiana za mikrofonem również wnosi do muzyki nieco inny charakter. Mike Livas dysponuje mocnym głosem i bez problemu odnajduje się w wysokich rejestrach, choć jego styl nie zawsze przekonuje mnie tak samo jak wcześniejsze rozwiązania wokalne zespołu. Mike czasami za bardzo się popisuje i swoim językiem zagłusza całą resztę. Instrumentalnie nadal jest bardzo dobrze, a Christian Münzner po raz kolejny pokazuje, że należy do ścisłej czołówki gitarzystów współczesnego power metalu. Nie brakuje efektownych solówek i imponujących technicznie fragmentów, ale sama wirtuozeria nie zawsze przekłada się na równie mocne kompozycje.
Pod względem kompozycji „Titanblood” oferuje sporo interesujących momentów, choć nie wszystkie utwory mają taką samą siłę rażenia. Na początek dostajemy „The Gods of Bal Sagoth”, czyli szybką, techniczną jazdę z agresywną sekcją rytmiczną i świetnymi gitarowymi pojedynkami. Jest umiejętne budowanie klimatu i napiecia. To mocne otwarcie płyty.„Sword in the Storm” utrzymuje wysokie tempo i agresywny charakter, natomiast utwór tytułowy to prawdziwy popis neoklasycznych zagrywek i efektownych solówek. To jeden z ciekawszych utworów na plycie. Ten utwór potwierdza, że band stać na killery i pomysłowe kompozycje .Krótkie „Interstellar Transmission” stanowi instrumentalną odskocznię, w której można docenić kunszt Münznera i klawiszowe partie Jimmy'ego Pittsa. „In the Wake of the Carrion King” ponownie uderza progresywnym rozmachem, częstymi zmianami tempa i technicznymi popisami gitarzystów. Znow brawa za wykorzystanie neoklasycznych patentów.„Eternal Winter” przynosi nieco bardziej klasyczne oblicze power metalu, z ciężkimi riffami i melodyjnym refrenem. Pomysłowy riff i szybkie tempo robią tutaj robotę. Instrumentalne „Gates of Eternity” jest kolejnym polem do popisu dla muzyków. To też solidny utwór, ale nie robi takiego wrażenia jak killery z poprzedniej plyty. Bardzo ciekawie wypada „The Abyss Watchers”, rozpoczynający się melancholijnie, by później nabrać epickiego rozmachu. Wszystko niby brzmi prawidłowo, to jednak czuć niedosyt i za mało konkretów.„Ravenheart” stawia na chwytliwość i bardziej tradycyjne powermetalowe rozwiązania, natomiast zamykający „Rule the Night” to rozbudowana kompozycja pełna gitarowych fajerwerków. Nie brakuje tu dobrych pomysłów, ale mam wrażenie, że nie wszystkie utwory zapadają w pamięć równie mocno, jak te z poprzedniego albumu.
„Titanblood” to bardzo dobry album, ale tym razem Eternity's End nie wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Nie brakuje techniki, świetnych solówek i melodyjnego power metalu, jednak zabrakło mi kompozycyjnej perfekcji i jakości znanej z poprzedniego wydawnictwa. Solidny materiał, choć bez większego efektu wow. Szkoda, bo to mogła być płyta roku.
Ocena : 8.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz