Hiszpańska formacja In Vain powraca z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „Architects of Mayhem”. Panowie z Madrytu od ponad dwóch dekad konsekwentnie rozwijają swoją mieszankę klasycznego heavy metalu, speed metalu, thrashu oraz melodyjnego power metalu. Nowy krążek jest kolejnym potwierdzeniem, że zespół doskonale odnajduje się w takim połączeniu. Nie brakuje tutaj szybkich gitarowych riffów, efektownych melodii, chwytliwych refrenów i odpowiedniej dawki epickiego charakteru. To muzyka skierowana przede wszystkim do miłośników klasycznego europejskiego metalu, którzy cenią sobie zarówno agresję, jak i melodyjność. Płyta ukazała się 5 listopada nakładem fighter Records. Duży minus dla zespołu za paskudną okładkę, która wygląda jak wytwór sztucznej inteligencji.
Warto wspomnieć również o obecnym składzie zespołu. Za wokale i gitarę odpowiada Daniel Cordón, drugą gitarę obsługuje Julio Abadía, za perkusję Teo Seoane, natomiast na basie debiutuje na płycie Manel Avrillon. To właśnie jego pierwszy album nagrany z In Vain. Muzycy tym razem jakoś grają swoje, ale za brakło na killery wysokiej klasy i powiew świeżości. To mocny materiał, ale czuć lekki spadek jakości. Cieszy fakt, że zespół wciąż zachwyca energią, agresja i melodyjnością.
Już otwierający album „Spit on the Dead” pokazuje bardziej thrashowe oblicze zespołu. Jest szybko, ostro i bez zbędnego kombinowania. Sam kawałek nieco przypomina dokonania Persuader i ta mieszanka agresji i melodyjności jest godna podziwu. „Winds of Fire” to z kolei znacznie bardziej powermetalowa kompozycja, w której pojawia się gościnny występ samego Ralfa Scheepersa z Primal Fear. Jego charakterystyczny, wysoki głos doskonale uzupełnia partie wokalne Daniela Cordóna. To prawdziwy hymn, który mocno czerpie z Primal Fear czy Gamma Ray. Co za hit i co za świetny refren. Jeden z najlepszych utworów na płycie. „Eyes of the Underdog” zachwyca dynamiką, zmianami tempa i bardzo chwytliwymi melodiami. Można doszukać się wpływów running Wild co jest akurat sporym atutem.„Jack Deliverance” pojawiają się folkowe i pirackie akcenty, które przywodzą na myśl dokonania Running Wild. To dobry utwór, ale nie powala na kolana.
Kingdom in the Sun” oraz „Fortune Teller” kierują nas w stronę tradycyjnego heavy metalu. Jest tutaj sporo klasycznych gitarowych zagrywek, melodyjnych solówek i solidnych refrenów. To solidne i melodyjne kompozycje, ale też za brakło mi tej pomysłowości i jakości z której słynął do tej pory In vain. Queen of the Swarm” ponownie przyspiesza, łącząc thrashową agresję z bardziej melodyjnymi fragmentami. To mocno kompozycja i na pewno robi wrażenie. Na uwagę zasługuje również ponad sześciominutowy „After the Storm”, który rozpoczyna się spokojniej, by następnie rozwinąć się w rozbudowaną, epicką kompozycję z powermetalowym charakterem.
Nimue” wnosi kolejną porcję melodyjności, natomiast „Freedom Fighter” to rasowy, koncertowy killer z refrenem, który aż prosi się o wspólne śpiewanie. Całość zamyka „Coming Home”, czyli kolejna dłuższa kompozycja, w której zespół umiejętnie buduje napięcie i stopniowo zwiększa intensywność. To solidne i chwytliwe kompozycje, ale In vain stać na więcej.
Architects of Mayhem” to bardzo solidna propozycja dla fanów klasycznego heavy, speed i power metalu. Słychać tutaj inspiracje takimi zespołami jak Gamma Ray, Helloween, Running Wild, Rage czy Persuader .Największą zaletą albumu jest różnorodność – od thrashowych ataków, przez klasyczne heavy metalowe granie, aż po bardziej epickie i melodyjne fragmenty. Nie wszystkie utwory mają jednakową siłę rażenia, ale całość trzyma naprawdę dobry poziom. Jeżeli ktoś tęskni za takim tradycyjnym, gitarowym graniem, w którym liczą się riffy, solówki i chwytliwe refreny, powinien zainteresować się tym wydawnictwem. Szkoda tylko, że sam album na tle bogatej dyskografii zespołu wypada słabo.
Ocena : 8/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz