piątek, 10 lutego 2012

PŁYTA MIESIĄCA LISTOPAD 2011

Kto by pomyślał że miesiąc październik będzie taki udany i że właśnie w tym miesiącu wyjdzie kilka pretendentów do miana płyty roku? Na pewno nie ja, a jeśli już to nie tak skład jaki ostatecznie tutaj zaprezentuję. Najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta zawiodła i zostawiła spory niedosyt. O jakiej płycie mowa? O nowym albumie NIGHTWISH, wokół którego zrobił się ogromny szum na długo przed premierę, przedstawiono na zachętę „Strorytime” który jest bardzo udaną kompozycją, szkoda tylko że nie odzwierciedla on całego albumu i właściwie takich kompozycji mi tam brakuje. Drugim najbardziej wyczekiwanym albumem był „The Landing” IRON SAVIOR i też totalnego zniszczenia nie uświadczyłem. Płyta wyrównana, mająca cechy przebojowości, ale gdzieś uleciał pomysł na aranżację i na samo komponowanie. Dobry album, taki w stylu IRON SAVIOR, ale nie takim poziomie jaki oczekiwałem. Do reszty podchodziłem z dużym dystansem i chłodem. Na co warto zwrócić uwagę w tym miesiącu? Fani symfonicznego metalu, którym czegoś zabrakło na nowym NIGHTWISH, śmiało mogę posłuchać takiego ANCIENT BARDS, który na drugim albumie zawarł bardzo przemyślany materiał i na pewno bardziej porywający i metalowy aniżeli ten komercyjny wypiek NIGHTWISH. W kategorii heavy metalowej zostawił daleko wszelką konkurencję szwedzki OZ, który nawiązał do swojego okresu z lat 80. Znakomity przykład,że można nagrać płytę z muzyką wyjętą z tamtego okresu bez jakiegoś większego silenia się. I jest to płyta którą śmiało można zaliczyć do najlepszych wydawnictw z tego miesiąca. Nieco zaskoczył mnie VENOM, który nagrał ciężki album, ale jakiś taki bez charakteru i do tego strasznie monotonny. Innymi zespołami, które nie porwały tłumów to STORMZONE, SCREAMER, LORD VOLTURE, czy też MIDNIGHT CHASER o których szerzej można poczytać recenzję znajdujące się na blogu. Jeśli o mnie chodzi to w kategorii „heavy metal” zwyciężył nie kto inny jak JACK STARR'S BURNING STARR, tak wg mnie powinno się true heavy metal, nawiązując przy tym do wielkiego MANOWAR. Jak dla mnie jest kwintesencja heavy metalu. Można rzec że większy ruch można było odnotować w ramach power metalu, gdzie było walka do ostatniej krwi. Bez większej walki poddał się DRAGONLAND, niestety ale po raz kolejny nie porwał mnie ten zespół, nie potrafię się do nich przekonać. Nie potrafią przykuć uwagę słuchacza na dłużej niż 5 minut. Również blado wypadł kolejny album MASTERCASTLE, który nie miał nic do zaoferowania poza nudą. Fani HELLOWEEN mogli sobie posłuchać FROM THE DEPTH, który poza oklepanymi motywami i słodkością zbytnio niczym innym nie zachwycał. Właściwie z tej kategorii warty zapamiętania są 4 tytuły. WIDOW i album „Life's Blood ukazujący że można zagrać bardzo wyrazisty i energiczny power metal zakorzeniony w tradycji amerykańskiej. Drugim ważnym tytułem jest MYSTIC PROPHECY „Revenlord” będący mieszanką heavy i power metalu. Zespół znów pokazał pazur i szaleństwo. No i dwaj zwycięzcy to dla mnie są CAGE, który nagrał dość dynamiczny i pełen agresji materiał, a także niedoceniany przeze mnie THEOCRACY, który zaprezentował pełen niespodzianek materiał, który potrafi zauroczyć ambitnymi melodiami i niezwykłym nastrojem i finezyjnością o którą tak ciężko w dzisiejszej muzyce metalowej. 

1. JACK STARR'S BURNING STARR - LAND OF THE DEAD  (11.11.2011) (USA)

 MANOWAR milczy już od dłuższego czas, a wyczekiwanie na nowy album staje się co raz to bardziej męczące. Jest na to lekarstwo w postaci nowego albumu formacji Jacka Starra, który sprawia że płomień MANOWAR dalej płonie i będzie płonął. True heavy metal na bardzo wysokim poziomie, godnym samych królów metalu.


2. THEOCRACY - As The Worlds Bleed (25.11.2011) (USA)

 Zaskoczenie roku? Na pewno bym nie przypuszczał że ten zespół będzie w jakikolwiek sposób namieszać w moim zestawieniu, a jednak. Ambitne melodie, świeże podejście do power metalu, a przede wszystkim sięgnięcie po bardzo wyrachowane, pełne finezji partie gitarowe.


3. CAGE - SUPREMACY OF STEEL (25.11.2011) (USA)

 Pomimo wielu utartych schematów, pomimo że ten album brzmi jak poprzednie, to mimo tego album brzmi o wiele lepiej. Przede wszystkim pomysł na kompozycje nieco lepszy i do tego spora dawka ostrego, dynamicznego power metalu, bez zbędnego smęcenia, bez udziwnień. 

czwartek, 9 lutego 2012

PŁYTA MIESIĄCA PAŹDZIERNIK 2011

Im bliżej zimy tym co raz mniej ciekawych rzeczy zaczęło wychodzić jeśli chodzi o muzykę heavy metalową. Co nie oznacza że nic wartościowego nie wszyło w tym miesiącu. Było kilka rzeczy na które warto było czekać te 10 miesięcy i właściwie te oczekiwane przez mnie albumy dostały się do top 3 owego miesiąca. Pierwszym z nich to nowy album ICED EARTH. „Dystopia” to jeden z ich najlepszych albumów i teraz kiedy już rok 2011 minął nie boję się użyć owej sentencji. Nowy wokalista Stu Block, mimo silnej presji wywołanej przede wszystkim były wokalistami tej formacji, którzy wnieśli sporo do muzyki tego zespołu. Stu poradził sobie w tym aspekcie naprawdę znakomicie, wnosząc do zespołu świeżość i powiedziałbym nawet brutalność. Schaffer też popracował nad komponowanie i otrzymaliśmy wyborny album, pełen agresji, chwytliwych melodii i dynamiki. Pozycja druga to kolejny zespół w gwiazdorskiej obsadzie czyli ANIMETAL USA, który jest amerykańskim odpowiednikiem japońskiego ANIMETAL, który swój repertuar opiera na soundtracku japońskich anime i jest to bez wątpienia jeden z najlepszych ostatnich wydawnictw gitarzysty Chrisa Impellitteriego. Trzeci album to kolejny solowy album byłego wokalisty METAL CHURCH, a mianowicie Ronniego Munroe. „Lords on the Edge” to krążek jeszcze bardziej dojrzały aniżeli debiut. Mamy tutaj mieszankę heavy/ power metalu na wysokim poziomie. Album dopieszczony nie tylko pod względem kompozytorskim, ale i technicznym. Innymi płytami wyczekiwanymi przez mnie , ale robiące mniejsze wrażenie, lub przynoszące rozczarowanie były przede wszystkim nowy album szwedzkiego ASTRAL DOORS zapatrzony na działalność DIO. Tym jednak razem mimo zachowania pewnej formuły, pomimo dobrego poziomu, czuję nie dosyt po bardzo udanym poprzedniku. Wszystkiego jakby mnie i na niższym poziomie. Również znana marka jak RIOT przyniosła rozczarowanie i nieustanne zastanawianie się jak taki album mógł wyjść spod ręki takiego wielkiego zespołu. Z tych bardziej znanych nie zawiódł fanów GALNERYUS który nieustannie trzyma wysoki poziom. Również nie obniżył lotów fiński FORCE MAJEURE, który powinien się spodobać fanom HELLOWEEN ,czy GAMMA RAY. No i ostatnim wyczekiwanym albumem, który również utrzymał wysoką pozycję był CHARRED WALLS OF THE DAMNED, który nagrał kolejny udany album z pogranicze power / heavy metalu wzorując się na muzyce ICED EARTH. Z tych mniej znanych zaskoczył wykonaniem i pomysłowością VOYAGER, zaś rozczarowali DEXTER WARD, którego tworzą byli muzycy BATTLEROAR, a także symfoniczny zespół ECHOTERRA w którym to śpiewa była wokalistka VISIONS OF ATLANTIS. 

1. ICED EARTH - DYSTOPIA  (17.10.2011) (USA)

 10 album i zespół pomimo sprawdzonej formuły potrafi zaskoczyć. A może to spowodowane jest tym, że zespół ostatnie lata wydawał mało udane albumy, a może zmiana frontmana odświeżyła muzykę formacji Schaffera? Tak czy siak mamy do czynienia z jednym z ich najlepszych albumów, gdzie dominuje dynamika, ostrość, a jednocześnie nastrój. Przebój goni przebój i dawno nie słyszałem tak udanego albumu w kategorii power/thrash metal zwłaszcza z tamtego rejonu.


2. ANIMETAL USA - ANIMETAL USA (12.10.2011) (USA)

 Nie brałem na poważnie tego zespołu, projektu, obstawiałem kicz i mało poważne granie i strasznie się myliłem. Uprzedzenia i wszelkie wcześniejsze sceptyczne podejście co do tej formacji minęły kiedy usłyszałem w jaki sposób gra, gdy usłyszałem aranżację, wykonanie kompozycji i poczułem energię jaką niesie z sobą ten album. Gwiazdorska obsada jest tym czynnikiem który przesądził o ostatecznym efekcie tego krążka.Warto posłuchać i dać się porwać finezyjnym, pełnym życia solówkom i chwytliwym refrenom, jakich tutaj jest pełno.


3. RONNY MUNROE - LORDS ON THE EDGE (18.10.2011) (USA)

 Przykład krążka, gdzie udoskonalenia techniczne idą w parze z tradycją. Przykład gdzie ostrość, dzikość, nie koliduje z chwytliwością i melodyjnością. Płyta bez wątpienia bardziej dojrzalsza aniżeli debiut, bardziej przemyślana, ale tak samo wyrównana i zróżnicowania. Duch METAL CHURCH nie umarł i jego słowo jest dalej głoszone.

PŁYTA MIESIĄCA WRZESIEŃ 2011

Miesiąc wrzesień objawił się dla mnie jako miesiąc niespodzianek zarówno tych pozytywnych jak i tych negatywnych. Zespoły które są mi znane nie od dziś poluzowały sobie stawiając na monotonię, rutynę, obdzierając swoje albumy z elementu zaskoczenia. Najlepiej to odzwierciedla nowy album dinozaurów progresywnego metalu, a więc DREAM THEATER, który od lat gra to samo i chyba dlatego nigdy jakoś nie potrafiłem się w gryźć w ich materiał. Do dziś kapelę upatruję jaką tą której fenomen, czy też kult nie rozumiem, ale szanuje ich za wkład do muzyki metalowej. Podobne wrażenie zrobił album „Empire of Souls” power metalowego MORIFADE, który nie odbiega stylistycznie od poprzednich albumów, z tym wyjątkiem że materiał jest jeszcze gorzej podany. Niczego nowego do działalności WHITE WIZZARD nie wniósł ich nowy krążek zatytułowany „Flying Tigers”, gdzie mamy mamy wszystko niemal identyczne co na poprzednim albumie,z tym że znów jakby gorszej jakości i dwa razy to samo raczej czyni album bardzo wtórnym i przewidywalnym. Ogólnie miesiąc wrzesień to przede wszystkim uczta dla fanów progresywnego metalu, bo oprócz tutaj wymienionego DREAM THEATER pojawił się nowy ANUBIS GATE pokazujący nowoczesne oblicze zespołu, ELDRITCH, który nie należy do łatwych w odbiorze, czy też REDEPTION, który tez trzyma się swojego stylu, który i tak nigdy mnie nie przekona do siebie. Skoro już wkroczyliśmy na teren progresywnego grania to mam dwóch faworytów w tej kategorii. Pierwszym z nich jest afrykański MYRATH, które wydając swój trzeci album zatytułowany „Tales Of the sands” pokazał że można grać naprawdę ambitny progresive power metal z nietypowymi melodiami, zakorzenionymi w tradycji tamtego rejonu i że można grać naprawdę świeżo i oryginalnie. Również dobrze się spisuje SARACEN który raczej ma bliżej do rocka, ale i tutaj można wyłapać pewne elementy progresywne. Przykład płyty, gdzie liczą się przede wszystkim emocje, nastrój. Kwintesencja muzyki brytyjskiej. W kategorii bardziej heavy metalowej bardzo mnie zaskoczył nowy album LOUDNESS, który tworzy nie od dziś, a kawałki zaprezentowane przez nich kipią energią. Gdzieś tam za nimi MESSENGER, porażkę tutaj poniósł weteran SINNER, który nagrał jeden z najgorszych albumów w karierze. Nieco więcej się działo w power metalu, gdzie bardzo udany, nowoczesny album nagrał Brazylijski ALMAH, porażkę bez wątpienia poniósł BRAINSTORM, który z każdym album stacza się na dno. Co ciekawe największe zaskoczenie sprawiły dwa albumy, gdzie wplątany patenty charakterystyczne dla melodic i neoclassical metalu. Mowa tutaj o HOLY FORCE, który skupił w składzie same gwiazdy sceny metalowej oraz nieco mniej znany GHEE – YEH i oba krążki stanowią czołówkę miesiąca. A trzeci kompanem na podium jest nie kto inny jak powracający w wielkim stylu ANTHRAX – gwiazda thrash metalu. „Workship Music” to może nie ich najlepszy album, to może album który nie ma za wiele do czynienia z thrash metalem, ale aranżacje, melodie, riffy i sama forma muzyków przedłożyła się że mamy jeden z ich najlepszych albumów, który można śmiało postawić obok takiego „State of Euphoria” . 

1. ANTHRAX - WORKSHIP MUSIC (13.09.2011) (USA)

Wielki powrót po 8 latach abstynencji płytowej, powrót do składu nikogo innego jak samego Joegio Belladonny, z którym to ANTHRAX nagrał swoje najlepsze płyty. Nie jest to może drugi "Among The Living", nie jest to może najlepszy album tej formacji, ale najlepszy od ...1993 i śmiało można go postawić obok takiego choćby "State of euphoria". Album zyskuje z następnymi odsłuchami, wtedy zapada w pamięci i każdy utwór zapada w pamięci, a pomaga w tym niezwykła przebojowość kompozycji i atrakcyjne aranżacje, które również cechują się nie zwykłą chwytliwością. Po pierwszych odsłuchach człowiek jeszcze trzeźwo patrzał na ten album, tak jak to się ma w recenzji, cóż teraz popadłem w nałów, a album stał się moją obsesją. Aha,. nie wiem czy to nie jest najlepszy album pod względem wokali Joegio!

RECENZJA    http://www.powermetal-warrior.blogspot.com/2011/09/anthrax-worship-music-2011.html

2. HOLY FORCE - HOLY FORCE (09.09.2011) (USA)

 Wystrzałowy debiut formacji złożonej z samych gwiazd muzyki metalowej i wspólnie stworzyli prawdziwe arcydzieło. Mamy tutaj klimat, momentami nieco ciepły, momentami wręcz ognisty, do tego niezwykłe umiejętności i forma muzyków, która przedłożyła się na ostateczny efekt. Ale na czym polega urok tego albumu to na ambitnych melodiach wygrywanych z wielką gracją, wyczuciem i finezją, do tego element przebojowości. Uczta dla wymagających słuchaczy muzyki metalowej, którzy szukają czegoś więcej niż odgrzewanych kotletów i pseudo ciężaru. 


3.  GHEE-YEH - METAL BLAST (30.09.2011) (Chile)

Jak dla mnie zespół znikąd, ale mało znany nie oznacza gorszy. Zaskoczenie miesiąca to na pewno, bo tak o to mało znany muzyk stworzył album pełen oryginalnych melodii, pełen niezłego wyczucia i nastroju. Znów ambitna muzyka z dużą dawką melodii i popisów gitarowych.

środa, 8 lutego 2012

ATTACKER - The second Coming (1988)


Kiedy po wydaniu debiutanckiego albumu „Battle at Helms Deep” przyniósł rozgłos amerykańskiej kapeli ATTACKER mogłoby się wydawać, że nic nie jest ich wstanie powstrzymać i że wrota do kariery zostały przed nimi otwarte. Cóż zespół mimo znakomitego albumu napotkało kilka trudności. Tymi zawsze najbardziej wpływowymi zmiennymi są oczywiście przetasowania personalna, które mogą w różny sposób wpłynąć na styl zespołu. Za punkt zwrotny należy uznać rok 1987 kiedy to kapelę opuszcza wokalista Bob Mitchell, a zastąpił go John Leone, który również dysponował szeroką skalą śpiewu i dysponował podobną charyzmą, więc większych rozbieżności w tym zakresie nie uświadczyłem. Druga zmiana dotknęła stanowiska gitarzysty i tak pojawił się Tom' D'Amico w miejsce Jima Mooney'a. To poniekąd przedłożyło się na styl kapeli na drugim albumie, który został zatytułowany „The second Coming”. O ile na pierwszym krążku słyszalne były wyszukane melodie, słychać było złożoność i urozmaicenie utworów, tutaj już tego nie ma. Jest w dużym stopniu prostota i nie ma już takich skomplikowanych kompozycji. ATTACKER stworzył na drugim albumie styl który łączył w sobie cechy amerykańskiego power metalu, a także heavy i speed metalu. Tak więc uważam, że album pogodzi fanów METAL CHURCH, HELSTAR, czy też AGENT STEEL. Kontrastując drugi album z pierwszym można odnieść wrażenie, że dwójka jest bardziej zwarta, o wiele dynamiczniejsza, gdzie przeważały właściwie krótkie, rozpędzone kompozycje, które tym samym przyćmiły wolniejsze utwory.

W przeciwieństwie do debiutu, materiał zawarty na 'The Second Coming” w postaci 8 utworów, to właściwie zabawa na nie całe 30 minut, co właściwie już daję gwarancję, że się nie zmęczymy, że nie uświadczymy silenia się na zbędną długość, tylko po to żeby trzymać się standardów. Dominują na tym albumie przede wszystkim szybkie kompozycje oparte na szybkich, ostrych riffach, rozpędzonej sekcji rytmicznej, przyozdobione a to zwolnieniami, a to połamaną melodią, a to jakaś energiczną solówką, gdzie można przekonać się na własnej skórze na jakim poziomie technicznym są muzycy. I takie kompozycje zdominowały album i taki właśnie jest otwierający album”Lords of thunder” , zadziorny „Zero hour” z bardzo atrakcyjnym motywem gitarowym, który poniekąd przypomina mi wczesny RUNNING WILD. Ale to jest przykład, że można połączyć prostotę, z nieco złożoną, połamaną melodią, że można też nieco urozmaicić kawałek w owej prostocie. A to trzeba przyznać, zespołowi na tym albumie wyszło znakomicie. Zespół też potrafi nieco bawić się motywami urozmaicać nawet trwający 3 minuty utwór tak jak to jest w przypadku „Captives of Babylon” gdzie się dzieje sporo, a najlepsze to ze zespół bez zahamowań nawiązuje do twórczości IRON MAIDEN, czy też RUNNING WILD. Jedno trzeba przyznać ATTACKER, a mianowicie to że nie stroni on od atrakcyjnych motywów, od pomysłowości i świetnie to słychać w takim rytmicznym „The Madness”, w „Desecration”, gdzie znów mamy połamane melodie i zróżnicowanie w obrębie 4 minut. Coś z IRON MAIDEN da się wychwycić w jedynym instrumentalnym „Octragon” czy też najbardziej epickim „Revelations of Evil” będący najbardziej złożoną kompozycją, będący przejawem nieco wolniejszego tempa i mroczniejszego klimatu. I taką wisienką na torcie jest rytmiczny „Emanon” który pokazuje że można stworzyć naprawdę atrakcyjny motyw oparty na rytmicznej, nieco połamanej melodii i znów można pochwalić na umiejętne zróżnicowanie w obrębie jednego utworu.

The second Coming” to album na pewno nieco prostszy i zapewne przystępniejszy dla odbiorcy aniżeli jego poprzednik. Jest może mniejszy nacisk na urozmaicenie, choć jest to dalej charakterystyczna cecha ATTACKER, to jednak więcej tutaj prostszego grania. Melodie, jak i motywy zostały atrakcyjnie zaaranżowane. Materiał właściwie cechuje się niezwykłą równością i przebojowością i w połączeniu z potężnym, mięsistym brzmieniem i z umiejętnościami muzyków ( zwłaszcza zmarłego wokalisty Johna Leone'a) czynią ten album bardzo atrakcyjny dla wymagających słuchaczy. Ocena: 9/10

DRAGONSCLAW - Prophecy (2011)


Internet to narzędzie które pozwala w sposób najszybszy i najłatwiejszy przejrzeć wszelkie nowinki w danej dziedzinie. W kategorii: muzyka heavy metalowa cały czas pojawiają się jakieś nowości, jednak ich zbyt duża liczba często może uśpić naszą czujność dlatego warto być na bieżąco z wszelkimi newsami i tak w natłoku różnego rodzaju newsów natknąłem się na zespół australijski DRAGONSCLAW, który gra power metal z domieszką heavy metalu. Co mnie przyciągnęło w tej młodej kapeli, to niezwykły dar do przyciągnięcia uwagi. Wystarczyły tylko próbki z sesji nagraniowej i okładka frontowej i już byłem kupiony tym zespołem. Oczywiście od razu rozpocząłem akcją oswajania się z samą formacją. Ich początki sięgają roku 2007 kiedy to kapelę powołał do życia gitarzysta Ben Thomas będący pod dużym wpływem ADAGIO, SYMPHONY X, czy też KAMELOT, a cały band uformował się dopiero w 2010 r i w składzie: Ben Thomas – gitara, Giles Lavery – wokal, Ray Martens – klawisze, Aaron Thomas – bas nagrali swój debiutancki album 'Prophecy” mający swoją premierę stosunkowo nie dawno. Czego należy się spodziewać po tym krążku? Przede wszystkim melodyjnego grania w której poza wcześniej wspomnianymi zespołami można wyłapać też odesłania do twórczości HELSTAR, JUDAS PRIEST, czy też EDEN CURSE. Do tego nadzwyczaj udana produkcja albumu podkreślająca jego dynamikę, agresję a także melodyjność. Jednak co mnie najbardziej urzekło to umiejętności muzyków i właściwie każdy z nich ma coś do zaoferowania. Ben Thomas to gitarzysta, który łączy sobie cechy gitarzysty zarówno oddanym ostrym, energicznym partią, a także wioślarza który stawia na pierwszym miejscu rytmikę, feeling i finezję. Ben potrafi znaleźć złoty środek między tymi dwoma obliczami. Świetnie dopasowane zostały partie klawiszowe Raya Martensa, które nadają muzyce DRAGONSCLAW odpowiedniej przestrzeni, luzu, swobody i melodyjności. Co do sekcji rytmicznej, niczym specjalnym się nie wyróżnia i wysoki standard został i w tym przypadku zachowany. Jest dynamicznie, jest różnorodnie, więc na monotonność nie można w tej kwestii narzekać. I na koniec wg mnie największa gwiazda zespołu, a mianowicie wokalista Giles Levery, który spełnia kryteria najlepszych wokalistów i uważam że z taką skalą i charyzmą ma on świetlaną przyszłość przed sobą.

Boom i z wielkim rozmachem zaczyna się album bo na starcie mamy ostry ”Darkness Within” oparty na riffie wzorowanym „Painkilerze” JUDAS PRIEST. Muszę przyznać, że dynamika, melodyjność, oraz cała konstrukcja musi się podobać, bo jest to zrobione z niezwykłym wyczuciem i smakiem. Solówki pełne energii i lekkości, a to ciekawie kontrastuje z ostrym riffem i niezwykle imponującym wokalem Gilesa, który pokazuje że mamy do czynienia z klasą światową. Bez wątpienia jedna z najlepszych kompozycji na albumie, jeśli nie najlepsza. Podoba mi się to jak świetnie uzupełniają się partie klawiszowe i gitarowe co słychać świetnie w melodyjnym "Fight For Your Life" , który został wg mnie przyozdobionym najbardziej chwytliwym refrenem, który będzie na pewno wspominany przy rozliczeniach tegorocznych. Znów Ben daje upust uczuciom w solówce i gdzieś w tym wszystkim można się doszukać pewnych nawiązań do neoklasycznego grania. Różnorodność to cecha która należy utożsamiać z albumem „Prophecy” i świetnie to odzwierciedla taki „Angels In White” będący nieco przeciwieństwem poprzednich kompozycji, gdzie mamy wolniejsze tempo, bardziej rockową konstrukcję, ale niezmienna pozostała dawka melodii i atrakcyjnych linii wokalnych. Mamy tez bardziej urozmaicone kompozycje jak choćby "Defenders Of the Skies" z gościnnym udziałem Alessandro Del Vecchio (Edge Of Forever, Eden’s Curse,). Skoro już wkroczył w temat gości to warto też wspomnieć o nieco progresywnym, "Prophecy Is A Lie" gdzie występuje Blaze Bayley, którego przedstawiać chyba nie muszę. Potem jest seria szybkich, melodyjnych petard power metalowych w postaci „Life Through Anubis' Eyes” z popisem wokalnym Gilesa, zadziorny „ Rising Power” gdzie mamy bardziej złożone partie gitarowe. W takiej konwencji utrzymany jest również „Devil's Firey Dance”, czy też bardziej nastrojowy „The Unknown Horizon” przemycający cechy neoklasycznego grania. Słychać znaczącą rolę klawiszy i orkiestracji. Najlepsze na koniec? Na to wychodzi że „Revolutionary Suicide” stanowi opus magnus płyty. Tutaj mamy wszystko i zarazem coś więcej. Są te ostre riffy, są te szybkie partie, są te finezyjne solówki, ale jest coś więcej. Jest nastrój, zróżnicowanie, napięcie, urozmaicenie, no i świetnie wplątany podniosły, symfoniczny motyw w środkowej fazie kawałka.

Daruję sobie podsumowanie i powiem tylko jedno, brać w ciemno, bo płyta została przygotowana z wielkim zapałem i miłością do muzyki. Są i ostre partie gitarowe, są i melodie , jest i momentami nastrój i podniosły feeling. Zespół nie pozwolił na monotonność i jednostajność, zamiast tego jest różnorodność i niezwykła równość, co sprawia że słuchania owej płyty jest strasznie satysfakcjonujące. Ocena: 9/10

LIEGE LORD - Burn To My Touch (1987)


Po wielkim sukcesie debiutanckiego albumu amerykańskiej formacji heavy/ power metalowej LIEGE LORD, można rzec że ich kariera nabrała rozpędu i byli bardziej rozpoznawalni aniżeli przed wydaniem debiutu. Sukces pierwszej płyty przyczynił się do tego, że na zespół zwracali uwagę nie tylko słuchacze, ale szefowie wielkich wytwórni płytowych. I tak o to Brain Slagel będący szefem Metal blade, zwrócił się do LIEGE LORD z propozycją wydania pod ich skrzydłem kolejnego albumu. Tak też się stało i w roku 1987 został wydany nakładem Metal blade „Burn To My touch”. Album ten jest o wiele dojrzalszy aniżeli poprzednik, słychać tutaj już pewnie odchodzenie w stronę thrash metalowych patentów. Jest większy tutaj nacisk na technikę, łącząc przy tym heavy metal z thrash metalem. W przeciwieństwie do debiutu już nie ma tak wyraźnych nawiązań do IRON MAIDEN, jeśli już to więcej w tym motoryki takiego JUDAS PRIEST. Oczywiście dalej słychać choćby taki rodzimy ATTACKER. Oczywiście pójście w takim kierunku doprowadziło do utraty owego pierwiastka szaleństwa, gdzieś uleciał element spontaniczności i radosnego grania. Niby jest tak samo wysoki poziom grania, to jednak album jakby nieco mniej atrakcyjny aniżeli „Freedom Rising”. Lekka zmiana stylu, to poniekąd zasługa nowego gitarzysty Paula Nelsona, który ma odpowiednie wyczucie i technikę. Jednak ciężko zestawić go z poprzednim, tutaj jednak ma się wrażenie że niektóre partie gitarowe są nieco ostrzejsze od tych z poprzedniego albumu. Pozostała część składu niezmienna, a jedynie na uwagę zasługuje zwyżkowa forma wokalna Andiego, który poczynił spory postęp w stosunku do pierwszego albumu. Śpiewa przede wszystkim bardziej technicznie, nie tracąc przy tym swojej charyzmy i skali. Co uległo tez polepszeniu to bez wątpienia brzmienie, które jest nieco brudniejsze, nieco ostrzejsze.

Materiał znów jest w miarę krótki, zwarty i bez większego przynudzania. Udanym zabiegiem okazało się obsadzenie „Transgressor” w postaci otwieracza. A to z tego powodu, ze utwór jest bardzo atrakcyjny i to właściwie z kilku powodów. Przede wszystkim jego złożoność i urozmaicenie, które przejawia się w tym, że zespół płynnie przechodzi między wolnym a szybszym tempem, bez większych problemów bawi się melodiami, gitarowymi motywami, no i może się tez pochwalić atrakcyjną solówką. Zadziorny „Birds of Pray” brzmi znajomo i takich motywów w historii metalu było pełno i poza motywem gitarowym spore wrażenie na mnie zrobił frontman zespołu. Oczywiście nie zabrakło tez szybszych kompozycji jak choćby urozmaicony „Cast Out”, czy też „Black Lit Knights” z dość atrakcyjną partią perkusyjną. Przejawy zainteresowania thrash metalu słychać w nieco ostrzejszym, nieco mroczniejszym „Portrait of Despair”. Największą sympatią darzę utwory utrzymane w konwencji bardziej power metalowej. Mam tu na myśli choćby melodyjny „Manic's Mask”, szalony „Legend” czy też instrumentalny „Walking Fire” w którym to zostają przemycone też elementy hard rocka, czy też heavy metalu spod znaku IRON MAIDEN.

„Burn To My Touch” to kolejny bardzo udany album tej amerykańskiej formacji oddający charakter amerykańskiego heavy/ power metalu. Album bardziej dojrzały aniżeli debiut, bardziej dopieszczony i bez wątpienia umocnił pozycję zespołu. Jednak to wciąż poziom tylko bardzo dobry, a zespół z takim potencjałem jest stać na więcej, czego dowodem jest kolejny album „Master Control” który wg mnie jest największym osiągnięciem tej kapeli. Ocena: 8/10

ANTICHRIST - Forbidden World (2011)


Patrząc na poczynienia większości kapel thrash metalowych zarówno tych określanych mianem wielkich, czy tez weteranów jak i tych młodych to ma się wrażenie że ktoś jakby odciął im jaja zabierając tym samym ich agresję, jad i całą tą niespożytą energię. Jasne, że i od tej reguły znajdziemy wyjątki. Jednym z nich nie będzie młodziutki ANTICHRIST wywodzący się ze Szwecji. Założona w 2005 r formacja po licznych demach w końcu w 2011 roku wydała swój debiutancki album „Forbidden World” który diametralnie podbił serca słuchaczy. A to z tego względu że mało który młody zespół gra z taką z pasją i z takim oddaniem tradycji. ANTICHRIST łączy w sobie agresję kapel z Bay area z niemiecką szkołą thrash metalu. Słychać na tym albumie odnośniki do EXODUS, KREATOR,SLAYER, DESTRUCTION, czy MORBID SAINT. To wyjaśnia kwestię tego że zespół nie odkrywa ameryki, nie wnosi niczego nowego do gatunku, ale odświeża formułę, interpretuje ją na nowo i to musiało porwać tłumy. Brzmienie też idealnie zostało dopasowane do całości i innych elementów, bo zrezygnowano z krystalicznego, dopieszczonego technicznie brzmienia na rzecz, nieco przybrudzonego, takiego można rzec w stylu lat 80/90. Nazwa zespołu i styl grania jest adekwatny do warstwy lirycznej która porusza się wokół zła, okultyzmu, przemocy i ciemności. Fenomen muzyki ANTICHRIST polega na tym, że potrafią sprzedać mimo tej brutalności, mimo tej dzikości, atrakcyjne melodie, atrakcyjne dla słuchacza solówki, które są finezyjne, rytmiczne i pełne wyczucia, co tym samym zbliża jej do łagodniejszych odmian metalu, takich jakich choćby speed/ power/ heavy metal. I to jest największy atut ANTICHRIST i ich debiutanckiego albumu.

Otwierający „Dark Sorcery” byłby kolejnym rozpędzonym utworem, który pędzi nie wiadomo gdzie, bez jakiś hamulców i rozkładu jazdy. A tutaj jest harmonia w tym wszystkim. Bo pod powierzchniową powłoką w postaci dynamiczności, niezwykłej szybkości i brutalności jest ukrywa się drugie oblicze zespołu, ich druga twarz którą można utożsamiać z melodyjną, łagodniejszą odmianą metalu, czy to power czy to speed metal. Duża w tym zasługa duetu gitarzystów Runessona/ Forsulnda, którzy potrafią coś więcej niż tylko grać szybko i ostro. I choć zespół nie grzeszy oryginalnością, ani tym bardziej zróżnicowaniem to jednak potrafi zaciekawić słuchaczy drugim niemal podobnym utworem do pierwszego. Na czym polega trick, że „Militia of Death” jednak nie usypia? Atrakcyjność i pomysłowe rozwiązanie co do partii gitarowych i to one wg mnie zapewniają rozrywkę słuchaczowi, nawet jeśli utwór jest bliźniaczo podobny do wcześniejszego. Ta sama reguła tyczy się „Torment In hell” i zobaczcie że wystarczyło tylko wplatać w to wszystko taki speed/ heavy metalowy motyw gitarowy odegrany jakby w szybszej wersji. Do tego prosty i przejrzysty refren, który oddaję do bólu styl KREATOR. I kto by pomyślał, że pomiędzy mięsem armatnim znajdzie się miejsce na balladę. Co z tego, że krótką, co z tego że instrumentalną, ale wolny kawałek to jednak wolny kawałek. Nie narusza ona konstrukcji płyty, ani jego poziomu. Tak więc” Forbidden World” to chwila odpoczynku przed kolejną dawką ostrego thrashu. W dalszej części narzucone wcześniej podtrzymuje melodyjny „Victims Of the blade” z energiczną solówką, czy też brutalny „Sign Of the beast” ukazujący agresywniejsze oblicze wokalisty Stekena, który tutaj odszedł na chwilę od śpiewania w stylu Schmiera na rzecz Mille Petrozzy. W takim stylu jest tez utrzymany „Death rays” czy też zamykający „Terror Dimension”, a więc szybkie killery górą. Ale na tym nie kończy się album „Forbidden World”. Atrakcyjną tego albumu wg mnie są dwa kolosy, które ukazują nieco ambitniejsza stronę zespołu. Pokazuje, że można stworzyć 8 minutowy utwory, które nie nudzą, które złożone są z licznych atrakcyjnych, bardziej wyszukanych motywów i linii melodycznych. Taki właśnie jest mroczny „Necropolis” i instrumentalny „Minotaur”, który jest wg mnie najlepszym przykładem, że zespołowi są w głowie melodie wyjęte wręcz z konwencji heavy/speed / power metalowej. Ileż tutaj motywów godnych samego IRON MAIDEN. I wszystko to przeniesione do thrash metalu.

Płyta na pewno spełni kryteria i wszelkie zachcianki fanów ostrego, dynamicznego thrash metalu z lat 80/90 i chyba nie tylko. „Forbidden World” i zespół ANTICHRIST to nadzieja thrash metalu na lepsze jutro i dowód na to, że można grać bezkompromisowo, bez tej marketingowej komercji. Brać w ciemno. Ocena: 10/10

AGGRESSION - The Full Treatment (1987)


Brutalny trash metal, poruszający tematykę śmierci, horroru i przemocy, agresywny, dynamiczny, bez kompromisowy, bezpośredni, nieokiełznany, pierwotny, kiedyś bym pewnie widząc taki opis płyty bym ominął ów krążek szeroki łukiem. Nie byłem oswojony z takim graniem a taki mroczny, nieco depresyjny zestaw w połączeniu z wokalem typowo death metalowym nie służył mi. Jednak ten okres mam już za sobą, a człowiek zaczyna ewoluować, eksperymentować i sięgać po bardziej odważne rzeczy. Ten zawarty w wstępie opis jest adresowany do kanadyjskiej formacji AGGRESSION, która zadebiutowała albumem „The Full Treatment”, który ukazał się w 1987 roku. Sama kapela powstała w 1984 r w Montrealu pierwotnie pod nazwą ASYLUM. Początkowo działalność zespołu przejawiała się w nagrywaniu dem ,potem ewoluowała do tego stopnia, że zespół mógł zamieścić swój autorski kawałek na składance typu „Speed Metal Hell” czy też „Thrash Metal Attack” co przyczyniło się do zainteresowania zespołem. Zostawmy na chwilę aspekt historyczny zespołu i przyjrzyjmy się sylwetkom muzyków. Pierre Fleurant to frontman kapeli, człowiek który powinien być utożsamiany z death metalem, bo właśni takim wokalem został obdarzany ów muzyk. Jego znakiem rozpoznawczym trzymanie się w niskich rejestrach skupiając się na zadziorności i agresji. Drugim ważnym członkiem zespołu jest Dennis Barthe, który jest jedynym wioślarzem w zespole i to na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za całą linię melodyjną i wszelkie motywy gitarowe. Jego podstawowym założeniem jest grać prosto, ale przede wszystkim dynamicznie, agresywnie, bez jakiś wirtuozerii. Sekcja rytmiczna też nie gorsza i nie może sobie ona pozwolić na odstąpienie na krok dwóch liderów. Czy ktoś słuchając ich albumu powiedziałby że to debiutanci? Raczej nie, bo zespół nie daję po sobie tego poznać. Grać potrafią i to jeszcze jak. Kluczowym też elementem tej całej układanki okazało się także brzmienie, które identyfikuje się z ową brutalnością, naturalnością i tym lekkim brudem. To wszystko w połączeniu z równym, jasno sprecyzowanym materiałem czyni ten krążek prawdziwą ucztą dla fanów agresywnego thrash metalu.

Ciężko się piszę o takim repertuarze jak ten tutaj. A to z jednego prostego względu, każdy utwór zbytnio nie odróżnia się od innych bo właściwie wszystko jest utrzymanej w jednej koncepcji, czyli agresja, dynamika, brutalność tak jak to słychać już w otwierającym „Forsaken Survival”, czy „Forzen Aggressor” z jakże ambitną i złożoną solówką, która właściwie ukazuje coś więcej aniżeli agresję. Choć można w tym zawężonym gronie dostrzec pewne drobne różnice. Choćby taki „Green Goblin” , który wyróżnia się nie tylko krótkim czasem trwania, ale też bodajże najszybszym tempem.”Dripping Flesh” to kolejna petarda, ale wyróżnia ją nieco bardziej złożona solówka, która jest tym razem nieco dłuższa. „By the Reaping Hook” ma dość charakterystyczną partię basową i bardziej zadziorny motyw przewijający się podczas zwrotek. Jednym z moich faworytów jest „Demolition” i to pewnie z powodu ciekawej zaaranżowanej melodii, takiej nieco bardziej złożonej i zagranej z polotem. No i na szczycie owej piramidy mamy zamykający album „The Final Massacre”, który najbardziej się wyróżnia z całego albumu i tutaj nie mam na myśli czasu trwania. Utwór jest bardziej złożony niż cała reszta, ma bardziej pokręcony motyw i co ciekawe jakby nieco stonowano tempo i znajdziemy tutaj nawet nieco wolniejsze motywy i to sprawia że kawałek może się podobać za sprawą inności, bardziej ambitniejszemu wydźwięku.

To co jest zaletą tego albumu może uznać również za minus. Granie w jednym stylu a mianowicie w szybkim, agresywnym stylu, które na dłuższą metę potrafi nieco uśpić czujność słuchacza. Mile widziane byłoby nieco pobawienie się melodią, danym motywem gitarowym. Mam czasami tutaj wrażenie że liczy się demolka i totalne zniszczenie za wszelką cenę. Hmm w takim wykonaniu chyba wolę już to co grał MORBID SAINT. Jednak mimo tego małego zgrzytu, warto posłuchać co mają do powiedzenia w tej kwestii AGGRESSION, który się rozpadł po tym jak kapela nie zdobyła popularności. Ocena: 9/10

ASGARD - Dark Horizons (1989)


Kto nie zna przypadku kiedy dana nazwa właściwie może być powielana po kilka razy? Takiej osoby chyba nie znajdziemy w swoim otoczeniu. I moim przykładem niech będzie tym razem nieco daleko wyszukana nazwa kapeli, aczkolwiek bardzo dobrze brzmiąca i łatwo wpadająca w ucho, a mianowicie ASGARD. I teraz jedyne pytanie jakie powinno powędrować w kierunku mojej osoby jest” ale którym ASGARD mowa””? I to jest niestety prawda moi drodzy, wystarczy odpalić internet włączyć metal archives i tak o to wyskoczy nam kilka zespołów sygnowanych tą nazwą. Każdy z innego rejonu i właściwie każdy grający inny rodzaj muzyki heavy metalowej. Przedmiotem moich przemyśleń jest kolejny mało znany niemiecki band który właściwe zostawił po sobie wyłącznie debiutancki album, który zaliczyć można do dobrych, solidnych albumów. ASGARD został założony na początku lat 80, a w 1986 roku ukazało się pierwsze demo, a na pełny album przyszło poczekać 3 lata i tak w 1989 ukazał się „Dark Horzions”, będący odzwierciedleniem tego co się grało w tamtym czasie w Niemczech. A więc mamy do czynienia z typowym graniem dla tego kraju, gdzie dominuje wypadkowa stylu RUNNING WILD, GRAVE DIGGER, czy też FAITHFUL BREATH. Poniekąd z tym faktem wiąże się inny, a mianowicie taki, że tutaj w tym bandzie stawiał swoje pierwsze kroki basista Tomi Gootlich, który jest bardzo dobrym instrumentalistą. Nic więc dziwnego, że po wydaniu debiutu dołączył do GRAVE DIGGER.Reszta robi co do nich należy nie wykraczając poza poziom przyzwoitości. Nie robi na mnie większego wrażenia wokalista Olfa Dietzel, który ma coś Rock'n Rolfa czy też Chrisa Boltendahla. Podobnie ma się sprawa do momentami nieco topornych riffów, a także melodiami które brzmią czasami na tym albumie niczym jakieś odrzuty z wyżej wspomnianych zespołów. Szkoda, że w tym aspekcie zespół nie wycisnął nic więcej, bo tak sami strzelili sobie samobója ową odtwórczością. Przynajmniej brzmienie jest takie jak być powinno, nieco surowe, nieco przybrudzone, takie można rzec utrzymane w tradycyjnym niemieckim stylu.

Materiał solidny, ale ma momenty lepsze i te gorsze. Do tych najlepszych bez dłuższego zastanawiania zaliczam instrumentalne intro „Rainbow Bridge”, epicki, dynamiczny „Hereo's Tears” będący moją ulubioną kompozycją. A to choćby z tego powodu, że ma motorykę RUNNING WILD, ale oprócz tego łatwo wpadającą melodię i wszystko to co kocham w niemieckim heavy metalu. W przeciągu tych 8 minut zespół oferuje szybkie partie , jak i te bardziej wyważone, klimatyczne, nastrojowe. Ciekawe jest to że ten kolos potrafi być bardziej atrakcyjny niż nie jeden krótszy utwór na tym albumie. Podobne skojarzenia mam słuchając melodyjnego „Fighting' Em Back” , czy też bardziej topornych, bardziej zadziornych i nieco prostszych kompozycji jak choćby „Hungry Hearts”, czy tez „Riders Of The storm”. Do czołówki śmiało można wliczyć także przebojowy „Soldiers waltz” który został przyozdobiony atrakcyjną melodią stanowiący główny motyw, a także zapadającą solówką, która właściwie się wyróżnia na tle pozostałych. Ostatnim, ale nie najgorszym z tych mocnych punktów tego albumu jest nieco rock'n rollowy „The River”. Wszelkie próby dotknięcia wolnych klimatów, próby zmierzenia się z nastrojem tak jak choćby w „Dark Horizons”, czy „Back To you” kończyły się wg mnie tragicznie, bo ani wokalista nie był typem co pasuje do takiego grania, a próbując swoich sił w nieco wolniejszych klimatach zespół tylko odkrył wszelkie swoje nie doskonałości jak choćby brak pomysłów na kompozycje, kiepskie wyszkolenie muzyczne zarówno pod względem umiejętności instrumentalnych jak i kompozytorskich.

Oparcie swojej muzyki na sprawdzonych chwytach, wtopienie się w tłum, czyli w scenę metalową Niemiec tworzoną przez GRAVE DIGGER czy RUNNING WILD poniekąd pozwoliła zespołowi zaistnieć. Niestety ani muzycy, ani tym bardziej materiał nie był wstanie przebić się i wytrzymać presji ze strony konkurencji. Kolejny solidny niemiecki album heavy metalowy kierowany przede wszystkim do fanów wcześniej wspomnianych kapel. Ocena : 6.5/10

poniedziałek, 6 lutego 2012

WARRIORS - Warriors (1984)


Nazwa zespołu WARRIORS raczej kojarzy się z jakimś amerykańskim, rycerskim heavy metalem, aniżeli z serbską formacją grającą muzykę na pograniczu hard rocka, heavy metalu i glam metalu i oczywiście na przekór również z zapatrzeniem na kolegów po fachu z ameryki. Mam tu na myśli takie tuzy jak DOKKEN, RATT i poniekąd gdzieś DEF LEPPARD. Nawet kiedy patrzę na ładnie narysowaną okładkę, przesiąkniętą klimatem s-f to również na myśl przychodzi Ameryka. I tak o to mamy bardzo amerykański album serbskiej formacji założonej w 1983 roku. Choć tak naprawdę jeśli już mamy zagłębić się w aspekt historyczny zespołu to trzeba cofnąć się nieco wcześniej. Bo już w 1982 powstała formacja i to z inicjatywy wokalisty Dušan Nikolić i perkusisty Vicko Milatović działając pod nazwą RATNICI czyli serbski odpowiednik WARRIORS. I tak w 1983 roku pojawił się mini album „Love Machine” gdzie skład był nieco z mieniony i zasilony przez dwóch amerykańskich muzyków i w takim też nagrano album „Warriors”. Skoro mamy styl zakorzeniony w amerykańskim hard rocku/ heavy metalu to tym bardziej nikogo nie zdziwi, że mamy ciepłe, czyste brzmienie, które uwypukla przede wszystkim wokal Dusko Nikkolic, który potrafi otulić swoim ciepłem i rozgrzać serce słuchacza, ale potrafi krzyknąć, wyciągnąć wysokie rejestry trzymając się kurczowo stylu pasującego do tła, które mu towarzyszy. Znaczącą rolę odgrywają też w muzyce WARRIORS chórki, czyli tak jak przystało na amerykański band. Na drugi plan właściwie zostaje zepchnięty duet Douglass Platt/ Zoran Konjevic, który raczej skupia się na prostych, łatwo wpadających partiach, chwytliwych melodiach, aniżeli na skomplikowanych, bardziej złożonych melodiach, a także na jakiś wirtuozerskich popisach gitarowych. Pompatyczna, momentami jednostajna sekcja rytmiczna tylko podkreśla że mamy do czynienia z przystępną dla słuchacza muzyką i co ciekawe myślę, że jest to muzyka ukierunkowana nie tylko na odbiorców słuchających takiej muzyki na co dzień, śmiało mogą sięgać też osoby, które nigdy nie miały stycznością z taką muzyką, wszystko zagwarantowała poniekąd komercyjna otoczka całego materiału. To że jest to ciepłe, komercyjne granie, to nie oznacza, że mamy do czynienia z miałkim, rozlazłym graniem, gdzie wieje nudą. Przebojów goni przebój i w takiej muzyce jest to wręcz wymagane i bez tego daleko się nie zajdzie. Już na wstępie dostajemy ciepły otwieracz w postaci „Try again” który przemyca z każdego wcześniej wspomnianego zespołu pewne elementy. Jednak nie to jest ważne, ale sama pomysłowość i aranżacja, a te po prostu zachwycają. Nie tylko przebojowością, chwytliwością, ale lekkością i nie wymuszoną radością. I jak tutaj nie dać się porwać melodyjnemu przebojowi „You Keep on shinning” który bez ogródek nawiązuje do najlepszych dzieł DOKKEN. Tutaj również Dusko daje upust szaleństwu i energii która drzemie w nim. Nie brakuje też bardziej zadziornych kawałków jak choćby „Diana” gdzie jest kilka cech które oddają styl RATT. Oczywiście na albumie z taką muzyką nie mogło się obejść bez pięknej, nastrojowej ballady w postaci „Im begenning you” która przejawia się w popisie solowym gitarzysty oraz ciepłą, romantyczną linią wokalną. Z kolei najcięższe i najostrzejsze kompozycję na albumie stanowi koncertowy „Light it Up” czy też rytmiczny, przesiąknięty tajemniczym klimatem „God save the children”w którym idealnie zostało dopasowane szybsze tempo i ostrzejszy wokal. Pomysł na rytmikę, na partie gitarowe oraz całą linię melodyjną słychać w takim komercyjnym „Money Lover”. Na koniec zespół postawił na hmm taki nieco true metalowy „Carry On” który ozdobiony jest przede wszystkim znakomicie brzmiącym refrenem, który właściwie mógłby podbić bez problemu każdą stację radiową. Tak jak grali WARRIORS właściwie nikt nie grał w tamtym rejonie i także oni jako pierwsi głosili swoje przesłanie w języku angielskim. I choć album „Warriors” jest daleki od identyfikowania go z gniotem, słabością, choć wszystko zostało tutaj dopieszczone, choć mamy od początku do końca przeboje, choć muzycy mieli talent to jednak ich droga muzyczna szybko się zakończyła, bo bodajże w 1985 roku. I właściwie zespół umarł śmiercią naturalną, do której rękę przyłożyli słuchaczy którzy byli obojętni wobec takiej muzyki i właściwie brak zainteresowania z ich strony przyczyniło się że zespół musiał zwinąć interes. Szkoda, bo zespół miał potencjał jak mało który zespół. Ocena : 9.5/10

LIEGE LORD - Freedom's Rise (1985)


Gdyby tak wziąć pod lupę i prze analizować amerykańską scenę heavy metalową to do czołówki zespołów spod gatunku US power metal śmiało można by wymienić obok takiego ATTACKER, czy też wczesnego METAL CHURCH znakomity LIEGE LORD. Kapela założona w 1982 zaczynała właściwie jako cover band JUDAS PRIEST pod nazwą DECEIVER nawiązując do jednego z utworów tegoż zespołu. I czas na pełen album przyszedł dopiero w 1985 roku pod tytułem „Freedom's Rise”. Album właściwie w szybkim tempie przeszedł do historii jak klasyk i nie ma się czemu dziwić, skoro to wydawnictwo w zupełności oddaje charakter sceny amerykańskiej, zwłaszcza US power metal. Tak więc mamy charakterystyczne dla ich stylu oparcie warstwy instrumentalnej na dwóch rozpędzonych gitarach i w tej roli Tony Truglio/ Pete Mcarthy, który przede wszystkim serwował rozpędzone riffy, które dawał upust energii i szaleństwa, co nie należy utożsamiać z graniem na jedno kopyto w jednym stylu. Oj nie, różnorodność i złożoność to specjalność LIEGE LORD. Drugim jakże charakterystycznym elementem układanki LIEGE LORD jest sekcja rytmiczna, nieco taka surowa, nieco taka pierwotna i w dodatku wzorowana na tej z IRON MAIDEN. Basista Matt Vinci jest czymś więcej niż marną kopią Steve'a Harrisa, gdyż tutaj bas brzmi bardziej tajemniczo. Również perkusista Frank Cortese nie jest jakąś kopią Clive Burra, a też ma sporo własnych autentycznych zagrywek. Wszystko to spina wokalista Andy Michaud ma coś z maniery Roba Halforda, a jak słyszę jego falsety to od razu mam skojarzenia z Kingiem Diamondem, tak więc mamy do czynienia i z charyzmą i niezwykłymi umiejętnościami, które dostarczają słuchaczowi sporo wrażeń. Brzmienie tego albumu jest czasami aspektem rozbieżności opinii słuchaczy. Pod względem czysto technicznym nie ma się do czego przyczepić, ale rozumiem to kręcenie nosem owych fanów. Bo z takim „Master Control” mamy łagodniejsze brzmienie pozbawione wg mnie mocy i co gorsze ciężaru, tutaj jest taki miks ameryki z Wielką Brytanią. Na szczęście grono słuchaczy jest zgodne co do fenomenu materiału tutaj zawartego. Pierwszy kontakt z płytą w postaci intra „Prodigy” bardziej przypomina nam dokonania brytyjskiego IRON MAIDEN z ich początkowego okresu. Duża w tym zasługa sekcji rytmicznej i samej złożoności kawałka. Natomiast melodie i ich wydźwięk nasuwają już bardziej amerykańską scenę heavy metalową. I z piętnem IRON MAIDEN przechodzimy do dynamicznego "Wielding Iron Fists" który charakteryzuje się szybkim tempem, złożonością melodii i motywów gitarowych a to zaowocowało znakomitym killerem. Na czym polega chemia między IRON MAIDEN a LIEGE LORD? W oby dwóch przypadkach partie basu odgrywają znaczącą rolę i w obu zespołach brzmią tak samo mocarnie i to na tyle, że potrafią się przedrzeć przez warstwę gitar, perkusji i głośnego wokalu. To że zespół gra power metal nie da się ukryć słuchając takiego rozpędzonego „Dark tale” gdzie można to równie dobrze odnieść do kapel zakorzenionych w rycerskim metalu. Jeśli ktoś z kolei kocham partie gitarowe, głośne i dominujące niemal nad całością, to powinien zwrócić uwagę na taki „Amnesty” w którym zespół nie szczędzi sporej ilości ambitnych ozdobników gitarowych. Moim takim osobistym faworytem jest epicki, pełen podniosłości „Rage Of Angels” i wg mnie utwór mógłby spokojnie się znaleźć na debiucie IRON MAIDEN. Utwór się wyróżnia na tle innych przede wszystkim tempem i samym atrakcyjnym główny motywem. Zespół właściwie specjalizował się w szybkich kawałkach takich jak „ Vials of Wrath”, czy „For the King”, które tez zaliczam do moich ulubionych utworów. Bardzo udanie wyszło połączenie sekcji rytmicznej i ducha IRON MAIDEN z amerykańską melodyjnością. Ale taki był na tym albumie LIGE LORD odważny, nie stroniący od zapożyczenia pewnych cech choćby z żelaznej dziewicy. Kapela potrafiła znakomicie połączyć energię typową dla power metalu z szkieletem heavy metalowym co słychać idealnie w takim zamykającym album „Legionnaire”. Jeśli nie materiał, jeśli nie wrodzone umiejętności muzyków, to co jest kontrargumentem? Poniekąd brzmienie, poniekąd lekki przejaw toporności oraz ocieranie się o twórczość IRON MAIDEN. Zespół z takim potencjałem stać na coś więcej. To „więcej” przyjdzie jednak z czasem. Jednak o debiucie LIEGE LORD mimo wszystko nie można inaczej pisać, mówić jak o amerykańskiej klasyce, którą nie znać jest wielką hańbą. Ocena: 8.5/10

niedziela, 5 lutego 2012

GAME OVER - For Humanity (2012)


Dość nie dawno na łamach bloga opisywałem nowy album SUICIDAL ANGELS i ich nowy album „Bloodbath” i to z dużym entuzjazmem. Ciekawiło mnie czy konkurencja będzie wstanie zareagować na takiego dzieło jak „Bloodbath” jeśli tak to w jaki sposób i w jakim czasie. Co ciekawe że jeszcze z tego samego miesiąca pochodzi inny równie atrakcyjny album thrash metalowy. Nie będę was długo trzymał w niepewności i podam, że jest to debiutancki „For Humanity” włoskiego GAME OVER. Zespół łączy w swojej muzyce coś z EXODUS, coś z wczesnego SLAYER, tylko ja pierwszy raz mam wrażenie, że jest to bardziej ich własny styl i właściwie nie ma jasno określonego schematu, który można przyporządkować do jakieś kapeli, choć pewnie jakiś zagorzały fan gatunku coś tam sobie zawsze dobierze. Młodziutka kapela która została założona w 2008 r, która nagrała kilka dem przed debiutanckim albumem postawiła sobie jedno ważne założenie, a mianowicie nie brać jeńców i zrobić prawdziwą jatkę trash metalową. Nie usłyszymy tutaj smętnych momentów, ballad, nie usłyszymy też jakiegoś większego kombinowania, nie usłyszymy tutaj miałkie, pseudo thrash metalowe kompozycje, oj nie. Ten zespół stawia na agresję, stawia na naturalność, stawia na melodyjność i zadziorność. Renato Chicolli ma odpowiedni wokal, taki mocny, zadziorny, choć nie grzeszy on technika, to jednak pasuje idealnie do prezentowanej muzyki. Jednak szczęka mi opadła w momencie kontaktu z partiami gitarowymi duetu Sanso/ Ziro. Kto by śmiał ich nazwać amatorami, kto miałby czelność wytknąć im brak pomysłu na partie gitarowe. Oj nie od początku do końca na albumie słychać atrakcyjne riffy, nie tylko pod względem agresji, dynamiki, ale także pod względem melodyjnym i właściwie nie które z nich mają zapędy speed/heavy metalowe. Solówki moi drodzy, to nie jakieś chaotycznie wygrywanie na odczepnego, to czas wyrażania uczuć gitarzystów, to czas kiedy można usłyszeć coś więcej niż szybkie przechodzenie między melodiami. Można wyłapać tam nutkę finezji i gracji. Sporo na tym albumie robi też perkusista Med, który nadaję niesamowitego tempa poszczególnym utworom, ale co ważne daje im odpowiednie zaplecze mocy. Brzmienie również idealnie zostało dostosowane do zawartego na płycie repertuaru. Wciąż mam wrażenie jakby słuchał albumu, kapeli z lat 90. Najgorzej opisuje się kompozycje takie jakie mamy tutaj. Przede wszystkim ze względu na identyczny poziom artystyczny, ale tez poniekąd na niemal jednorodny charakter. Tak jak wspomniałem album jest nastawiony na niszczenie i dlatego mamy właściwie same rozpędzone, pełne agresji, dzikości kompozycje takie jak choćby „ Abyss of a Needle”, przesiąknięty speed metalem spod znaku AGENT STEEL „ Dawn of the Dead”, melodyjny „War Of Nations”, czy też energiczny „Another Dose of Thrash” , czy też koncertowy ' Tupa Tupa or Die”. Ale w obrębie tej jasno określonej struktury, wyznaczonej rygorystycznymi granicami mamy tez kilka drobnych smaczków które nieco urozmaicają ten materiał. „Mountains of Madness” jest bardziej zadziorny, bardziej urozmaicony i ma momenty zwolnienia. Złożoność i średnie tempo 'Overgrill (El Grillador loco)” nasuwa mi poniekąd działalność ANTHRAX. No i złudne wejście do „Bleeding Green” również spokojne i nastrojowe. Czy też demoniczna gadka na wstępie do ostrego „Evil Clutch” gdzie pomysłowe okazało się wyeksponowanie melodii wygrywanej przez gitarę prowadzącą. Właściwie nie da się opisać w słowach to co zrobił ze mną ten album. Czysta furia, energia, nie wymuszana, która strasznie wciąga i uzależnia. Oj brakowało mi takiego albumu, gdzie słuchacz od razu identyfikuje się z muzyką, dając upust swojej energii, robiąc różne szalone czynności przy tej muzyce. Ktoś powie, ależ oni grają na jedno kopyto,cóż nie są pierwszymi, ani ostatnimi. Thrash metal jaki potrzebny jest światu! Właśnie narodziła się nam gwiazda, mam nadzieję, że nie spadną tylko tak szybko jak się wznieśli. Gorąco polecam maniakom, ostrego, agresywnego thrash metalu. Ocena: 10/10

sobota, 4 lutego 2012

ACID - Don't Loose Your dreams (1989)


Niemiecka scena heavy metalowa to prawdziwa ziemia obiecana tego rodzaju muzyki, co ciekawe jakoś nigdy nie zawiodłem się na tym kraju. Tym razem mam do zaprezentowania mały rarytas, który zapewne jest mało znany wśród słuchaczy muzyki heavy metalowej. Drodzy czytelnicy z miłą chęcią przedstawiam wam ACID. Kapela powstała w 1979 roku, a więc można rzecz zaczęła tworzyć podwaliny pod niemiecki heavy metal, jednak na debiutancki album przyszło poczekać znacznie dłużej bo aż do roku 1989 kiedy to pojawia się na rynku „Dont Loose your dreams”. Jak dla mnie ACID to taki niemiecki odpowiednik JUDAS PRIEST. Choć zespół nie trzyma się kurczowo jednego stylu, i poza takim czysto rasowym heavy metalowym granie w którym przewija się właśnie JUDAS PRIEST, ACCEPT, OZ, BELL, czy też WARLOCK, mamy też bardziej hard rockowe patenty, czy też power metalowe spod znaku takiego wczesnego HELLOWEEN. Formacja składa się z trzech muzyków i warto tutaj nieco napisać o nich, bo zasługują na to. Liderem grupy jest Micheal Hommerhoff, który dzieli rolę wokalisty i gitarzysty. Wokal taki wręcz zachowany w rydzach typowego niemieckiego wokalisty, niezbyt wysokie umiejętności techniczne, ten odpowiedni akcent, oraz charyzma i zadziorność która napędza całą machinę ACID. Jako gitarzysta też radzi sobie znakomicie i w tej roli się sprawdza się bez wątpienia o wiele lepiej aniżeli w tej pierwszej. Czy można go nazwać rzemieślnikiem? Myślę że nie do końca, bo solówki są czymś więcej niż zlepkiem cudzych pomysłów i bez problemu można znaleźć na tym albumie całą serię rytmicznych, pełnych werwy solówki. Uwierzcie mi na słowo że nie brakuje tutaj emocji w tym aspekcie. Oczywiście mamy też sekcję rytmiczną tworzoną przez basistę Andreasa Schulza, a także perkusistę Carsten Bald, który jest kolejnym mocnym ogniwem zespołu i to jemu należy podziękować za szczyptę szaleństwa, za dynamikę i za mocny wydźwięk albumu. I tak dotarliśmy do meritum sprawy a mianowicie do materiału. W skrócie można by go opisać równy, zróżnicowany, wypchany sporą liczbą przebojów. Już pierwszym z nich otwiera album, mowa o power metalowym „Driven” gdzie słychać podobną strukturę linii melodyjnej co w utworze „I want Out „ HELLOWEEN, ale są też słyszalne wpływy brytyjskiego heavy metalu. Natomiast taki hard rockowy „All Through The Night” kojarzy mi się z „All We Are” WARLOCK. Ale to jest kolejny niezbity dowód, że zespół radzi sobie z stworzeniem chwytliwych refrenów i łatwo wpadające w ucho melodie. Z koeli przy takim „Draw The line” mamy odesłanie do JUDAS PRIEST i w takiej formie zespół też radzi sobie znakomicie. I tak od heavy metalu, hard rocka dotarliśmy do speed/power metalu spod znaku HELLOWEEN, czy też BELL. Najcięższą i zarazem najszybszą kompozycją na albumie jest „Memories”. Czasami zespół po prostu zwalnia nieco tempa, żeby zwrócić uwagę słuchacza na tajemniczy klimat tak jak choćby w „Die by order”. Do kategorii speed/ power metalowej można śmiało zaliczyć „Up to The neck” które znów przedstawia muzyków jako bardzo dobrych instrumentalistów, a także kompozytorów. Oczywiście znów dostajemy prosto, chwytliwy motyw gitarowy, a także przebojowy refren. Bardzo udanym zabieg było postawienie na krótkie zwarty kompozycje, które nie przynudzają, a to zapewnia łatwy, szybki, sprawny odsłuch. Najbardziej komercyjnym kawałkiem wg mnie jest „Fire”, które po raz kolejny pokazuje bardziej hard rockowe oblicze zespołu. Ale ta lekkość, przebojowość potrafi zauroczyć. „Dont Lose Your dreams” ma zaloty do brytyjskiej sceny heavy metalowej, słychać tutaj coś z DEMON, momentami DEF LEPPARD. Strasznie mi się podoba pomysłowość i ambitne rozwiązanie w „To The Edge Of the world”, który może i jest i komercyjny, może i nieco łagodniejszy, ale ma ciekawą aranżację i różne ozdobniki, które dodają tylko niezłego wydźwięku kawałkowi. Całość zamyka utwór oddający hołd JUDAS PRIEST czyli „Dark Voices”. Nie potrafię znaleźć żadnego haczyka na ten materiał, wszystko brzmi tak jak powinno. Nie ma smęcenia, nie ma udawania, jest za to radość, energia, przebojowość i relaks kiedy ta muzyka leci w pokoju. Tym bardziej nie mogę zrozumieć jak to się stało, że zespół przepadł bez wieści po tym albumie. Najwidoczniej konkurencja była czujna i wszelkie zagrożenie ich pozycje jest natychmiast likwidowane. Szkoda, bo zespół wg mnie miał potencjał. Ocena: 9/10

ADRIAN - One Step Into the Uncertain (1987)


Kiedy w połowie lat 80 eksplodował heavy/power metal na terenie Niemiec zaczęło się pojawiać co raz to więcej zespołów, które bez problemu potrafi nagrać bardzo dobry album, a że nie zawsze były wstanie stworzyć coś ponad jeden album to już inna sprawa. Kiedy RUNNING WILD, HELLOWEEN, ACCEPT rósł w siłę, a między nimi pojawiały się takie zespoły jak choćby ADRIAN, który choć potrafił stworzyć łatwo wpadającą w ucho muzykę, to jednak nie potrafił się przebić przez silną konkurencję, pewnie gdyby pojawili się wcześniej to by sytuacja może inaczej się prezentowała. ADRIAN to kapela założona w 1987 roku i w tym samym czasie wystartowali z debiutanckim albumem „One Step Into the Uncertain” który zawiera muzykę w której jest oczywiście niemiecka szkoła heavy metalu, ale jest też coś z brytyjskiej. Już taki otwierający „Reach the Sky” ma coś z IRON MAIDEN i zarazem coś z JUDAS PRIEST. Nie ma tutaj niczego nowego, a sam pomysł na główny motyw, na melodie, sama konstrukcja już taka obstukana i znana z innych płyt. Tak wtórność jest, ale akurat ta pozytywna. Spora w tym zasługa muzyków, których umiejętności zagwarantowały atrakcyjny dla słuchacza materiał. Duet gitarzystów Wende/Graf może nie jest wykwalifikowany do grania trudnych, ambitnych, finezyjnych solówek, czy riffów, ale znają się na swojej robocie i nie mają problemu z wygrywanie melodyjnych, prostych partii, które usatysfakcjonują niemal każdego słuchacza. Sekcja rytmiczna nieco jakby bez mocy, nieco monotonna w niektórych momentach, ale robiąca dobre tło do gitar i do nieco mało porywającego wokalu Oliviera Wendiego, który nie powala ani charyzmą, ani tym bardziej energią, ot co dobry rzemieślnik, który potrafi zabawić słuchacza. „The King is Born Again" ma nieco cięższy riff, jest nieco mroczniejszy, jest jakby jeszcze większa prostota która się przejawia w partiach gitarowych, ale utwór potrafi zapaść w pamięci. Okazale się prezentuje rockowa ballada w postaci "Love Dies in a Painful Way" która pod względem rytmiczności i przebojowości może przypominać taki SCORPIONS. Tutaj pierwszy raz słychać wyraźnie Marcusa Bohringera, którego partie klawiszowe są miłym ozdobnikiem i czasami jeszcze bardziej podkreślają melodyjny charakter danej kompozycji. ADRIAN to nie tylko maszynka do robienia przebojów, to również maszynka do robienia killerów, przepełnionych energią, dynamicznością, zadziornością, a przede wszystkim chwytliwością. Taki bez wątpienia jest krótki, zwarty „The white death”, który bez większych problemów mógłby się znaleźć na którymś z pierwszych albumów RUNNING WILD. Tak więc można dostrzec całkiem udane urozmaicenie albumu. Swoje trzy grosze dorzucają bardziej złożone kompozycje, które wyróżniają się na tle innych ze względu na bardziej złożone melodie, bardziej wyszukane pomysły. "Prelude/Never Again" to miks RUNNING WILD, BLIND GUARDIAN z debiutu, a także IRON MAIDEN. Oczywiście to kolejna speed/power metalowa petarda. Poezją instrumentalną z tajemniczym klimatem, przesiąkniętym stylem IRON MAIDEN jest „South Africa” bez wątpienia moja ulubiona kompozycja z tego albumu. Tutaj zespół wszedł na wyżyny swoich umiejętności dając upust pomysłowości. Średnie tempo, zadziorne partie gitarowe, ale melodie bardziej złożone, bardziej wyszukane, bardziej ambitne, do tego spory nacisk na finezję i techniczne wykonanie, co tylko daję do myślenia dlaczego więcej nie otrzymaliśmy takich kompozycji? Całość zamyka równie ciekawie zrealizowana nastrojowa ballada „Dreamer”. Tylko 7 kompozycji i prawie 38 minut muzyki, przede wszystkim chwytliwej, przystępnej, zróżnicowanej, wyzbytych jakiś słabych, przynudzających momentów. Mimo wtórności, jest ogromna satysfakcja z przesłuchania owego krążka. Nie dajcie zmylić śmiesznej okładce, czy nieco słabemu brzmieniu, bo pod tym fałszywym wizerunku kryję się kawał porządnej heavy metalowej muzyki oddającej charakter niemieckiej sceny heavy metalowej, ale nie tylko. Ocena: 7.5/10

XENTRIX - Shaterred Existance (1989)


Jeśli czytasz niniejszy tekst i lubisz zespół METALLICA z okresu „And Justice For All” to śmiało możesz czytać dalej. Oto mam coś dla fanów tegoż zespołu, a mianowicie angielski XENTRIX, gdzie cięte, złożone riffy i ich wydźwięk, a także wokal Chrisa Astley bliźniaczo podobny do Jamesa Hattfielda z okresu lat 80. Jednak co należy wiedzieć o XENTRIX? Przede wszystkim fakt, że powstali w 1985 roku i zaczynali jako zespół grający covery metalowych kapel. Jednak po dwuletnim okresie abstynencji pod względem własnego repertuaru zespół w końcu zaprezentował w 1987 roku demo zatytułowane „Hung For” i to poniekąd przysporzyło zespołowi rozgłosu, a przede wszystkim pomogło w znalezieniu wytwórni, którą się okazała Roadrunner i tak w 1989 r zespół wydaje swój debiutancki album „ Shaterred Existance” który jest przez wielu uważany za ich najlepsze osiągnięcie, co akurat tym razem jest słuszną tezą. John Cuniberti jako producent stworzył iście amerykańskie brzmienie, gdzie można je odnieść choćby do płyt TESTAMENT, czy też METALLICA. Zostawmy na chwilę aspekt historyczny i przejrzyjmy się co zespół serwuje na swoim pierwszym albumie. Gdyby nie opisana płyta cd to pewnie po odpaleniu i usłyszeniu „No Compromise” to bym od razu to bym nazwał kolejnym utworem formacji Hattfielda. Ta sama struktura, linia melodyjna, wydźwięk gitar i tu w tej roli sprawdza się duet Astley/ Havard, który bierze pod lupę kilka stylów różnych większych zespołów, które istniały w owym czasie i rosły w potęgę. Potrafią ciąć ostre riffy, pełne agresji, ale tez potrafią nieco zwolnić, postawić jednocześnie na melodyjność. Sekcja rytmiczna też w przypadku tego krążka robi swoje, dając upust szaleństwa i wyobraźni co do wszelkiego zróżnicowania. Również solówki to pewien atut tego albumu, bo przecież liczy się coś więcej niż tylko pot i krew, coś więcej poza dzikością, liczy się tez technika i ukazanie finezyjnej strony thrash metalu i to słychać. Bardziej mnie się spodobał taki „Balance of Power” i to za pewnie dlatego, że poza odesłaniem METALIKI, mamy coś z ANTHRAX. Ciekawie wyszło szybkie wyjście, a potem postawienie na zadziorne średnio tempo. Do tego wszystkiego solówka, która w pewnym momencie ociera się o działalność IRON MAIDEN. Jedna z najlepszych kompozycji na albumie. I co ciekawe podobne skojarzenia można mieć w przypadku solówki utworu „Crimes” i nie da się ukryć że jest to jedna z najlepszych solówek na albumie. Melodyjna, chwytliwa, przemyślana i właściwie zaaranżowana. Po jakimś czasie zespół się rozkręca i w końcu zapodaję nieco bardziej dynamiczniejsze utwory, i tak o to mamy melodyjny „Back in the Real World”, ostry, z atrakcyjną partią gitarową „Dark Enemy”, czy też odegrany z myślą o fanach ANTHRAX „Bad blood” i jest to kolejny dowód na to, że chwytliwe melodie mogą iść w parze z ostrymi, dzikimi partiami gitarowymi. „Reasons for Destruction” również zasługuje na wyróżnienie z tego całego peletonu, a to choćby ze względu na imponujący popis basisty Paula Mackienziego , który stworzył tutaj ciekawy podkład basowy i co ciekawe kawałek wyróżnia się na tle innych również atrakcyjnym motywem i ostrzejszym wokalem. Tak śmiało można rzec kolejny killer. Z kolei „Position of Security” to wg mnie najsłabsze ogniowo na tym albumie, próba zwolnienia nie zbyt wg mnie udana. Album zamyka „Heaven Cent” który jest dobrym utworem, nieco bardziej urozmaiconym i jakby znów pełen patentów wyjętych z muzyki ANTHRRAX, ale zawsze na pierwszym planie jest formacja Hattfielda. Po tym albumie zespół wydał jeszcze parę albumów i w 1996 r wydał swój ost album kończąc tym samym swoją karierę. „Shaterred Existance” to na pewno nie lada gratka dla fanów thrash metalu, a przede wszystkim fanów zespołu METALLICA. Fanem tego ost nie jestem i nigdy nie byłem, to też granie pod ten zespół nie bardzo służy XENTRIX bo wg mnie zespół stać na więcej. Jest kilka mocnych kompozycji, jest odpowiednio wyważony materiał, bez jakiś większych wpadek. I choć jest moc i wszystko to co powinien mieć thrash metalowy album to jednak nie zostałem rzucony na kolana i dalej będę kontynuował poszukiwania w tym gatunku. Moje pragnienie nie zostało w pełni zaspokojone. Ocena: 7.5/10

piątek, 3 lutego 2012

SACRIFICE - On The Altar Of Rock (1985)


Szwajcaria lat 80 to nie tylko wielki KROKUS, to nie tylko takie bandy jak melodyjny BLOODY SIX czy rozpędzony KILLER będący namiastką MOTORHEAD, to również chwilowo nie jaki SACRIFICE, który długo nie zabawił na scenie heavy metalowej. Ale wykorzystał swój czas i zostawił po sobie debiutancki album zatytułowany „On the Altar Of Rock” z 1985 r czyli 4 lata od czasu powstania formacji. Żeby zrozumieć dlaczego kapela nie przetrwała próby czasu, wystarczy spojrzeć na dobrze radzącą sobie konkurencję w tym kraju w owym czasie, a także przesłuchać ten album, żeby się przekonać, że w takim stylu zespół by długo nie zabawił i dochodzi do tego bez wątpienia brak pomysłów na kolejne dzieło. SACRIFICE starał się przede wszystkim połączyć elementy heavy metalowe z hard rockowymi i różne efekty tutaj usłyszymy, ale całościowo jest to spójny krążek i przyjemny w odsłuchu. Otwieracz w postaci „The Eyes Of The Possible” zdradza całkiem sporo, a przede wszystkim że płyta będzie radosna, energiczna i melodyjna. Już w tym utworze słychać prostotę, rytmiczne partie gitarowe, może dalekie od jakieś gracji czy technicznego wyrachowania, ale potrafiące zauroczyć melodyjnością i naturalnością. Kiki Rais grać potrafi na gitarze, solówki też wygrywa nie najgorsze, ale czy czymś się wyróżnia na tle innych? Nie i właściwie jest dobrym rzemieślnikiem zresztą tak samo jak jego kompanii. Serge Kottelat jako wokalista to jeden z minusów tego albumu i muzyki SACRIFICE. Jest on dobrym rzemieślnikiem, ale nie ma ani mocy, ani jakiś nadzwyczajnych umiejętności, które czyniły by go bardziej autentycznym. Na „Jee The Loser” słychać odejście od KROKUSA w stronę bardziej amerykańskiego hard'n heavy, czy też heavy metalu. Można się tam doszukać coś z THE RIOT, czy też choćby HELLION, STEELOVER. Zespół radzi sobie z bardziej dynamicznymi kompozycjami jak „Rotten dream” gdzie już można usłyszeć wcześniej wspomniane skojarzenia. Jednak czasami ma się wrażenie że brzmi to nieco chaotycznie, w sensie każdy sobie rzepkę skrobię. Solówka piszcząca i nieco słaba pod względem technicznym, ale utwór nie jest znów aż taki zły, biorąc pod uwagę że potrafi rozgrzać swoją rytmicznością. Bez wątpienia lepiej zespół radził sobie z prostymi melodiami, stonowanym tempem tak jak w przypadku „Reason Of silence”. Jeśli o mnie chodzi to najlepszym utworem jest dynamiczny „Hot Street” będący instrumentalnym utworem. Ale to właśnie tutaj poczułem energię, radość, atrakcyjne melodie i ciekawie rozplanowane solówki. Szkoda że taki perełek za dużo tutaj nie ma. Równie pozytywne odczucia wywołuje we mnie „Can't Understand You” który w lepszy świetle przedstawia przede wszystkim wokalistę. Również i tutaj nie mam problemu z doszukaniem się łatwo wpadającej w ucho melodii. Odskocznią od tego co do tej pory mogliśmy usłyszeć na albumie jest taki „Little Killer Man” który robi za najdłuższą kompozycję, to tez nie ma się czemu dziwić, że jest kompozycją bardziej złożoną, nieco cięższą i zarazem bardziej stonowaną. Jednak na dłuższa metę potrafi zanudzić ów utwór. Najbardziej chybionym pomysłem na albumie jest bez wątpienia „Dark Confusion” który jest nie atrakcyjny pod każdym względem. Melodia sztywna, solówka niedopracowana i pozostawiające złe wrażenie. „Clear out” brzmi nieco z kolei jak „Hot Streets” co jest oczywiście na plus. Oprócz umiejętności muzyków, sporo do życzenia pozostawia produkcja albumu i brzmienie, które jest wręcz garażowe. Całościowo jest to całkiem dobre i nie ma większych problemów z przebrnięciem przez repertuar tutaj zawarty. Jednak nie jest to jakaś ambitna muzyka, nie znajdziemy tutaj jakieś nowinki, a raczej podanie czegoś co już znamy nie koniecznie w lepszej formie. Cóż płyta dla prawdziwych kolekcjonerów i fanatyków takich rytmów, gdzie jest miks heavy metalu i hard rocka. Ocena: 6/10

RECKLESS - Heart Of Steel (1984)


Cofnijmy się kilka ta wstecz, mamy rok 1980, kraj Kanada i narodziny mało znanemu dziś zespołu RECKLESS, który miał swoje pięć minut i wydał właściwie dwa albumy. „Reckless” z 1981 r i „Heart of steel” z 1984 r. Kapela jak wiele innych młodych kapel postanowiła grać heavy metal z domieszką hard rocka, co śmiało można również zakwalifikować w kategorii hard'n heavy. Nie było mi dane usłyszeć pierwszy album, ale za to mogę się nieco szerzej wypowiedzieć na temat „Heart Of Steel”, który przez sam zespół był uznawanym ich największym dziełem. Słychać w tym wszystkim PRETTY MAIDS, coś z KISS, a także DOKKEN. To wszystko brzmiało dojść melodyjnie, komercyjnie, a przede wszystkim zachowane prawo przebojowości. Gdyby nie ten współczynnik, to nie wiem czy ktokolwiek by wspominał taki album jak „Heart of steel”. Album ma mocne punkty, ale też i słabe i gdyby zespół nie zadbał o przebojowość i gdyby ich umiejętności byłyby na etapie amatorszczyzny to nie wiem jaki byłby efekt, a tak i posłuchać jest miło i można czasami sobie coś zanucić. Jak tamte czasy mamy bardzo dobra produkcję w wykonaniu Rossa Munro który wycisnął z muzyki RECKLESS to co najlepsze uwypuklając zarówno pulsujący, mocny bas Todda Pilsona, dynamiczną perkę Stevena Ledermana, a także zgrany duet gitarowy Madden/ Adams, a przede wszystkim wskazując na energiczny, pełen charyzmy wokal pana Douglasa Langa Adamsa, który jest mistrzem w tym co robi. A co robi śpiewa z dużą dawką mocy, krusząc przy tym mury. Ma do tego niezwykłe poczucie rytmu i melodyjności i to on wg mnie jest gwiazdą tego albumu. Normą dla tamtego okresu są tak kiczowate okładka jak ta tutaj zdobiąca ten krążek, a także skromny czas trwania całości, tym razem jest to tylko 35 minut. Znajdziemy tutaj niemal wszystko. Koncertowy rozgrzewać w postaci otwierającego „Hot'n Ready” nawiązującym poniekąd do PRETTY MAIDS, ale nie tylko. Ciekawie został tutaj wykorzystane takie proste, pulsujące tempo, bardziej stonowane. Do tego chwytliwy, hymnowy refren i killer gotowy. Jeden z najlepszych kawałków na płycie. Czasami mamy bardziej dynamiczne momenty jak choćby ten z „Heart Of Steel”gdzie mamy urozmaicenie w ramach sekcji rytmicznej i tym razem nie potrafię powstrzymać się od skojarzeń z KISS. Za co należy pochwalić zespół to za umiejętność zaciekawianie słuchacza na dłużej niż 2 utwory no i słychać, że zespół jeszcze nie wykorzystał wszystkich swoich asów. Kolejnym przebojem jest bez wątpienia, nieco komercyjny „Drivin' You Mad” który mimo swego łagodnego wy wydźwięku potrafi zauroczyć lekkością, melodyjnością i finezyjną, energiczną solówką. Pierwszym zgrzytem wg mnie jest nieco miałka ballada w postaci „Feel The Fire”, które zupełnie nie oddaje charakteru zespołu i tego co słyszałem do tej pory. Z kolei „Need You Next To Me” ma coś z SCORPIONS i jest to kolejny mocny punkt tego albumu. Słuchając można dojść do wniosku, że atrakcyjność muzyki RECKLESS na tym albumie przejawia się w staranie dobranych melodiach, refrenach, byle wszystko byłe chwytliwe i przystępne dla słuchacza i kolejne kawałki tylko utwierdzają w tym przekonaniu. Lekki, nieco bardziej złożony „In the Night”, prostoliniowy „Only After dark”, czy też lekki, melodyjny, rockowy „Shadows of You”. I ta ostatnia kompozycja brzmi może komercyjnie, ale zarazem bardzo oryginalnie i obok otwieracza jest to moja druga ulubiona kompozycja z tego albumu. Z tego wywodu wynika, ze materiał jest lekki, łatwo wpadający w ucho, pozbawiony wszelkich udziwnień. Jest równość, jest przebojowość i zwarty materiał, który nie przynudza, a to zapewnia całkiem mile spędzony czas w rytmach RECKLESS. Niestety zespół po tym albumie się rozpadł i już słuch o nim zaginął. Ocena: 7/10

środa, 1 lutego 2012

UNISONIC - Ignition Ep (2012)

 Dla mnie największym wydarzeniem muzycznym roku 2012 będzie album nowo powstałej grupy o nazwie UNISONIC. Fakt, grupa nie należy traktować jako swoistych żółtodziobów którzy dopiero rozpoczynają swoją karierę muzyczną i właściwe nazwiska muzyków zrobiły w tym przypadku swoje i to nazwiska zrobiły taki szum wokół tego zespołu. W oczekiwaniu na miesiąc marzec, który będzie dniem sądu ostatecznego i wtedy będzie można zmierzyć czy ostateczny efekt jest zbliżony do wielkich oczekiwań jakie wiąże z tym zespołem. Póki co w ramach oczekiwania chciałbym się skupić na świeżo wydanym mini albumem UNISONIC , a mianowicie „Iginition”. Za nim opiszę swoje długotrwałe wrażenia z nałogowego kilkukrotnego odsłuchu chciałbym przybliżyć nieco sylwetkę zespołu. Wszystko właściwie wiąże się z osobą Micheala Kiske, byłego wokalistę HELLOWEEN, który przez zbyt długi okres swojego życia zerwał z muzyką metalową, poświecając się ciepłym, łagodnym klimatom rockowym. Jasne przypominał cały czas o sobie za sprawą różnych projektów, różnych gościnnych udziałów, ale to wciąż były tylko projekty. Tutaj był potrzebny, wręcz wymagany od fanów zespół z prawdziwego zdarzenia, który będzie grał koncerty, który będzie identyfikował się z słuchaczami. I tak po dwóch udanych płytach PLACE VENDOME, za namową basisty i producenta Dennisa Warda zrodził się pełnokrwisty zespół, w którym od razu widziany był nie kto inny jak sam Kiske. Dobrano do zespoły Mandiego Meyera który grał choćby w kapeli KROKUS, do tego Kosta Zafiriou znany choćby z występów w barwach PINK CREAM i  w takim składzie zespół zaczął pracę nad debiutanckim albumem. I właściwie rok od powstania miał się pojawić album, gdy nagle stało się coś niemożliwego. Po występach Kiske i Hansena podczas koncertów w ramach AVANTASIA panowie znów psotanowili stworzyć, grać razem i z wielu opcji najtrafniejsza była ta gdzie Hansen dołącza do UNISONIC i tak też się stało w roku 2011 i zespół na nowo rozpoczął pracę nad nowym albumem. Przedsmakiem jak będzie wyglądał pełny album niechaj będzie mini album, który zawiera 3 kompozycję które pojawią się na pełnym albumie w marcu oraz stary klasyk HELLOWEEN zagrany podczas występu w Japonii. Pierwszy utwór znany również z koncertu w  Japonii, ale nie tylko. „Unisonic” to utwór do którego nakręcono przesympatyczny klip. Sam utwór energiczny, ma sporo patentów power metalowych i da się wyczuć rękę Hansena w tym wszystkim. Słychać co ważne stary HELLOWEEN, słyszę coś z „Save us” i coś z „Kids of century” i ogólnie jest to pozytywne wrażenie. Bo więcej tutaj HELLOWEEN niż w samym HELLOWEEN. Ciekawie wpleciony został tutaj hard rockowy feeling. Forma muzyków jest nie tylko w tym utworze ale i na całym Ep na najwyższym poziomie. Wszyscy są wyluzowani, jest radość z grania i chemia. Sekcja rytmiczna bardzo żywa, dynamiczna i urozmaicona, wokal Kiske sto razy lepszy niż na ostatnich płytach AVANTASIA, czy też innych gościnnych wyczynach. Fakt, może nie wyciąga tak jak kiedyś, ale technicznie dalej bez zarzutów, no i w końcu jest moc. Duet  Meyer i Hansen to zgrany duet i się zastanawiam kto gra lepiej. Hansen to przede wszystkim spec od szybkich, melodyjnych partii, ale te bardziej finezyjne jakby w stylu Blackmore'a wygrywa Myer. Inną kompozycją jest „My Sanctuary”, mniej power metalową i właściwie tutaj już mamy taki melodic metal wymieszany z hard rockiem. Jest coś z PLACE VENDOME zwłaszcza w chwytliwym, ciepłym refrenie. Utwór ma konstrukcję bardziej złożoną, jest bardziej stonowane tempo, bardziej wyrachowane partie gitarowe, tak jak choćby główny motyw gitarowy, czy też solówka zagrana wspólnie.  Bardzo podoba mi się zwolnienie i wyciszenie w połowie, gdzie jest bas i słychać „Sanctuary...” i taki motyw był choćby w „I want Out”.  Trzecia kompozycja to pierwszy utwór jaki zespół udostępnił drogą internetową, czyli „Souls Alive”. Utwór skomponowany zanim dołączył Hansen i co ciekawe, niby go nie ma a jednak gdzieś tam wpływ zespołów Hansena jest słyszalny. Gdzieś też słychać REVOLUTION RENNAISANCE w którym występował Kiske. Tutaj jest melodic metal z domieszką hard rocka i znów wszystko jest oparte na łatwo wpadającym refrenie i chwytliwej melodii. Znów aranżacja i wykonanie bardzo atrakcyjnie i nie ma się zbytnio do czego przyczepić jeśli chodzi o technikę. Co można zaś napisać o „I want Out” o którym już napisano praktycznie wszystko? Niby tak, ale można odnieść się do formy Kiske w kawałkach HELLOWEEN, gdzie przecież wyciągał niezłe górki. Są momenty że Kiske już nie ma takiej mocy, słychać to w refrenie. Oczywiście technika i barwa bez zarzutu, a przed jakiś zgrzytem ratuje kilka miłych fragmentów gdzie Kiske wyciąga, a przynajmniej stara się zbliżyć do swoich wyczynów sprzed 20 lat. Natomiast pozostali muzycy zagrali to wybornie, zwłaszcza rzucił mi się na ucho basista, który gra bardzo wyraziście niczym Markus. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o mini album. Przynęta została rzucona, została połknięta i miejmy nadzieję, że to co wypuścili nie będzie najlepszymi kompozycjami albumami i miejmy nadzieję że dostaniemy więcej muzyki w tym stylu i na takim poziomie. Ale czy duet Kiske- Hansen może zawieść? Ocena: 9.5/10