wtorek, 28 kwietnia 2026

TOXIKULL- Turbulence (2026)


 

Portugalski Toxikull rośnie w siłę i w 2024 roku wydał znakomity album „Under the Southern Light”. To prawdziwa heavy/speed metalowa uczta i pokaz potęgi zespołu – płyta aż kipi energią i przebojowością. Teraz, po dwóch latach, Toxikull powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Turbulence”. Premiera odbyła się 24 kwietnia i niestety da się odczuć lekki spadek formy względem poprzednika. Mimo to wciąż jest to bardzo wysoki poziom, nieosiągalny dla wielu zespołów.

Okładka robi ogromne wrażenie i prezentuje się nawet lepiej niż ta z poprzedniego albumu – jest mrok, klimat grozy i świetnie dobrana kolorystyka. Brzmienie natomiast jest ostre niczym brzytwa. Mocnym atutem grupy pozostaje utalentowany i charyzmatyczny wokalista oraz gitarzysta Lex Thunder. Jego wokal momentami przywodzi na myśl Roba Halforda, co stanowi dużą pochwałę. Partie wokalne stoją na najwyższym poziomie i trudno to podważyć. Michael Blade wraz z Lexem tworzą zgrany duet gitarowy – ich popisy i zagrywki zasługują na uznanie. Muzycy stawiają na klasyczne patenty, agresję i chwytliwość, kontynuując stylistykę znaną z poprzedniego albumu. Mimo to czuć pewne osłabienie – materiał nie ma już takiego uderzenia i nie jest tak dopracowany jak „Under the Southern Light”.

Album jest krótki, ale treściwy. Otwiera go przebojowy „Midnight Fire”, który jasno pokazuje, że zespół nie eksperymentuje, tylko konsekwentnie podąża wytyczoną ścieżką. Spadek formy uwidacznia się w spokojniejszym i mniej wyrazistym „Turbulence”. Mroczny „Dragon Magic” to solidny numer, choć brakuje mu dopracowania i świeżości znanej z poprzedniej płyty. Więcej energii i ducha klasycznego Judas Priest słychać w zadziornym „Blessed by the Night” – to heavy metal zagrany z pomysłem i wyraźnym ukłonem w stronę lat 80. Stonowany „Dying Star” to rockowa ballada mocno inspirowana stylistyką tamtej dekady, choć można odnieść wrażenie, że nie jest niezbędna. Zdecydowanie lepiej wypadają utwory o większej dynamice – „Strike Again” to znakomity przykład, prawdziwy killer na miarę poprzedniego wydawnictwa. W „Hard to Break” pobrzmiewają echa Accept, a nieco hardrockowy „Burning Spark” jest poprawny, choć nie porywa. Wokal robi wrażenie, a gitarowe riffy przywołują klasykę gatunku, jednak całość nie powala na kolana.

Z kolei „King of the Hammer” potrafi już wywołać opad szczęki – to znakomity hołd dla Judas Priest, momentami brzmiący jak zaginiony utwór z ery „Painkiller”. Album zamyka „Flames of Glory” – rasowy hit Toxikull: szybki, melodyjny i pełen energii. Takich kompozycji zdecydowanie powinno być więcej.

Toxikull nagrał bardzo dobry album w kategorii heavy/speed metalu. Słychać talent muzyków, dbałość o melodie i charakterystyczny metalowy pazur, jednak wyraźnie odczuwalny jest spadek formy. Niektóre kompozycje brzmią schematycznie i przewidywalnie, momentami robi się zbyt zachowawczo, ale nie brakuje też prawdziwych petard. Całościowo album się broni. Liczyłem na kolejnego mocnego kandydata do płyty roku – tym razem się to nie udało. To wciąż bardzo dobra płyta, do której będę wracał, choć pozostawia pewien niedosyt.

Ocena: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz