sobota, 6 czerwca 2026
ETERNAL EVIL - Forever feared (2026)
piątek, 5 czerwca 2026
ICARUS - Rising from the ashes (2026)
Po niemal trzech dekadach działalności w cieniu undergroundu peruwiański Icarus wreszcie doczekał się pełnoprawnego debiutu. „Rising from the Ashes” to nie tylko album – to symboliczny powrót do życia zespołu, który przez lata pozostawał jedynie ciekawostką dla najbardziej oddanych fanów power metalu. Efekt końcowy pokazuje jednak, że na niektóre płyty warto czekać bardzo długo.
To album skierowany do fanów melodyjnego power metalu spod znaku Helloween, Insanii, Edguy czy Gamma Ray. Miłośnicy klasycznego power metalu będą zachwyceni.
Muzycznie album jest głęboko zakorzeniony w europejskim power metalu końca lat 90. Nietrudno usłyszeć inspiracje Helloween czy wczesną Angrą, ale Icarus nie ogranicza się do kopiowania swoich mistrzów. Dużą rolę odgrywają tu neoklasyczne melodie, rozbudowane partie gitarowe i wyraźny nacisk na chwytliwe kompozycje zamiast technicznych popisów dla samego efektu. Zespół stawia przede wszystkim na melodyjność i przebojowy charakter utworów.
Mocną stroną wydawnictwa jest również produkcja. Materiał, którego korzenie sięgają nawet początku XXI wieku, brzmi świeżo i nowocześnie. Wokal Luisa Jíbaji Segury imponuje skalą i ekspresją, momentami przywodząc na myśl Michaela Kiskego czy André Matosa. Jego głos jest wręcz idealnie dopasowany do stylistyki, w jakiej porusza się zespół. Sekcja rytmiczna dodaje kompozycjom odpowiedniego ciężaru, dzięki czemu album nie wpada w pułapkę przesadnej cukierkowości, która często dotyka współczesny power metal. Filarem zespołu jest duet gitarowy Parra/Martin. Muzycy stawiają na klasyczne rozwiązania i efektowne solówki ocierające się o neoklasyczne klimaty.
Na pierwszy ogień idzie „Hero of the Light” – hołd dla klasycznego power metalu lat 90. To wyraźny ukłon w stronę dokonań Helloween czy Edguy. Utwór znakomicie definiuje styl zespołu oraz jakość materiału zawartego na albumie.
Klimaty Iron Mask można wyczuć w rozpędzonym „Fury of Angels”, gdzie neoklasyczne zagrywki robią ogromne wrażenie. Nie zabrakło również przeboju o bardziej rockowym charakterze – „Immortal Warrior” doskonale sprawdza się w tej roli.
Duch starego Helloween i Insanii wybrzmiewa w dynamicznym „Power of My Steel”. To kolejny killer na płycie i przykład, jak grać power metal na najwyższym poziomie. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 90. Wpływy Gamma Ray i Angry można usłyszeć w melodyjnym „Carry On”. Brzmi to znajomo, ale w żadnym wypadku nie jest wadą. Zespół gra z pomysłem i skutecznie odświeża dobrze znaną formułę. Nieco więcej mroku znajdziemy w „Desert of Pain”, który stanowi wypadkową stylistyki Gamma Ray i Helloween. To właśnie gitarowe solówki należą do największych atutów całego albumu. Podobne emocje wywołuje rozpędzony „The One”, przywodzący na myśl najlepsze dokonania Stratovariusa. Muzycy prezentują wysoki poziom umiejętności, a instrumentalny „Revelations” jest tego najlepszym dowodem. Finał płyty stanowi „Icarus” – prawdziwy powermetalowy hymn. To klasyczny power metal utrzymany w duchu Helloween z czasów „Keeper of the Seven Keys”.
Największym osiągnięciem „Rising from the Ashes” jest jednak jego ponadczasowość. Choć wiele utworów powstało lata temu, nie sprawiają one wrażenia muzealnych eksponatów. To płyta, która przypomina, dlaczego klasyczny power metal zdobył tak wielu fanów – dzięki świetnym melodiom, emocjom i autentycznej pasji.
„Rising from the Ashes” to udany debiut spóźniony o dwadzieścia lat, ale właśnie dzięki temu brzmi jak list miłosny do złotej ery power metalu. Dla fanów gatunku jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi.
Ocena : 8.5/10
czwartek, 4 czerwca 2026
CRIMSON DAY - Dark Dimension (2026)
Fiński Crimson Day po trzech latach ciszy powraca z nowym materiałem, który w pełni ukazuje charakter zespołu oraz jego muzyczne możliwości. „Dark Dimension”, wydany 22 maja, to album skierowany przede wszystkim do fanów Judas Priest, Primal Fear, HammerFall czy Burning Shadows. To już czwarty album studyjny tej formacji, a zarazem kolejny dowód na to, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć wartościowe i godne uwagi wydawnictwa.
Największym atutem krążka jest jego atmosfera. „Dark Dimension” nie jest jedynie zbiorem utworów, lecz spójną podróżą przez świat pełen niepokoju, wewnętrznych konfliktów i mrocznych zakamarków ludzkiej natury. Dużą rolę odgrywa tutaj produkcja, która nadaje całości odpowiednią moc i przejrzystość. Gitary brzmią masywnie, a duet Balzar/Rantanen stawia na energię, melodyjność oraz sprawdzone heavy metalowe rozwiązania. To właśnie dzięki nim materiał szybko wpada w ucho i dostarcza słuchaczowi rozrywki na bardzo wysokim poziomie.
Uwagę przyciąga również wokalistka Milka Uusitalo, dysponująca interesującą barwą głosu i potrafiąca pokazać pazur w bardziej dynamicznych fragmentach. To bez wątpienia właściwa osoba na właściwym miejscu. Jej wokal umiejętnie balansuje pomiędzy agresją a melodyjnością, dzięki czemu nawet spokojniejsze momenty nie tracą emocjonalnego napięcia.
Płyta zawiera dziesięć utworów, które składają się na około 45 minut muzyki. To zestaw na tyle różnorodny, że niemal każdy fan klasycznego metalu znajdzie tu coś dla siebie. Już od pierwszych minut słychać, że zespół stawia na energię. „War Machine” otwiera album z odpowiednim rozmachem, a później napięcie podtrzymują takie kompozycje jak „False Prophet” i „Hexed”, należące do najmocniejszych punktów programu. To właśnie w nich Crimson Day najskuteczniej łączy ciężar z chwytliwą melodyką – cechą, która od lat stanowi znak rozpoznawczy grupy.
Więcej mroku i melancholii odnajdziemy w stonowanym „The Outsider”. Z kolei tytułowy „Dark Dimension” przynosi więcej power metalowego charakteru oraz epickiego rozmachu. To właśnie dzięki takim utworom album nie popada w monotonię, a zespół pokazuje, że potrafi umiejętnie urozmaicać swój repertuar.
Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest bez wątpienia „Song of Fire”. Utwór stanowi wyraźny ukłon w stronę fińskiej sceny power metalowej i można w nim usłyszeć echa twórczości Stratovariusa. W podobnej stylistyce utrzymany jest rozpędzony „Black Wolves' Night”, gdzie Crimson Day po raz kolejny potwierdza swój potencjał i talent do tworzenia wysokiej klasy heavy/power metalu.
Na albumie znalazło się również miejsce dla ballady „Give Me the Pain”. To emocjonalny i wyciszony utwór, który wnosi do całości nieco oddechu, choć osobiście nie przekonuje mnie tak bardzo jak pozostałe kompozycje. Z kolei singlowy „Hexed” prezentuje bardziej przebojowe oblicze zespołu i ma wszelkie predyspozycje, by stać się koncertowym faworytem publiczności.
Całość zamyka podniosły i nastrojowy „The Winter Is Here to Stay”, w którym zespół stawia na epicki klimat i rozbudowane aranżacje. Również w takim wydaniu Crimson Day prezentuje się bardzo przekonująco.
„Dark Dimension” to album dla fanów klasycznego heavy metalu, którzy nie oczekują gatunkowej rewolucji, lecz solidnie napisanych utworów, chwytliwych melodii i mrocznej atmosfery. Crimson Day udowadnia, że nawet bez eksperymentów można stworzyć płytę, do której chce się wracać. Do ideału wprawdzie nieco brakuje, ale jest to wydawnictwo oferujące czystą, niewymuszoną metalową rozrywkę na wysokim poziomie.
Ocena: 7,5/10
wtorek, 2 czerwca 2026
RINGLORN - The Queen of wildred (2026)
W czasach, gdy wielu zespołów heavy metalowych goni za nowoczesnością, Ringlorn z dumą sięga po miecz wykuty z najlepszych tradycji epickiego heavy metalu. „Queen of the Wildred” to album pachnący stalą, prochem i kartami starych powieści fantasy. Zespół nie ukrywa swoich inspiracji, ale zamiast odtwarzać przeszłość, buduje własną historię— pełną chwytliwych riffów, majestatycznych refrenów i atmosfery, która przywodzi na myśl najwspanialsze dokonania klasyków gatunku. Album Greków pokazują, że mamy do czynienia z dziełem stworzonym przez prawdziwych pasjonatów heavy metalu. Płyta ukazała się 29 maja i jest to pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku.
Ringlorn umiejętnie łączy heroiczny klimat z energią tradycyjnego heavy metalu, dzięki czemu album ani przez chwilę nie traci impetu i trzyma poziom przez cały materiał. Jednym z największych atutów płyty jest wokal Marka J. Dextera. Jego mocny, pełen charakteru głos doskonale wpisuje się w epicką stylistykę materiału. Dobrze znamy go z występów w Daxter Ward czy Battleroar. Równie dobrze wypadają partie gitarowe Spirosa Rizosa, które dodają kompozycjom dynamiki i melodyjności. Solówki są efektowne, ale nigdy nie dominują nad samymi utworami. Panowie potwierdzają swoje doświadczenie i zamiłowanie epickiego heavy/power metalu.
Płyta jest treściwa i trwa 39 minut, czyli jak przystało na klasyki z lat 80.Już od pierwszych minut słychać, że zespół postawił na potężne riffy, chwytliwe refreny i rozbudowaną atmosferę fantasy. Utwory takie jak „Heavy Metal Swords”, „Guardians of the Black Cross” czy „Ira Sacra” brzmią jak hołd dla złotej ery gatunku, ale jednocześnie zachowują własną tożsamość. Ringlorn umiejętnie łączy heroiczny klimat z energią tradycyjnego heavy metalu, dzięki czemu album ani przez chwilę nie traci impetu. Mamy też rozbudowany i bardziej epicki "hildr" który jest dobry w swojej konwencji. Brakuje trochę świeżości i bardziej pomysłowego motywu, który bardziej by zapadł w pamięci. Więcej rasowego power metalu dostajemy w rozpędzonym "drachoenorden" i to kompozycja nastawiona na przebojowość i melodyjność. Epickość, rycerski klimat wraca w epickim "die in the Night". Tutaj nie ma nic nadzwyczajnego, ale te sprawdzone patenty sprawdzają się.Kulminacją albumu jest ponad ośmiominutowy utwór tytułowy „Queen of the Wildred”. To właśnie tutaj Ringlorn pokazuje pełnię swoich możliwości – od monumentalnych melodii po budowanie narracji rodem z klasycznych opowieści fantasy. Kompozycja stanowi naturalne zwieńczenie całej podróży przez wykreowane przez zespół królestwo Wildred. To jeden z najciekawszych utworów na płycie.
Queen of the Wildred” oferuje coś równie cennego – szczerą, pełną pasji muzykę stworzoną przez ludzi zakochanych w gatunku. Fani takich zespołów jak Manilla Road, Omen czy Battleroar znajdą tutaj wiele powodów do zadowolenia. To album, który przypomina, dlaczego epicki heavy metal wciąż ma wiernych wyznawców. Band może nie tworzy niczego nowego i w dużej mierze bazuje na oklepanych patentach, to jednak ich gra dostarcza sporo frajdy.
Ocena : 8/10
niedziela, 31 maja 2026
SERPENT -As the city Burns (2026)
Uwielbiam takie okładki, które od pierwszego spojrzenia dają jasny sygnał, czego można spodziewać się po zawartej na płycie muzyce. Pełne detali, utrzymane w nieco mrocznym klimacie i pobudzające wyobraźnię. Taka właśnie jest okładka debiutanckiego albumu As the City Burns amerykańskiej formacji Serpent. Płyta ukazała się 29 maja nakładem Stormspell Records i jest pozycją skierowaną przede wszystkim do fanów heavy i speed metalu z wyraźną domieszką power metalu. Zespół czerpie pełnymi garściami z dorobku takich grup jak Jag Panzer, Omen, Judas Priest, Malice czy Riot City. Co ciekawe, album wcale nie brzmi jak debiut, lecz raczej jak dzieło doświadczonej formacji z wieloletnim stażem.
Największym atutem As the City Burns są gitarowe harmonie oraz umiejętność budowania nastroju. Duet gitarzystów Ray De Leon i Amadeus Mozart sprawdza się znakomicie, imponując zarówno techniką, jak i pomysłowością. Utwory rozwijają się cierpliwie, pozwalając melodiom odpowiednio wybrzmieć, a solówkom nabrać dramaturgii. Szczególne wrażenie robią „Cold Chains of Andromeda” oraz monumentalny „Aegean Sea”, gdzie zespół pokazuje ambicje wykraczające poza standardowe schematy gatunku. To właśnie w tych bardziej rozbudowanych kompozycjach Serpent brzmi najbardziej przekonująco – epicko, ale nigdy pompatycznie.
Równie dobrze prezentuje się warstwa wokalna. Partie śpiewane przez Achillesa są pełne emocji i teatralnego charakteru, co doskonale współgra z mitologiczną tematyką tekstów. Produkcja nie została przesadnie wygładzona, dzięki czemu materiał zachował odpowiednią surowość. Album brzmi organicznie i zdecydowanie bliżej mu do tradycji lat 80. niż do współczesnych, cyfrowo wypolerowanych wydawnictw. Wszystko to doskonale współgra z klimatyczną oprawą graficzną i zawartością muzyczną. Duch złotej ery heavy metalu jest tu obecny niemal w każdym utworze, co stanowi jeden z największych atutów zespołu.
Ta płyta to prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji, a każdy utwór potrafi szybko zapaść w pamięć. Już otwierający album „The Trumpets Have Hailed” buduje atmosferę nadchodzącej bitwy, wprowadzając słuchacza w świat mitologicznych opowieści i heroicznych motywów przewijających się przez cały materiał. Prawdziwa siła albumu ujawnia się jednak w pełnowymiarowych kompozycjach. „And the Goddess Weeps” oraz „Until Dawn” łączą chwytliwe melodie z dynamicznymi riffami, przywołując ducha klasyków pokroju Virgin Steele czy Jag Panzer, ale bez popadania w bezrefleksyjne kopiowanie.
Miłość do klasycznego heavy metalu szczególnie wyraźnie słychać w rozpędzonym „Delirium”, który brzmi niczym zaginiony klasyk z połowy lat 80. Jest energia, jest charakter i jest moc. Z kolei „Tears of Titan”, osadzony stylistycznie pomiędzy Judas Priest a Dio, po raz kolejny potwierdza, że Serpent doskonale odnajduje się w oldschoolowym heavy metalu. Melodyjny „Burning Athens” nie boi się nawiązań do Iron Maiden czy Malice, stanowiąc znakomite zwieńczenie albumu i kolejne potwierdzenie dużego talentu drzemiącego w zespole.
As the City Burns to udany hołd dla korzeni amerykańskiego power metalu – pełen heroicznych opowieści, znakomitych riffów i atmosfery przygody. Serpent nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczne rozwiązania wciąż mogą brzmieć świeżo i ekscytująco, jeśli stoją za nimi talent, pasja i autentyczne przekonanie do tworzonej muzyki. Dla fanów tradycyjnego heavy i power metalu jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.
Ocena: 8,5/10
sobota, 30 maja 2026
LEATHERWITCH - First spell (2026)
piątek, 29 maja 2026
DIMHAV -Ondine (2026)
Każdy ma swoich ulubionych muzyków, przy których serce zaczyna bić szybciej i których nowe płyty można kupować w ciemno. Dla mnie od zawsze jednym z takich artystów pozostaje szwedzki wokalista Daniel Heiman. To prawdziwy czarodziej, który swoim głosem potrafi przenieść słuchacza do zupełnie innego świata. Dał się poznać jako frontman Lost Horizon czy Warrior Path, a w tym roku ponownie można usłyszeć go na nowym albumie szwedzkiego Dimhav.
Po siedmiu latach ciszy Dimhav wracają z albumem, który wcale nie próbuje na siłę kopiować sukcesu „The Boreal Flame”. „Ondine” to płyta dojrzalsza, bardziej melancholijna i zdecydowanie mniej nastawiona na łatwo wpadające w ucho przeboje. Zespół nadal porusza się w obrębie progresywnego power metalu, jednak tym razem większy nacisk położono na atmosferę, narrację oraz emocjonalny ciężar kompozycji niż na sam techniczny rozmach. Taki kierunek zdecydowanie się sprawdza, choć sama płyta nie należy do łatwych w odbiorze. Potrzeba czasu i kilku odsłuchów, by w pełni zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Dimhav.
Największą siłą albumu pozostaje umiejętność budowania monumentalnych struktur bez popadania w przesadny patos i sztuczną podniosłość. Gitary Staffana Karlssona brzmią bardziej płynnie i filmowo niż na debiucie — mniej tutaj demonstracyjnej wirtuozerii, a więcej pracy nad klimatem i przestrzenią. Pod tym względem zespół wyraźnie się wyróżnia i tworzy coś naprawdę wyjątkowego. Kompozycje rozwijają się powoli, często rozpoczynając się od eterycznych melodii, by po kilku minutach eksplodować wielowarstwowymi aranżacjami. Na „Ondine” dzieje się bardzo dużo i słychać, że muzycy nie idą na łatwiznę.
Ogromną robotę ponownie wykonuje Daniel Heiman. Na „Ondine” śpiewa bardziej emocjonalnie i subtelnie — zamiast ciągłego heroicznego uniesienia dostajemy pełne tęsknoty, nostalgii i melancholii wokalne pejzaże. Dzięki temu album brzmi bardziej ludzko, autentycznie i naturalnie. Łatwo utożsamić się z emocjami, które Dimhav przekazuje na nowej płycie.
Na uwagę zasługuje również sama oprawa graficzna. Tajemnicza okładka doskonale oddaje klimat i charakter albumu. Zespół zadbał także o dopracowane brzmienie — każdy instrument wybrzmiewa wyraziście i żyje własnym życiem. Na płycie dominują długie, rozbudowane kompozycje, dlatego znajdziemy tutaj zaledwie siedem utworów.
Podróż w głąb świata Dimhav rozpoczyna „Tides Immemorial”. Już od pierwszych minut słychać inspiracje takimi zespołami jak Dream Theater, Symphony X czy Queensrÿche. Dimhav stawia na tajemniczy klimat, bogate aranżacje i wyszukane melodie. Nie jest to jednak utwór łatwy w odbiorze — wymaga skupienia i cierpliwości.
Następnie otrzymujemy ośmiominutowy „Windward Bound”, który zachwyca filmowym rozmachem i podniosłą atmosferą zdolną przeszyć słuchacza od pierwszych sekund. Połamane melodie i wyszukane partie gitarowe stanowią z kolei fundament „Call of the Deep”. To kolejny wymagający numer, który intryguje swoją formą oraz nietuzinkowym podejściem do kompozycji.
Więcej rasowego power metalu pojawia się w agresywniejszym „Pilgrimage”, gdzie zespół serwuje prawdziwe mocne uderzenie. To świetny przykład tego, jak Dimhav potrafi urozmaicać swoją muzykę i unikać monotonii. Bardzo dobrze prezentuje się również zróżnicowany i pełen smaczków „Embraced”. Nie można też pominąć ponad dziesięciominutowego „The Sunken Star”, w którym grupa ponownie pokazuje pazur oraz większe pokłady energii. Wreszcie można poczuć pełnię power metalowego ducha. Całość wieńczy „A Clorian Soul”, który idealnie podsumowuje klimat całego wydawnictwa.
Jest się czym zachwycać, ale nie oznacza to, że album pozbawiony jest wad. Momentami zespół zbyt mocno ufa długim formom i kilka fragmentów można byłoby skrócić bez większej szkody dla całości. Chwilami pojawia się wręcz wrażenie przerostu formy nad treścią. Niektórym słuchaczom może również zabraknąć bardziej bezpośrednich refrenów — „Ondine” nie oferuje tylu natychmiast chwytliwych momentów co klasyczne płyty power metalowe. To album wymagający cierpliwości oraz wielokrotnych odsłuchów. Swoje największe piękno odkrywa dopiero z czasem.
I właśnie w tym tkwi jego największa siła. „Ondine” nie jest muzyką tworzoną z myślą o listach przebojów ani szybkim streamingowym słuchaniu podczas codziennych obowiązków. To album, który odsłania kolejne warstwy stopniowo. Im dłużej się go słucha, tym mocniej wciąga w swój chłodny, morski i momentami wręcz hipnotyczny klimat.
Dimhav nie wrócili po to, by odcinać kupony od debiutu. „Ondine” pokazuje zespół pewny swojej wizji i gotowy konsekwentnie rozwijać własny muzyczny język. Dla fanów progresywnego power metalu będzie to jedna z najważniejszych premier roku — nie dlatego, że jest najbardziej efektowna, ale dlatego, że pozostaje w głowie na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Trzeba czasu, cierpliwości i odpowiedniego nastawienia, ale ta płyta zdecydowanie na to zasługuje, ponieważ skrywa w sobie prawdziwe piękno.
Ocena: 9/10
czwartek, 28 maja 2026
HELLEVATE -Killicon valley (2026)
wtorek, 26 maja 2026
NIGHT SPECTRE - Night Spectre (2026)
Produkcja albumu jest przejrzysta i odpowiednio surowa. Zachowuje ducha klasycznych wydawnictw z lat 80., a jednocześnie nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu. Gitary brzmią potężnie, sekcja rytmiczna skutecznie napędza kolejne kompozycje, a wokalista Tasos Molyviatis równie przekonująco odnajduje się w bardziej agresywnych fragmentach, jak i w partiach wymagających większej melodyjności. Duet gitarowy Diogos/Stamatas opiera swoją grę na doskonale znanych patentach gatunku. Jest klasycznie, oldschoolowo i z odpowiednim pazurem. Niestety, trudno doszukać się tutaj większej dawki oryginalności – wiele motywów brzmi znajomo, a całość momentami sprawia wrażenie wtórnej. To bez wątpienia jeden z największych mankamentów tego wydawnictwa.
Już otwierający album „Death Contract” narzuca właściwe tempo. Dynamiczne riffy, melodyjne partie gitar i charakterystyczny wokal przywodzą na myśl najlepsze wzorce gatunku, stanowiąc jednocześnie zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części krążka. Solidnie prezentuje się również „The Maniac”, choć utworowi brakuje elementu zaskoczenia i momentu, który pozwoliłby mu wznieść się ponad poziom dobrej rzemieślniczej roboty. Z kolei „Cheating the Gates” bezpośrednio przenosi nas do złotej ery heavy metalu. Prosty, chwytliwy motyw gitarowy oraz przebojowy charakter sprawiają, że numer ten łatwo zapada w pamięć.
W kompozycjach takich jak „To Die in the Ancient Fire” oraz „Blades of Galvarino” słychać szczególną dbałość o budowanie atmosfery i epickiej narracji. To właśnie tutaj zespół pokazuje nieco inne oblicze i udowadnia, że potrafi skutecznie urozmaicić swój materiał. Jedną z największych zalet albumu pozostaje jego różnorodność. Obok szybkich i energicznych utworów pojawiają się bardziej rozbudowane, nastrojowe kompozycje. „Crossing the Abyss” pełni rolę niemal metalowej ballady, natomiast „Damnation of Memory” imponuje ciężarem i dramatyzmem. Całość zamyka utwór tytułowy „Night Spectre”, będący jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa i znakomitym zwieńczeniem albumu. To właśnie w takich dynamicznych kompozycjach balansujących między heavy a speed metalem Grecy czują się najlepiej. Numer emanuje energią i w pełni ukazuje potencjał drzemiący w zespole.
„Night Spectre” nie próbuje zmieniać reguł gry ani wytyczać nowych ścieżek dla gatunku. Przypomina jednak, jak fascynująca potrafi być muzyka tworzona z pasją, zaangażowaniem i autentycznym szacunkiem dla tradycji. Owszem, można narzekać na niedostatek naprawdę wybitnych hitów czy momentów, które na długo zapadają w pamięć, jednak album doskonale spełnia swoją podstawową funkcję – dostarcza solidnej dawki klasycznego heavy metalu i zwyczajnie daje mnóstwo frajdy ze słuchania. Dla fanów gatunku będzie to pozycja obowiązkowa, a dla samego zespołu bardzo obiecujący początek muzycznej drogi.
Ocena: 7,5/10.
niedziela, 24 maja 2026
ARMORED SAINT - Emotions factory reset (2026)
piątek, 22 maja 2026
SINS OF SHADOWS - The last Frontier (2026)
Sins of Shadows – The Last Frontier (2026)
Francuska scena heavy metalowa od lat dostarcza interesujących wykonawców, którzy potrafią połączyć szacunek dla tradycji z własnym spojrzeniem na gatunek. Do tego grona aspiruje również Sins of Shadows. Na wydanym w 2026 roku albumie The Last Frontier kwartet stawia na melodyjny heavy/power metal pełen gitarowych harmonii, dynamicznych riffów i epickiego rozmachu. Sprawdźmy, czy ta wyprawa ku „ostatniej granicy” rzeczywiście zasługuje na uwagę.
The Last Frontier to trzeci album studyjny francuskiej formacji Sins of Shadows. Zespół działa od 2014 roku, więc zdążył już zdobyć doświadczenie i wypracować własne miejsce na scenie heavy i power metalu. Premiera krążka odbyła się 5 maja, a sam materiał powinien szczególnie przypaść do gustu fanom Iron Maiden, Iced Earth, Symphony X czy Saxon. Już od pierwszych minut słychać, że muzycy doskonale znają klasyczne metalowe schematy i potrafią umiejętnie wykorzystać je we własnych kompozycjach.
Jednym z największych atutów albumu są gitary Nicolasa Jacona. Riffy są wyraziste, chwytliwe i odpowiednio nośne, a gitarowe harmonie przywołują najlepsze tradycje NWOBHM. Solówki nie pełnią jedynie funkcji technicznych popisów, lecz naturalnie rozwijają poszczególne utwory i wzbogacają ich strukturę. Solidnym fundamentem pozostaje także sekcja rytmiczna, która skutecznie napędza kolejne kompozycje. Na szczególne wyróżnienie zasługuje wokal Tasosa Lazarisa. Frontman, znany również z Fortress Under Siege, prezentuje wysoką klasę wykonawczą, imponując skalą, pewnością siebie oraz umiejętnością budowania odpowiednich emocji. Najlepiej wypada w bardziej epickich fragmentach materiału, gdzie jego głos nabiera dodatkowej siły i wyrazistości.
Otwierający album „The Void” pokazuje, że zespół postawił na cięższe i bardziej bezpośrednie brzmienie niż na wcześniejszych wydawnictwach. Dynamiczne riffy, galopująca sekcja rytmiczna oraz melodyjne partie gitar budują atmosferę tajemniczości i napięcia. Jeszcze lepiej prezentuje się utwór tytułowy „The Last Frontier”, który umiejętnie łączy chwytliwe melodie z rozbudowaną warstwą instrumentalną, zachowując przy tym odpowiednią dawkę energii. Klasyczne rozwiązania sprawdzają się tutaj znakomicie.
Dalej otrzymujemy dynamiczny i zadziorny „Walls of Past”, mocno osadzony w stylistyce Iron Maiden. Nie brakuje charakterystycznych gitarowych harmonii i galopujących rytmów, które od lat stanowią znak rozpoznawczy brytyjskich legend. Z kolei „Tell Me Why?” to bardziej przystępna i melodyjna propozycja – prosty, ale skuteczny heavy/power metal nastawiony przede wszystkim na chwytliwe refreny i łatwo wpadające w ucho melodie. Zespół bardzo dobrze odnajduje się również w szybszych i bardziej energetycznych kompozycjach, czego najlepszym przykładem jest przebojowy „Rise Again”.
Jednym z najmocniejszych punktów albumu pozostaje „As Darkness Falls”, który imponuje ciężarem i wyraźnie mroczniejszym charakterem. Mocniejsze riffy oraz ponura atmosfera przywołują skojarzenia z twórczością Iced Earth, dodając całości nieco agresji i dramaturgii. Na zakończenie otrzymujemy rozbudowany, epicki „The End of the Road”. To bez wątpienia ambitna kompozycja z ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi, choć momentami można odnieść wrażenie, że zabrakło jej większej precyzji i dopracowania, by w pełni wykorzystać drzemiący w niej potencjał.
The Last Frontier to album skierowany przede wszystkim do słuchaczy ceniących tradycyjny heavy metal wzbogacony o elementy power i prog metalu. Nie jest to wydawnictwo, które redefiniuje gatunek czy wyznacza nowe kierunki rozwoju, ale oferuje blisko czterdzieści minut solidnie skomponowanej, pełnej pasji muzyki. Francuzi udowadniają, że klasyczne metalowe wartości wciąż mają rację bytu, jeśli stoją za nimi umiejętności, dobre kompozycje i autentyczne zaangażowanie. Choć nie wszystkie pomysły zostały wykorzystane w stu procentach, The Last Frontier pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie i pokazuje, że Sins of Shadows wciąż ma sporo do zaoferowania.
Ocena: 7,5/10
czwartek, 21 maja 2026
NIGHTRISE - Ride in Hell (2026)
Czas sprawdzić, co ma do zaoferowania młody zespół Nightrise. Formacja powstała w 2019 roku w Meksyku i należy do grona kapel, które bez żadnych kompleksów stawiają na klasyczny heavy metal głęboko zakorzeniony w estetyce lat 80. Ich debiutancki album Ride in Hell ukazał się 9 lutego i stanowi hołd dla tradycyjnego grania spod znaku NWOBHM.
W czasach, gdy klasyczny heavy metal często balansuje między nostalgią a próbami unowocześniania brzmienia, Ride in Hell udowadnia, że można pozostać wiernym gatunkowym korzeniom bez całkowitego popadania w schematyczność. Meksykański kwartet proponuje słuchaczom solidną dawkę energii, melodyjnych riffów oraz heroicznego ducha starej szkoły metalu. Nie jest to wprawdzie jeden z najlepszych heavy metalowych albumów 2026 roku, ale z pewnością zapewnia rozrywkę na przyzwoitym poziomie.
Siłą Nightrise jest przede wszystkim dobrze funkcjonująca sekcja rytmiczna oraz gitarowy duet Lopez–Valdez, wyraźnie zapatrzony w dokonania klasyków gatunku. Instrumentalnie album prezentuje się solidnie, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że muzycy zbyt często sięgają po sprawdzone i wielokrotnie eksploatowane rozwiązania. Zespół nie eksperymentuje ani nie podejmuje większego ryzyka artystycznego, przez co materiał momentami sprawia wrażenie wtórnego. To niewątpliwie jeden z największych mankamentów płyty. Mimo to całość słucha się całkiem przyjemnie. Brakuje jednak większej zadziorności, charakteru oraz świeżych pomysłów, które pozwoliłyby wyróżnić się na tle licznej konkurencji. Nad wszystkim czuwa wokal Adriana Lopeza, lecz także jemu brakuje pewności siebie i odpowiedniej drapieżności.
Debiutancki krążek Nightrise to niespełna 40 minut muzyki. Album otwiera prosty, energiczny i chwytliwy „Lethal Strike”. Choć kompozycja nie wnosi niczego nowego do gatunku, potrafi szybko zapaść w pamięć. Mroczniejszy klimat przynosi melodyjny „Voice in the Dark” – udany utwór, który cierpi jednak na ten sam problem co reszta materiału: nadmierne korzystanie z dobrze znanych schematów. Dalej otrzymujemy równie dynamiczne i przebojowe „Take It Back” oraz „Rise Up”, wyraźnie inspirowane twórczością Iron Maiden i szeroko pojętą sceną NWOBHM.
Najciekawsze momenty pojawiają się w środkowej części albumu. „Dispel the Magic” wnosi odrobinę epickiego rozmachu, natomiast ponad pięciominutowy „Heavy Metal Law” można uznać za najlepszy punkt programu. Mocarne riffy, podniosłe melodie i celebracja metalowej tożsamości sprawiają, że właśnie tutaj Nightrise brzmi najbardziej przekonująco. Szkoda, że podobnych kompozycji nie znalazło się na płycie więcej.
Zespół pokazuje także nieco ostrzejsze oblicze w rozpędzonym „Spoils of War”, ocierającym się momentami o speed metal. Niestety utworowi brakuje wyrazistego finału i kilku bardziej zapadających w pamięć pomysłów. Album zamyka „Nightriser”, który zaskakuje pozytywną energią i bez wątpienia sprawdzi się podczas koncertów. To kolejny dowód na to, że w tym zespole drzemie spory potencjał.
Nie pomaga natomiast okładka wyglądająca jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję ani dość płaskie, mało wyraziste brzmienie. Ride in Hell nie próbuje odkrywać heavy metalu na nowo. Zamiast tego dostarcza dokładnie tego, czego oczekują miłośnicy tradycyjnego grania: mocnych riffów, melodyjnych refrenów i dużej dawki energii. Problem w tym, że album niemal niczym nie zaskakuje, konsekwentnie opierając się na sprawdzonych patentach i klasycznych rozwiązaniach. Brakuje większej agresji, różnorodności oraz świeżości, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom.
Ocena: 6,5/10
wtorek, 19 maja 2026
REXORIA - Fallen Dimension (2026)
Rexoria działa od 2016 roku i od samego początku siłą napędową zespołu pozostaje wokalistka Frida Ohlin. Jej głos potrafi być jednocześnie drapieżny i melodyjny, a w bardziej emocjonalnych fragmentach nadaje kompozycjom autentyczności i głębi. Na uwagę zasługuje również świetnie zgrany duet gitarowy tworzony przez Martina Gustavssona i Jonathana Svenssona. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować chwytliwe melodie i atrakcyjne aranżacje. Choć czerpią inspiracje od uznanych przedstawicieli gatunku, nie ograniczają się do bezrefleksyjnego kopiowania sprawdzonych schematów. To profesjonalnie skomponowana rozrywka na wysokim poziomie, dostarczająca słuchaczowi mnóstwo satysfakcji.
Rexoria stawia przede wszystkim na zwięzłe i treściwe kompozycje. Jedenaście utworów składa się na około 45 minut muzyki, podczas których roi się od chwytliwych refrenów i pomysłowych melodii. Już otwierający album „Metallic Rain” pokazuje, czego można spodziewać się przez kolejne kilkadziesiąt minut: zwartych kompozycji, wyrazistych melodii oraz produkcji nastawionej na maksymalną przejrzystość brzmienia. To utwór niezwykle energetyczny, pełen świeżych pomysłów i charakteru.
Kompozycje takie jak „Awakening”, „Dancing on the Ruins” czy „Break the Wave” umiejętnie łączą klasyczny heavy metal z nowoczesnym power metalem, unikając przy tym zbędnego eksperymentowania. Zespół świadomie podąża sprawdzoną ścieżką, koncentrując się na tworzeniu łatwo przyswajalnych, ale jednocześnie angażujących utworów. Doskonałym przykładem takiego podejścia jest „Malleus Maleficarum”, który zachwyca prostym, lecz niezwykle skutecznym motywem przewodnim oraz przebojowym charakterem. Znajdziemy tu energię i chwytliwość przywodzącą na myśl najlepsze momenty Bloodbound czy wczesnego Battle Beast.
Nieco bardziej taneczny „Running with the Stars” przemyca rozwiązania znane z twórczości Sabaton i Metalite. Choć balansuje na granicy kiczu, robi to z dużym wyczuciem i wdziękiem, dzięki czemu słucha się go z nieskrywaną przyjemnością. Z kolei marszowy „Dominion” przynosi solidną dawkę epickości i rycerskiego klimatu, stanowiąc udany ukłon w stronę takich gigantów jak HammerFall czy Manowar.
Nie zabrakło również bardziej radiowych momentów. „Himalaya” sprawdza się jako lekki, melodyjny przebój, choć nie traci przy tym metalowego charakteru. Z drugiej strony album oferuje także bardziej wymagające fragmenty utrzymane w stylistyce heavy/power metalu z wyraźnymi wpływami Bloodbound. Jeszcze więcej klasycznego power metalowego ducha, przywołującego skojarzenia z pierwszymi albumami Helloween czy Avantasii, można odnaleźć w rozpędzonym „Wasted Land”.
Szczególnie dobrze wypada finałowy „Heart of Sorrow”, nagrany z udziałem Johnny’ego Gioeliego. Duet wokalistów wnosi do kompozycji dodatkową dramaturgię i emocjonalną głębię, czyniąc ją jednym z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa. To piękna ballada, która potrafi wzruszyć i na długo pozostaje w pamięci.
Fallen Dimension nie zmienia zasad gry w melodyjnym metalu, ale oferuje wszystko, czego można oczekiwać od świetnie napisanej płyty power metalowej: energię, emocje, znakomite wokale oraz refreny, które zostają w głowie jeszcze długo po zakończeniu odsłuchu. Dla Rexorii jest to kolejny krok naprzód i bez wątpienia jeden z najmocniejszych albumów w dotychczasowej dyskografii zespołu. Wydawnictwo powinno szczególnie przypaść do gustu fanom Battle Beast, Beast in Black oraz Frozen Crown.
Ocena: 8,5/10
STORIA : Revenant: a Righteous revenge (2026
Basista Pablo Guillarducci i perkusista Thiago Caiero, znani z debiutanckiego albumu Enorion, który tak wyraźnie nawiązywał do twórczości Dark Moor, pojawili się również na innym, równie interesującym debiucie. Mowa o pierwszym albumie brazylijskiej formacji Storia. „Revenant: A Righteous Revenge” ukazał się 3 kwietnia i stanowi kolejną godną uwagi propozycję z południowoamerykańskiej sceny metalowej.
Storia działa od 2023 roku i koncentruje się na monumentalnym, epickim symfonicznym power metalu wzbogaconym o elementy progresywnego heavy metalu. W ich muzyce można odnaleźć liczne inspiracje twórczością Blind Guardian, Rhapsody of Fire, Vision Divine czy wspomnianego Dark Moor. Zespół udowadnia, że współczesny power metal nadal potrafi opowiadać wielkie historie bez popadania w gatunkowe schematy. Album rozwija mroczną, fantastyczną narrację zapowiadaną wcześniej przez singiel „The Kaer Slaughter”, tworząc spójną opowieść o zemście, upadku i odkupieniu.
Kluczową rolę odgrywa tutaj wokalista Pedro Cavazana, który nadaje kompozycjom odpowiedni rozmach, epickość i symfoniczny charakter. Dysponuje charyzmą, ekspresją oraz drapieżnością idealnie wpisującymi się w estetykę power metalu. Na szczególne uznanie zasługuje również gitarzysta Gabriel Veloso. To dzięki jego pracy album jest niezwykle gitarowy, zróżnicowany, melodyjny i pełen chwytliwych motywów. W jego grze słychać zarówno pasję, jak i dużą kreatywność oraz wyczucie kompozycyjne.
Muzycznie Storia czerpie pełnymi garściami z europejskiej szkoły melodyjnego power metalu. Szybkie, galopujące riffy, podniosłe chóry oraz neoklasyczne partie gitarowe przywołują skojarzenia z dokonaniami takich formacji jak Rhapsody of Fire czy Blind Guardian. Jednocześnie zespół wnosi do tej stylistyki własną energię i nowoczesne podejście do produkcji. Nawet okładka albumu została doskonale dopasowana do charakteru muzyki oraz fantastycznego klimatu, w którym porusza się grupa.
Podróż przez świat wykreowany przez Storię rozpoczyna intro „Memories Of”, przywodzące na myśl wstępy znane z albumów Blind Guardian. Następnie pojawia się „The Grey Twilight” – pełen energii symfoniczny power metal z wyraźnymi odniesieniami do Rhapsody of Fire i Dark Moor. Utwór rozwija się w imponującym tempie i pokazuje, że klasyczny power metal nadal ma się znakomicie.
Elementy progresywne oraz wpływy Vision Divine wyraźnie słychać w złożonym i pędzącym „Rise of the Silver Knights”. To kolejny przykład umiejętnego wykorzystania sprawdzonych rozwiązań charakterystycznych dla klasyki gatunku spod znaku Helloween czy Rhapsody. Szczególnie udanie wypadają krótkie interludia budujące fabułę i atmosferę albumu. Doskonałym przykładem jest „Insidious Pondering”, którego klimat przywołuje wspomnienia związane z „Nightfall in Middle-Earth” Blind Guardian.
Pozytywnym zaskoczeniem okazuje się podniosły „It's Treason Then”, idealnie balansujący pomiędzy symfonicznym power metalem a progresywnym metalem. Kompozycję wyróżniają interesujące przejścia aranżacyjne, operowe chóry oraz bardzo dojrzałe podejście do budowania napięcia. Podobne rozwiązania pojawiają się również w rozbudowanym i monumentalnym „Revenant”.
Mocniejszy riff oraz bardziej progresywny charakter stanowią największe atuty pomysłowego „The Kaer Slaughter”. Z kolei klimatyczna ballada „Meaning of a Non-Life” jest wyraźnym ukłonem w stronę twórczości Blind Guardian. Najdłuższym utworem na płycie pozostaje siedmiominutowy „A Righteous Revenge”, który jeszcze mocniej akcentuje progresywne wpływy. Brzmi świeżo, nowocześnie i stanowi znakomite zwieńczenie całego wydawnictwa, potwierdzając ogromny potencjał zespołu.
„Revenant: A Righteous Revenge” to bardzo udany debiut pokazujący, że brazylijska scena power metalowa wciąż potrafi dostarczać zespoły zdolne rywalizować z europejską czołówką gatunku. To album obowiązkowy dla miłośników epickich historii, melodyjnych refrenów oraz klasycznego heavy i power metalu podanego we współczesnej, atrakcyjnej formie.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 18 maja 2026
THE ORDER - Empires (2026)
The Order to przede wszystkim charyzmatyczny i niezwykle utalentowany wokalista Gianni Pontillo. To doświadczony frontman, znany między innymi z Victory, a obecnie również współpracujący z Nazareth. Potrafi śpiewać z odpowiednim pazurem i hardrockową swobodą. To właśnie dzięki niemu album tak mocno nawiązuje do klasyki gatunku i klimatu lat 80. Płyta wręcz kipi energią, a znajdziemy na niej mnóstwo przemyślanych riffów i efektownych solówek. Duża w tym zasługa zgranej sekcji rytmicznej oraz gitarzysty Bruno Springa. Materiał jest przy tym odpowiednio zróżnicowany — każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Słychać pomysłowość, ale także ogromny szacunek do klasyki gatunku. The Order nie kombinuje na siłę i nie próbuje tworzyć czegoś rewolucyjnego, co w tym przypadku okazuje się sporą zaletą.
„Empires” to 45 minut muzyki zamkniętej w dziewięciu utworach. Otwierający album numer tytułowy narzuca odpowiedni ton: ciężkie gitary, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Gianniego Pontillo budują atmosferę monumentalnego, lekko mrocznego hymnu o upadku imperiów i politycznej manipulacji. Zespół stawia na energię oraz melodyjność i wychodzi z tego obronną ręką. To rasowy killer, wyraźnie skierowany w stronę bardziej heavy metalowego grania.
Największą siłą „Empires” pozostaje jednak różnorodność. „Fight For Your Rights” niesie ze sobą buntowniczy, niemal stadionowy refren, „Thieves In The Night” przyciąga bardziej melodyjnym obliczem zespołu, natomiast „Wherever I Go” pokazuje, że grupa potrafi pisać niemal AOR-owe, emocjonalne kompozycje, nie tracąc przy tym hardrockowego charakteru. Nie wszystkie utwory utrzymują równie wysoki poziom — „Warriors” czy „Living For The Nightlife” bywają bardziej schematyczne — jednak nawet słabsze momenty nie psują ogólnego odbioru albumu. Każdy z utworów podkreśla mocne strony zespołu i dobrze oddaje jego charakter oraz muzyczną tożsamość. Album zawiera wiele chwytliwych momentów i zdecydowanie jest czym się zachwycać.
Szybkim krokiem zbliżamy się do „The Last Call”, kolejnego zadziornego i energetycznego kawałka. Zespół konsekwentnie trzyma się mieszanki hard rocka i heavy metalu, a mroczny klimat utworu robi świetne wrażenie. Nieco mniej przekonuje mnie bardziej komercyjny „Of Martyrs And Tyrants”. To nadal dobry numer, ale pozostawia pewien niedosyt. Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak dziesięciominutowy kolos „The Boneheads Back – Promises And Illusions”. To bardzo urozmaicona kompozycja, pokazująca, że nawet w hardrockowej stylistyce można stworzyć rozbudowany i interesujący utwór. Choć trzeba przyznać, że odrobina krótsza forma również wyszłaby mu na dobre.
„Empires” nie jest rewolucją, ale to bardzo solidny album dla fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. To płyta szczera, konkretna i pełna gitarowej energii — taka, która sprawdzi się zarówno w domowym zaciszu, jak i podczas długiej samochodowej trasy. The Order udowadnia, że po ponad dwóch dekadach działalności nadal potrafi pisać chwytliwe, mocne i autentyczne utwory, które na długo zapadają w pamięć. To bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów w dorobku grupy.
Ocena: 8/10
sobota, 16 maja 2026
MENACE - Wheel of Spikes (2026)
Czternaście lat zajęło włoskiemu Menace przygotowanie premierowego materiału. Ten czas nie został jednak zmarnowany — zaowocował albumem, który powinien usatysfakcjonować każdego fana heavy i speed metalu. 24 kwietnia nakładem Metal on Metal Records ukazał się drugi studyjny krążek grupy zatytułowany Wheel of Spikes. Nie jest to żadna rewolucja ani próba redefinicji gatunku. To przede wszystkim szczery hołd dla heavy/speed metalu lat 80., mocno inspirowany twórczością Exciter, Agent Steel czy Judas Priest z okresu Painkiller. I trzeba przyznać, że jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.
Można powiedzieć, że podobnych płyt na rynku nie brakuje i wybór jest ogromny. To prawda, jednak Menace posiada kilka istotnych atutów — przede wszystkim odpowiednie umiejętności techniczne oraz doświadczenie zdobywane przez niemal trzy dekady działalności. W końcu zespół funkcjonuje od 1997 roku. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo, lecz umiejętnie wykorzystują sprawdzone patenty. Robią to jednak z wyczuciem, pomysłem i szacunkiem do słuchacza. Znakomicie balansują między agresją, szybkością a melodyjnością.
Kluczową postacią zespołu pozostaje Rob Savegnago, dysponujący charyzmatycznym i mocnym wokalem. Wyróżnia go charakterystyczna barwa głosu oraz swoboda w operowaniu wysokimi rejestrami, co momentami przywodzi na myśl Roba Halforda, a chwilami nawet Kinga Diamonda. Odpowiedni ciężar całości nadaje również świetnie funkcjonująca sekcja rytmiczna, dzięki której materiał nabiera rasowego speedmetalowego charakteru.
Największym atutem albumu pozostają jednak gitary. Riffy są chwytliwe, pełne ostrych cięć i dynamicznych zmian tempa. Inspiracje Judas Priest, Exciter czy Agent Steel są wyraźnie słyszalne, ale Menace nie brzmi jak bezmyślna kopia dawnych mistrzów. Duet Vicariotto/Fioraso wyraźnie zapatrzony jest w klasyczne gitarowe tandemy lat 80., a między muzykami czuć prawdziwą chemię. Ich gra imponuje energią, mocnymi riffami i klasycznym podejściem do heavy metalu. Choć inspiracje dawną szkołą są oczywiste, zespół stara się zachować własny charakter, unikając nachalnego kopiowania.
Album trwa około 45 minut i zawiera dziesięć utworów, które praktycznie nie pozwalają złapać oddechu. Już otwierający całość „Wheel of Spikes” wyznacza kierunek płyty — szybkie tempo, agresywne riffy i wokal balansujący między klasycznym heavy metalem a bardziej dzikim speed/thrashem. Od pierwszych minut słychać potencjał Menace. Dalej jest jeszcze intensywniej — „Satanizer” oraz „Backhander” uderzają energią przywołującą ducha wczesnego speed metalu z Niemiec i Stanów Zjednoczonych. To szybkie, zadziorne kompozycje wyraźnie inspirowane Exciter i Judas Priest.
Na szczęście zespół nie ogranicza się wyłącznie do jednego schematu. Bardziej rozbudowany „Argento Vivo” pokazuje nieco inne oblicze grupy i udowadnia, że muzycy potrafią zadbać o różnorodność materiału. Z kolei mroczny i agresywny „Shades of Evil” momentami przywołuje skojarzenia z Mercyful Fate. To solidny numer, choć miejscami można odnieść wrażenie, że zabrakło mu odrobiny większej pewności siebie.
Thrashmetalowe wpływy najmocniej dochodzą do głosu w rozpędzonym „Burning Ash”, który stanowi jeden z najmocniejszych punktów albumu. Podobnie prezentuje się „Per Aspera ad Inferi”, zabierający słuchacza w rejony thrash metalu przełomu lat 80. i 90. To energiczny, agresywny i bardzo zapadający w pamięć utwór. Całość wieńczy natomiast „The Unmerciful” — najdłuższa kompozycja na płycie, która w udany sposób podsumowuje charakter całego wydawnictwa.
Produkcja brzmi nowocześnie, ale jednocześnie zachowuje odpowiednią dawkę surowości. Perkusja jest potężna, bas dobrze słyszalny, a gitary mają odpowiedni ciężar, nie popadając przy tym w przesadną sterylność. To bardzo ważne, ponieważ wiele współczesnych retro-metalowych wydawnictw cierpi na zbyt wygładzone brzmienie. Tutaj udało się zachować koncertową energię oraz undergroundowy klimat.
Dla fanów klasycznego heavy i speed metalu jest to pozycja obowiązkowa — szczególnie dla tych, którzy tęsknią za agresją starego Judas Priest, Riot czy Agent Steel, ale chcieliby usłyszeć podobne granie w nowocześniejszym wydaniu. Wheel of Spikes to świetny powrót Menace — album pełen ognia, stali i oldschoolowej metalowej energii.
Ocena: 8/10
środa, 13 maja 2026
TYKIN - Dripping poison (2026)
Największym atutem wydawnictwa jest jego przebojowość i autentyczność. Tykin gra z ogromnym luzem i pasją, dzięki czemu nawet najbardziej ograne schematy brzmią świeżo i przekonująco. Wokal Tylera Englisha doskonale odnajduje się w tej stylistyce — jest odpowiednio chropowaty, melodyjny i pełen młodzieńczej energii. Nie próbuje ślepo kopiować legend gatunku, ale słychać, że dorastał na klasycznych albumach glam i heavy metalu. Jego wokal odgrywa kluczową rolę w budowaniu klimatu lat 80. i nadaje całości charakterystycznego oldschoolowego feelingu.
Nie można również pominąć znakomicie zgranej sekcji rytmicznej ani duetu gitarzystów — Jacoba Dammena i Zakka Lethala. Muzycy stawiają na klasyczne zagrywki, dzięki czemu materiał brzmi bardzo oldschoolowo, ale jednocześnie nie sprawia wrażenia wtórnego. Tykin nie odkrywa gatunku na nowo, lecz zabiera słuchacza w dobrze znane rejony, dodając do nich świeżość, energię i własny charakter. Gitarzyści grają z pasją i wyczuciem melodii, a ich partie pełne są chwytliwych motywów i koncertowej energii.
Album otwiera „Wounded Hearts” — emocjonalny numer balansujący pomiędzy hardrockową balladą a melodyjnym heavy metalem. Zespół znakomicie odnajduje się w tej stylistyce, tworząc jeden z najbardziej dopracowanych utworów na płycie. Kompozycja jest nostalgiczna, ale jednocześnie bardzo przebojowa. „Strangers” kontynuuje bardziej melodyjną stronę zespołu i pokazuje talent Tykin do tworzenia chwytliwych refrenów. Riff przywodzący na myśl klasyczne dokonania Judas Priest i nośny refren sprawiają, że robi się naprawdę interesująco.
W pełni swój charakter grupa prezentuje w hymnowym „Dripping Poison”. Przebojowy refren błyskawicznie wpada w ucho, a klimat glam metalu lat 80. czuć tutaj niemal w każdym dźwięku. Heavy metalowego pazura dodaje ostrzejszy „Dog Fighters”, który tylko potwierdza wysoką formę zespołu. W bardziej energicznym i dynamicznym repertuarze Tykin sprawdza się znakomicie.
Szczególnie mocno wyróżnia się „Hypnotized” — skoczny, niezwykle chwytliwy utwór osadzony częściowo w klimatach NWOBHM. To kolejna kompozycja, z której bije świeżość i pomysłowość, mimo mocnego zakorzenienia w klasycznych inspiracjach.
Na osobne wyróżnienie zasługuje finałowy „Heretic”. To najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na albumie, łączący klasyczny heavy metal z glamowym luzem i stadionowym rozmachem. Właśnie tutaj Tykin w pełni prezentuje swoje możliwości kompozytorskie, tworząc idealne podsumowanie całego wydawnictwa.
Dripping Poison nie zmieni historii hard rocka ani heavy metalu, ale zdecydowanie wyróżnia się szczerością, autentycznością i ogromną miłością do klasycznego grania. Tykin udoowadnia, że młode zespoły nadal potrafią tworzyć oldschoolowy glam/heavy metal bez popadania w tanią kalkę. To bardzo udany debiut — pełen energii, chwytliwych melodii i koncertowego potencjału. Prawdziwa kopalnia hitów dla fanów klasycznego grania.
Ocena: 8/10
M.ILL.ION - Legend (2026)
Po pięciu latach przerwy szwedzki M.ILL.ION wraca z dziewiątym albumem studyjnym zatytułowanym Legend. Płyta ukazała się 24 kwietnia i jest propozycją skierowaną przede wszystkim do fanów melodyjnego hard rocka z domieszką melodyjnego heavy metalu. To wydawnictwo, które nie próbuje odkrywać gatunku na nowo, lecz celebruje jego klasyczne wartości — chwytliwe refreny, nośne riffy i stadionową energię. Materiał mocno zakorzeniony jest w tradycji klasycznego hard rocka, pełnego inspiracji latami 80., jednak podanego bez przesadnej nostalgii. Zespół otwarcie czerpie z dorobku takich gigantów jak Uriah Heep, Deep Purple czy Thin Lizzy. To z pewnością album, którego nie można zlekceważyć.
M.ILL.ION to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Hans Dalzon, który śpiewa z ogromną pasją i drapieżnością. Potrafi doskonale oddać klimat lat 80. i nadać kompozycjom przebojowego charakteru. Jego oldschoolowa maniera wokalna działa zdecydowanie na korzyść całego materiału. Istotną rolę odgrywa również klawiszowiec Marcus Berglund, budujący atmosferę i wzbogacający utwory o melodyjne tło. Znakomicie układa się jego współpraca z gitarzystą CT Rohdellem, który stawia na finezję, lekkość i pomysłowość. Muzyk pozostaje wierny klasycznym wzorcom, ale na szczęście nie popada w bezmyślne kopiowanie legend gatunku. Zespół wyraźnie stara się zachować własną tożsamość i indywidualny styl.
Już otwierający album „Kingmaker” pokazuje, czego można spodziewać się po całym wydawnictwie — masywnego gitarowego brzmienia, dynamicznej sekcji rytmicznej oraz refrenów wręcz stworzonych do wspólnego śpiewania podczas koncertów. Utwór przywodzi na myśl dokonania wczesnego Dio czy Rainbow. Z kolei „Bad Lovin’” i „Wheels & Wings” dodają płycie bardziej imprezowego, rockandrollowego charakteru, przywołując najlepsze momenty hard rocka przełomu lat 80. i 90. To wyraźny ukłon w stronę twórczości Bon Jovi oraz Def Leppard.
Miłośnicy radiowych przebojów powinni koniecznie sięgnąć po „The Legend Lives On”. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. i pokazuje, jak wielki talent do pisania chwytliwych numerów posiada zespół. Równie przekonująco wypada przebojowy „Private Dancer” — prosty w formie, ale niezwykle skuteczny dzięki wykorzystaniu sprawdzonych patentów gatunku.
Wpływy Rainbow i Deep Purple szczególnie mocno wybrzmiewają w bardziej agresywnym „No Garden of Eden”. Już od pierwszych sekund uwagę przykuwa potężny riff, który świetnie eksponuje potencjał formacji. Zespół umiejętnie bazuje na nostalgii słuchaczy, jednocześnie dodając do swojej muzyki odrobinę świeżości. „Grow Old Together” to z kolei melodyjna ballada wyraźnie inspirowana stylistyką Whitesnake i Europe. Sporą dawkę pozytywnej energii przynosi hymnowy „Ready to Rock”.
Finał albumu stanowi nastrojowy i melancholijny „Half Man, Half Consumer”, ponownie odwołujący się do klasycznego brzmienia Deep Purple i Rainbow. Choć zespół nie proponuje niczego rewolucyjnego, nadrabia to pasją, autentycznością i ogromnym wyczuciem melodii.
Legend nie jest albumem, który zmieni historię gatunku, ale to bardzo solidna, szczera i pełna energii płyta dla fanów melodyjnego hard rocka z nutą melodyjnego heavy metalu. M.ILL.ION udowadnia, że po ponad trzech dekadach działalności wciąż potrafi tworzyć chwytliwe utwory i brzmi jak grupa, która nadal czerpie ogromną radość z grania. To klasyczny hard rock w najlepszym, oldschoolowym wydaniu — album, który od początku do końca dostarcza mnóstwo satysfakcji.
Ocena: 8/10



















