poniedziałek, 9 stycznia 2012

HATRIK - The Beast (1985)

Gdybym rzucił w tłum pytaniem kto zna amerykański zespół heavy metalowy HATRIK? To czekałbym kilka dni i zapewne mało kto by udzielił odpowiedzi pozytywnej. Nie dziwię się, bo jest to kapela niszowa, albo inaczej jest to kapela o której nie wiadomo nic. Po tym jak natknąłem się na ich jedyny album „The Beast” z 1985 postanowiłem zagłębić się w historię zespołu. Niestety wszelkie źródła milczą na temat tego zespołu. Został zapewne założony na początku lat 80, gra heavy metal w stylu BLACK FATE czy też MESSIAH FORCE i rozpadł się po wydaniu tego albumu. Nie wiadomo nic na temat szczegółów związanych z zespołem. Muzycznie ów album niczym specjalnym się nie wyróżnia i jest to kolejny co najwyżej dobry album z mało oryginalnym materiałem, z wtórnymi pomysłami, ale można na to przymknąć oko, zwłaszcza kiedy nie brakuje na albumie łatwo wpadających melodie, jednak HATRIK ma jeden problem. Nie potrafi skupić się na jednym stylu i mamy kilka kompozycji heavy/ speed metalowych, kilka przesiąkniętych rockiem, niektóre ocierają się o progresywne patenty co słychać w „Moov”. Owe nie zdecydowanie można też odebrać jako plus, bo to czyni album bardziej zróżnicowany, bardziej wyważony, ale mnie to jakoś niezbyt zadowala. Dałbym sporo, żeby całość brzmiała jak otwierający „Ruller Of War” gdzie dominuje prosta, łatwo wpadająca melodia, ostre zadziorne partie gitarowe Erika Baumanna, czy też wokal Johna Mcarsona, który przypomina pod tym względem inny zespół z tego kraju, a mianowicie ATTACKER. W takiej heavy metalowej formule zespół sobie radzi znakomicie i szkoda, że czasami słychać próby ubarwienia muzyki HATRIK przez rockowe patenty, które słychać w „We're An American Band”, czy „Play To Survive” które nie potrzebnie czynią zespół zbyt łagodnym. Choć trzeba przyznać, że utwory nie są z górnej półki to wyróżniają się całkiem ambitnymi melodiami.  Z tych bardziej nastrojowych utworów lepiej już się prezentuje instrumentalny „Little Fugue” z przepięknym motywem gitarowym i trzeba przyznać, że całkiem pomysłowo zaaranżowany. Drugim utworem w tej samej kategorii wagowej jest również ambitnie brzmiąca ballada „Still Of The Night” która uwypukla jednocześnie przy okazji nastroju, nie przeciętne umiejętności Johna jako wokalisty. Tak jak wspomniałem wcześniej atrakcją albumu są przede wszystkim te szybkie, dynamiczne, za opatrzone w ostry riff kompozycje. I to właśnie o takim zadziornym „Demon's Liar” z finezyjną solówką, żywiołowym „I Like To Eat Out” , czy też speed metalowym „S.O.S”, które wg mnie czynią ten album pozycją obowiązkową dla tych którzy nie przywiązują uwagi na detale, na wtórność, ale co cenią sobie energię i melodyjny wydźwięk poszczególnych kompozycji. Warto zwrócić uwagę, że umiejętności muzyków, brzmienie czynią ową podróż przez ten materiał jeszcze łatwiejszym. Choć debiut nie jest zły, to zespołowi nie udało się przebić przez masę podobnie grających kapel. Ocena: 7/10

STEELWING - Zone Of Alienation (2012)

Debiut szwedzkiego STEELWING to był album o którym większość chciała zapomnieć, bo choć zespół wzbudził zainteresowanie jako jeden z tych zespołów, któremu marzy się być gwiazdą formatu IRON MAIDEN czy RUNNING WILD. Fala młodych kapel które chcą dotknąć muzyki heavy metalowej lat 80 jest ogromna i poszerza swoje grono z każdym rokiem. STEELWING w przeciwieństwie do takich formacji jak choćby SKULL FIST, czy też ENFORCER nie miał udanego startu. Szansa na odbicie się i nagranie coś wartościowego graniczyło raczej z cudem, bo przecież nie jest łatwo nagle tworzyć materiał godny uwagi wymagających słuchaczy. Może właśnie dlatego, że oczekiwania względem nich były praktycznie niszowe, udało się?. Ale jednak młoda kapela , która została założona w 2009 r ,. który wygrała konkurs ROCK THE NATION, który występowała u boku BLIND GUARDIAN nagrała album bardzo dojrzały i to pod każdym względem. „Zone Of Alienation” to płyta który udowadnia, że granie sprzed 30 lat nigdy tak naprawdę nie umarło, że cały czas ktoś sięga po stare patenty, ktoś odświeża, ktoś robi to wg własnej receptury, zerkając na pomysły innych i to zdało swój egzamin. STEELWING postawiło nie tylko na przebojowość, nie tylko na atrakcyjne melodie, ale na tradycję, klimat i moc. To już nie jest ten sam STEELWING co na debiucie. Już patrząc na okładkę można utonąć w niej, bo jest jak świetnie narysowana, a owa tematyka s-f tylko dodaje odpowiedniego smaku. Jedna z  piękniejszych okładek ostatnich lat i to jest fakt. Tak samo faktem jest, że mamy dobrze wyważone brzmienie i nie jest ono takie sztuczne jak na debiucie. Faktem jest też, że z każdym z muzyków jakby rozwinął swoje umiejętności, jakby nabyli w dodatku nowe. Ma się wrażenie jakby by śpiewał tutaj inny, lepszy wokalista, ale nie to jest Riley ze swoją charyzmą i dobrym warsztatem technicznym. Podoba mi się przede wszystkim jego biegłość w różnych rejestrach. Jeśli chodzi o nowy rok, to muszę przyznać że to będzie jeden z kandydatów do najlepszych albumów pod względem linii wokalnych. Najlepiej odzwierciedla jego umiejętności ostry, szybki przesiąknięty  power metalem „The Running Man”. Słychać w tym nieco SKULL FIST, ale nawet zestawiając aranżację i styl to można doszukać się kilka wspólnych cech. Dynamika, przebojowość, atrakcyjne melodie, no i ta najważniejsza – finezyjne, pełne energii solówki. Rockbag/Vega to dwaj gitarzyści, różne osobistości, ale tutaj słychać że stanowią jeden organizm. Świetnie współpracują ze sobą, najlepiej to słychać właśnie podczas solówek, które przypominają lata 80, kiedy to liczyła się finezja, przebojowość, a nie dzikość i biegłość w technice. Najlepiej zobrazuje owe umiejętności gitarzystów „The Came From The Skies” który ma motyw jakby wyjęty z twórczości RUNNING WILD, zaś cała sekcja rytmiczna na czele z nowym basistą Nicem Savagem oddaje ducha IRON MAIDEN. Utwór idealnie uświadamia że zespół nie ma kłopotów z melodiami, z stworzeniem atrakcyjnego motywu, w dodatku daje do zrozumienia że zespół czerpie radość z grania co słychać i korzystają na tym dwie strony, zespół jak i słuchać. Nie będę was trzymał w niepewności i od razu powiem wam, że nie ma tutaj słabych kompozycji i od początku do końca są przeboje, są szybkie kawałki jak ‘Solar Wind Riders’ z wybornym riffem przesiąkniętym power metalową przebojowością, zaś sekcja rytmiczna odzwierciedla naturę NWOBHM. Tutaj po raz pierwszy słuchacz przekonuje się o naprawdę melodyjnych, pełnych werwy i finezji solówkach i to jest jeden z argumentów obok którego nikt nie przejdzie obojętnie. W podobnej strukturze utrzymany jest przebojowy ‘Full Speed Ahead’ , który jest odpowiedzią na ostatni wyczyn SKULL FIST. Koncertowy i bardzo prosty refren, rozpędzony riff i konstrukcja speed, czy też power metalowa. Co ciekawe zespół ma pomysły co do melodii i motywów nie tylko na kilka kompozycji ,a  na cały album. Liczy się atrakcyjność, liczy się energia i szaleństwo i to słychać w “Tokkotai” który może brzmi jak większość utworów innych kapel z tego kręgu które nagrywały na przestrzeni ostatnich lat, ale uzyskać taką przebojowość taki poziom energii nie jest łatwo i to jest cecha charakterystyczna nie tylko tego utworu, a całego albumu. Znajomo brzmi motyw „Zone of Alienation”,ale co z tego, jeśli to jest wyborne, jeśli jest to motyw porywający, potrafiący wyzwolić w słuchaczu bestię, to czemu nie? Zespół ceni sobie tradycję, to też nie obyło się bez klimatycznego intra w postaci “2097 A.D.” gdzie  znakomicie sprawdziły się tutaj partie odegrane na syntezatorach czy też 10 minutowego kolosa w postaci „Lunacy Rising” który udowadnia, że nie tylko IRON MAIDEN zna się na epickich kompozycjach, że STEELWING też posiadł tą umiejętność i przeplatają się tutaj motywy utrzymane w średnim tempie co słychać w pierwszej fazie, są też wolniejsze momenty co słychać w drugiej fazie gdzie słychać motyw DIO i utworu „Egypt”, natomiast trzecia  ostatnia faza to finisz w postaci szybkiego pędzenia do przodu. Przez te 10 min sporo się dzieje i utwór pod względem aranżacji jest bogaty i do tego przemyślany. STEELWING zrobił duży krok na przód jeśli chodzi o muzykę, umiejętności, styl, komponowanie i  to dało efekt w postaci „Zone Of Alienation”, który śmiało może się ubiegać o miano najlepszych płyt w roku 2012. Album kierowany do fanów ANGEL WITCH, IRON MAIDEN, STRIKER, RUNNING WILD, ENFORCER, SKULL FIST, czy też BULLET, KATANA. Brać w ciemno, satysfakcja gwarantowana. Ocena: 9/10

ATTILA - Rolling Thunder (1986)

Mausoleum to był wybawiciel wielu młodych dopiero zaczynających karierę kapel. To właśnie belgijska wytwórnia płytowa była odpowiedzialna za promowanie kapel czasami niszowych, czasami może nieco słabe znane wśród słuchaczy, ale mających zadatek na wielką karierę światową. Promowała też kapele jak ATTILA, które właściwie grały dobrze, momentami bardzo dobrze, ale przez wtórność i brak charakterystycznych patentów przepadły w natłoku innych lepszych rzeczy w kategorii heavy metal. Historia tego amerykańskiego zespołu sięga roku 1983 i w początkowym okresie zespół nie wzbudzał większego zainteresowania wśród amerykańskich słuchaczy i wszystko się zmieniło wraz z ofertą wytwórni Mausoleum, która przyczyniła się do wypromowania mało znanego ATTILA za sprawą utworu „Interceptor”, który trafił na składankę „Metal Over America”. Owa promocja zespołu dała pożądany efekt w postaci zainteresowania ze strony Carla Canediego, znanego z THE RODS. To właśnie ta osobistość wzięła na swoje barki produkcję debiutu tego zespołu, co jak się okazuje było ich jedynym dziełem. Mowa w tym przypadku o „Roaling Thunder”  z 1986r. Styl ATTILI jest prosty wręcz podręcznikowy, czyli zasada gramy ostro, ale melodyjnie, na tyle że to właśnie melodie mają grać pierwszą rolę i to one muszą iść na pierwszy ogień w każdym utworze. Jednak nie to jest problemem, a owy brak zdecydowania i rozbicie między szybkim dynamicznym heavy z uwypukloną łatwo wpadającą melodią tak jak to słychać w otwierającym „Turn Up The Power”  czy też w dynamicznym „Rolling Thunder”, który dowodzą że zespół najlepiej się sprawdzał w szybkich, zwartych kompozycjach. Ten argument najlepiej przemawia przez krótki, przebojowy „Wild”. Próby zwolnienia, próby zmiany stylu różnie się kończą. Do udanych zaliczę zakorzeniony w JUDAS PRIEST „Urban Commanders” , ale czasami kończy się klapą tak jak w przypadku „Chains Around Heaven”, gdzie rockowy wydźwięk wyszedł na nie korzyść utworu.  Warty uwagi też jest bez wątpienia cover ALICE COOPERA - „Schools Out” czy też epicki „March Of Kings”, który przez wzgląd na rycerski klimat i na atrakcyjną melodię należy uznać za jeden z najlepszych utworów na płycie, jeśli nie najlepszy. Materiał jest nie najgorszy, muzycy grać potrafią, ale nie wykraczają one ponad średnią krajową i ogólnie jest to dobry album, który niczym się nie wyróżnia. „Rolling Thunder” większych emocji u mnie nie wzbudził, nie wyniosłem zbyt wiele z owe odsłuchu, ale to akurat normalne przy takim materiale, gdzie ciężko o jakiś zapadający utwór, jest ich zbyt mało, żeby rzucić na kolana, podobnie jest z aranżacją utworów, które najczęściej mają  oklepane motywy i mało porywające melodie, ale wszystko jest tak przyrządzone, że obrzydzenia nie ma. Nie dziwię się że zespół przestał istnieć, z takim materiałem daleko by nie zaszli. Ocena: 6.5/10

piątek, 6 stycznia 2012

ALLIGATOR - immortal Entity (1991)

Włochy może nie są stolicą thrash metalu, może nie przodują w tej dziedzinie, ale mają kilka znaczących kapel, jedną z nich jest ALLIGATOR, który został założony w 1988r. ALLIGATOR może nie grzeszył oryginalnością jeśli chodzi o styl, ale dynamiki i zadziorności nie można im odmówić. ALLIGATOR to kapela jedna z wielu która nie przetrwała próby czasu i zostawiła po sobie 3 albumy, które nagrane zostały na początku lat 90.  Debiut który nosił tytuł „Immortal Entity” ukazał się w 1991 r i zawierał muzykę z pogranicza thrash metalu przesiąkniętego speed metalową motoryką. I tak jak zespół nie miał większych problemów z stworzeniem ostrej, żywiołowej muzyki, przepełnionej ostrymi riffami, zadziornym wokalem Gianluca Melino który może nie jest wybitnym wokalistą, ale jakoś pasuje do tego brudnego materiału. Problem tej kapeli tkwi że jest to granie na średnim poziomie, nie jest to ani wybitne, ani słabe, które nie da się słuchać. Są podstawowe elementy jak zadziorność, dynamiczność i brud, ale brakuje czegoś więcej, co by czyniło owy materiał bardziej wyróżniającym, bardziej charakterystycznym. Owy brak tożsamości poszczególnych kompozycji przedkłada się na brak możliwości wyniesienia czegoś z owe przesłuchania, nie wliczając w to energicznego pędzenia do przodu. Można sobie darować marzenia o urozmaiconym materiale, bo zespół trzyma się kurczowo jednego określone stylu, który jest ograniczony jasno określonymi granicami. Jeśli przyjrzeć się detalom to też można dojść do wniosku, że melodie i poszczególne riffy też nie są specjalnie czymś się wyróżniające, są proste i najczęściej do bólu powszechne, ale kamuflaż w postaci dynamiki i ostrości, potrafi nie raz przykryć owe niedoskonałości ALLIGATOR. Wokal jest tutaj specyficzny i to można odebrać dwu znacznie. W moim przypadku nie było łatwo przebrnąć przez manierę Gianluca, a w połączeniu z garażowym brzmienie czyni to nie raz mur nie do przebicia. Niezbyt udanym pomysłem było bawienie się w długie kompozycje,gdyż w tej prostej strukturze 7 minut łojenia w jednym stylu może wymęczyć słuchacza. Już po krótkim intrze mamy jeden z takich kolosów, a mianowicie „Immortal Entity” , który może nie jest jakimś genialnym utworem, ale atrakcyjnie wypadają tutaj wszelkiego rodzaju zwolnienia, które uwypuklają przede wszystkim mroczny klimat utworu. O wiele lepiej się prezentuje rozpędzony „In my Dreams”  który jest kolosem gdzie szybkość, dzikość odgrywa znaczącą rolę a zwolnienie jest tutaj takim dodatkiem. W końcu można się przekonać o dobrym warsztacie gitarzystów Francesco "Killa" Capasso / Tiziano Colombi , którzy potrafią nie tylko pędzić do przodu, ale zwolnić, przytrzymać, zagrać łatwo wpadający motyw, czy też chwytliwą melodię. W podobnym stylu utrzymany jest inny kolos, a mianowicie „Bog of Horrors” i bez wątpienia jest to jeden z tych najlepszych utworów, gdzie liczą się instrumenty, a wokal nie ma tutaj żadnej roli. Piękne jest tutaj klimatyczny początek i koniec. Zaś „And There Was silence” jest bardziej urozmaicony i tutaj sporo jest zwolnień i heavy metalowych patentów i to kolejny bardzo ważny punkt programu. Do tego mamy jeszcze dwie petardy, które nie biorą jeńców, czyli „Yesterday We Feel „z koncertowym refrenem oraz demoniczny „S.O.Y.F.A.S” który jest numerem jeden jeśli chodzi o dzikość i dynamikę.  Nie jest tak źle jak się wydaję, ale po wysłuchaniu to za wiele się już nie pamięta z odsłuchu i dominują niestety odczucia negatywne w postaci kiepskiego brzmienia, ciężko strawnego wokalu, czy mało wyrazistego materiału. Z drugiej strony, czy to jest powód żeby nie dać temu albumowi szansy? Dużo było wtórnych albumów, a ten nadgania to dynamiką i dzikością, która potrafi zachęcić do wspólnego obcowania z muzyką ALLIGATOR. Ocena: 6.5/10

środa, 4 stycznia 2012

REBELLION - And The Battle Begins (1991)

Czy power metal może być ambitną muzyką, czy może wzbudzać emocje i wzruszać? Pierwsza odpowiedź jaka przychodzi to „Nie” bo jest to raczej gatunek związany z dynamiką, melodyjnością, przebojowością i zazwyczaj takie pojęcia jak emocje czy wzruszenia nie znajdują w tym gatunku swojego miejsca.  Jednak kiedy pomyśli się o bardziej progresywnych kapelach jak FATES WARNING, QUEENSRYCHE czy LETHAL to można dojść do wniosku że można. Świetnie też odzwierciedla to REBELLION i nie mam tutaj namyśli niemieckiej kapeli, a amerykańską, która na scenie pojawiło się tylko chwilowo i zostawiła po sobie wyłącznie debiutancki album „And The battle Begins” z roku 1991. Skład zespołu na tym albumie tworzyli :Mike Moreira (perkusja), Greg Andree (bas), którzy tworzyli dynamiczną, pełną wigoru i wyobraźni sekcję rytmiczną, która była motorem wszelkim urozmaiconych temp i dynamiki. Chris St. Pierre to człowiek można rzec drugiego planu, bo jako klawiszowiec jest odpowiedzialny za stworzenie odpowiedniej przestrzeni, za wzbogacenie warstwy instrumentalnej, a czasami za stworzenie odpowiedniego nastroju co słychać  w bogatym w różnego rodzaju zmiany temp, połamane melodie i urozmaicenia „Crying Out”, który jak na 4 minutowy kawałek, zawiera sporo elementów, które można by przeznaczyć na stworzenie kolejnych 3 utworów.  Główne role w składzie odgrywają oczywiście wokalista Ed Snow, który manierą przypomniał mi Micheala Kiske z ery strażnika siedmiu kluczy. Obaj panowie potrafią bez problemu wejść w górne rejestry. Niczym mu nie ustępuje duet gitarzystów Mike Doyle /Eric Andree którzy olewają silenie się na proste i łatwo wpadające w ucho melodie, którzy darują sobie pędzenie do przodu w celu zatuszowania nie dociągnięć. REBELLION idzie w tym aspekcie pod prąd stawiając na wyszukane melodie, stawiając na urozmaiconą strukturę, na zróżnicowane tempo, nie pomijając przy tym emocji.  To bycie oryginalnym, to stawienie przed szeregi dopracowania technicznego i progresywnego zacięcia jest godne szacunku. Ambicja muzyków jest słyszalna na każdym kroku, a to w otwierającym 7 minutowym „And The Battle Begins... „ który jest po prostu piękny. Ilość motywów które się tutaj przewija, ilość ambitnych, starannie dobranych melodie nie sposób policzyć. Wszystko brzmi ambitnie, zwłaszcza kiedy się w słucha w konstrukcję utworu i w aranżacje. Tutaj można zaznać talentu poszczególnych muzyków, nastrój wytworzony przez klawisze, dynamikę zgotowaną przez sekcję rytmiczną i emocje wywołane finezyjnymi solówkami czy też pięknym wokalem Eda. „Do Or Die” to już bardziej zadziorny utwór, choć i tutaj ilość zgrabnie dopasowanych melodii i motywów przekracza wszelką wyobraźnię. „Fallen Angel” z koeli zaczyna się bardzo agresywnie i tutaj już można wyczuć nutkę szaleństwa, tutaj można wyczuć też ukłon w stronę Wielkiej Brytanii i ciekawie wyszła ta mieszanka hard rocka który słychać podczas zwrotek z power metalową konstrukcją w dalszej części, zwłaszcza podczas ujawnienia się finezyjnej solówki, które jest tylko jednym z wielu przykładów znakomitego wyszkolenia technicznego muzyków i ich miłości do muzyki, bo tylko właśnie wtedy można osiągnąć takie piękne, emocjonalne solówki. Power metalową konwencję da się wyłapać w melodyjnym „Die By The Sword” gdzie świetnie dopasowano klawisze do partii gitarowych, a tak duży nacisk został położony na emocje i ambitne melodie. Mający dwa oblicza „Alone In The Night” czy nastrojowa ballada „Lonely Child” świetnie obrazują jak ważne są uczucia w muzyce REBELLION. Nawet wejście do zadziornego, bogatego w różnego rodzaju motywy i melodie „Only time Can Tell” musi być nastrojowe, pełne emocji. Świetnie też została wpleciona epickość w marszowym „Road To Freedom”. O wszystkim zespół pomyślał, bo nawet brzmienie jest tu bardzo nastrojowe, dopasowane wręcz do emocjonalnego materiału, który ma i świetne melodie, ma i ambitne motywy i wszystko jest na skraju perfekcji. Power Metal to może w przypadku tego zespołu lekkie nad użycie, ale skoro już się tak przyjęło to niech będzie. Co do zespołu nie potrafię zrozumieć, dlaczego po wydaniu tak genialnego albumu zespół nie przebił się i właściwie rozpadł się. Czyżby za ambitna muzyka dla słuchaczy? Zbyt emocjonalna, a za mało agresywna? Warto zadać sobie trud i zapoznać się z muzyką REBELLION. Ocena: 9.5/10

DEATH MASK - Spilt The Atom (1986)

W roku 2011 powrócił po latach amerykański DEATH MASK, który przez długi czas był zespołem jednej płyty, która się ukazała w latach 80.  Przyczyny rozpadu właściwie upatrywać w owym debiucie, który ukazał się w 1986 roku czyli w „Spilt The Atom”, który właściwie zaliczyć należy do albumów jednych z wielu, gdzie jest mało cech, które pozwalałyby wyróżnić ten album na tle innych.  To co gra DEATH MASK można śmiało określić speed metalem i w owym stylu bez problemu doszukamy się chwytliwych melodii, bez problemu znajdziemy energiczne, zadziorne partie gitarowe, ale to wszystko gdzieś pojawiło się na wielu innych albumach innych zespołów i to jest jedna z największych wad tego albumu – wtórność. Swoje trzy grosze do minusów dorzuca też garażowe brzmienie albumu, na szczęście na tym koniec przykrych informacji. Muzycy znają się na swojej robocie i tak Benny Ransom grać potrafi na gitarze i o tym się można przekonać za sprawą każdej kompozycji znajdującej się na „Split The Atom”. Umie wygrywać melodyjne, zadziorne riffy, a także szalone solówki, pełne finezji jak ta choćby w „Lust For Fire”. Również co potrafi zauroczyć w muzyce DEATH MASK to bez wątpienia Steven Michaels, który jest specjalistą od krzyków, od śpiewania w górnych rejestrach. Choć nie jest to oryginalne granie, to jednak cechuje się niezwykła melodyjnością, przebojowością co słychać już w otwierającym „Split The Atom” . DEATH MASK może nie jest najlepszy pod względem technicznym, ale radość jaką niesie z swoją muzyką i  przepływ pozytywnej energii jest tutaj bardzo wymowne. Prosty riff, łatwo wpadający w ucho refren, krótka i energiczna solówka to cechy które przewijać się będą niemal przez cały materiał. DEATH MASK nie kryje się z miłością do brytyjskiego metalu, co słychać w przebojowym „I'm Dangerous” gdzie można znaleźć coś z MOTORHEAD. Również dużo brytyjskiego metalu spod znaku IRON MAIDEN można usłyszeć w „Reign”, który jest utrzymany w średnim tempie.  W podobnie wyważonym tempie jest utrzymany nieco posępny „Walk Alone”, w którym przejawiają  się elementy hard rocka. Najlepiej się oczywiście sprawdzają speed metalowe petardy, czyli ocierający się o thrash metal „Tortured Mind”, rozpędzony „Nightmares” czy też nieco punkowy „Hell Rider”. Nie da się ukryć, że z szybszymi kompozycjami zespół radzi sobie nie najgorzej, ba to w tej formie najlepiej brzmią. Tak więc z jednej strony miły odsłuch zagwarantowany przez przebojowy charakter materiału, a z drugiej granie jakiego pełno co przemawia za wtórnością. Złotym środkiem jest uznanie owego „Split The atom” za udany album, który nie można zaliczyć ani do gniotów, ani do wybitnych krążków, ale czas spędzony przy muzyce DEATH MASK nie można uznać za stracony. Niestety wtórność i brak szerszego grona słuchaczy doprowadziło do rozpadu kapeli. Ocena 7/10

wtorek, 3 stycznia 2012

PHANTOM - Dead or Alive (1987)

Kiedy ma się do wyboru nagranie i wydanie albumy za wszelką cenę, nawet jeśli miałoby mieć nieco gorsze brzmienie, a jego nie wydanie, to zapewne byście postąpili jak amerykański PHANTOM, który wybrał opcje pierwszą i wydał swój debiutancki album „Dead Or Alive” pod skrzydłem wytwórni New Rannaisence Records , która nie była wstanie wyłożyć grubych pieniędzy na lepsze brzmienie i tak dostaliśmy niższej klasy brzmienie. Jednak kiedy się przymknie na to oko, to można bardzo szybko dojść do wniosku, że muzyka i umiejętności muzyków są warte usłyszenia tego na własne uszy. Kapela założona w 1985r pracowała nad albumem 2 lata i w tym czasie udało się wypracować pewien określony styl, który opiera się na prostych, mało skomplikowanych partiach gitarowych autorstwa Neila Santella, który stawia ekspresyjne, pełne energii riffy, które cechują się niezwykłą melodyjnością i prostotą. Najmocniejszym ogniwem zespołu i zarazem autem albumu jest wokal Falcona Eddiego. To jest człowiek potrafi wyciągnąć poszczególny utwór na wyższy poziom artystyczny, to jest człowiek który potrafi odwrócić uwagę, nawet wtedy kiedy tło jest proste i nudne co ma miejsce podczas komercyjnego „Take Me Down Slow”, który nadawałby się na popołudniową audycję radiową. Na szczęście jeden taki rodzynek na całej płycie wystarczy i kapela jednak stawia na speed/ heavy z elementami power metalowymi. W takiej formie jest podana większość materiału, począwszy od otwierającego „Dead o Alive” przez zadziorny „Under the Gun”, aż po krótki i zwarty „Black Widow” . Nie samym speed/power metal człowiek żyje i widać zespół ku chwale tej zasady zapewnił też nieco inne atrakcje. Mamy klimatyczny „Punish The Sinners”, który ma coś z ATTACKER, czy też METAL CHURCH, z kolei w „The Stand” czy też w „Dead Of Night” zespół akcentuje na heavy metalowy wydźwięk, stawiając na bardziej stonowane tempo i wyrafinowane melodie. Analizując zawartość można dojść do wniosku że nie ma wypełniaczy, a całość jest wyrównana i tak sformułowana, że można uświadczyć owe zróżnicowanie. PHANTOM niczego odkrywczego nie grał i uświadczymy tutaj kilka sprawdzonych chwytów, kilka przetestowanych melodii, ale mimo to relaks gwarantowany.  Zespół po wydaniu jeszcze dwóch albumów rozpadł się i w sumie nic dziwnego,bo takich kapel było dość sporo, a tutaj poza charyzmatycznym wokalistą i dobrym graniem nie ma nic więcej. Ocena: 7/10

poniedziałek, 2 stycznia 2012

SAVAGE MESSIAH - Plague Of Consience (2012)

SAVAGE MEESIAH dużymi krokami zbliża się do premiery swojego trzeciego albumu, ale już prawie od miesiąca można się delektować nowym wydawnictwem, który zostało zatytułowane „Plague Of Conscience”. Kapela została założona w 2007 r z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Dave’a Silvera i w tym samym roku zespół mógł zaprezentować całemu światu co leży im na wątrobie. Dość umiejętnie łączą thrash metalowe patenty z heavy metalem. Szkoda tylko, że nie potrafią jasno określić co bardziej, bo przez to niezdecydowanie nowy album zostaje ustawione na rozdrożu. Ci, którzy nie mieli większych uwag do poprzednich płyt, to mogą śmiało sięgać po „Plague of consience” , który się ukaże nakładem Earache Records. Reszta bardziej wymagających słuchaczy może sobie darować. To co zastanie podczas słuchania to soczyste, dopieszczone brzmienie, dobre umiejętności muzyków, które nie wykraczają poza granicę przyzwoitości i choć grać potrafią to nic z tego wiele nie wynika. Riffy, momentami są ospałe, solówki jakby odegrane na siłę, tylko po to by były, a sam proces komponowania chyba zaniedbano, bo ciężko tutaj o jakiś konkretny kąsek. Żeby nie było cały czas zrzędzę, przejdę może do kilku plusów które można tutaj wyłapać. Zespół potrafi komponować o czym można się przekonać na wstępie, bo otwierający „Plague of Conscience” jest agresywny, dynamiczny, ma dobry warsztat techniczny no i chwytliwą melodię czy refren i po wszelkich zapowiedziach i szumach wokół albumu spodziewałem się takiego albumu, niestety jest to jeden z nie wielu znakomitych utworów na albumie. W podobnej thrash/power metalowej formule utrzymany jest „Shadowbound” z popisami wokalnymi Deva Silvera, który pokazuje że potrafi piszczeć i że nie są mu obce górne rejestry. Do tego wora śmiało można wrzucić najostrzejszy na płycie – „Accuser” oraz nieco przekombinowany „Architects Of fear”.  Niestety im zespół bardziej się oddala od tej formuły tym gorzej. Słychać to w bardziej heavy metalowym „Six Feet Under the Gun” gdzie mamy ponury, monotonny motyw gitarowy i rozlazłą linią melodyjną. Podobne uczucia wzbudza u mnie komercyjny „In Thought Alone” , czy nijaki „Beyond a Shadow of a Doubt” gdzie zespół na siłę chce grac nowocześnie, mrocznie, wręcz młodzieżowo co nie wychodzi im najlepiej. Najgorzej było mi przebrnąć przez zamykający album 8 minutowy kolos „The Mask of Anarchy” bo brzmi to chaotycznie i mamy tutaj zbiór nie klejących się motywów czy melodii i jak dla mnie to zbyt rozlazłe i nijakie. Zbyt dużo kombinowania,  za mało prostych rozwiązań, za mało agresji, a za dużo komercji i łagodnego, młodzieżowego podejścia. Do tego to rozbicie pomiędzy thrash metalowym pędzeniem do przodu który słychać w otwieraczu, a tym co słychać w dalszej części, czyli młodzieżowego heavy metalu, który nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Szkoda tylko, że ta znakomita okładka nie zdobi czegoś lepszego. Album przypadnie do gustu fanom ich wcześniejszych płyt, reszta niech sobie odpuści i niech spędzi te 50 minut w rytmach PRIMAL FEAR. Ocena 5/10

TOXIK - Think This (1989)

Wybredny jestem jeśli chodzi o thrash metal, bo oczekuje przede wszystkim agresji, ale jednocześnie melodyjności i oryginalnie brzmiących motywów, riffów. Miło jak zespół nieco kombinuje z nieco technicznym graniem i dobrze jak pojawią się nieco skomplikowane melodie, które tylko wyostrzają mój apetyt. Wokal to sprawa jakże ważne dla mnie, dobrze jak wokalista potrafi coś więcej niż tylko zadziornie i tak prosto śpiewać, również ważne jest by duet gitarzystów miał ręce pełne roboty, żeby nie kończył się udział na płycie wyłącznie na jednym sprawdzonym motywie i na krótkich szybkich, czasami chaotycznych solówkach. Sekcja rytmiczna też musi być urozmaicona, ale nie może być zbyt monotonna, powinna przede wszystkim kipić energią i dynamiką. Jeśli większość z tych kryteriów jest spełnionych to miło jak zespół popisze się ciekawą tematyką, jak i klimatem. TOXIK to ta marka która mnie przekonała, że jeszcze sporo rzeczy nie znam z tego gatunku i najwidoczniej najlepszy rzeczy przede mną. Debiut zniszczył mnie jak mało który album z tego gatunku, a mnie zastanawiała jedna rzecz czy zespół jest wstanie nagrać drugi taki album jak debiut. „Think This” to dowód na to, że mimo perfekcyjnego „World Circus” można stworzyć coś równie perfekcyjnego i ponadczasowego, choć już nieco w innym stylu. O ile na poprzednim wydawnictwie było sporo połamanych i wyszukanych riffów, melodie, to na „Think This” zespół wyszedł poza wszelkie granice i właściwie cały album jest tym przesiąknięty. Na debiucie wszystko maskowała agresja i dynamika, a na „Think This” jest to wręcz uwypuklane i owa dziwaczność bierze tutaj górę. Te połamane melodie, to progresywne zaczęcie jest tu urocze i pokazuje, że można grać ambitnie nawet w takim gatunku jak thrash metal. Na drugim albumie pojawił się nowy wokalista a mianowicie Charles Sabin, który ma wiele wspólnego z poprzednim frontmanem zwłaszcza pod względem wkraczania w wysokie rejestry, choć nowy nabytek cechuje się jakby bardziej urozmaiconym wokalem, jakby bardziej technicznym. Do tego niezmiernie ważnym posunięciem okazało się wprowadzenie drugiego gitarzysty i w tej roli John Donnelly spisuje się świetnie. Umiejętności jego nie odbiegają od tych, którymi jest obdarzony John Christian. To właśnie ich talent komponowanie, grania na poszczególnych instrumentach miał największy wpływ na ten perfekcyjny album. Rozpatrując album pod względem lirycznym można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z koncept albumem, gdzie motywem przewodnim jest wpływ telewizji i jej demoralizujących kanałów na stan człowieka, na jego psychikę i moralność. Zespół pomyślał o wszystkim i ozdobił owy koncept wstawkami z tv, a także klimatyczną okładką Eda Repki.  Materiał jest bardziej dojrzały i bardziej urozmaicony aniżeli ten z debiutu.  Jest progresywno – funkowy „Machine Dream” , który mam motorykę ANTHRAX, czy też DEATH ANGEL, jest też  klimatyczny „WIR NJN8/In God” , czy też piękna ballada „There Stood the Fence” która ma nastrojowy motyw i takie ballady w wykonaniu thrash metalowych kapel to rzadkość. Pod względem przebojowości i chwytliwości wyróżnia się mój ulubiony utwór a mianowicie „Spontaneus”, co nie oznacza, że reszta jest spisana na straty. Reszta utworów to już takie pędzenie do przodu jakie można było usłyszeć na debiucie, choć przyozdobione licznymi smaczkami. „Greed” partiami akustycznej gitary, otwierający „Think This” takimi chuligańskimi chórkami, które namyśl nasuwają ANTHRAX, a także shredowymi solówkami. Do grona najostrzejszych i najszybszych kompozycji można zaliczyć „Time After Time”, czy też „Black And white” z wyeksponowaną partią basową. To wszystko sprowadza się do słowa „Arcydzieło” i nie bójmy się używać tego słowa w przypadku tego krążka. Album bardziej dojrzalszy, bardziej urozmaicony niż debiut, ale na szczęście na tak samym wysokim poziomie. Jedna z najlepszych płyt thrash metalowych jakie słyszałem. Niestety po tym albumie zespół się rozpadł, za mało słuchaczy, małe zyski i do tego kontrakt płytowy z niewielką wytwórnią, co przyczyniło się do tego że w 1992 roku kapele się rozpadła. Wieści o reaktywacji wzbudziły sensację, ale czy będą oni w stanie nagrać coś na miarę „Think This”? Czas pokaże. Ocena: 10/10

TOXIK - World Circus (1987)

To jak działa toksyna każdy wie. Wydzieliny i różnego rodzaje trucizny potrafią prowadzić do daleko idących szkód i nieodwracalnych konsekwencji. Tak na mnie zadziałał thrash metalowy TOXIK o jakże znaczącej nazwie. Skutki zapoznania się z tą kapelą przyczyniły się do uzależnienia i nieodwracalnych skutków w postaci nałogowego słuchania dwóch albumów tej zapomnianej przez świat kapeli. Zanim spróbujecie owej toksyna warto spojrzeć na nalepką owej mikstury w celu zaczerpnięcia kilku informacji na temat TOXIK, który wyprodukował ową toksynę. TOXIK to kapela powstała na ziemi amerykańskiej, pierwotnie pod nazwą TOKYO w roku 1985. Pierwszym przejawem działalności TOXIK był utwór „Wasteland”, który ukazał się na składance „Metal Massacre 9”.  Na pełno metrażowy przyszło czekać do 1987 kiedy to pojawił się „World Circus”.  Teraz przyjrzyjmy się składnikom owej toksyny, które przesądziły o jej niepowtarzalności i światowej klasie. Energia, moc to słowa, które nie są obce amerykańskiej ekipie, jak również niezwykłe przywiązanie do techniki w jakiej wygrywane są po szczególne partie. Obce im też nie jest agresja, ani progresywne podejście co do linii melodyjnej, które często jest daleka od prostoty i ociera się o bardziej skomplikowaną formułę. Brzmi to w sumie jak mieszanka technicznego MEGADETH, nieco punkowego  ANTHRAX oraz niemieckiej agresji spod znaku KREATOR, czy GRINDER. Na muzykę TOXIK składają się jeszcze bardziej autorskie składniki jak choćby Mike Sanders i to jest pewne novum. Większość śpiewaków w thrash metalowych kapelach, albo śpiewała w niskich rejestrach, bardziej zadziornie, albo chrypą, stawiając na mrok. Śpiewaniem falsetem, piszczenie, oraz wkraczanie w wysokie rejestry niczym Halford, Hansen, czy Matos wręcz były dalekie od skojarzeń z thrash metalem. Mnie to osobiście przypomniało frontmanów ANTHRAX, bo podobnie śpiewali Turbin i Belladona. Jestem fanem takich wokali, ale nie przypuszczałbym że odnajdzie się taki charyzmatyczny, heavy/power metalowy wokalista w agresywnym, technicznym thrash metalowym tle. Drugim autorskim składnikiem który przesądza o oryginalnym stylu zespołu jest gitarzysta John Christian, który idzie pod prąd stawiając na skomplikowane partie, na wyszukane riffy, solówki, i co ciekawe to wszystko jest staranie zagrane pod względem technicznym. Co mnie zdziwiło, że mimo tej całej staranności i temu przywiązaniu do techniki jest to melodyjny, ba nawet ma zalążki przebojowego grania. Tyle samo frajdy dostarcza sekcja rytmiczna, które jest również różnorodna i bardzo dynamiczna. Choć zespół ma jedną zasadę „nakurwiać” to jednak w obrębie tej zasady łatwo znaleźć kilka odstępstw. „Pain And Misery” to jeden z tych utworów, gdzie szybki tempo przestaje mieć znaczenie i pierwsze skrzypce zaczyna odgrywać, nieco połamany riff, klimatyczny wokal Sandersa oraz finezyjna solówka Johna, który pokazuje że thrash nie zawsze musi być agresywny i szybki niczym światło. Przykład, że można niszczyć mniejszym kalibrem pocisku. Również początek „47 Seconds of Sanity/Count Your Blessings” zapowiada raczej balladę aniżeli rozpędzoną kompozycję.  Opisywanie poszczególnych kompozycji właściwie miła się z celem, bo dominują tutaj właściwie dzikie petardy, gdzie można się doszukać shredowe granie i to słychać w otwierającym „Heart Attack” , w krótkim i zwartym "False Prophets", czy też w szalonym „Victims”. Słuchając „Social Overload” ma za każdym razem skojarzenia z „Among The Living” ANTHRAX. Natomiast luzacki „Hunted earth”  czy melodyjny „World Circus” przypominają nieco styl TESTAMENT. Szczerze nie sposób to opisać słowami to co można usłyszeć na debiutanckim albumie, to trzeba przesłuchać na własne uszy, do czego też zachęcam każdego, który zbyt długo nie znał tej kapeli. Ciekawe co by było gdyby TOXIK wypłynął na scenę metalową z tym albumem nieco wcześniej, to czy nie byłby wymieniany wśród największych kapel thrash metalowych. Może oficjalnie nie jest, ale fani thrashu i tak wiedzą swoje i tak dla wielu ta kapela zawsze będzie wielka i zawsze znakomita , choć nagrał tylko dwa albumy. Drogi czytelniku podaj się wpływom toksyny TOXIK i ty, a na pewno nie pożałujesz. Ocena: 10/10

niedziela, 1 stycznia 2012

PRIMAL FEAR - Unbreakable (2012)

Kto postawił krzyżyk na heavy/ power metalowy PRIMAL FEAR?  Tutaj opada kurtyna zaskoczenia i rączkę do góry stanowczo unoszę ja, pomimo że jest to jedna z moich ulubionych kapel. Kocham JUDAS PRIEST, to też nie miałem większych oporów z ogarnięciem stylu PRIMAL FEAR do tego Ralf Scheepers jest jednym z moich ulubionych wokalistów. Zespół zawsze był znany mi z ich solidności i trzymanie się jasno określonego stylu, który przejawiał się w kontynuowaniu ścieżki wyznaczonej przez JUDAS PRIEST albumem „Painkiller”. Wszystko szło gładko i nie było mowy o wpadce. Wszystko zaczęło się psuć, w momencie kiedy zespół zaczął kombinować ze swoim stylem. Paradoksalnie owa chęć drobnych kosmetycznych zmian dała jeden z najlepszych albumów PRIMAL FEAR, a mianowicie „Seven Seals” i tym samym czyniąc ów nowe podejście do tematu ślepą uliczką, która może doprowadzić zespół do upadku. To, że wysokiej formy zespół nie utrzyma było do przewidzenia. „New Religion” miał kilka ciekawych motywów, a album wydany w 2009 był dowodem że kapela nie ma pomysłów na materiał i że można  sobie darować wszelkie oczekiwania na lepsze jutro. Gwoździem do trumny i potwierdzeniem słabej formy muzyków odnośnie komponowania był solowy album Scheepersa, który był jedną wielką wpadką. Aż takim optymistą nie byłem, żeby spodziewać się wielkiego come backu ze strony PRIMAL FEAR. A jednak, to co się okazało niemożliwe stało się rzeczywistością. Zespół wraca z albumem numer 9 i nosi on tytuł „Unbreakable”. Jak niektórzy pamiętają, to fani przesyłali swoje pomysły co do tytułu i o to efekt tego konkursu. Nie tylko tytuł, ale i okładka są pewnym sygnałem w stronę słuchaczy, że kapela wraca do korzeni. Zespół wziął się w garść i wrócił do grania pod JUDAS PRIEST i mamy tutaj przekrój pierwszych pięciu płyt. Są piszczące solówki, ostre, pełne heavy metalowego ognia riffy,  jest zadziorny, krzykliwy wokal Ralfa i wszystko nawiązuje do najlepszych lat działalności zespołu. Tak dla nie poznaki mamy klimatyczny „Unbreakable part 1” który nawiązuje do bogatego wydźwięku, pełnego patosu i smaczków „Seaven Seals”. Jak najlepiej przekonać fanów, że wrócili do korzeni? Najlepiej odświeżyć pewien sprawdzony riff, który zdobił „Chainbreaker” i przerobić go tak, żeby brzmiał świeżo i tak samo energicznie. Pomysł wypalił o czym świadczy „Strike” i podobieństwa są nie tylko pod względem riffu. Bo nawet konstrukcja i refren mają pewne punkty styczne. Nie ma to większego znaczenia, ważne że jest riff w stylu JUDAS PRIEST, że jest pazur i piekielny ogień, a takiej linii melodyjnej i aranżacji zespół nie miał na albumie już dawno. Słychać klimat genialnego debiutu. Co jest warte jeszcze krótkiej wzmianki, to przepiękne, finezyjne, energiczne pojedynki na solówki, ale to że są to mistrzowie swoich ról wiemy nie od dziś, tylko ostatnio coś nie można było to usłyszeć na ich albumach. Szybkość i linia melodyjna „Give em Hell” z kolei nawiązują do stylu z „Nuclear Fire”. Tutaj pozwolę sobie wskazać kolejny element, który ostatnio nie miał się najlepiej w muzyce tego zespołu. Refren, kiedy pamiętacie ostatnio dwa łatwo wpadające w ucho refreny koło siebie? No a takich chwytliwych refrenów jest znacznie więcej. W klimatach „Nuclear Fire”, gdzie jest szczypta power metalowej jady są bez wątpienia rozpędzony „And there Was Silence” i „Marching Again” gdzie połamane linie melodyjne oraz poziom agresji przypominają mi również poniekąd „Devils Ground”. PRIMAL FEAR podobnie jak JUDAS PRIEST tworzyli znakomite metalowe hymny, jednak gdzieś ten talent zatracili na „Seven Seals”. I tak przez kilka lat była abstynencja na metalowe hymny autorstwa tej kapeli. Ci którzy kochają „Metal is Forever” już mogą zacierać ręce, bo mamy tutaj aż dwa kawałki, mające zapędy do miana metalowego hymnu. Mowa o znanych nam za sprawą singla – koncertowy „Bad guys Were Black” oraz nieco bardziej klimatyczny, wręcz hard rockowy „Metal nation”. Nie obeszło się bez wpadki, a to dla mnie jest „Where Angels Die”, który jest nieco przekombinowany i bez płciowy, za sprawą mieszania mocnego riffu z balladowym klimatem i przypomina mi to działalność z dwóch wcześniejszych albumów. Drugim kolosem oprócz tego wymienionego wyżej jest „Unbreakable (Part 2)”, który wyróżnia się bardzo chwytliwym refrenem i bardziej rozbudowanymi solówkami. Większych emocji nie wzbudziła we mnie średniej klasy ballada w postaci „Born Again”.  „Blaze Of Glory” to kolejny heavy metalowy kawałek, który może nie już tak nie niszczy jak poprzednie kompozycje, ale wciąż ma mocny riff i zadziorne solówki. No i na koniec zespół zostawił prawdziwą petardę w postaci „Convetion”, który też mógłby śmiało się znaleźć na „Nuclear Fire” czy „Devils Ground” i bez wątpienia jest to najcięższy kawałek na albumie. Nie ma wątpliwości PRIMAL FEAR wrócił w wielkim stylu, a „Unbreakable” to czuta dla fanów pierwszych pięciu albumów. Wadą jest kilka nie potrzebnych prób urozmaicenia materiału, zalet na szczęście jest więcej i największą jest sam materiał, który właściwie oddaje należyty charakter albumu. U mnie album zajmuje miejsce 4 jeśli chodzi o dyskografię PRIMAL FEAR. Mam jedną, a w zasadzie dwie prośby, niech PRIMAL FEAR więcej nie grzeszy i niech się trzyma tego stylu, a JUDAS PRIEST niech nagra podobny album w tym roku( bo na ten rok podobno jest przewidziane ich nowe wydawnictwo). Ocena: 9/10

SAVAGE GRACE - Master of Disguise (1985)

Tak patrząc na niektóre okładki heavy metalowe z lat 80 mam wrażenie, że autorzy mieli większa jaja co okładek aniżeli dzisiejszy autorzy. Kto dzisiaj widział pół nagą kobietę, która zdobi okładkę albumu, zwłaszcza heavy metalowego? No właśnie, a w tamtym okresie to było na porządku dziennym, wystarczy przyjrzeć się okładkom choćby SCORPIONS, czy też właśnie SAVAGE GRACE, który wręcz z tego słynął i to poniekąd przyniosło im ogromny rozgłos. Kapela została założona w roku 1981 i jest to jedna z tych kapel, która też nie potrafiły przełamać fatum i nagrać więcej niż dwa albumy. Pamiętajmy jednak liczy się nie ilość ale jakość repertuaru i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem muzyki SAVAGE GRACE i do teraz po przesłuchaniu debiutu „Master of Disguise” z 1985 nie mogę uwierzyć, że ten zespół nie zdobył większej liczby słuchaczy i że nie potrafił się przebić.  Nie sposób opisać to co można usłyszeć na tym albumie. Wszystko jest tutaj perfekcyjne i jest na najwyższym poziomie. Ponadczasowe melodie, partie gitarowe, które umocnią gatunek speed/ power metalowy, specyficzny wokalista Mike Smith, który manierą przypomina mi Jamesa Riverę z HELSTAR. Do tego dochodzi niezwykły talent Christiana Logue, który potrafi coś więcej niż wygrywać ostre, zadziorne partie gitarowe, który potrafi tknąć w nie życie i ducha. Stopień finezyjności i lekkości uzyskiwania chwytliwego wydźwięku jest tutaj powyżej wszelkim oczekiwaniom. Nie można też zapomnieć o sekcji rytmicznej, która jest tutaj spontaniczna, pełna energii i nie oczekiwanych smaczków. Już w otwierającym „Lions Roar” można się delektować urozmaiconą sekcją rytmiczną , która nieco przypomina mi dwa pierwsze albumy IRON MAIDEN. Raz zespół akcentuje na szybką pracę perkusisty Dana Fincha co słychać w „Master Of Disguise” i muszę przyznać że robi to wrażenie i śmiało można mu przypisać miana „demona szybkości”. Z kolei w takim przebojowym „Bound to Be Free” słychać jak uwypuklona zostaje partia mocnego basu.  Takich żywiołowych kompozycji,. Przepełnionych szaleństwem, przebojowością i energicznością jest pełno. O choćby taki „Fear my way”, melodyjny „Into the Fire”, czy "Sons of Iniquity" to przykład nawiązania do HELLOWEEN i „Walls Of Jerycho” czy mini albumu „Helloween”. Podobna konstrukcja, podobne dostrojona gitara i ta sama melodyjność, czy przebojowość . Solówki to jest coś co dla wielu muzyków jest tylko brudną robotą, kolejnym etapem w utworze, dla Christiana jest to wizytówka, styl wyrażenia siebie i pokazania to co grama w duszy. Solówki na tym albumie są genialne i niestety takich albumów z takimi solówkami ciężko znaleźć. Są one nie tylko melodyjne, energiczne i bardzo elektryzujące, ale transportują one cząstkę muzyka i to jest niezwykła cecha tego materiału. To właśnie słyszę w dynamiczny „Sins Of the Damned” czy „No One lfet To Blame”który jak cała reszta kompozycji błyszczy melodyjnym riffem na pograniczu speed/ power metalu. Ileź energii i ileź chwytliwości w tym prostym motywie, ale nie trzeba się bawić w łamanie linii, żeby utwór był atrakcyjny dla słuchacza. Nie ma ballad, nie ma zwolnień, nie ma wypełniaczy, nie ma próby zbędnego urozmaicenia i próba zaprezentowania czegoś innego i to jest chyba dla wielu wada. Czy aby na pewno? Uważam, że wszelkie odstępstwa mogłaby naruszyć tą konstrukcję i wpłynąć na końcowy efekt. Ale hej, posłuchajcie sobie „Betrayer”, który jest bardziej stonowanym utworem, gdzie słychać coś z WILDFIRE, czy DIO. Czy rozbierając na części czy patrząc jako na całość dochodzę do jednego wniosku, arcydzieło i nie widzę podstaw dla którego nie miałby dać maksymalnej oceny. Jest tutaj wszystko to czego wymagam od takiej muzyki, a materiał i umiejętności muzyków nie pozostawiają mi zbyt wielkiego pola manewru. Szkoda, że zespół wydał jeszcze jeden album i tam samym się rozpadł. Ocena: 10/10

AGENT STEEL - Unstoppable Force (1987)

Kto by pomyślał że amerykańskiego AGENT STEEL po wydaniu tak znakomitego debiutu „Skleptic Apocalypse” dosięgną jakiekolwiek problemy, a jednak zespół który miał cały u stóp cały świat metalowy mógł szybko z niego zniknąć. Wszelkich zgrzytów i problemów wewnątrz zespołu, należy upatrywać w osobie Johna Cyriisa, który miał dość specyficzne podejście do życia, która nie odpowiadało pozostałym muzykom., w wyniku czego został utracony kontrakt płytowy z dotychczasową wytwórnią i z kapeli odszedł gitarzysta Colfelt, który założył HOLY TERROR. Kryzys w kapeli został szybko zażegnany i jeszcze w 1985 roku ukazuje się mini album, który był tylko przystawką do drugiego albumu „Unstoppable Force” który ukazał się w 1987r. Choć w zespole pojawił się nowy gitarzysta, a mianowicie Barnie Versailles to paradoksalnie przez wielu fanów drugi album jest lepszy od debiutu, który zachowywał taki sam przekaz opierający się na szybkości, melodyjności, przebojowości i niezwykłej sile przebicia. Jednak został one przeniesiony na podłoże bardziej techniczne i nie sposób tutaj oderwać się od bardzo przemyślanych aranżacji, od wyrafinowanych melodii i ciętych riffów. I tak z jednej strony mamy bardziej dojrzalszy album, a drugiej mniej surowy, bardziej okiełznany aniżeli debiut. Co łączy oba album to niezwykła dynamika, przebojowość i energiczność. Materiał jest równy, ale w moim odczuciu zbyt zróżnicowany i nie ukrywam że odpowiadało mi to łojenie na jednym motywie co było słyszalne na poprzednim krążku. Nim wydam ostateczny werdykt opiszę co się dzieje podczas słuchania. Zaczyna się bez zbędnego intra, ale od prawdziwej petardy, bo taką bez wątpienia jest tytułowy „Unstoppable Force”, który otwiera ów album. Jest to niby to samo pędzenie do przodu co na debiucie, ale tutaj słychać większy nacisk na technikę, na urozmaicenie i liczne zwolnienia i łamane linie melodyjne niech będą najlepszym tego przykładem. „Never Surrender” z kolei może się podobać ze względu na power metalową solówkę i zadziorną sekcję rytmiczną. Zespół pozwolił sobie na bardziej wyszukane aranżacje, gdzie musi być motyw balladowy., gdzie musi być smutny nastrój i to słychać w „Traveller”, który jakoś nie pasuje mi do natury AGENT STEEL oraz nieco mocniejszy „Chose To Stay”. Odstępstwem od zasady „pędzimy szybko i do przodu” jest bardziej stonowany, nieco mroczniejszy „ Still Searching”. Do najbardziej reprezentatywnych utworów z tego albumu zaliczę „Rager” który zachwyca pomysłowością i konstrukcją. Również interesującym przypadkiem jest ponad 6 minutowy intrumental „The Day at Guyana” który jest skupiskiem atrakcyjnych dla ucha motywów i melodii.  Niezbity dowód że umiejętności muzyków się rozwinęły i to o kilka klas. Aha pamiętajcie też o szczególne zwrócenie uwagi na intrygujący „Nothing;s Left” który przemyca nieco power metalowych elementów. Nie zrozumcie mnie, źle album jest przemyślany i starannie przyrządzony, słychać dojrzałość materiału, ale gdzieś brakuje mi tego pazura, tej nie okiełznanej energii z debiutu, co nie oznacza że drugi lp jest wiele gorszy od debiutu. Wciąż jest to waga ciężka jeśli chodzi o speed metal. Szkoda, że zespół po wydaniu tego albumu znów popadł w kłopoty, które ostateczni doprowadziły kapelę do rozpadu i do stanu śpiączki przez okres 10 lat. Wrócili, ale to już nie był ten sam zespół. „Unstoppable Force” to bez wątpienia drugi najlepszy album tej formacji. Ocena: 8.5/10

AGENT STEEL - Skleptic Apocalypse (1985)

Jednym z tych zespołów który miał ogromny wpływ na gatunek speed metal, jednym z tych zespołów, który zostawił po sobie znaczący ślad w tym rodzaju heavy metalu, jest bez wątpienia amerykański AGENT STEEL. Kapela ta właściwie zrodziła się na bazie nieporozumień muzyków w innej speed metalowej kapeli, a mianowicie ABBATOIR. To właśnie z stamtąd przyszedł gitarzysta Juan Garcia, a także wokalista John Cyriss, który miał ideę odnośnie nowej kapeli, a mianowicie AGENT STEEL, który muzycznie gdzieś przemycał owe patenty z ABBATOIR, choć w muzyce nowo powstałego zespołu da się wychwycić pierwiastek thrash metalu. Co jednak przesądzało o charakterystycznym stylu AGENT STEEL to bez wątpienia pędzenie z szybkością światła, to zgrany duet gitarzystów Juan Garcia/ Kurt Colfelt, którzy grają szybko, ale  i bardzo zaawansowanie technicznie i to oni dokonali tego, że album jest taki melodyjny, dynamiczny i taki przyjemny dla ucha. Słucha się tego z satysfakcją, okazując przy tym naturalne odruchy jak tupanie nogą w rytm utworów, czy tez kiwanie głową. Ciekawie zazębiają się te wyżej wymienione zalety i charakterystyczne elementy stylu AGENT STEEL z takimi jak kosmiczny klimat, z dynamiczną sekcją rytmiczną, która nie ukrywa swoich punkowych korzeni, no i do tego charyzmatyczny Cyriis i taki wokal nie sposób nie pamiętać. Ta lekkość wchodzenia w górne rejestry, ta swoboda śpiewania falsetem, a gdy trzeba to i umiejętność zadziornego pokrzykiwania, co czyni muzykę AGENT STEEL jeszcze bardziej urokliwą, jeszcze bardziej unikatową. Można rzec, że te cechy w połączeniu z równym i energicznym materiałem czyni debiut „Skleptic Apocalypse” z 1985 prawdziwym killerem, nie do złamania. Kompozycje zostały w taki sposób skomponowane i zaaranżowane że zadowoli to fanów melodyjnego grania, a także fanów mocniejszych dźwięków.  Właściwie każdemu utworowi można przepisać te same cechy: solidność, niezwykła technika, melodyjność i przebojowość. Podoba mi się otwarcie w postaci „The Calling”, które przypomina mi filmy s-f z elementami horroru czyli choćby słynny „Alien”. Niezapomnianym utworem jest już wręcz kultowy „Agents of Steel” i tutaj już można w sposób najprostszy przekonać się co gra AGENT STEEL i w jaki sposób gra. Ta kompozycja jak dla mnie jest wręcz szalona, zarówno kiedy wsłuchuje się w wręcz power metalową solówkę, w prosty, aczkolwiek intrygujący motyw gitarowy, porywający refren, czy też obłędny wokal Johna. Ale John niczym kameleon zmienia sposób śpiewania i to słychać w „Taken By Force”, gdzie sięga wokalem bardzo dużych wysokości. Dalej mamy serię szybkich killerów czyli „Evil Eye/Evil Minds”, czy też  melodyjny „Bleed for the Godz „ z takim wręcz koncertowym refrenem. Tak mimo jasno określonych granic, mimo bycia zespołem stawiając w pierwszych szeregach szybkość pozwala sobie na bardziej wyważony kawałek typu „Children Of the Sun”, gdzie jest więcej heavy metalowych patentów, gdzie jest bardziej spokojne tempo, ale mimo tych anomalii, kawałek pasuje stylistycznie do całości. Jednym z najlepszych utworów jakie słyszałem w stylistyce speed metalu i jednym z najlepszych utworów na tym albumie, które wyróżnia się oryginalnym riffem, niezwykłą melodyjnością i wyszukaną linią wokalną jest dla mnie bez wątpienia wywodzący się jeszcze z początków AGENT STEEL, a mianowicie „144,000 Gone”, który zadebiutował zespół na łamach pierwszego dema.  Ten opis sprawdza się także do zamykającego album „Back To Reign” który też zdobi jakże melodyjny riff, do tego ta nieco punkowa sekcja rytmiczna. Reasumując jeden z tych albumów, które trzeba znać. Jeden z tych albumów, który mimo prawie trzydziestki na karku wciąż brzmi świeżo i śmiało można rzec że przetrwał próbę czasu i wciąż potrafi zachwycać, wciąż ma taką siłę przebicia, że potrafi przyciągnąć przed głośniki sporą liczbę słuchaczy i to jest kolejny jakże ważny atut tego albumu. „Master Of Metal, Agent Of Steel” Ocena: 9.5/10

sobota, 31 grudnia 2011

DEATHROW - Riders Of Doom (1986)


Nie da się nie polubić debiutu niemieckiej formacji DEATHROW grającej thrash metal z wpływami speed metalu, zwłaszcza jeśli się lubi takie łojenie w stylu KREATOR, który również dało się zaobserwować na płycie „Raging Steel”. Debiutancki krążek był przygotowywany wciągu 2 lat od momentu powstania kapeli w 1984. Początkowo nosił on tytuł „Satan's Gift”, lecz szefostwo wytwórni NOISE receords miała inne poglądy i wpłynęli oni na zespół żeby zmienił tytuł i okładkę owego krążka i tak album znany jest pod nazwą „Riders Of Doom”. I jest to kolejny bardzo dobry album, który został zrzucony do mrocznej piwnicy, gdzie ogarnia go tam kurz i zapomnienie. Co usłyszymy na debiucie to taki surowy, ostry, pierwotny thrash metal przesiąknięty speed metalem. Oba albumy DEATHROW z tamtego okresu są jak bliźniaki, bo na obu wydawnictwach jest taki sam styl, który oparty jest na agresywnych, dynamicznych partiach gitarowych duetu Flugge/Priebe oraz na mrocznym, ostrym wokalu Milo, który jest przykładowym niemieckim wokalistą, który ma ten odpowiedni akcent oraz słaby warsztat techniczny. Oba albumy charakteryzują się prostotą i chwytliwością, ale moim zdaniem to właśnie „Raging Steel” jest tym lepszym bliźniakiem, bo tam ów materiał jest bardziej dojrzały i przemyślane, tutaj na debiucie słychać, że zespół dopiero się rozgrzewa. Może momentami brzmi to chaotycznie, może nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale energia i moc jaka wybrzmiewa z albumu jest największym atutem i najlepszą nagrodą podczas słuchania. Otwieracz w postaci instrumentalnego„Winds of Death”nie zapowiadał demolki. Tutaj wyróżnia się mroczny klimat, rzekłbym wręcz doom metalowy. W tej kompozycji dominuje wolne tempo i bardziej heavy metalowe patenty i ciężko zaklasyfikować to do młócenia thrash metalowego, które daje o sobie znać w dalszej części albumu. Taki właśnie jest „Satan's Gift”, który oparty jest na rozpędzonym riffie, który jest nieco brudny, nieco surowy, ale zarazem bardzo melodyjny. Nie wiele się różni od tego „Riders Of doom” z urozmaiconą solówką, demoniczny „Spider Attack”, czy też "Slaughtered" który jawi się jak jakaś hybryda DESTRUCTION i SLAYER. Na szczególne wyróżnienie zasługują, melodyjny "Hell's Ascent" który jako instrumentalny utwór zawiera sporo atrakcyjnych melodii i dzikich solówek, które nie łatwo zapomnieć. Gdzieś w tym wszystkim można wyłapać stary RUNNING WILD z „Gates to Purgatory”. „Violent Omen” szokuje mnie tym, że można tak szybko grać i zarazem tak melodyjnie, nie tracąc przy tym wyrachowania technicznego, zaś „Samhain” to przykład, że można pędzić przez ponad 6 minut i nie przynudzać słuchacza tym nieco ograniczonym stylem, tym wałkowaniem w kółko jednego motywu i stylu. To jest właśnie zaleta i zarazem przekleństwo tego zespołu i albumu, granie w jednej tonacji, cały czas kapela stawia na rozpędzony riff, na ostre, brudne tło. Daje to efekt, choć brakuje mi tutaj takich motywów, melodii, takiego zróżnicowania co na drugim albumie. Nie ma co narzekać, bo „Riders of Doom” to bardzo dobry album thrash metalowy, gdzie jest ta niemiecka solidność, gdzie jest agresja i jest to taki czysty, pierwotny, niczym nieskażony thrash jaki kocham. Jeśli komuś się spodobał debiut, to po kocha drugi album i w drugą stronę ta zależność też zdaje egzamin. Ocena: 8.5/10

piątek, 30 grudnia 2011

DEATHROW - Raging Steel (1987)


No kto może może nagrać album thrash metalowy w stylu niemieckiego KREATOR jeśli nie inna niemiecka kapela grająca thrash metal o zabarwieniu speed metalowym? DEATHROW, który został założony w 1984r nie tylko nawiązał do stylu KREATOR, nie tylko osiągnął taki sam wysoki poziom, ale też stworzył też własny styl. Owy styl charakteryzował się taki typowym niemieckim wokalem Milo, gdzie można było wyczuć ten niemiecki akcent. Specjalnością Milo było śpiewanie w niskich rejestrach, stawiając przede wszystkim na mrok . Na styl DEATHROW składała się niezwykła chwytliwość i melodyjność, która przejawiała się w prostocie i prostolinijności w porównaniu do późniejszych wydawnictw DEATHROW. Również charakterystycznym elementem jest dynamika i agresja godna SODOM, KREATOR, czy IRON ANGEL. To wszystko można było usłyszeć na dwóch pierwszych albumach zwłaszcza na „Raging Steel” z 1986. Milo to właściwie pionek, bo wg mnie najważniejszą rolę w tej rozgrywce odgrywa piekielnie dynamiczna sekcja rytmiczna oraz duet gitarzystów Priebe/Flugge, którzy stanowią zgrany team. Dostarczają masę intrygujących solówek, sporą liczbę ostrych, agresywnych riffów i wszystko jest przepełnione dynamiką i co ciekawe melodyjnością. Świetnie to słychać choćby w agresywnym "Mortal Dread", który momentami wkracza w klimat wręcz doom metalowy. Takich petard na albumie jest znacznie więcej. Rozpędzony, wręcz szalony "Raging Steel", melodyjny "Scattered by the Wind" z urozmaiconą linią melodyjną, czy też demoniczny „Pledge To die” w którym to szybkość wykracza poza wszelkie granice. To nie chaos, to nowy porządek. Choć DEATHROW gra w określonych granicami stylu, to jednak zdarzają się na albumie pewne odstępstwa. Można znaleźć bardziej stonowany „Dragon's Blood” który ma sporo patentów heavy metalowych. Inny wydźwięk ma „The Thing Within” gdzie pojawia się element epickości, gdzie w rozbudowanej formie przewija się wiele urozmaiconych melodii czy motywów i to jest przykład, że zespół również radzi sobie z dłuższymi kompozycjami. Również w podobnej formie jest podany zamykający „Beyond The Light” z ciekawie rozplanowaną aranżacją w środkowej fazie utworu. To, że muzycy obdarzeni są niezwykłymi umiejętności nie trzeba zbytnio przekonywać, ale dla tych którzy jeszcze mają wątpliwości, to odsyłam do instrumentalnego „The Under cry”, który jest majstersztykiem pod względem wykonania i pomysłowości. Niemiecka solidność i perfekcja przejawia się nie tylko w przemyślanym materiale, ale też w takim surowym, agresywnym niemieckim brzmieniu, które było nieodzownym elementem płyt KREATOR. Również patrząc na okładkę autorstwa Phila Lawvere to na myśl przychodzą covery tegoż zespołu. „Raging Steel” to kawał rasowego, agresywnego thrash metalu na pograniczu speed metalu. To ostatni album z Thomasem Priebem w roli gitarzysty, to ostatni album w takim stylu, bo na następnych płytach zespół poszedł w kierunku bardziej skomplikowanego, technicznego thrash metalu, który o dziwo przyniósł zespołowi największy rozgłos i największą sławę. Dziwne, bo jak dla mnie to właśnie dzięki temu albumowi mieli cały świat u stóp. Thrash metal taki jaki kocham, choć nigdy nie byłem zagorzałym fanem gatunku. Ocena: 10/10

PREDATOR - Easy Prey (1986)


Lata 80 w heavy metalu to nie tylko wysyp bardzo dobrych płyt, ale też często okres najbrzydszych, najbardziej kiczowatych okładek, które mogą śmieszyć sposobem wykonania, które ocierają się o brzydotę. Jedną z wielu takich okładek zdobi jedyny album amerykańskiej formacji PREDATOR. Kapela powstała w 1984 roku i jej specjalnością jest speed metal, który opiera się właściwie na jednej osobie, a mianowicie Jeffie Prentice, który pełni rolę zarówno wokalisty i gitarzysty. Z obu funkcji wywiązuje się znakomicie. Śpiewa zadziornie i świetnie pasuje ten jego młody, jeszcze nie ukształtowany wokal do tego co wygrywa na gitarze. A wygrywa naprawdę ostre, dynamiczne partie gitarowe, które nie są pozbawione finezji i właściwie momentami można śmiało to zaliczyć do shredowych popisów. Te cechy wyraźnie zostały uwypuklone na debiutanckim albumie „Easy Prey” z 1986 roku. Ale można tam też wyinterpretować inne plusy. Jednym z nich na pewno będzie sekcja rytmiczna, która w swej dziedzinie jest po prostu fascynująca. Dostarcza nie tylko dynamikę, szybkość i szaleństwo, ale też urozmaicenie i odpowiednie tło dla popisów Jeffa. Również śmiało można uznać za zaletę również takie nieco surowe, rasowe brzmienie, które idealnie zostało dopasowane do umiejętności Jeffa, zwłaszcza tych wokalnych. Ale to wszystko miałoby mniejsze znaczenie gdyby materiał byłby nudny i przewidywalny. Na szczęście taki nie jest i głównie jest on ukierunkowany dla fanów CHASTAIN, WITCHKILLER, THRUST, czy też RUNNING WILD z 2 pierwszych albumów, ale znajdą tutaj też coś dla siebie fani EXCITER, a także fani debiutanckich płyt ANTHRAX, MEGADETH. Zawartość właściwie jest bardzo wyrównana i właściwie pod tym względem mamy 10 killerów. Tak jak wcześniej wspomniałem motorem napędowym jest Jeff, zwłaszcza jego umiejętności wygrywania bardzo atrakcyjnych riffów, czy solówek. Już na wstępie mamy krótkie intro, które daje lekki przedsmak jego talentu. Po tym krótkim intrze mamy już dynamiczny „Easy Prey” który cechuje się ciężkim riffem i rozbudowaną solówką, które zostaje odegraną z pasją i polotem, zresztą jak większość na tym albumie. Nie brakuje na krążku bardziej rozpędzonych kompozycji, gdzie mamy w tle szybką sekcję rytmiczną, a na pierwszym planie energiczny, pełen melodyjności motyw gitarowy. To właśnie odzwierciedla nieco power metalowy „Shrieks of Terror”, czy też oparty na riffie RUNNING WILD „ Master Of the Night”. Ci którzy mają wątpliwości co do geniuszu gitarowego Jeffa, niech posłuchają sobie dwa instrumentalne kawałki w jego wykonaniu, a mianowicie rozbudowany „Hawk Mistress”, czy też ocierający się o thrash metal „Over The Edge”. Nieco więcej luzu mają w sobie z kolei dwie jakby bardziej hard rockowe kompozycje, czyli prosty „Siberia” i czy bardziej stonowany „Road To Glory”, w którym można doszukać się coś z QUIET RIOT. Mocne wejście jest też do „Demon Witch”, które nawiązuje do „Killers” IRON MAIDEN, zaś zamykający „Tortured” to najbardziej klimatyczna kompozycja z całego albumu, która pod względem stylistyki można śmiało zaliczyć do ballady. Słabych utworów nie ma, nie ma wad i jedynie co jest dla mnie nie zrozumiałe, to że po wydaniu tak świetnego krążka, zespół się rozpadł. Szkoda, bo start mieli znakomity. Przykład albumu, który nie należy przed wcześnie skreślać z powodu okładki. Ocena: 9.5/10

czwartek, 29 grudnia 2011

MIDNIGHT CHASER - Rough And Tough (2011)


Czasami mam wrażenie, że biorę udział w wojnie klonów, która miała miejsce w „Atak Klonów” z serii Gwiezdnych Wojen. Nie da się ukryć, że niczym wirus rozprzestrzenia się tworzenie młodych kapel, które chcą grać w stylu kapel heavy metalowych grających w latach 80 i niczym plaga pojawia się na scenie muzycznej spora liczba klonów JUDAS PRIEST, IRON MAIDEN, SAXON. Z jednej strony miło, że ktoś sięga do korzeni, do klasyki, ale jeśli nie ma się pomysłu, jeśli muzycy będą muzykami przeciętnymi, wręcz rzemieślnikami, to nic z tego i tak nie wyjdzie. W tym roku było pełno takich kapel i do grona tych słabszych trzeba zaliczyć MIDNIGHT CHASER. Jest to amerykańska kapela heavy metalowa, która została założona w 2008 roku i w tym roku zadebiutowała albumem „Rough And Tough”. Celem zespołu jest grac w stylu lat 80 i chęć bycia drugim JUDAS PRIEST, co jest wygórowanym marzeniem. Kapela nie grzeszy umiejętnościami i właściwie można rzec grać potrafią, nawet melodyjnie, nawet w taki sposób, że da się tego słuchać. Ale wtórność i brak jakiejś własnej inwencji twórczej szybko weryfikuje owy materiał zawarty na albumie. Można rzec, że ta biedna, komiksowa okładka, która na kilometr wieje kiczem odzwierciedla zawartość, która też jest daleka od ideału. Jest prostota i czasami właśnie ta prostota i oklepane patenty, a także sposób ich podania wpływają na ostateczny werdykt. Zespół nie stać na jakieś ambitne teksty „Awesome Party” jest tego nie zbitym dowodem, ale melodyjność i łatwo wpadający motyw gitarowy, pozwala przebrnąć przez ową kompozycję. Tutaj jednak już można szybko wyłapać największe minusy zespołu i ich stylu. Przeciętne umiejętności muzyków to największa bolączka tego albumu, zwłaszcza wokal Scotta Atwooda, który nie umie wg mnie śpiewać i strasznie się męczy. Stephen Lauck jako gitarzysta też nie oczarowuje, ale przynajmniej wygrywa proste i melodyjne partie gitarowe, które nie mają za grosz oryginalności. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że większość kompozycji brzmi podobnie. „Out On Your Shield” czy „Rough And Tough” brzmią tak samo, zresztą ten przypadek dotyczy całej płyty. Ma się wrażenie, wszystko leci na jednym motywie, jednym riffie. Nieco inaczej brzmi „Cougar'd”, który przemyca nieco hard rockowych patentów, „HotShot” z kolei ma rock'n rollowy feeling, no i wyróżnia się „Dynamite”, ale to z tego względu że to cover SCORPIONS. Który brzmi wg mnie komicznie, zwłaszcza pod względem wokalnym. Ani z obcym ani z własnym materiałem sobie nie radzą do końca i właściwie zostaje z tego odsłuchu że grali w stylu JUDAS PRIEST i że robili to na niskim poziomie. Najlepiej wypada z tego albumu brzmienie, które jest takie rasowe, takie zadziorne, szkoda że materiał jest niskich lotów i że jest on tak kiczowaty jak ta okładka, która zdobi ten album. Oj było wiele ciekawszych propozycji w ramach grania heavy metalu w stylu lat 80. Tym panom dziękuję, wolę posłuchać oryginalnego JUDAS PRIEST niż marny klon. Ocena: 5/10

ANCIENT BARDS - Souless Child (2011)


Symphonic Power Metal to gatunek, który w tym roku jakoś nie zachwyca i ostatnio coś ciężko o dobry album z tego gatunku. Dwa największe tuzy czyli NIGHTWISH i WITHIN TEMPTATION nie zachwyciły, DRAGONLAND też mi nie przypadł do gustu i chyba obroną ręką z tej przepychanki wychodzi włoski ANCIENT BARDS. Nie, nie jest to żaden tribute to BLIND GUARDIAN, a włoski band założony w 2007 roku z inicjatywy klawiszowca Daniele Mazza, który jest osobą odpowiedzialną za repertuar. Zespół w tym roku wypuścił na światło dzienne swój drugi album, który został zatytułowany „Souless Child” i jest to album kierowany do fanów WITHIN TEMPTATION, czy NIGHTWISH, ale też EPICA, czy RHAPSODY. Może NIGHTWISH wniósł owy gatunek na bardziej spektakularny poziom, może nagrał album cechujący się przepychem, ale to ANCIENT BARDS nagrał lepszy album a to z tego względu że tu jest nie tylko symphonic, ale jest też power metal i tego przecież wymaga gatunek. Atutem albumu i muzyki ANCIENT BARDS jest Sara Squadrani, który potrafi śpiewać czysto, ale i tez energicznie, co jest tutaj wręcz pożądaną cechą. Drugim atutem jest pomysłowość na kompozycje i umiejętności muzyków, które słychać niemal na każdym kroku. Duet gitarzystów Pietronik/Belducci dostarczają sporo elektryzujących riffów, sporo atrakcyjnych melodii i słychać ten power czego nie mogę powiedzieć o albumach konkurencji. Daniele Mazza też dba o podniosłość i bogactwo całości, natomiast nowy perkusista niczym nie ustępuje reszcie muzyków. Produkcja albumu jest na bardzo wysokim poziomie, choć mam wrażenie że nie na tak wysokim co choćby na albumie NIGHTWISH. Potęga tego albumu tkwi w samych kompozycjach, które są same w sobie atrakcyjne. Zaczyna się typowo bo od klimatycznego intra, gdzie jest nacisk na emocje, na klimat i z tego zadania „Struggle For Life” się wywiązuje. „To The Master Of Darkness” to bardzo energiczna kompozycja, oddająca charakter symphonic power metalu, uwypuklając jego najważniejsze cechy, czyli doniosły kobiecy wokal, podniosłe, klimatyczne chórki, znacząca rola klawiszy, które zapewniają przestrzeń i melodyjność owej kompozycji, ale całość osadzona w power metalowej stylizacji, gdzie liczy się dynamiczność i melodyjność. W takiej formie jest też podany „Gates Of Noland” choć tutaj bardziej wyróżnia się urozmaicona i dynamiczna sekcja rytmiczna. Nie wiele od tego odbiega „Broken Illusions”, który z kolei wskazuje jak wiele do powiedzenia mają gitarzyści i to jaki mają wpływ na wydźwięk poszczególnych kompozycji, to oni dostarczają przysłowiowego kopa i moc. To odróżnia ANCIENT BARDS od wcześniej wspomnianych kapel. Do tej power metalowej stylizacji zalicza się też energiczny „Valiant Ride”.Zespół wg mnie nieco przesadził z „All that is true”, który jak na balladę jest najzwyczajniej za długi, co na dłuższą metę nieco nudzi, ale to nie oznacza, że utwór jest do bani. Emocje, nastrój jest z górnej półki. I z kolosów wolę już rozbudowany „Souless Child”, który jest skupiskiem ciekawych motywów, momentami bardzo filmowych. W stylu NIGHTWISH jest „Through My Veins”, zaś 14 minutowy „Hope Dies Last” trzeba przesłuchać kilkakrotnie żeby ogarnąć wszystkie motywy i melodie tam pojawiające się. To wszystko sprowadza tylko do jednego wniosku, że to jedna z ciekawszych propozycji w tym gatunku, który ostatnio nieco przeżywa kryzys. Ocena: 7.5/10

MASTERCASTLE - Dangerous Diamonds (2011)


MASTERCASTLE to dopiero raczkujący zespół heavy metalowy, który wplata do swojej muzyki elementy power metalowe czy też hard rockowe. Nie da się ukryć, że zespół jest młody, wystarczy spojrzeć na status płytowy i już wiadomo co i jak. MASTERCASTLE został założony w 2008 roku z inicjatywy wokalistki Giorgia Gueglio i gitarzystę Piera Gonella. Piera, a także pozostałych muzyków można kojarzyć choćby z takich kapel jak LABIRYNTH , THE DOGMA, czy też ODYSSEA. Tak więc stażu ani doświadczenia im nie można odmówić, tylko że momentami słuchając ich muzyki ma się nieco inne wrażenie. Zespół nagrał póki co trzy albumy i ostatni ukazał się w tym roku. „Dangerous Diamonds” to tytuł nowego albumu tego zespołu i definiuje on bardzo subtelnie i dokładnie styl włochów. A ten styl się opiera na nie przeciętnych umiejętnościach Piera, który potrafi wygrywać bardzo przyjemne dla ucha partie gitarowe oraz na donośnym wokalu Giorgi. Zespół nie ma większych problemów z stworzenie melodyjnych kompozycji, ale ma problem z stworzeniem jakiegoś bardzo dobrego utworu, który dałby się we znaki i byłby w stanie zapaść na dłużej. Jedno trzeba przyznać, MASTERCASTLE to specjalista od urozmaicania materiału. Mamy sporo melodyjnych kompozycji, które są mieszanką heavy metalu i hard rocka, a taki właśnie jest otwierający „Another Flower” z prostym, łatwym refrenem, „Bitter & Sweet” z nieco mocniejszym akcentem gitarowym, czy też chwytliwy „Take Off” który został przyozdobiony jednym z najlepszych motywów gitarowych z całej płyty. Przykład, że można grać lekko, przyjemnie i melodyjnie. Mamy też bardziej hard rockowe patenty, które dają o sobie znać w nieco rozlazłym „Time For Lovers”, który ociera się komercję , czy też zadziorny „Icy Moon”, które również poza miły refrenem nie ma za wiele do zaoferowania. Album strasznie szpecą wolniejsze kompozycje takie jak „Lovin Me” czy też instrumentalny „Blue Diamond” który jest strasznie chaotyczny i mało atrakcyjny pod względem wykonania. Z kolei ozdobą i kompozycjami najbardziej reprezentacyjnymi są te utrzymane w power metalowej stylizacji. „Sixt Sun” i rozpędzony „Dangerous Diamonds” i parę ciekawych refrenów nie są wstanie uratować ten album od niskiej oceny. Nie oszukujmy się płyta jest słaba, nawet w tej jakże oklepanej formule. Nie słychać tego doświadczenia muzyków, nie słychać pomysłu na kompozycje, a to ma znaczący wpływ na ostateczny werdykt. Czego mi również za brakło oprócz konkretnych propozycji w ramach kompozycji? Bez wątpienia mocy, kopa, bo przecież mamy do czynienia z heavy metalem, anie jakimś popowym graniem. Płyta dla fanatyków gatunku, dla fanów kobiecych wokali w heavy metalowym granie, niestety reszta może sobie darować. Ocena: 4.5/10

środa, 28 grudnia 2011

PŁYTA MIESIĄCA SIERPIEŃ 2011

Miesiąc sierpień to dla wszystkich przede wszystkim połowa wakacji i czas największego odpoczynku, ale i szaleństwa. Kiedy ja podobnie jak większość ludzi regenerowałem siły na następny rok akademicki, świat metalowy nie stanął w miejscu i właściwie nie ustępował w liczbie nowości płytowych. Sierpień to dla mnie miesiąc zaskoczeń zarówno tych pozytywnych jak i tych negatywnych. Największe zaskoczenie sprawił mi album EDGUY. „Age of Joker” to po prostu klapa na całej linii i dowód komercjalizacji zespołu i wrzucenie się w wir popowego grania. Równie ogromne rozczarowanie sprawił mi DC4, który jak zbiór super muzyków, powinien zagwarantować równie super płytę, niestety tak nie jest. Ten album tylko kompromituje owe gwiazdy muzyki heavy metalowej. Również do największych rozczarowań zaliczę projekt muzyczny o nazwie WOLFPAKK, który po raz kolejny uświadomił mi że nazwiska nie grają, nie gwarantują odpowiedni poziom muzyczny. Nie ma tutaj ani ciekawych utworów, a sama wizja całego projektu też jest daleka od strawnej. Zostawmy gnioty i przejdźmy do płyt wartych uwagi i naszego cennego czasu. Jedną z nich jest debiutancki album ATTICK DEMONS, który dowodzi że grania pod IRON MAIDEN nie musi być tylko nudną kalką, a może być miłym w odsłuchu heavy metalem. Swoją pozycję utrzymał szwedzki LECHERY, który nagrał kawał porządnego heavy metalu, w którym nie ma za grosz oryginalności, ale jest spora dawka energii i melodii. Zaś fanom melodyjnego power/heavy metalu mogę polecić również TEBARAH, czy też ambitniejszy SABER TIGER. Natomiast podium zajęły w tym miesiącu:

1. SKULL FIST - HEAD OF THE PACK  (26.08.2011) (Kanada)

 Heavy Metal to taka dziedzina, gdzie z każdym roku ciężko o powiew świeżości, a zjawisko wtórności niczym wirus dotyka większość kapel. Jakie jest na lekarstwo? Energia, dynamika, melodyjność i przebojowość i świetnym przykładem niech będą ci debiutanci, którzy mi mało oryginalnego wydźwięku przekonali mnie do siebie, co więcej pokazali że można korzystać z sprawdzonych patentów i że można mimo to zaskoczyć słuchacza. Jak dla mnie jeden z głównych kandydatów do miana debiutu roku.


2. HIGH SPIRITS - ANOTHER NIGHT (22.08.2011) (USA)

 Nie na darmo ten zespół ma w nazwie "duch" bo kto jak kto, ale ten debiutujący heavy metalowy zespół ze Stanów Zjednoczonych jest specjalistą od grania w duchu kapel metalowych z lat 80. Trzeba przyznać, że zespół robi to na wysokim poziomie. Nie lada gratka dla fanów przebojowego heavy metalu, gdzie pierwsze skrzypce grają melodie.


3.NEONFLY - OUTSHINE THE SUN (29.08.2011) (Wielka Brytania)

 Ciekawe zjawisko, że trzecie miejsce okopuje również debiutujący zespół. Ale co tu poradzić, skoro pomysł na granie, pomysł na melodie, czy same umiejętności ,muzyków są na wyższym poziomie niż u bardziej doświadczonych kapel. Bardzo dobra płyta zawierająca muzykę z pogranicza melodyjnego power metalu.


wtorek, 27 grudnia 2011

STRANGER - The Bell (1985)


Kto zna niemiecki STRANGER? Obstawiam, że nie zbyt wielu bo nie jest to marka jakoś znana szerszej publiczności i w sumie mnie to nie dziwi, bo jak można znać kapelę, która właściwie nie istnieje już przeszło 20 lat, a jej dorobek liczy zaledwie 2 płyty, jak można znać kapelę zapomnianą przez świat. Na szczęście ja zaliczam, się do tego wąskiego grona osób które miały przyjemność poznać debiutancki lp tej kapeli, a mianowicie „The Bell” z 1985 roku. To właśnie spośród tych dwóch albumów ten zasługuje na największy rozgłos i zainteresowanie słuchaczy. Warto zaznaczyć, że kapela potrzebowała roku od 1984 kiedy to została założona aby stworzyć naprawdę genialny album który zawiera materiał osadzony w tradycji niemieckiego speed/power metalu i słychać tutaj erę HELLOWEEN z Kai Hansenem na wokalu, słychać BLIND GUARDIAN z debiutu, momentami IRON ANGEL, czy też ANGEL WITCH. Co sprawia że album wyróżnia się na tle innych płyt z taką muzyką? Oprócz stylu w jakim gra STRANGER, największą uwagę przyciągają umiejętności muzyków, które są dalekie od umiejętności godnych żółtodziobów. STRANGER tworzy zgrana paczka, którzy znają się na swojej robocie. Thomas Ihmbacher jako perkusista jest tym który dostarcza nam nieustannych wahań temp, zróżnicowanie na tle danej kompozycji, to ona jest osobą odpowiedzialną za niezwykłą dynamikę całego materiału .W raz nim sekcję rytmiczną tworzy basista Wolfgang Heuter, który tworzy mroczny klimat, czasami ponury, czasami smutny co świetnie słychać w rozbudowanym „Hazle The Witch” gdzie można się doszukać elementów BLACK SABBATH ale to wszystko tworzy spójną całość. Czym byłby STRANGER bez swoich dwóch gitarzystów, którzy stawiają na energiczną batalię na riffy, solówki, stawiają na zadziorność i melodyjność. To jest jeden z głównych atutów tego albumu. I najlepiej to zobrazuje wam klimatyczny otwieracz „The bell” gdzie mamy motyw znany z „Hells bells” AC/DC. Ale tutaj można się przekonać na własnej skórze co to znaczy energia, co to znaczy dynamika w wykonaniu niemieckiego STRANGER. W podobnej takiej speed/power metalowej formie utrzymany jest również „Bright Fog”, który jest z kolei popisem wokalnym Gerda Salewskiego i jest on kolejnym atutem tego krążka. Nie ma problemu z ostrym śpiewaniem, pełnym zadziorności, ale też nie ma problemu z łagodniejszymi utworami takimi jak choćby balladowy „Broken Harmonies” z hard rockowym feelingiem, czy też ;„I hold you”, który jest klimatyczną balladą z finezyjną solówką. Nie brakuje ani pomysłów na główne motywy gitarowe, nie brakuje pomysły na zapadające refreny, a przebojów wypływa z każdego utworu, a to z dynamicznego „Wheels”, czy też z zadziornego „Midnight Angel” gdzie można posłuchać jak ogromne znaczenie odgrywa w muzyce STRANGER sekcja rytmiczna. Tak jak wcześniej wspomniałem w przypadku STRANGER liczy się przebojowość i pomysłowość, a te cechy można przypisać każdej kompozycji zwłaszcza zakorzeniony w NWOBHM „Woman”. Materiał cechuje się jeszcze równością i zróżnicowanie, co powinno przekonać jeszcze bardziej wymagających słuchaczy. Brzmienie może nie jest w tym przypadku najwyższych lotów, ale nie jest też czynnikiem który wyrządza większą szkodę. Zespół zmienionym składzie wydał w 1990 r jeszcze „Pretty Angels” który był daleki od poziomu debiutu. I kapela nie utrzymała swojej pozycji ginąc w natłoku lepszych rzeczy, przechodząc tym samym do historii. Fakt nie zostawili po sobie zbyt wiele, ale „The Bell” to rzecz warta wzmianki w ramach opisywania niemieckiej sceny heavy metalowej lat 80. Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 26 grudnia 2011

SUDDEN DEATH - All Or Nothing (1987)


Mam słabość do niemieckiej sceny heavy metalowej nie zależnie od tego czy jest to staroć, czy nowość. I tak w ramach akcji poszukiwawczej znalazłem jedyny album jaki został wydany przez niemiecki SUDDEN DEATH. Nazwa zbytnio wiele nie zdradza, bo tą samą nazwą kryje się thrash metalowy band z Biebesheim oraz death metalowy z Osnabrucku. Natomiast zespół na który ja się natknąłem to rasowy heavy metal „made in Germany”. Zespół został założony na początku lat 80 i zostawił po sobie tylko jeden, debiutancki album, które został zatytułowany „All or Nothing”. Na albumie usłyszymy przede wszystkim heavy metal niemiecki ocierający się o dokonania RUNNING WILD z pierwszej płyty, ACCEPT, czy też GRAVE DIGGER z „Heavy metal Breakdown”. Siła tego debiutanckiego lp tkwi jednak nie w skojarzeniach, ale w umiejętnościach muzyków, którzy zagwarantowali bardzo przebojowy materiał, który jest bez skazy. Stworzono odpowiednie brzmienie, które cechuje się naturalnością i drapieżnością. Zadbano także o sam materiał, który odgrywa tutaj kluczową rolę. Bo kiedy nie ma mowy o oryginalności, to właśnie zaczyna nabierać większego znaczenia sama przebojowość i pomysłowość na melodie, a te tutaj są z górnej półki. Tą którą słyszymy w otwierającym „Blood Consclusion” mogłaby zdobić „Branded & Exiled” RUNNING WILD. Takich heavy metalowych przebojów, zbudowanych na dynamicznej sekcji rytmicznej, na ostrym, rasowym riffie i zadziornym wokalu Arno Scharnberga, który łączy w sobie manierę Rolfa Kasperka i Udo Dirkschneidera jest znacznie więcej. Śmiało można tutaj wymienić rozpędzony, wręcz speed metalowy „Killer”, który gdzieś przemyca nieco MOTORHEAD, a także urozmaicony i pełen werwy „Backstage Queen”. Zespół świetnie sobie radzi w bardziej stonowanych klimatach co słychać w „Dust In The Wind”, który przypomina mi poniekąd SAXON i w podobnej stylizacji jest utrzymany najdłuższy utwór na płycie, czyli „Loaded Brain”. Niemieckie kapele niemal zawsze muszą umieścić taki bardziej true metalowy hymn i tym razem taką rolę pełni „All Or Nothing”. Całość zamyka bardziej hard rockowe, czy też rock'n rollowe wcielenie zespołu, czyli „I want It”. Muszą przyznać, że w każdym wcieleniu podoba mi się SUDDEN DEATH, czy to w tym speed metalowym, czy w tym true metalowym, czy w tym bardziej rock'n rollowym. To tylko świadczy o elastyczności zespołu i o tym jak dobrze sobie radzą z komponowaniem. Od początku do końca album jest wypełniony przebojami, a i warstwa instrumentalna zachwyca pomysłowością na poszczególne melodie i partie gitarowe. Tak, nie ma w tym za grosz oryginalności, ale kiedy usłyszycie pierwszy utwór, to przestaniecie zwracać na to uwagę i będzie się liczyć tylko kolejny przebój, kolejne chwytliwy refren, kolejna energiczna, pełna finezji solówka. „All Or Nothing” nie jest gorszy od debiutów wielkich kapel z tego kraju, a jednak marka SUDDEN DEATH nie przetrwała i dzisiaj znana jest tylko wśród zapalonych słuchaczy i historyków muzyki heavy metalowej. Szkoda, nic pozostaje tylko odpalić album jeszcze raz w końcu po to jest krótki czas płyty – 35min aby w ciągu godziny przesłuchać ją dwa razy, czego nie można powtórzyć ze współczesnym albumem, który trwa przynajmniej 45 min. Polecam. Ocena: 9.5/10

niedziela, 25 grudnia 2011

VETO - Carthago (1988)


Pora wspomnieć o kolejnym zapomnianej kapeli niemieckiego heavy metalu/ speed metalu. Panie i panowie przedstawiam wam VETO. Oczywiście nie inaczej jest to zespół, który wydał dwa albumy, pograł kilka lat i zniknął ze sceny, a taki stan rzeczy często wywoływał natłok lepszych rzeczy, pojawianie się nowych kapel, bardziej ambitniejszych, mających większą siłę przebicia. Nie ujmując VETO, są dobrzy, a raczej byli w tym co robią. Jednak mieli pewną wadę nie dość że nie grali niczego odkrywczego to jednak można było wyczuć na ich płytach pewne niezdecydowania, czy gra true metal, czy może speed metal, a może hard rock. Tak to zapewniało nam zróżnicowanie, ale też nie spójność materiału. Co warto wiedzieć o tym zespole? Został założony w 1984 roku i wydał dwa albumy, które większego sukcesu nie odniosły, a zespół się potem rozpadł. Przedmiotem mojej recenzji będzie drugi album zespołu, a mianowicie „Carthago” z 1988r. Jest to o tyle ciekawy przypadek, że otwieracz zwiastuje całkiem inny materiał, aniżeli jest naprawdę. Mamy na wstępie „Riders On The Loose” który zawiera elementy walecznego heavy metalu, który cechuje się niezwykła rytmiką, klimatem pierwszych płyt MANOWAR, ciekawymi solówkami, partiami gitarowymi wygrywanymi przez duet Schiele/Bredel, gdzie jest nacisk na finezję i emocje, no i gdzie jest ten charakterystyczny wokal Petera Schlattnera, który w tym utworze daje prawdziwy popis swoich umiejętności i co jak co ale wyciąga on album na wyższy poziom. Im dalej w głąb płyty tym jest różnie i uświadczymy tutaj sporo różnych gatunków. Speed metal z nieco przekombinowaną partią perkusyjną w „Unknown Soldier” czy też w „Desert Kings” z przepiękną i urozmaiconą solówką. Mamy też heavy metal prosty i taki nastawiony na komercyjną przebojowość i to świetnie odzwierciedla „Burrning” czy też „Searching On”. Oprócz tego znajdziemy hard rockowe kawałki zakorzenione w DEF LEPPARD, EUROPE, i to słychać w „Mean Mistreater” czy „Choose Your way”. Ciekawie się prezentuje najdłuższa kompozycja na albumie „Carthago” bo tutaj po raz pierwszy można odczuć dość mroczny, tajemniczy klimat, to tutaj też zespół zaprezentował nieco ambitniejsze podejście. Choć i tutaj nie obeszło się bez wpadki, w postaci monotonności które daje się we znaki w końcowej fazie. Najsłabiej wypadły wg mnie balladowe kompozycje, które niczym nie zaskakują i brak atrakcyjnej formy nudzi zarówno w przypadku „Trust your Heart” czy instrumentalnego „Sarabande”. Niby jest zróżnicowanie, choć dla mnie brak określenia swojego stylu, brak wybrania jednego kierunku jest na nie korzyść albumu. I poza kilkoma mocnymi przebłyskami nie ma zbytnio większego zaskoczenia. Muzycy i ich umiejętności też nie wykraczają ponad dobry poziom co już definiuje z czym mamy do czynienia. Dobrym krążkiem z kilkoma ciekawymi melodiami, z dobrym wokalem i dopracowanym brzmieniem, które nie wykracza poza pewne ramy, poza pewne określone patenty i gdy się jeszcze wspomni o braku determinacji stylu to uświadamiam sobie, że to album średniej klasy. Ocena: 6.5/10

sobota, 24 grudnia 2011

SANCTUARY - Refuge Denied (1987)


Warrel Dane to dość znana osobistość w metalowym światku, przede wszystkim za sprawą takich kapel jak WARREL DANE, czy też NEVERMORE. Często zapomina się w tym przypadku o jego pierwszym zespole, który się zwie SANCTUARY. Jest to jedna z tych kapel, która nie przetrwała próby czasu i właściwie jest znana z dwóch albumów. Założona została w 1985 r i znaczącą rolę w ich karierze odegrało demo, które zwróciło uwagę nie tylko słuchaczy, ale też i sławnych muzyków. Lider MEGADETH Dave Mustain był tak zachwycony że postanowił być producentem pierwszej płyty SANCTUARY. „Refuge Denied” to właściwie nie tylko patenty charakterystyczne dla MEGADETH, które przejawiają się w brzmieniu, w okładce narysowanej przez E.Repke i w konstrukcji niektórych utworów, ale słychać też amerykański power metal spod znaku METAL CHURCH, czy też mroczny heavy metal w stylu MERCYFUL FATE. Debiutancki lp to nie tylko mieszanka różnych patentów charakterystycznych dla wyżej wymienionych kapel, to także popis nie przeciętnych umiejętności muzyków. Pierwsze nazwisko które się rzuca na moje usta to Warrel Dane i tutaj mamy jego młodziutki wokal, taki naturalny, czysty, nieokiełznany. Łączy on w sobie manierę Kinga Diamonda i Roba Halforda, stawiając na klimat, zadziorność, charyzmę, stawiając na emocję w wysokim rejestrach. Tuż za nim jest duet gitarzystów Blosl / Rutledge który tworzy idealny podkład pod wokal Warrela. Jest ciężar, jest drapieżność i mrok, stawiając na bardziej skomplikowane , wręcz połamane linie melodyjne, nie tracąc przy tym odpowiedniego podkładu energii. Listę osób godnych wyróżnienia zamyka sekcja rytmiczna tworzona przez perkusistę Budbilla i basistę Shepparda, a wszystko za sprawą urozmaicenia i dynamiki, które jest charakterystyczna dla amerykańskiej sceny. Wpływ Dave Mustaina jako producenta da się usłyszeć na tym albumie i już otwierający „Battle Angels” pod względem melodii i techniki przypomina kompozycje MEGADETH. Również podobne wpływy można wyłapać w dynamicznym „Die For My Sins”, czy też w drapieżnym „White Rabbit” gdzie gościnnie zagrał sam Dave Mustain. Mroczne granie oparte na patentach znanych mi z płyt MERCYFUL FATE słychać w „Termination Force”, „Sanctuary”, czy też w „Ascension To Destiny”, w których to również lubią się pojawiać wstawki bardziej balladowe. Natomiast dużo amerykańskiego heavy/ power metalu w stylu METAL CHURCH można uświadczyć w stonowanym „Soldier Of Steel”, rozpędzonym „The Third war” czy też w balladowym „Veil Of Disguise”, który przypomina METAL CHURCH z ery Mike'a Howa. Tak więc mamy wyważenie materiału między mrokiem,ciężarem i thrash metalowym światem, a tym heavy metalowym. Większych wpadek nie ma, poza jedną, którą się zwie monotonność wynikająca z faktu, że zespół zbytnio nie kombinuje z stylem serwując od początku pewien sprawdzony patent. Motorem napędowym tego albumu, jak i zespołu są sami muzycy, w tym Warrel Dane. W 1990 zespół się rozpadł w wyniku braku porozumienia między muzykami i tak o to Dane i Sheppard po wędrowali do NEVERMORE. Fanów SANCTUARY ucieszy fakt, że zespół się reaktywował w 2010 roku. Pozostaje tylko teraz wyczekiwać na album przynajmniej tak dobry jak debiut. Ocena: 8/10