czwartek, 7 stycznia 2016

MAJESTIC - Endogenous Xenophobic Omen (2015)

Czasami nie trzeba całego zespołu by zaistnieć w metalowym światku. Wystarczy własny pomysł na muzykę, umiejętność grania, komponowania i można już stworzyć coś własnego. Mosphere Abducter to człowiek, który stworzył w 2014 r projekt muzyczny Majestic XII. Jest to ciekawa mieszanka mrocznych gatunków, które mają nas przenieść do innej czasoprzestrzeni. Rzeczywiście tak można się poczuć słuchając „Endogonous Xenophobic Omen”. Kolumbijski muzyk postanowił stworzyć coś intrygującego mocno osadzonego w symfonicznym black metalu, w którym jest pełno elementów progresywnego metalu. Mosphere stawia na klimat, na futurystyczny charakter i moc, agresja są dopiero na dalszym planie. Dobrze to odzwierciedla nieco przekombinowany „The Lodge”. Jeszcze bardziej jest piętnowany klimat w mrocznym „Supreme Throne”. Można poczuć nutkę grozy i nie pewności. Klimat na całej płycie naprawdę imponuje i jest mocnym atutem. Tytułowy utwór pokazuje, że muzyk potrafi bawić się różnymi gatunkami i nie szczędzi elektroniki. Wychodzi z tego ciekawa mieszanka. Jak ktoś lubi filmowe soundtracki ten z pewnością odnajdzie się w tym kawałku oraz w świecie Majestic XII. „Eridanus” brzmi jak zagubiony kawałek z ścieżki filmowej filmu „Tron”. Ja kupuje to co słyszę i naprawdę jest to szczere. Nie jest to typowy metalowy album, który można zaszufladkować w tych kategoriach. „The Apocriphal gate” melodyjnie przypomina mi utwory Enya, co mnie bardzo cieszy. Na koniec pozwolę wspomnieć sobie o podniosłym „The ascencion of Ra”, który ma najwięcej z black metalu. Każdy utwór to ciekawa przygoda i nowy rejon muzyczny. Płyta zabiera nas w nowe rejony i pokazuje, że można wykroczyć poza ramy black metalu i stworzyć bardziej filmowy krążek. Płyta, która znajdzie swoje wąskie grono fanów i szerokie grono przeciwników. Ja ostatecznie jestem zaskoczy efektem ostatecznym i jestem na tak. Dobrze jest czasami odskoczyć od power metalowego świata czy heavy metalowej łupaniny i odpłynąć w nieznane.

Ocena: 7/10

WELICORUSS - Аз есмь (2015)

W przypadku Welicoruss wszystko zaczęło się od Alexeya Boganova. To dzięki niemu powstał ten zespół, który początkowo był tylko solowym projektem. Zespołem Welicoruss stał się w 2005 r. W swojej muzyce stawiają na mroczny, tajemniczy klimat, na podniosłość, a także swego rodzaju epickość. Ich styl nie jest łatwo określić, ale najlepszym określeniem jest symfoniczny pagan/black metal z elementami melodyjnego death metalu. Zespół dorobił się już dwóch albumów, a ten ostatni „Аз есмь” ukazał się w roku 2015. Płyta brzmi dość oryginalnie i ma swój charakter. Nie ma mowy tutaj o kalce, czy typowej kopii znanych nam zespołów. Rosyjski band idzie w swoim kierunku i tworzy coś własnego. Ojczysty język jest tutaj również idealnie dopasowany. Nadaję to całości jeszcze większego mistycyzmu, mrocznego klimatu i takiej autentyczności. Nie każdemu przypadnie to do gustu i dla wielu może to być ciężko strawny materiał. Jednak warto troszkę spojrzeć szerzej na ten album, zwłaszcza pod względem aranżacji i wykonania. Już potencjał i jakość samej muzyki prezentuje podniosły tytułowy kawałek w postaci „Аз есмь”. Najwięcej roboty odwala Alexey, który odpowiada za wokale i partie gitarowe. Jako wokalista sprawdza się całkiem dobrze, choć momentami jego wokal potrafi irytować. Nie wszystko mu też wychodzi tak jak powinno. Na szczęście o wiele ciekawsze są już popisy gitarowe i tutaj dobrze dogaduje się z Gojko, czyli drugim gitarzystą. Od strony technicznej album wypada naprawdę dobrze. „Сыны севера” jest pełen grozy i folkowego charakteru, co przedkłada się na przebojowość utworu. „Волошба” jest bardziej rozpędzony i złożony w swojej konstrukcji, co tylko pokazuje że zespół jest bardzo uzdolniony i wie jak zbudować napięcie. Kolejnym mocnym uderzeniem na płycie jest „Мост надежды” o nieco progresywnym wydźwięku. Trzeba przyznać, że najmocniejszym punktem płyty jest soczyste i nowoczesne brzmienie, a także ciekawe i intrygujące partie gitarowe. To dzięki nim płyta jest taka złowieszcza, podniosła i melodyjna. Nie można się nudzić. Symfonika w tym albumie stoi na wysokim poziomie i buduje odpowiednie napięcie. Dzięki temu łatwo można odpłynąć w ten mroczny świat. Dobrze to odzwierciedla „Карна”. Na sam koniec warto wspomnieć o rozbudowanym i zaskakującym „Аутсайдер”. Bardzo ciekawa płyta, która powinna zainteresować tych co gustują w symfonicznym metalu, co lubią odpłynąć w głąb mrocznego świata, albo lubią po prostu ambitny pagan/black metal. Coś dla smakoszy świeżego i pomysłowego grania.

Ocena: 7/10

środa, 6 stycznia 2016

STARBLIND - Dying Son (2015)

W każdym kraju można znaleźć bez większego problemu dobrego klona Iron Maiden. To żaden wstyd, ale trzeba mieć na uwadze, że nie łatwo jest dorównać tej wielkiej kapeli. Nie chodzi już o styl czy jakość samej warstwy instrumentalnej, ale o komponowanie utworów. Iron Maiden to kopalnia hitów i w tym tkwi ich siła. Szwecja nie ma się czego wstydzić, bowiem ich wersja Iron Maiden naprawdę radzi sobie bardzo dobrze. Mowa tutaj o młodej formacji o nazwie Starblind. W roku 2014 błysnęli debiutanckim albumem „darkest Horrors” i kwestią czasu było wydanie następcy tamtego krążka. Minął rok o tamtego wydawnictwa, a zespół tak się rozwinął. Najnowsze dzieło „Dying Son” to coś więcej niż drugi album, to co więcej niż tylko kolejne dzieło szwedów. To jest album, który potwierdza styl i tak naprawdę umiejętności kapeli. Starblind w swojej kategorii jest zespołem, który potrafi zaskakiwać, potrafi oczarować i przenieść nas do czasów kiedy to świat podbijały takie albumy Iron Maiden jak „The Number of The Beast” czy „Poverslave”. Oni mają w sobie to coś, co sprawia że każdy ich utwór brzmi jak hołd dla żelaznej dziewicy. Nie podobał się „The Book of Souls”? To może czas sięgnąć bo świetny zamiennik w postaci „Dying Son”.

Okładka zapowiada nam bardziej epicki, rycerski heavy metal, jednak nie do końca tak jest. Właściwie taki klimat pojawia się w tych najbardziej rozbudowanych kawałkach, w których zespół próbuje stworzyć bardziej epicki klimat, zabrać nas w rejony podniosłego heavy metalowego hymnu. Co ciekawe zespół, ludzie i styl ten sam jednak zespół w ciągu tego roku zmienił się na lepsze. Są bardziej dojrzali jako kompozytorzy, jak kreatorzy melodii i motywów. Wszystko brzmi niemal perfekcyjnie i właśnie tak można było sobie wyobrażać jeden z albumów żelaznej dziewicy. Spora dawka przebojowości, duża energia nie tylko w sferze gitarowej, ale też i w sekcji rytmicznej, do tego pewny i wyrazisty wokal Mike'a Starka, który daje zespołowi tyle świeżości. Tak Starblind urósł w siłę i to słychać na nowym albumie, a nad tym wszystkim czuwał nie kto inny jak Ced z Rocka rollas czy Blazon Stone. To nie miało prawa się nie udać. Zaczyna się od tytułowego „A Dying Son”. Mocne otwarcie, które od razu daje nam sygnał, że panowie na poważnie wzięli sobie za cel zostanie drugim Iron Maiden. Najpierw riff nasuwa „Fear of The Dark”, a potem przeradza się w petardę na miarę „Aces High”. Słychać, że Ced też zadbał żeby zespół brzmiał klasycznie i mocarnie, co zresztą słychać od samego początku. Jeszcze więcej ciekawych melodii uświadczymy w nieco marszowym „Blood Red Skies”. To jest właśnie przykład już bardziej rycerskiego klimatu. To wciąż heavy metal na wysokim poziomie. Nowy album jest zbudowany w oparciu o szybkie i treściwe kawałki. Właśnie taki jest rozpędzony „Firestone” czy żywiołowy „Man of the Crowd”, które nasuwają najlepsze lata Iron Maiden. Brzmi to nieco wtórnie i raczej niczego nowego nie dostajemy, ale nie o to tutaj chodzi. Ma być zabawa i frajda z grania muzyki w stylu żelaznej dziewicy. Sekcja rytmiczna spisuje się tutaj świetnie i można dojść do wniosku że nie jest wiele gorsza od oryginału. Kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści czyli Johan i Bjorn. To właśnie dzięki nim takie utwory jak „The Lighthouse” błyszczą i kipią energią. Niby proste motywy i takie oklepane melodie, ale to sprawdza się i zapada w pamięci na długo. Właściwie każdy utwór to perełka i niesamowita przygoda. „Room 101” to taki prosty i chwytliwy przebój, który pokazuje że zespół potrafi tworzyć przeboje. Jednak na co zwrócić szczególną uwagę to z pewnością na ponad 11 minutowego kolosa w postaci „The land of the seven rivers beyond the sea”. Dzieje się tutaj sporo i to jest przykład jak muzycy są dobrymi kompozytorami i jak łatwo przychodzi im stworzenia prawdziwego epickiego kolosa. Kawałek nie nudzi i raczej wciąga w ten świat Starblind. Tak jak Iron Maiden zasłynął z stworzenia naprawdę świetnych i dobrze wyważonych kolosów, tak samo będzie można mówić wkrótce o Starblind.

To dopiero drugi album szwedów, a już udało im się wypracować swój własny styl, zdobyć grono fanów i zająć miejsce obok takich kapel jak Enforcer, Steelwing czy Rocka Rollas. Starblind to kolejny młody band, który wie jak grać heavy metal w stylu lat 80, jak porwać tłum i jak nagrać wysokiej klasy album. „Dying Son” to niemal perfekcyjne dzieło, które pokazuje że klony żelaznej dziewicy też są potrzebne. To dzięki takim płytom nigdy nie zapomnimy o klasycznych krążkach Iron Maiden, które ukształtowały gatunek na lata. Starblind idzie w ślady brytyjskiej formacji, a to dobrze im wróży.

Ocena: 9/10

wtorek, 5 stycznia 2016

VALKYRIE'S CRY - Triumph and tragedy (2015)

6 lat przyszło na czekać na nowe dzieło Valkyrie's Cry czyli kanadyjskiego zespołu, który stara się iść w ślady Sacred Steel, Jag Panzer czy Manowar. Z kolei aspekt tworzenia melodii przypomina czasami twórczość Iron Maiden. Jeśli chodzi o toporne brzmienie riffów czy partii gitarowych to można doszukać się w tym wpływów Grave Digger. Kapela działa od 2004r ale na swoim koncie ma tylko dwa albumy, z czego ten najnowszy „triumph and tragedy” ukazał się po 6 latach od wydania debiutanckiego „valkyrie's cry”. Nowy album to kawał solidnego true heavy metalu z pewnymi elementami power metalu. Nie ma mowy o czymś oryginalnym czy perfekcyjnym, ale nie ma tutaj chyba nikogo co by tego oczekiwał. Więc jaki jest nowy krążek Kanadyjczyków ?

Przede wszystkim prosty, naturalny, solidny i pozbawiony jakiś nowinek technicznych czy prób eksperymentowania. To co dostajemy w zamian za naszą uwagę i poświęcony czas to właśnie porządnie zagrany melodyjny heavy/power metal w rycerskiej odsłonie. Może brzmienie jest niszowe, może wokal Kevina McWattersa jest specyficzny i nie do końca przekonujący, a kompozycje dość wtórne, ale słucha się tego naprawdę przyjemnie. Zaczyna się całkiem przyzwoicie bo od marszowego „Brünnhilde”. Tutaj zespół zabiera nas w rejony tradycyjnego amerykańskiego heavy metalu, z nutką epickości. Prawdziwy potencjał kapeli poznajemy dopiero w melodyjnym i nieco shredowym „Ludus Magnus”. Ten kawałek pokazuje przede wszystkim talent Justina Godina, który jest nie tylko dobrym kompozytorem ale i gitarzystą. Może nie tworzy niczego nowego, ale słychać że wkłada w to sporo pracy i serca. Riffy są melodyjne, zadziorne i zapadają w pamięci. Odzwierciedleniem tego jest również rycerski, energiczny „Sacramentum Gladitorium”. Urozmaicenia dostarcza świetny instrumentalny kawałek w postaci „Badinerie”. Płyta wypada naprawdę dobrze dzięki takim petardom jak nieco speed metalowy Blacksmith” czy „Divine Pymander” z nutką neoklasycznego grania. Całość zamyka energiczny i bardzo melodyjny „Prometheus”, który jest taką jakby wisienką na torcie. Prawdziwa jazda bez trzymanki i tak powinien brzmieć prawdziwy rycerski heavy/power metal. Jasne, są pewne nie dociągnięcia i niektóre elementy trzeba by jeszcze dopracować, ale mimo to brzmi to imponująco.

Valkyrie's Cry zaznaczył swoją obecność na heavy metalowym rynku. Każdy kto gustuje w muzyce Sacred Steel, Manowar, Jag Panzer czy Stormwarrior, ten z pewnością powinien zapoznać się z najnowszym dziełem Kanadyjczyków i z pewnością nie pożałuje. Płyta kipi energią, pomysłowe riffy to kolejny atut, a całość słucha się nie zwykle przyjemnie. Największy minus to nie dopracowane brzmienie i specyficzny wokal Kevina. Zespół nadrabia pewne niedociągnięcia naprawdę udanym materiałem. Polecam mimo wszystko posłuchać Valkyries Cry. Nie pożałujecie swojej decyzji.

Ocena: 7.5/10

CAIN'S DINASTY - The Hollow Earth (2015)

W roku 2008 na rynku pojawiło się wiele ciekawych płyt, ale nie brakowało tych również intrygujących. Jako fan power metalu nie mogłem odpuścić premiery debiutanckiego albumu hiszpańskiej formacji Cain's Dinasty. Ich „Legacy of Blood” był ciekawą mieszanką power metalu z nutką metalcoru. Czułem się tak jakby słuchał mieszanki Bullet For My Valentine i Bloodbound. Zespół pokazał się z dobrej strony, a ich atutem okazał się młodzieńczy styl, próba stworzenia własnego stylu, a także tematyka związania z wampirami, romantycznością czy mrocznym fantastyką. Album tętnił swoim życiem, a spora dawka przebojowości i dobrze dobranych melodii napędzała ten krążek. „Madman, witches and vampires” był znacznie słabszy w swojej konwencji i w niczym nie przypominał debiutu. Teraz po 5 latach zespół powrócił z nowym wydawnictwem. „The Hollow Earth” to najlepsze co stworzył zespół. To jest power metal jaki chce się słuchać, a sam zespół wspiął się na wyżyny.

To już nie ten sam band i to nie podlega dyskusji. Ze starego składu został wokalista Ruben Picazo. Pozostali muzycy wnieśli świeżość i nowe pomysły do kapeli. Cains Dinasty zyskał na jakość i teraz brzmi nie tylko młodzieżowo, ale ma też w sobie więcej z klasyki. Mocne, zadziorne i nieco młodzieżowe brzmienie podkreśla to na co tak naprawdę stać zespół. Co zmieniło się przez te lata nieaktywności? Ruben rozwinął się wokalnie i jego głos brzmi naturalnie, bardzo melodyjnie. Sprawdza się w agresywnych kompozycjach jak i w tych typowo power metalowych. Leal/ Ramirez to nowy duet gitarzystów tej hiszpańskiej formacji i sprawdza się idealnie. Panowie rozumieją się i uzupełniają się niemal w każdej sytuacji. Dlatego riffy są mocne, zagrane z polotem, lekkością i mają w sobie prawdziwego kopa. Każda partia gitarowa łatwo wpada w ucho przez melodyjność. Dodatkowo wszystko jest zagrane z naciskiem na technikę i urozmaicenie. Nie sposób nudzić się przy takiej muzyce. Szkoda tylko, że materiał trwa 36 minut i to jest jeden z nie wielu minusów. Zaczyna się agresywnie i z wykopem. „The Grey Ones” ma w sobie coś z Bullet For My Valentine, ale też z ostatnich płyt Bloodbound. To jest właśnie Cains Dinasty jaki chce się słuchać. Jest energia, szybkość, przebojowy refren i dynamiczny refren. Rasowy przebój, który tylko zaostrza apetyt na resztę utworów. Dalej mamy 6 minutowy „The roots of mankind” który pokazuje, żę zespół potrafi grać bardziej progresywnie i bardziej nowocześnie. Jeszcze inaczej brzmi „Two fools againts the world” w którym jest klimat bardziej country czy też balladowy. Ciekawa kompozycja, z ciekawym stylem, ale nieco odbiega od całości. Gitary soczyście brzmią w rozpędzonym „Screaming Lungs”, który ma coś z Gamma Ray. Kolejny wielki hit zespołu i pokazuje tylko jak w szczytowej jest Cains Dinasty. Nutka Iron maiden czy Manowar pojawia się w bardziej epickim, rycerskim „St John 6:12”. Z kolei spokojny i klimatyczny „The last song” przypomina kultowe ballady Blind Guardian. Kwintesencja power metalu i stylu Cains Dinasty to właśnie tytułowy „The Hollow Earth”. Sporo dzieje się w tym 9 minutowym utworze i na takie kolosy warto czekać.

Wielkie przebudzenie hiszpańskiej formacji po 5 latach i powiem Wam, że warto było czekać na nowe wydawnictwo Cains Dinasty. Nowy skład, nowe spojrzenie na ich styl, a także na to jak powinien brzmieć świeży, młodzieżowy power metal. To jest właśnie to i śmiało można mówić o ich najlepszym albumie, który zadowoli fanów choćby takich kapel jak Bloodbound czy Gamma Ray. Polecam.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 4 stycznia 2016

GLORIAM DEI - The Covenant (2015)

Kiedyś przyjdzie dzień, że ze sceny zejdą wielkie uznane kapele i to właśnie młode kapele będą musiały przejąć na swoje barki misję podtrzymywania żaru power metalu. Jak się rozejrzymy to główny dostawcą młodych ambitnych zespołów są głównie Niemcy, Szwecja czy właśnie Finlandia. To właśnie stamtąd pochodzi młoda i dopiero co rozpoczynająca karierę kapela o nazwie Gloriam Dei. „The Covenant” to ich pierwszy album i ciężko mówić o tym wydawnictwie w kategoriach debiutu, bo jest to zbyt dojrzałe i przemyślane. Zespół postawił poprzeczkę bardzo wysoko i śmiało może już konkurować z najlepszymi zespołami. Najciekawsze jest to, że tematycznie nie opowiadają o rycerzach, szatanie czy piekle, a wręcz przeciwnie o Bogu, Jezusie i chrześcijaństwie. Nie każdemu musi to pasować, ale w tej kategorii jest to jeden z najlepszych zespołów ostatniej dekadę. W końcu pojawił się ktoś, kto podołał zadaniu i wie jak wykorzystać świetną muzykę by opowiadać o chrześcijaństwie.

Gloriam Dei obrał sobie za cel granie melodyjnego power metalu nawiązując do wielu klasycznych bandów. Tak więc można doszukać się w ich muzyce wpływów Celesty, Excalion, Gamma Ray, Royal Hunt, Axxis, choć najwięcej w tym wszystkim Leverage. Ten zespół ma w sobie potencjał, bowiem nie boi się wyzwań i wie jak urozmaicać swoją muzykę. Nie brakują elementów rockowych, progresywnych, neoklasycznych, czy też stricte symfonicznych. Sporą elastyczność zespołowi zapewnia klawiszowiec Johannes, który nadaję całości niezwykłej melodyjności. To dzięki niemu płyta ma takie tajemnicze brzmienie i brzmi tak świeżo i nowocześnie. Samo brzmienie i produkcja płyty jest taka krystalicznie czysta. Wszystkie dźwięki są takie przejrzyste i pełne baśniowego klimatu co ma całkiem udany efekt. Jarmo i Sami Asp stworzyli zgrany duet, który się uzupełnia. Ich współpraca jest taka przejrzysta, magiczna i emanuje pozytywną energią. Każdy motyw gitarowy jest tutaj po prostu lekki, przyjemny i pełen magii. Mamy spory wachlarz gatunków i właściwie gitarzyści zabierają nas w różne rejony melodyjnego grania. Niezłe urozmaicenie i możliwość przyciągnięcia szerszego grona słuchacza. Udany chwyt. Sami to również utalentowany wokalista, który śpiewa bardzo techniczne i bardzo melodyjnie. Jego głos to taki brakujący element, bez którego Gloriam Dei nie był taki niezwykły, byłby kolejny klonem jakiegoś znanego zespołu. Na szczęście tak nie jest. „Bethlehem” to jeden z ciekawszych otwieraczy jaki słyszałem w tym roku. Jest niezwykle melodyjny, pełen pozytywnej energii. Utwór jest pomysłowy, choć jest tutaj nawiązanie do wielu znanych kapel. Zespół nie zapomina o tradycji i swoich korzeniach, co słychać choćby w klawiszach jak i formułowaniu kompozycji. To wszystko jest zagrane tak perfekcyjne, że aż dziw bierze że to ich pierwszy album. Tak się gra melodyjny power metal z polotem i bez zahamowań. Tak zespół potrafi nas zabrać do nieba, która ma być naszym azylem, krainą szczęścia i relaksu. To nam zapewnia lekki, nieco rockowy „Treasures of Heaven”.Neoklasyczny power metal wybrzmiewa znakomicie w rozpędzonym „Sins of the world”, który jest prawdziwym pokazem mocy i potencjału bandu. Energiczny i pełen wigoru „Rest in You” to dobry przykład, że zespół sporo czerpie z Leverage czy Excalion. Nutka progresji i rockowego feelingu pojawia się w lekkim i urozmaiconym „11 000”. Gloriam Dei potrafi podziałać na nasze zmysły i emocje, a najlepiej im to wychodzi przez takie klimatyczne i dość spokojne kompozycje jak „The Covenant”. Bardzo udana i łapiąca za serce ballada. Stary dobry Axxis wybrzmiewa w hard rockowym „Blindman”. Zespół potrafi też stworzyć utwór pełen symfonicznego charakteru i taki właśnie jest podniosły „Jokainen”. Warto tutaj jeszcze wyróżnić rozbudowany i pełen różnych smaczków „Look to the Cross” czy przebojowy „We will see Again” z ciekawie wprowadzonymi klawiszami.

Tak o to rodzi się nam nowa gwiazda. Gloriam Dei ma szanse namieszać w tegorocznych zestawieniach swoim debiutem. Pokazali że mają talent, wiedzą jak go wykorzystać i nagrali album niemal perfekcyjny. Soczyste brzmienie, chwytliwe melodie, atrakcyjne popisy gitarowe i niezła dawka przebojowości. To jest właśnie to co sprawia, że „The Covenant” to prawdziwa petarda w swojej kategorii. Chrześcijański power metal nie cieszy się wielkim zainteresowaniem i teraz to chyba się zmieni. Póki co jeden z najlepszych debiutów 2015 jeśli nie najlepszy. Polecam!

Ocena: 10/10

niedziela, 3 stycznia 2016

PRIMAL FEAR - Rulebreaker (2016)

Kiedy jedna z ulubionych kapel wydaje swój najnowszy album to wtedy towarzyszy takie fajne uczucie. Ta niecierpliwość, ciekawość i wyczekiwanie. W dodatku zawsze chce się usłyszeć równie dobry album jak poprzednie, a może nawet na miarę klasyków. Na takie płyty czeka się z utęsknieniem. To właśnie takie płyty cieszą się wielkim zainteresowaniem i na ich temat często się dyskutuje. Płyty Primal Fear to zawsze wielkie święto dla heavy/power metalu i to nic nowego. Ta kapela działa sukcesywnie od 1997r. Dorobili się już 11 albumów i każdy z nich zdobył uznanie fanów i właściwie panowie nigdy nie schodzili poniżej pewnego poziomu. Ralf Sheepers to jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów i jeden z najlepszych w swoim fachu. Występował u boku Kaia Hansena w Gamma Ray, a potem stworzył swój własny band, który miał być hołdem dla klasycznego Judas Priest. Tak też się stało. Tyle lat minęło, tyle roszad w składzie było,a oni dalej swoje grają. W roku 2016 nic się nie zmieniło. „Rulebreaker” to typowy album niemieckiej formacji, a może jednak próba nawiązania do klasycznych albumów? Okładka mówi nam, że zespół chce wrócić do pierwszych płyt, zwłaszcza debiutu. Czy rzeczywiście tak jest? Czy udało się nagrać klasyczny album?

Kiedy do zespołu znowu na stałe dołączył Tom Naumann jako trzeci gitarzysta to sobie pomyślałem, że jest to możliwe. Tom zawsze był znakomitym gitarzystą i miał spory wpływ na brzmienie zespołu i to jak brzmiały riffy i solówki. Zawsze wyróżniał się niezłą techniką i pomysłowością. To dzięki niemu Primal Fear był prawdziwym niemieckim Judas Priest. Jego powrót to była bardzo dobra wiadomość. „Delivering the Black” był bardzo dobrym albumem, choć nie był to najlepszy album zespołu. Szanse na powiew świeżości dawał również nowy perkusista czyli Francesco Jovino, którego znamy z występów w zespole Udo Dirkschneidera. Okładka naprawdę jest taka jak być powinna. To już jest taka klasyczna okładka z orłem w roli głównej. Nic dziwnego skoro za okładkę odpowiada autor klasycznych okładek – Stephan Lohrmann. Jacob Hansen stworzył mocne i soczyste brzmienie, które jest identyczne jak na ostatniej płycie Primal Fear. Do czego jeszcze nas przyzwyczaił Primal Fear? Ano do tego, że nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu i zawsze można liczyć na solidny materiał. Zawsze można liczyć na przebój i jakieś petardy. Tak jest też i tym razem. Nie wiem tylko czy uda się nawiązać do klasycznych i tych najlepszych płyt niemieckiej formacji. To pytanie zadawałem sobie kiedy świat obiegły próbki „Rulebreaker”. Faktycznie zapowiadał się album, który może powalczyć z najlepszymi płytami. Jednak czy rzeczywiście nowy album to drugi debiut czy „Nuclear Fire”? No niestety trzeba sobie jasno odpowiedzieć, że troszkę brakuje to takiego stanu. Na pewno nowy materiał jest bardziej poukładany i agresywniejszy niż na „Delivering The Black”. Przebojów też jakby więcej, ale mam wrażenie, że „Unbreakable” z 2012 r był bardziej zróżnicowany i bliższy debiutowi. Nie oznacza to, że „Rulerbreaker” jest słaby i nie ma nic z klasyki. „Bullet & Tears” to jeden z tych lekkich i przyjemnych przebojów, który przypomina debiut. Może jest tutaj jakiś ukłon w stronę „Breaking the Law”, ale nie jest to żadna ujma. Zespół zawsze lubił podbierać niektóre pomysły z Judas Priest. Ten utwór jest energiczny, prosty i pozbawiony nie potrzebnej toporności. Drugim kawałkiem, który gdzieś promował ten album był power metalowy „In Metal We Trust”. Taka petarda w stylu „Nuclear Fire”, który pokazuje, że Primal Fear nie wypalił się. Stać ich wciąż na metalowe hymny i prawdziwe killery. Na takie kawałki zwłaszcza się czeka, zwłaszcza że można po wzdychać do solówek duetu Karlsson/Naumann/Beyrodt. Dzieje się sporo, choć odnoszę wrażenie, że band nie wykorzystał w pełni talentu tych panów. Można było bardziej rozwinąć ten aspekt i dać więcej popisów gitarowych. Klip nakręcono do ciężkiego, mrocznego „The End is Near” który pokazuje właśnie tą niemiecką toporność. Sam kawałek oddaje to co najlepsze w Primal Fear, choć nie jest to przebój na miarę ich możliwości. Stać ich na więcej. Ralf jednak pokazuje tutaj, że jest w świetnej formie. To jest jego fenomen, bowiem on zawsze niszczy swoim wokalem. Konstrukcja kompozycji zabiera nas bardziej do albumu „New Religion”, który nie był tak ciepło przyjęty. Na płycie pojawia się kolejny kawałek, który w tytule ma anioły. „Angels of Mercy” to ciężki kawałek, jednak stylizacja bardziej przypomina „Delivering The Black” niż „Nuclear Fire”. Mocny riff, szybsze tempo i dobrze złożone partie gitarowe. Troszkę kuleje tutaj refren, który nie zachwyca tak jak powinien. Tytułowy „Rulebreaker” to też solidny heavy metal o nieco marszowym tempie i co może się tutaj podobać to nawiązanie do Judas Priest z lat 80. Najbardziej ciekawiło mnie jak zespół poradzi sobie z 11 minutowym „We walk without fear”. Kompozycja jest podniosła, energiczna, ma mocny riff i sporo ciekawych motywów się tutaj przeplata. W końcu zespół daje mały popis umiejętności gitarzystów i szkoda, że tak mało jest tego elementu na nowej płycie. Primal Fear to przede wszystkim band, który potrafi tworzyć żywiołowe petardy power metalowe i zawsze takie kompozycje jak „At war with the world”. Z kolei taki ponury i true metalowy „The devil in me” to taka udana kalka „Metal Gods” Judas Priest. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest „Constant Heart”, który brzmi jakby powstał w okresie „Devils Ground”. Najsłabiej wypada troszkę nijaka ballada „The Sky is Burning”.Na szczęście na koniec mamy kolejną petardę w postaci „Raving Mad”. Znów można się poczuć jakbyś mi słuchali „The Black Sun”czy „Devils Ground”. To jest właśnie taki klasyczny Primal Fear.

Wrócił Tom Naumann, wrócił autor klasycznych okładek Primal Fear, wróciła w sumie też chęć zagrania nieco szybciej i klasycznie. Niestety na tym się skończyło, bo gdzieś pojawiają się momenty nie dopracowania i nieco słabsze kawałki, które odstają od reszty. Primal Fear nagrał na pewno album ciekawszy od „Delivering The Black” z bardziej wyrazistymi kompozycjami, ale brakuje też różnorodności z „Unbreakable” czy takiej agresji z klasycznych płyt. Kto wie może ten album będzie początkiem lepszego okresu zespołu? Zobaczymy, póki co można się delektować kolejną porcją soczystego heavy/power metalu w wykonaniu Primal Fear. Polecam.

Ocena: 8.5/10

sobota, 2 stycznia 2016

RAM - Svbversvm (2015)

Szwedzka stal w roku 2015 po prostu nie zawodzi. Enforcer, Rocka Rollas, Ambush a do tego wszystkiego dochodzi znakomity Ram. Jest to kapela troszkę bardziej doświadczona, bo działa przecież od 1999 r i ma na swoim koncie już 4 albumy. Uzdolniona formacja, która również jak koledzy po fachu gra heavy/speed metal, w którym są słyszalne wpływy takich kapel jak Mercyful Fate, King Diamond, Judas Priest czy Wolf. Do tej pory uchodzili za bardzo dobry band z potencjałem na coś więcej. Każdy oczekiwał dnia, w którym kapela ta błyśnie i pokaże wszystkim że są wstanie namieszać w metalowym światku. Uważam, że ten dzień nastał wraz z wydaniem najnowszego dzieła zatytułowanego „Svbversvm”.


Na każdą kapelę przychodzi taki dzień że zespół dochodzi do perfekcji, do szczytowej w formie, dzięki której są nagrać świetne i godne zapamiętania album. Przychodzi w końcu taki dzień, że wszystko łatwo przychodzi i znacznie łatwiej jest stworzyć coś ponadczasowego i coś poruszy scenę metalową w danym okresie. Jasne nie brakuje nam w tym roku płyt, które brzmią klasycznie. Właściwie aż się roi od kolejnych klonów Judas Priest czy Iron Maiden. Nie każdemu jednak udaje się stworzenie czegoś świeżego oryginalnego i pomysłowego. Wszystko jest przebojowe, ma klimat lat 80, ale gdzieś tam brakuje czasami tego geniuszu, tej lekkości i takiej mocy jakie miewały np. stare płyty Judas Priest czy Mercyful Fate. Ram przeszedł najśmielsze oczekiwania i wspiął się na swoje wyżyny kompozytorstwa. Najnowsze dzieło brzmi świeżo, bardzo dojrzale, bardzo klasycznie. Można by odnieść wrażenie, że płyta ta została zarejestrowana w latach 80. To jest właśnie atut tego krążka, właśnie ta autentyczność czy szczerość. Od strony technicznej jest wszystko dopieszczone i brzmienie jest wysokiej klasy. Nie dopasowano jedynie okładki, która raczej nasuwa jakiś doom czy black metal, co nie jest prawdą w przypadku Ram. Ta kapela ma takie wyniki dzięki dwóm czynnikom. Jednym z nich to znakomity wokalista Oscar, który łączy maniery Kinga Diamonda i Roba Halforda. Brzmi to imponujący, a każdy kawałek dzięki niemu nabiera mocy i odpowiedniego klimatu. Jeden z najlepszych popisów wokalnych tego roku i to nie podlega wątpliwości. Drugim czynnikiem jest znakomity duet gitarzystów, bowiem zarówno Harry jak i Martin niszczą w tej kategorii. Panowie nie tylko się rozumieją, ale i też uzupełniają. Dzięki temu jest agresja, jest energia, ale jest też dynamika i przebojowość. To wszystko tworzą świetną całość. Dawno nie słyszałem taki zgrany i pomysłowy duet. Muzyka to najlepszy dowód na to jak panowie się rozwinęli i jak utalentowani są. Płytę otwiera mocny riff i ostro z kopyta rusza „Return of the Iron Tyrant”. Już od razu wiadomo, że to będzie płyta ostra, dynamiczna i pełna przebojów. Panowie od razu zdradzają nam że płyta będzie utrzymana w stylu Judas Priest czy Mercyful Fate. Niby to już wszystko było, ale bardzo cieszy i przypomina na czym tak w ogóle polega heavy metal. Szybki, speed metalowy „Eyes of the Night” z dobrym skutkiem promował album i to również coś więcej niż promujący singiel. To prawdziwa petarda i nowa definicja heavy metalu. To co nie tak dawno zrobił Acept myślę że Ram zrobił w tym roku. Pokazał że można stworzyć coś wielkiego z znanych nam elementów, płytę która przetrwa próbę czasu i pokolenia. Marszowy, mroczny i nieco true metalowy „The Unsper” to taki rasowy heavy metalowy hymn, mocno przesiąknięty Judas Priest. Płyta właściwie jest zdominowana szybki, ostrymi kawałkami pokroju „Enslaver”. Tak właśnie teraz prezentuje się szwedzka stal. Na daną chwilę jest to jedna z silniejszych scen heavy metalowych. Nieco brudny riff, troszkę stonowane tempo i taki klimat wyjęty z „British Steel” to cechy przebojowego i prostego w swojej konwencji „Holy Death”. Klimat na płycie jest mocno osadzony w latach 80, choć nie brakuje nutki tajemniczości, która jest napiętnowana w nieco futurystycznym „Terminus”. Tutaj zespół chciał pokazać że potrafi urozmaicać album i budować napięcie. Syntezatory i melodyjność ma coś z „turbo” Judas Priest. W te strony również kieruje nas zadziorny „The Omega Device”. Każdy kawałek to przede wszystkim piękne i miłe dla ucha solówki i właśnie to nam odzwierciedla melodyjny i rozbudowany „Forbidden Zone”. Sama melodia ma coś z „The Hellion/Eletric Eye”. Całość zamyka tytułowy kawałek, który idealnie podsumowuje cały album oraz potencjał kapeli.

Ram pokazał tym albumem, że można brzmieć jak Judas Priest, ale tworzyć jednocześnie coś własnego. Z tego albumu bije świeżość, a także moc. Dawno nie było tak autentycznego i dojrzałego albumu w kategorii heavy/speed metalu. Konkurencja nie śpi i w roku 2015 było kilka naprawdę ważnych i znaczących albumów. Enforcer, Rocka Rollas, Ambush czy Vanlade, to wszystko bardzo dobre pozycje. Jeśli jednak ktoś chce posmakować odświeżoną stylistykę Judas Priest z lat 80 w szwedzkim wydaniu to z pewnością Ram będzie dobrym wyborem. Ram zaskoczył i z garnął wszystko. Ciekawe co będzie dalej? Nie mogę się doczekać kolejny płyty, bo panowie dopiero się rozkręcili i ostatniego słowa jeszcze nie powiedzieli.

Ocena: 10/10


czwartek, 31 grudnia 2015

AVANTASIA - Ghostlights (2016)

Dla wielu osób Tobias Sammet lider grupy Edguy i geniusz, który stworzył „Metalową Operę” sprzedał się komercji i raczej robi za modela, który pozuje do zdjęć. Jasne to co miał stworzyć dla power metalu to już stworzył. Dał światu „Mandrake”, „Vain Glory Opera”, czy właśnie dwu częściową metalową operę sygnowaną marką Avantasia. Co może więcej dać światu jeśli chodzi o power metalu? Mam wrażenie, że to źródło Tobiasz wyczerpał i teraz szuka już innych rejonów muzycznych, próbuje nas zaskoczyć innymi tworami. Co ciekawe to co kiedyś miało być jedno razowym wybrykiem (mowa o Avantasia) stało się czymś bliskim dla Sammeta. Nie poprzestał na „Metalowej operze” i już w 2008 powrócił z „The scarecrow” i od tamtego czasu wydaje kolejne albumy pod nazwą Avantasia. Jasne był to inny album, ale pokazał że Tobias chce się rozwijać i pokazać z nieco innej strony. Sam album mimo upływu czasu broni się i pokazuje że Tobiasz to geniusz jeśli chodzi o komponowanie. W roku 2010 zadziwił świat wydając dwa albumy w postaci „Wicked Symphony” i „Angel of Babylon”. To była spora dawka hitów i Sammeta w najlepszym wydaniu. Jeszcze czymś innym był „Mystery of Time”, który zabrał nas do świata rocka i progresywności. Bajkowy klimat był tutaj jakby ukłonem w stronę pierwszych płyt. Sam album budził kontrowersje i znalazł swoich zwolenników jak i przeciwników. A jaki jest najnowszy „Ghostlights”?

Wielu obstawiało za pewne nic innego jak kontynuację „The Mystery of Time”. Koncepcja, historia to oczywiście jak najbardziej kontynuacja poprzednika co zaznaczał Sammet w wywiadach. Na szczęście Tobiasowi udało się uciec przed komercją i zbytnią przewagą rocka i progresywności na nowym albumie. W dużej mierzy mamy do czynienia z płytą, która ma cechy wszystkich poprzednich, a najwięcej to tych które przesądziły o sukcesie „The Scarecrow”. Jest podobny klimat, charakter płyt i sama stylizacja. Podobnie jak na tamtym albumie tak i tutaj nie brakuje sporej ilości power metalu. To ucieszy też fanów pierwszych dwóch płyt Avantasia. Sammet chciał pogodzić fanów ostatnich płyt oraz tych dla których Avantasia poza „Metal Opera” nie istnieje. Ten zabieg Tobiaszowi wyszedł i to całkiem dobrze. Skład poza Sammetem uzupełniają Sasche Peath, który odpowiada za gitary, a także klawiszowiec Micheal Rodenberg. Lista gości i tym razem równie ciekawa, choć wielu z nich już znamy i słyszeliśmy w Avantasia. Nie pierwszy raz Avantasia przyciąga uwagę klimatyczną i intrygującą okładką i nie pierwszy raz płyta wyróżnia się soczystą i mocarną oprawą. Brzmienie jest z górnej półki, podobnie jak goście i kompozycje. Echa poprzedniczki wybrzmiewają w otwierającym „Mystery of a Blood Red Rose” , który jest hołdem dla Meat Loaf. Typowy hard rockowy kawałek, który pokazuje że Tobias jest już bardziej dojrzałym kompozytorem i nie tylko power metal mu tylko w głowie. Kawałek jest energiczny i łatwo wpada w ucho. Ten kawałek promował ten album i w sumie nieco nas zwiódł. Drugi na albumie kawałek to 12 minutowy „Let The Storm Descend Upon You”. Można tutaj wyłapać więcej power metalu, więcej podniosłości i ukłon w stronę „The scarecrow”. W utworze dzieje się sporo, a pojedynek wokalny Ronnie Atkins, Jorn Lande i Robert Mason z Warrant jest imponujący. Najważniejsze, że utwór jest dynamiczny, energiczny, a zarazem podniosły, melodyjny i pełen ciekawych motywów. To już pokazuje, że album nie będzie rockową operą jak poprzednik. Tobias lubi zapraszać do swojego projektu głosy bardzo charakterystyczne, które potrafią stworzyć mroczny i teatralny klimat. Był Alice Cooper czy Jon Oliva Pain, to teraz czas przyszedł na Dee Snidera z Twisted Sister. „Tha Haunting” z jego udziałem to taki brat bliźniak „The Toy master”. Mroczny i dość ciężki utwór, który na pewno powinien być zagrany na koncercie. Dalej mamy 7 minutowy „Seduction of Decay” z Geoffem Tatem na wokalu. Jest to bardziej rozbudowany i progresywny kawałek, który również pokazuje że Avantasia może grać ciężko i mrocznie. Utwór jest niezwykle wciągający i przebojowy. Jest powiew świeżości element zaskoczenia co cieszy. Kiske i Lande to duet, który sprawdził się w „Promised Land” i nic dziwnego że taki duet mamy w tytułowym „Ghostlights”. Jest ukłon w stronę starego Helloween i pierwszych dwóch płyt Avantasia. Typowa power metalowa petarda z chwytliwym refrenem i szybkim riffem. To jest to co ucieszy fanów gatunku. Nieco mnie zaskoczył utwór z wokalistą Seventh Avenue czy Sinbreed. „Draconian Love” jest bardziej rockowy, bardziej romantyczny i nie ma w nim właściwie power metalu czy agresji, której gdzieś tam wyczekiwałem. No troszkę nie udany występ Herbiego mamy. Sam utwór może nie jest aż taki zły, ale nieco zaniża poziom całości. Spora dawka power metalu czeka nas w „Master of Pendulum”, w którym główną rolę gra Marco Hietala z Nightwish. Utwór jest energiczny, agresywny, a sam refren jest niezwykłe melodyjny. Słychać echa oczywiście Nightwish w strukturze refrenu. Kolejny hit na płycie. Pozostałości komercji i poprzedniego albumu mamy w balladzie „Isle of Evermore”. Utwór właściwie ratuje Sharon Z Within temptation. Na Metalowej Operze odegrała bardziej kluczową rolę. Tutaj trochę wciśnięta jakby na siłę. Jest jednak taką gwiazdą, że z tak przeciętnej kompozycji czyni miłą dla ucha balladą, w której więcej popu jak metalu czy rocka. Bruce Kulick i Oliver Hartmann dają niezły popis gitarowych umiejętności w 7 minutowym „Babylons of Vampyres” . Jest to kolejna power metalowa petarda, która ma tą lekkość i przebojowość z „Metal Opera”. Bardzo energiczny kawałek, a Robert Mason czyni go jeszcze bardziej ostrym utworem. Kolejnym wolnym utworem na płycie jest „Lucifer” i Jorn Lande uczynił go niezwykle wzruszającym i łapiącym za serce. Moim faworytem został energiczny i power metalowy „Unchain The Light” z gościnnym udziałem Micheala Kiske i Ronniego Atkinsa z Pretty Maids. Ten utwór ma wszystko to czego oczekuje od Tobiasa i jego zespołów. Dynamikę, szybkie tempo, wpadającą w ucho melodię i przebojowość. Do tego jeden z najlepszych refrenów jaki pojawił się w świecie Avantasia. Kiske to jeden z najlepszych wokalistów i dobrze że wrócił do tego w czym jest najlepszy. Niesamowity głos, który idealnie sprawdza się w takich kompozycjach. Bob Catley tradycyjnie zostaje wykorzystany do klimatycznego, rockowego kawałka i w sumie „A restless heart and obsidian Skies” to solidny kawałek. Jest trochę Magnum, trochę komercji, ale utwór broni się sam. Jest jeszcze udany bonus w postaci „Wake up the moon”, w którym jest Lande i Kiske. Nie jest to power metalowa petarda, ale jest to solidny utwór, który pokazuje że Avantasia jest w formie.

Będą przeciwnicy i zwolennicy „Ghostlights”. A to, że nie jest to już „Metalowa Opera”, a że Tobias sprzedał się. Jednak uważam, że może dobrze że rozwija się i pokazuje nieco inne oblicze swoje. Cały czas słychać, że to kompozycje Tobiasa, ale każdy z nich to inna historia, inna przygoda i inne rejon muzyczny. Na nowym albumie znów więcej jest power/heavy metalu co mnie cieszy jako fana, bo poprzedni album nie był w pełni udany. Jest dobrze, Tobias jest w formie, a to rokuje dobrymi, kolejnymi płytami. Miłe zaskoczenie, bo nie sądziłem że dostanę solidny i dobrze wyważony album i to z takimi gośćmi. Polecam.

Ocena: 8.5/10

ANTHRAX - For All Kings (2016)

Wielka czwórka thrash metalu ostatnio jakby obudziła się z wielkiego snu i znów próbuje nawiązać do swoich najlepszych lat. Metalika wciąż pracuje nad nowym albumem, ale już można być pewnym, że będzie to kontynuacja „Death Magnetic” czyli więcej thrash metalu, a mniej komercji. Tą drogą poszły pozostałe 3 wielkie zespoły i znów widać, że zatęskniły za thrash metalem i za latami 80 czy 90. Slayer wydał ostatnio album, który jest jednym z najlepszych albumów od lat, Megadeth w roku 2016 wyda „Dystopię” i już wiadomo, że będzie to bardziej thrash metalowy album. Podobne obietnice składał Anthrax podczas pracy nad nowym materiałem. Miało być ciężej, agresywnie i ostrzej niż na „Workship Music”. Faktycznie słowa dotrzymali i „For all Kings” spełnia te kryteria. Doczekaliśmy się bardziej thrash metalowego albumu i mógłby być następnym wydawnictwem po „Presistence of Time” z 1990 r. Jednak nie jest to też najlepsze co stworzyli amerykanie w przeciągu swojej całej kariery.

Można rzec, że powrót Joey'a Belladony w roku 2010 okazał się punktem zwrotnym w historii Anthrax. Lata 90 i późniejszy okres z Bushem na wokalu już nie był tak świetny dla zespołu i wiele fanów odwróciło się od Anthrax, który nieco porzucił ścieżkę thrash metalu. „Workiship Music” z roku 2011 był swego rodzaju powrotem do korzeni, było więcej klasycznego grania, a sama muzyka była łatwo przyswajalna i bardzo przebojowa. Do dzisiaj jest to jeden z moich ulubionych albumów. Niczego innego nie oczekiwałem od następnego albumu. „For all Kings” zaskakuje tym, że jest jeszcze jakby bardziej klasyczny, jeszcze więcej w nim agresywności, pazura i thrash metalu. Dzięki temu przypominają nam się najlepsze albumu zespołu. Nowa jakość zespołu to poniekąd zasługa nowego gitarzysty, a mianowicie Jonahtan Donais. Dał się on nam poznać jako wioślarz Shadows Fall i wygrywa o wiele ciekawsze partie gitarowe niż Rob Caggiano. Dzięki niemu solówki są melodyjne, złożone i zagrane z taką nutką szaleństwa. Tak więc tutaj zespół tylko zyskał. Z poprzedniego albumu przerysowano mocne, soczyste brzmienie. Joey to prawdziwy głos Anthrax, a jego forma wciąż mi imponuje. Jego głos na tym albumie brzmi idealnie. Jak jest z samym materiałem? Jest agresywniej to na pewno, ale można odnieść wrażenie, że utraciła na tym przebojowość. Płytę otwiera „Impaled/ You Gotta Believe” i to jest klasyczny Anthrax jaki znamy z lat 80. Sam motyw troszkę przypomina mi ten z „Be all, End All”. Jest energia, jest thrash metal pełną gębą, jest szybkość i mocna praca gitar. To jest to na co fani czekali przez tyle lat. Miło słyszeć, że panowie nie żartowali z tym ostrzejszym graniem. Drugi utwór na płycie to nieco marszowy „Monster at the End”. Więcej tutaj heavy metalu, więcej tutaj przebojowości i słychać echa „Workship music”, co nie jest żadną ujmą. Wciąż jednak Anthrax trzyma się mocnego, agresywnego stylu co bardzo cieszy. Dalej już mamy chwytliwy „For All kings”, który cechuje się łatwo wpadającym w ucho refrenem i zadziornym riffem. To kolejny hit na płycie i przykład, że Anthrax wraca do korzeni. Tempo i poziom nieco osiada na nieco nijakim „Breathing Lightning” który również reprezentuje to agresywniejsze oblicze zespołu. Sam główny motyw tutaj jest jakby bez ikry i bez jakiegoś przekonania. Dawno amerykanie nie nagrali takiego killera jakim jest „Suzerain” i tutaj już można wyczuć tą agresję i mroczny klimat. Album promował równie udany singiel „evil Twin”. W skrócie typowy kawałek Anthrax mocno zakorzeniony w latach 80. Utwór zasługuje na uwagę, choćby ze względu na przebojowy refren i energiczny riff, który oddaje to co najlepsze w Anthrax. Na „Workship Music” kolosy wypadły bardzo dobrze, a tutaj „Blood Eagle Wings” nie zachwyca. Jest dość spokojnie i bez większego urozmaicenia. Nie przekonał mnie ten kawałek w żaden sposób. Na szczęście nowy krążek to przede wszystkim ostrzejsze granie, w którym ma być jak najwięcej thrash metalu. Taki „Defend/Avenge” to kolejny udany mocny kawałek, w którym zespół stawia na zadziorny riff, a także na dynamikę. Z kolei kto lubi techniczny thrash metal i mroczny klimat ten zachwyci się zapewne takim „all of them thieves” czy rytmicznym „This Battle Chose Us”. Całość zamyka „Zero Tolarance” czyli kolejna szybka petarda przypominająca najlepsze lata zespołu.

Obiecywali, że nowy album będzie bardziej thrash metalowy, że „For all kings” będzie o wiele cięższy i agresywniejszy niż „Workship Music”. Słowa Anthrax dotrzymał i nagrał album, który przypomina nam lata 80 czy 90. Jest to najlepszy album od czasów od „Presistance of Time”, a już z pewnością najbardziej thrash metalowy. Troszkę ucierpiała przebojowość, ale mimo tej małej wady album zachwyca i pokazuje że Anthrax przeżywa drugą młodość. Z całej czwórki to właśnie Anthrax trzyma najwyższy poziom. Zobaczymy co Megadeth pokaże. Fani będą w siódmym niebie, bo Anthrax znów gra thrash metal.

Ocena: 8.5/10

AMBUSH - Desecrator (2015)

Kilka kapel o nazwie Ambush już się przewinęło w historii heavy metalu, ale jeszcze żaden z nich nie cieszył się takim uznaniem co szwedzki Ambush, który zaliczany jest do nowej fali tradycyjnego heavy metalu. Jako jeden z przedstawicieli tego nurtu dość szybko znaleźli sobie miejsce obok takich kapel jak Rocka Rollas, Skull Fist, czy Enforcer. Ambush działa od 2013 r ale już ma na swoim koncie dwa albumy, z czego najnowszy „Desecrator” ma szanse zapisać się na stałe w historii metalu. Lata 80 znów ożyją na nowo i fani Judas Priest czy Iron Maiden poczują się znów o wiele młodsi i przypomną sobie swoje najlepsze lata. O to rodzi się nowa legenda.

Nie ma zmian personalnych, nie ma zmian jeśli chodzi o styl, jakość czy cokolwiek. Ambush konsekwentnie kontynuuje to co zaczął na „Firestorm”. Dalej podąża śladami wytyczonymi niegdyś przez Iron Maiden czy Judas Priest. Jeśli ktoś tęskni za starym Judas Priest z ery „Defenders of The Faith” ten znajdzie się w siódmym niebie słuchając nowego dzieła szwedów. Podobny klimat, przebojowość, zróżnicowanie i moc. Ambush nie wstydzi się swoich inspiracji i raczej czerpie z tego radość. Słychać że płyta jest lekka i przyjemna i powstała w dobrej atmosferze. Niby nic nowego, bo przecież Oskar dalej brzmi tak jak brzmiał, a gitarzyści wciąż wygrywają klasyczne riffy i chwytliwe solówki. To wszystko jednak brzmi znacznie lepiej i słychać progres. Oskar rozwinął swój wokal i jest w nim więcej klasycznego pazura i takiego zapału. Nie oszczędza się w wysokich rejestrach, nawet momentami przypomina Roba Halforda co tylko dobrze o nim świadczy. To co się dzieje w sferze gitarowej to już w ogóle przyprawia o ciarki. Tak powinien brzmieć każdy heavy metalowy album. Nieustanne pojedynki, zaskakujące riffy, a wszystko zagrane z polotem i miłością do tradycyjnego heavy metalu z lat 80. Ja to kupuje to co Ambush nam sprzedaje bo jest to jeden z najmocniejszych albumów tego roku, który bije większość konkurencji w tej kategorii. Otwierający „Possesed By Evil” to taki klasyczny heavy metal, który przemyca spore ilości Iron Maiden z ery „Piece of Mind”. Niezwykła przebojowość, tajemniczy klimat lat 80 no i ta praca gitar. Czysta klasyka w najlepszym wydaniu. Gdzieś Accept z ery „Metal heart” słychać w nieco hard rockowym „Night of The Defilers”. Kolejny przebój i dowód że Ambush jest w szczytowej formie. Zespół przyspiesza w mocniejszym „Desecrator” i to jest już ukłon w stronę klasycznego Judas Priest. Mocny riff, szybsze tempo i jeszcze bardziej złożone solówki, czyli to co tygryski lubią najbardziej w heavy metalu. Bardziej stonowany jest „The Chain Reaction”, który zaskakuje marszowym tempem, a także bardziej mieszanką stylów Def Leppard, Scorpions, Accept i Judas Priest. Niektórzy z pewnością doszukają się w sferze gitarowej nawiązań do „Princess of the Dawn” Accept i chyba nawet słusznie. Dalej mamy „Rose of Dawn” i tutaj zespół znów nam robi nawiązanie do Judas Priest z okresu „Defenders of the Faith” czy nawet „Ram it down”, Sam riff i stylizacja ma coś „ Fast as a shark” Accept. Tak zespół potrafi akcentować klasyki, ale na własną korzyść. Kolejny hit zaliczony, a to jeszcze nie koniec. Nie ma ballady, ale jest lżejszy i bardziej hard rockowy „Master of The Seas”. Na koniec ma znów dwie petardy, czyli szybki, agresywny „Faster” i bardziej rozbudowany „The Seventh Seal”.

Szwedzki Ambush wciąż zaskakuje i tym razem przeszedł sam siebie i nagrał prawdziwą perełkę. Płyta jest wypchana po brzegi klasycznymi motywami, a każdy utwór to rasowy przebój, który zabiera nas do złotych lat 80. Brakuje wam mocnego heavy metalowego uderzenia? Tęsknicie za starym Judas Priest czy Iron Maiden? Nie musicie już tęsknić. Wystarczy odpalić najnowsze dzieło szwedów i bawić się razem z nimi. Jeden z kandydatów do płyty roku 2015 i to nie żart.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 29 grudnia 2015

AXEL RUDI PELL - Game of Sins (2016)

Król melodyjnego metalu jest tylko jeden. Jest nim od lat axel Rudi Pell, który jako jeden z nie wielu oddaje hołd dla Rainbow, Black Sabbath czy innych podobnych klasycznych bandów. Jest to jeden z tych muzyków, który wypracował swój styl i jakość, który nie potrzebuje poszukiwania nowego swojego ja i nowego stylu. Jest rozpoznawalny przez swoje partie gitarowe, finezyjne solówki i klimatyczne kompozycje, które wciągają w ten magiczny świat. Każdego roku coś ciekawego wydaje, a same albumy ukazują się regularnie co dwa lata. Czy Axel Rudi Pell może nas jeszcze czymś zaskoczyć? Nie, to nie jest tego typu muzyk co jeszcze chce coś poeksperymentować i stworzyć coś nowego. Jemu dobrze jest w swoim świecie i mimo pewnej wtórności taka muzyka wciąż zachwyca i wzbudza emocje. „Game of Sins” to nic innego jak album typowy dla Axela Rudi Pell. Tutaj nie ma niczego nowego, obyło się bez niespodzianek, które może niektórzy wyczekiwali. Jednak mimo wszystko nowe wydawnictwo jest o tyle niespodzianką, bo jest bardziej klasycznym albumem.


Stabilizacja to jest coś co charakteryzuje Axel Rudi Pell. Sprawdzony skład, sprawdzony styl, umiejętność tworzenia hitów i to wszystko sprawia że płyty Axela cieszą się takim zainteresowaniem. Nie ważne który to jest album zawsze mamy zapewniony odpowiedni poziom, jest ta jakość muzyki jaką powinien zagwarantować prawdziwy król melodyjnego metalu. Axel umiejętnie przemyca sprawdzone riffy, solówki i przeistacza w nowe kompozycje. Mamy tutaj wyraźne nawiązania do „The Crest” czy „Shadow zone”. Jest mieszanka szybkich i energicznych kompozycji, kompozycji bardziej hard rockowych, bardziej klimatycznych i tych bardziej epickich. Nie można narzekać na urozmaicenie i charakter płyty, bo tutaj zadbano o każdy szczegół. Soczyste brzmienie, w którym jest pazur i krystaliczna czystość to w sumie stały punkt programu. Tak samo można napisać o niestarzejącym się wokaliście Johhnym, który jest jednym z najbardziej znaczących wokalistów heavy metalowych. Świetnie buduje napięcie i klimat w poszczególnych kawałkach. Bez niego ciężko sobie wyobrazić Axel Rudi Pell. Jest tym, który wzniósł ten zespół na wyżyny. Zespół znakomicie się rozumie i przez lata udało im się wykształcić odpowiedni schemat. Mimo lat, mimo tylu płyt wciąż robi to wrażenie i chce się jak najwięcej takiej muzyki słyszeć. Nowy album to żadna nowość i można się pokusić, że to wszystko już było. Owszem, ale metalu Axel Rudi Pell nigdy za wiele. Co troszkę pozytywnie zaskakuje to z pewnością okładka, która kusi swoją pomysłowością i głównym motywem. Bardzo dobrze wprowadza nas w całość równie klimatyczny co okładka „Lenta fortuna”. Jak dla mnie jest to jeden z najlepszych otwieraczy Axela. Troszkę przypomina „Walls of Jericho” Helloween. Do przewidzenia było, że drugi utwór będzie szybszy. „Fire” to rasowa petarda w stylu Axela. Tutaj nie ma zaskoczenia, nie ma fajerwerków, nie ma może czym się zachwycać, ale nie ma zawodu. Cieszy szybsze tempo, ostry riff i styl na miarę „The Crest”. Jednak Axel miewał lepsze petardy w swojej karierze. Znacznie ciekawszym kawałkiem jest nieco hard rockowy „Sons in The Night” i tutaj Axel zabiera nas do połowy lat 90. Pomysłowy riff, dobrze urozmaicona sfera melodyjna i mamy naprawdę ciekawy kawałek, w którym dzieje się sporo. Tytułowe kompozycje Axela zawsze budziły największe zainteresowanie i w sumie stanowiły opus magnum danej płyty. Z „Game of Sins” nie jest inaczej. Ta kompozycja jest wizytówką tego albumu i w sumie można ją uznać za najlepszą na płycie. Stonowane tempo kreowane na miarę płyt Black Sabbath, riff ostry i potęgujący mroczny klimat i seria ciekawych popisów gitarowych Axela. To jest właśnie czego możecie się spodziewać po tym utworze. Bardzo podoba mi się forma, stylizacja, a także melodie jakie tutaj Axel wygrywa. Klasyczny Axel z czasów „Black Moon Pyramid”. Kolejną petardą na płycie jest energiczny „Falling Star”. Mocna sekcja rytmiczna i dynamiczna gra Axela dodaje kopa temu kawałkowi. Do tego w końcu refren, który buja i zachęca do śpiewania. Takich przebojów brakowało mi na „Into the Storm”. 6 minutowa ballada „Lost in Love” urzekła mnie swoją formą i głównym motywem. Jedna z ciekawszych ballad jakie stworzył Axel i skojarzenia z płytą „The Tales of the Crown” są jak bardziej na miejscu. Płytę promował od samego początku hard rockowy „The king of Fools”, który miał przypomnieć nam klasyka „Fool Fool” i w sumie nawet Axelowi ten zabieg wyszedł. Drugim moim faworytem obok tytułowego kolosa jest mroczny i marszowy wręcz „Till the world says goodbye”. Jest to kolejny kawałek, który ma sporo elementów stylu Black Sabbath. Emocje potrafi też wzbudzić klimatyczny 8 minutowy „Forever Free”, który z jednej strony jest epicki i podniosły, a z drugiej emocjonalny i pełniący rolę ballady. Ciekawa mieszanka. Całość zamyka „All long the Watchtower”, który jest jakby hołdem dla twórczości Ritchie Blackmore'a.

Axel znowu tego dokonał. Znowu nagrał album, który może powalczyć z najlepszymi płytami. Nagrał krążek urozmaicony, przemyślany, dojrzały, a z pewnością niczym nieustępujący innym jego klasykom. Może nie ma już takiej frajdy, takiego zaskoczenia jakie było na wcześniejszych płytach, ale to można wybaczyć przy takiej frekwencji i takie liczbie nagranych albumach. „Game of Sins” to klasyczny Axel Rudi Pell taki jaki znamy z „Black Moon Pyramid”, „Shadow Zone” czy „The Crest”. Można brać w ciemno.

Ocena: 8.5/10

STORMBRINGER - Blood and Rust (2015)

Nazwa Stormbringer jest powszechna w metalowym światku i jest sporo kapel o takiej nazwie. Nas dzisiaj interesuje ten z Wielkiej Brytanii. W końcu jest dobra okazja by przypomnieć sobie o tej kapeli i nieco jej rozsławić w gronie najbliższych, zwłaszcza fanów muzyki heavy metalowej wymieszanej z stoner rockiem. Otóż panowie po dwóch latach wydali swój drugi album. „Blood and Rust” na pewno namiesza niektórym w zestawieniach płyt 2015. Dawno nie było tak zgrabnego i przemyślanego albumu właśnie w takich klimatach, który kipi energią i zaraża pozytywną energią, która tkwi w przebojowych kawałkach. Uwaga Stormbringer z nowym wokalistą tj Jimim Brownem przechodzi do ataku.

Zmiana wokalisty wyszła na dobre zespołowi. Brzmią teraz świeżo, bardziej autentycznie i muzyka jeszcze bardziej nasuwa lata 70. Jimi to przede wszystkim utalentowany gościu o ciekawej charyzmie i dobrej technice. Dzięki niemu nowy album brzmi nowocześnie, a zarazem klasycznie. Po raz kolejny zespół zadbał o ciekawą i mroczną okładką, która zachęca tylko do tego by sięgnąć po album. Stormbringer się rozwinął i ich muzyka jest bardziej dojrzała i przemyślana. Na pewno warto pochwalić samych gitarzystów Doma i Asha, którzy dwoją się i troją. Wszędzie ich pełno, a ich zagrywki są pomysłowe i na wysokim poziomie jeśli chodzi o samą technikę. Stylistycznie zespół stara się zachować podstawy heavy metalu, a także stoner rocka, co w efekcie daje całkiem niezłą mieszankę. Kiedy dorzuci się do tego sporą dawkę przebojowości to wychodzi płyta, która jest warta grzechu. Tak też jest. Mamy na sam start instrumentalny „Blood and Rust”, który znakomicie wprowadza w chwytliwy i energiczny „No redemption”, który nieco przypomina The Vintage Caravan. Nieco szybszy wydaje „Rise”, w którym zespół troszkę ociera się o speed/power metal, co tylko jeszcze bardziej pokazuje elastyczność kapeli. Kto lubi mroczny klimat, większą dawkę stoner rocka, ten będzie zachwycony „Unto Me”. Zespół nie boi się nowoczesnego brzmienia i właśnie taki bardziej współczesny charakter dodaje im pazura co dobrze to potwierdza „Ashemed” czy melodyjny „No Return”. Odrobina szaleństwa i nieco więcej hard rocka można uświadczyć w ostrzejszym „Bad Blood”. Stormbringer dobrze radzi sobie też z bardziej rozbudowanymi kawałka co potwierdza urozmaicony i pełen różnych smaczków „Voice of Demons”. Całość zamyka lekki i łatwo zapadający w głowie „Psychokiller”, który pokazuje jak powinien brzmieć stoner rock w dzisiejszych czasach.

Stormbringer już ma dwa albumy na koncie i póki co jest to jeden z najciekawszych zespołów grających właśnie tą odmianę muzyki metalowej, która powiązana jest stricte z stoner rockiem. Świeże podejście do tematu, nie zapominając o podstawach i klasycznych rozwiązaniach. „Blood and Rust” to dojrzałe dzieło pomysłowych muzyków, którzy są na fali. Ciekawe co będzie dalej? Oby jak najwięcej takich płyt w ich wykonaniu. Tego im życzę.

Ocena: 9/10

niedziela, 27 grudnia 2015

IRON CROSS - warhead (1985)

Iron Cross to jedna z wielu kapel, która nagrała jeden album i przepadła bez wieści. To również jedna z wielu kapel amerykańskich, które były ślepo zapatrzone w twórczość Judas Priest, Motley Crue czy Quiet Riot. Zespół powstał w 1982 r w celu oddania hołdu tym kapelom. Muzyka tego bandu nie miała być oryginalna i czymś nowym, miało przyciągnąć fanów tych kapel i pokazać, że amerykanie też potrafią tak grać. Zatrudniono również wokalistę Chara R. G, który miał imitować Halforda. Szkoda tylko że zespół nie potrafił się do końca zdecydować co chce grać, bo wyszła mieszanka mocnego heavy metalu i właśnie ostrzejszego grania i takiego nieco mało interesującego hard rocka. Tak o to w 1985 r ukazał się „Warhead”, który miał porwać fanów Judas Priest, Krokus, czy Motley Crue. Nie do końca się udało, ale mimo jest to kawał solidnego heavy metalu wymieszanego z hard rockiem. Na plus na pewno warto zaliczyć klimatyczną okładkę, czy też dopracowane brzmienie, które często podkreśla umiejętności muzyków. Najsłabszym punktem jest sekcja rytmiczna w tym perkusja, która brzmi jak automat perkusyjny. Brakuje w tej sferze życia. Char jako wokalista z pewnością dobrze wypada i trzeb mu to przyznać. Najlepiej radzi sobie z tymi ostrzejszymi kawałkami jak „waiting for the Axe”, gdzie trzeba się nieco bardziej wysilić. Jego agresywny styl może się podobać. Na pewno warto też pochwalić to co wyprawia gitarzysta Kacin. Jest sporo udanych riffów, które są warte odnotowania. Często gitarzysta zabiera nas w rejony Accept czy Judas Priest co jest dobrym znakiem. Jedną z takich podróży odbywamy przy okazji nieco toporniejszego „Warhead”. O tym, że band gra dla fanów Judas Priest bardzo dobrze świadczy przebojowy „FKZ”, czy rytmiczny „Send for the Cross”. W podobnej stylistyce utrzymany jest „Cold Steel” czy rozpędzony „Chain Gang”. Znacznie gorzej zespół wypada w hard rockowej stylistyce co potwierdza „Come and get it”. Całość zamyka najostrzejszy na płycie kawałek czyli „Crucible” i tutaj Char pokazuje, że znakomicie imituje wokal Roba Halforda. Gdyby cały album był taki, to na pewno i ocena byłaby wyższa. Jednak i tak nie jest źle i z pewnością jest to płyta z którą warta się zaznajomić, zwłaszcza jeśli kochamy Judas Priest czy Motley Crue. Dobra rzecz.

Ocena: 7/10

piątek, 25 grudnia 2015

SATANIC RITES - No Use Crying (1987)

Jedną z takich nietypowych kapel reprezentujących NWOBHM jest brytyjski band o nazwie Satanic Rites. Kapela powstała w 1980 roku i w początkowej fazie nie potrafiła się przebić na rynku muzycznym. Wszystko zmieniło się wraz z zatrudnieniem wokalistki Deborah Webster. Zespół specjalizował się w tworzeniu bardzo udanych rockowych kawałków. To już mamy dwa elementy, który wyróżniały kapelę na tle innych grup należących do NWOBHM. Kolejną rzeczą jaka wyróżniała ten band to wykorzystanie klawiszy i nadanie kompozycji takiego nieco tajemniczego klimatu. Melodyjny rock z elementami heavy metalu jaki grupa zaprezentowała mogła się podobać, a najbardziej do mnie przemawia ich drugi i ostatni album w postaci „No Use Crying”, który był idealną mieszanką stylów wypracowanych przez Survivor, Scorpions, Magnum czy Demon z okresu 83-87. Niby bardziej komercyjna odsłona Satanic Rites, na pewno też o wiele lżejsza niż debiut, ale słychać że główną rolę odgrywają partie klawiszowe Grahama Dysona i zapadający w pamięci wokal Deborah. To wszystko stanowiło znakomitą całość i wyróżniało się na tle innych wydawnictw z taką muzyką z tego okresu. Zaczyna się klimatycznie i tak nieco futurystycznie, ale „Good Times Now” to chwytliwy i melodyjny przebój utrzymany w stylu Demon i to z okresu który bardzo sobie cenię. Tak więc mamy genialne otwarcie albumu. Stuart Page może gra lżej ale jego partie na tym albumie są pomysłowe i bardzo klimatyczne. Wystarczy wsłuchać się w hard rockowy Never So easy” by to pojąć. Kiedy słucha się takiego lekkiego „Borderline” to na myśl Survivor i ich największy hit w postaci „Eye of The Tiger”. Wystarczy porównać sferę refrenu czy zwrotek by to odczuć. Na płycie nie brakuje też energii i szybkości, a dowodem tego jest przebój w postaci „Song For Stuart”. Nie zapomniano o balladzie i „Pain of Confussion” czy „here comes the war” to taki hołd dla ballad wykreowanych przez Scorpions. Jeśli ktoś szuka ciekawych popisów gitarowych i większej dawki NWOBHM to znajdzie to w szybszym „Changelling”, który ma coś z Demon. W podobnej tonacji utrzymany jest utrzymany zadziorny „Woman of Mystery” czy też tytułowy „No Use Crying”, które pokazują jaki drzemał potencjał w tej grupie. Lekkie i niezwykle melodyjne granie zaprezentował Satanic Crites. Troszkę na miarę Demon, czy Magnum co bardzo cieszy. Jedna z najciekawszych kapel NWOBHM, która pokazała nieco inne oblicze tego gatunku muzycznego. Okładka wskazuje na mroczne i agresywne granie, co nie do końca jest prawda. Jednak z pewnością udanie zachęca do sięgnięcia po ten świetny album, który był ostatnim w historii grupy.

Ocena: 9/10

środa, 23 grudnia 2015

ZION - Thunder form the Mountain (1989)

Jak ktoś lubi Stryper i chrześcijański heavy metal pod każdą postacią ten może zainteresować się amerykańską formacją Zion. Jest to mało znany band, który tak jak szybko się pojawił na scenie metalowej tak szybko zniknął, pozostawiając po sobie jedynie debiutancki album „Thunder from the Mountain”. Ten kwartet zrodził się w 1981 r w Portland. Główną rolę odegrał w tamtym czasie gitarzysta David Moore. Do pierwszego składu dołączył wokalista Bruce Fischer, perkusista Rex Scott i basista Greg Sauer. Z czasem skład uległ zmianie, bowiem Bruce odszedł, gdyż wolał oddać się prawdziwej pracy, a Rex Scott poduczył się grania na gitarze. Tak w oto przemeblowanym składzie gdzie Rex objął funkcję wokalisty i gitarzysty zespół nagrał debiutancki album, który ukazał się w 1989r. To co mogliśmy znaleźć na tej płycie to nieco niszowy hard'n heavy z mieszany z melodyjny heavy metalem. Nie do końca mogła przekonywać sfera liryczna albumu, bowiem wszystko wiązało się z chrześcijaństwem. Album cechowało niskiej jakości brzmienie i nieco niedopracowany materiał, który jawił się jako dzieło niedoświadczonych muzyków, którzy potrafią grać. Muzyka zawarta na tym krążku jest lekka, klimatyczna, komercyjna, ale są momenty które pozwalają dobrze oceniać ten album. Rex Scott sprawdził się jako wokalista do takiego grania i cały czas śpiewa emocjonalne i dość rockowo. Jeśli chodzi o materiał to na pewno warto wyróżnić otwieracz „Who Pulls the Strings”, który brzmi jak mieszanka Def Leppard, Dokken i Stryper. David Moore to solidny i pracowity gitarzysty, który stawia na prostotę i chwytliwość. To właśnie słychać w hard rockowym „Kick in the Gates” mający przebojowy charakter. Komercja to jest coś co przewija się przez cały album, a nasila się w popowym „Its a Crime” czy stonowanym „Help Me”. Do grona ciekawych utworów warto zaliczyć bardziej heavy metalowy „Thrillseeker”, lekki i hard rockowy „Sold You a Lie”, czy rytmiczny „Roll the Rock”. Zespół nie krył tez wpływów Krokus czy Ac/Dc co słychać w zamykającym „He Loves You”. Mimo chrześcijańskich tekstów, nieco niszowego poziomu i mało oryginalnego stylu można było tutaj znaleźć kilka ciekawych i wartych uwagi kompozycji. Pozycja skierowana do maniaków Stryper i starego hard';n heavy.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 22 grudnia 2015

KING WRAITH - Of secrets and lore (2015)

Nic nie jest w stanie równać się z klasycznym heavy metalem, takim osadzonym w latach 80. Większym zainteresowaniem cieszą się płyty, w których nie brakuje odesłań do najlepszych płyt z lat 80 czy 90, aniżeli takie w których jest pełno eksperymentowania i poszukiwania nowoczesnego brzmienia. Każdego miesiąca pojawiają się właściwie płyty z tego typu muzyką, gdzie słychać echa wielkich kapel, ale żeby mówić o sukcesie trzeba czegoś więcej niż tylko przerysowanych motywów. Trzeba mieć w sobie pasję, trzeba mieć pomysł na styl, a także na materiał. Kiedy słucham sobie debiutancki album włoskiej formacji King Wraith w postaci Of secrets and Lore” to stwierdzam, że Ci panowie są właśnie taki bandem z misją. Ich powołaniem jest przypomnienie nam okresu w którym sukcesy osiągały takie tuzy jak Running Wild. Blind Guardian czy Grave Digger. Ich przygoda z muzyką dopiero się zaczęła, a zapowiada się naprawdę obiecująco.

King wraith to włoska kapela, która powstała w 2014 r z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Daniela Genugu. To on odpowiada za wszelkie inne kwestie jak choćby komponowanie. Wokal jego jeszcze jest nie okiełznany i właściwie brakuje mu pewności siebie. Znacznie lepiej radzi sobie z grą na gitarze. Jest agresja, jest nacisk na mocne riffy, na szybkość i klasyczne motywy. To w efekcie sprawia, że płyta brzmi klasycznie. Na plus warto zaliczyć umiejętność odtworzenia stylów Grave Digger czy Running Wild. Otwieracz idealnie odzwierciedla to. Słychać piracki klimat i hołd dla running Wild w szybkim „Poseidon”. Sam riff i melodia przypomina mi „Genghis Khan”. Tam właśnie powinien brzmieć klasyczny heavy metal, tak powinien brzmieć Running Wild Dalszy ciąg podobnych klimatów mamy w pogodnym „Flag of Black Ship”. Mocny riff, chwytliwe partie gitarowe i pełne szaleństwa solówki. Zespół umiejętnie nawiązuje do Running Wild i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze. King Wratih choć pochodzi z Włoch to nie mają problemu z wykreowaniem typowej niemieckiej toporności. W końcu zostaje ona przemycona w mroczniejszym „Roll'n Ride”. Płyta jest łatwa w odbiorze bo od samego początku zespół dostarcza nam pierwszej klasy hity. Dobrym tego przykładem jest epicki „King Wraith” i na taki heavy/power zawsze warto czekać. Nie brakuje na krążku urozmaicenia i umiejętności zaskoczenia słuchacza. Sporo zamieszania robi marszowy, bardziej hard rockowy „Iliad”. Fale, sztorm, piracki klimat są wyczuwalne w rozpędzonym „A chest of gold and fear”. Prawdziwa speed metalowa jazda bez trzymanki jest w melodyjnym „Jaws of Death”, który ma nawet coś z Hammerfall. Balladowy „Of secrets and lore” brzmi jak hołd dla starego Blind Guardian. Ja to kupuje.

Na debiutanckim albumie włochów nie brakuje cytatów i odesłań do klasycznych albumów Running Wild, Blind Guardian czy Grave Digger. Talent Daniela udziela się przez całą płytę i naprawdę radzi sobie z stworzeniem utworów będących hołdem dla tych wielkich kapel. Potrafi przy tym stworzyć coś własnego, coś wyróżnia na tle innych podobnych płyt z tego roku. Jak na debiut to płyta jest bardzo dopracowana i stworzona przez fanów heavy metalu, którzy sami żyją tą muzyką i darzą ją wielkim szacunkiem. W efekcie dostaliśmy album, który jest miły dla ucha i na długo zostaje w pamięci. King Wraith zaskoczył w roku 2015 i ciekawe co jeszcze nam pokażą. Muzyki w stylu Running Wild nigdy za wiele.

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 21 grudnia 2015

CHASTAIN - The Voice of the Cult (1988)

Chastain kuł żelazo w latach 80 póki było gorące. Mieli za sobą dwa świetne albumy i kiedy wydawało się że zespół będzie trzymać się już tego wypracowanego stylu i że nie czekają nas niespodzianki, Chastain dokonał niemożliwego. Nie dość że udało się nieco zmienić, podrasować swój własny styl nie zmieniając pewnych podstawowych założeń, to jeszcze udało się nagrać album, który dla wielu jest uważany za kultowy i za najlepszy w dyskografii Chastain. Rok 1988 okazał się dobry rokiem dla bandu, bo wtedy wydano „The Voice of the Cult”. Ten album zamknął pewien okres zespołu i postawił wysoko poprzeczkę na kolejne lata.

Nowy album miał nieco inny charakter. Wydawało się, że zespół chciał nadać całości bardziej komercyjnego charakteru. Płytę zdominował lżejszy klimat, riffy były mniej agresywnie i postawiono na lżejsze aranżacje. Przez to płyta stała się jeszcze bardziej przyswajalna i łatwiejsza w odbiorze. Najciekawsze jest to, że wciąż na płycie roi się od neoklasycznych zagrywek Davida, wciąż było pełno mocnych riffów i petard. Nawet Leather Leone nie odpuszczała w sferze wokalu i każdy fragment zaśpiewała z pasją i zaangażowaniem. Wszystko na tym albumie brzmi świeżo i muzyka Chastain nabrała jakby nowej jakości. Zaczyna się od niezwykle melodyjnego „The Voice of the Cult” i słychać gdzieś tam w początkowej fazie wpływy Queen, gdzie potem to już jazda bez trzymanki w stylu Iron Maiden. „Live hard” ma w sobie coś z hard rocka, ma w sobie dość pomysłowy riff, co tylko potwierdza że zespół nieco podrasował swój styl. Podobne emocje wywołuje rytmiczny „Chains of Love” o komercyjnym charakterze. Te dwa utwory dobrze pokazują, że ten album był lżejszy i bardziej prostszy jeśli chodzi o aranżacje. W końcu ten album pierwotnie miał być wydane pod szyldem CJSS czyli drugiej kapeli Davida. Jednak ostatecznie wydano go dla Chastain, a nie CJSS. „Fortune Teller” to kompozycja już bardziej złożona i z taką nutką progresywności, która ma echa poprzednich płyt. Najostrzejszym kawałkiem na płycie jest „Child of Evermore”, który przemyca pewne cechy wyjęte z thrash metalu, co również bardzo cieszy. Na płycie jest pełno ciekawych i ponadczasowych przebojów i jednym z takowych jest marszowy „Soldiers of the Flame” czy ostrzejszy „Evil for Evil”. Na koniec mamy złowieszczy, nieco bardziej klimatyczny „Take Me Home”, który przez swój nieco progresywny charakter przypomina wczesny Savatage.

Tym albumem Chastain umocnił swoją pozycję i zapisał się już na stałe w historii heavy/power metalu. David pokazał że jest utalentowanym gitarzystą, który odnajduje się w różnych stylach, a Leather Leone to jedna z najlepszych wokalistek heavy metalowych. Płyta z jednej strony lżejsza, bardziej komercyjna, ale z pewnością nie traci to na jakości. Chastain nagrał album niezwykle przebojowy, świeży i jednocześnie utrzymany w stylu poprzednich. Warto znać ten krążek, który szybko uzyskał tytuł kultowego. Niech każdy usłyszy ten głos kultu.

Ocena: 9.5/10

sobota, 19 grudnia 2015

CHASTAIN - The 7th son of never (1987)

Wydanie „Ruler of The wasteland” było przepustką dla nowo rodzącej się gwiazdy heavy/power metalu czyli Chastain. Zespół pokazał swój styl, zaprezentował to co najlepsze i przyciągnął wiele słuchaczy. Teraz stało przed nimi już tylko jedno, a mianowicie utrzymanie tego poziomu i tworzenie nowej, równie świetnej muzyki. To nie zawsze jest takie łatwe, zwłaszcza kiedy wszystko rozpoczyna płyta świetna, wręcz bez błędna. Na szczęście Chastain udało się kontynuować to co pokazali na „Ruler of The Wasteland” i tak w efekcie udało się po roku wydać „The 7th of Never”.

Płyta właściwie jest podobna do swojej poprzedniczki i to pod wieloma względami. Klimatyczna i nieco tajemnicza okładka, która przyprawia nieco o dreszcze. Przybrudzone i ostre brzmienie, to również jeden z tych atutów, które udało się przerysować na nowy album. Same pomysły, konstrukcja, to co gra David i w jaki sposób, a także wokal Leather w rzeczy samej nie uległy zmianie i właściwie słychać że forma została utrzymana. Słychać na „The 7th of never” , że zespół został natchniony poprzednim albumie i byli w swoim żywiole i nie brakowało im pomysłów. To też w efekcie dość szybko powstał kolejny krążek, który w dużym stopniu jest kontynuacją „Ruler of The wasteland”. Otwarcie płyty jest równie świetne co na poprzedniczce. „We must Carry on” to taki rasowy kawałek Chastain z szybszym tempem i nawiązanie do klasycznego power metalu. David to bardzo uzdolniony gitarzysta i nie kryje tego na tym albumie, co zresztą bardzo cieszy. „Paradise” ma mocne wejście sekcji rytmicznej i sporo popisowych zagrywek Davida, a tego nigdy za wiele w Chastain. Do grona ciekawych kompozycji z pewnością warto zaliczyć energiczny „Its too late for yeasterday” z wyraźnymi wpływami Judas Priest. Nie ma co ukrywać talentu Davida i jego umiejętności jako gitarzysty, lecz trzeba się tym chwalić. Nic więc dziwnego, że zespół umieścił na płycie instrumentalny „827”, który pokazuje na co stać Davida. Dzieje się sporo i szkoda tylko że nie pokoszono się o jakiś bardziej wyrazisty motyw prowadzący. Najciekawszym utworem na płycie jest bez wątpienia agresywny, klimatyczny „The wicked are restless” z wyraźnymi wpływami neoklasycznego heavy/power metalu. Marszowe tempo i ciekawy główny motyw sprawiają że kompozycja tętni swoim własnym życiem. Tutaj mamy wszystko to za co kochamy ten band. Zespół nie zapomina o swoich korzeniach i tradycyjnym amerykańskim heavy metalu co potwierdza w nieco toporniejszym „The 7th of never”. W tamtych Chastain przede wszystkim zaskakiwał bardziej wyszukanymi, chwytliwymi melodiami i klimatem. Dobrze to uchwycono w pomysłowym „Take Me Back in Time”. Sama konwencja, styl przypomina „The King has the power”. Całość zamyka klimatyczny i bardziej epicki „Forevermore” w którym dzieje się całkiem sporo.

Chastain wydając ten album pokazał, że jeszcze nie wykorzystali wszystkich pomysłów i że są silnym zespołem, w którym drzemie spory potencjał. Trzeci album w ich dyskografii był nieco słabszy od kultowego „Ruler of the Wasteland”, ale to wciąż heavy/power metal na wysokim poziomie. Dla takich kawałków jak „Wicked are restless” czy „Take Me back In Time” warto znać ten album, zwłaszcza że to jeden z tych najlepszych wydanych przez amerykańską formację.

Ocena: 9/10

czwartek, 17 grudnia 2015

CHRISTIAN MISTRESS - To Your Death (2015)

Każdy szuka czegoś innego w muzyce. Jeden będzie szukał czystej i nie zobowiązującej rozrywki. Inni w muzyce metalowej szukają nie zapomnianych przeżyć, ale są też tacy, którzy chcą się wyszaleć przy heavy metalu i jednocześnie przenieść się do lat świetności tego gatunku. Dzisiaj to chleb powszedni że młode kapele próbują odtworzyć tamte czasy, nawiązać stylistycznie do Iron Maiden, Mercyful fate czy Black Sabbath. Niektóre kapele starają się przy tym mieszać z nowoczesnym brzmienie, co wszystko tylko traci na jakości i oryginalności. Jednak nie wszystkie kapele kończą z takim efektem. Amerykański band Christian Mistress to jedyny w swoim rodzaju zespół, który łączy psychodeliczny klimat, tematykę okultystyczną, mroczne brzmienie, NWOBHM, twórczość Black Sabbath, Mercyful Fate i Iron Maiden. To kapela która gra szczerze, z polotem i z pasją. Dawno nie było tak autentycznego zespołu, który brzmi jakby faktycznie tworzył w latach 70/80. Ich drugi album „Possesion” z 2012 r namieszał na rynku, czy z nowym albumem „To Your death” jest podobnie?

Christian Mistress to zespół, który udowodnił już nam że ma pomysł na siebie, wie jak stworzyć hit, jak nagrać album klimatyczny. Wiedzą też jak podejść słuchacza i jak go zaskoczyć, jednocześnie sprawić by odżyły wspomnienia i myśli o kultowych kapelach. Nie kryją swoich inspiracji od samego początku i dumnie się z tym afiszują, Różnica polega na tym w stosunku do innych młodych kapel że brzmi oryginalnie i świeżo. Brakowało na rynku takiej formacji, która będzie zaskakiwać i wciągać w swój magiczny świat. Plusem jest też wokalistka Christine Davis, który tylko podkreśla wyjątkowość tej formacji. Ma specyficzną manierę i styl śpiewania. Nie grzeszy techniką, czy też agresja, ale to właśnie dzięki niej występuje ten psychodeliczny klimat, co jest źródłem potęgi tej formacji. W składzie pojawił się nowy gitarzysta tj Tim Diedrich, który właściwie nie wniósł za wiele do muzyki. Dalej mamy to samo, dalej mamy złożone solówki, bardziej wyszukane motywy, a wszystko z nawiązaniem do klasyki. Z pewnością razem z Oscarem dają czadu i dzieje się w tef sferze naprawdę sporo. Wystarczy odpalić płytę i w słuchać się w hard rockowy otwieracz „Neon”. Od razu słychać klasyczne brzmienie, taki tradycyjny riff osadzony w latach 80. Na myśl przychodzi Warlock czy Hellion, co tylko dobrze świadczy o tym kawałku, jak i zespole. „Stronger Than Blood” to utwór osadzony w klimatach NWOBHM i wczesnego Iron maiden czy Diamond Head. Prosty motyw gitarowy i fajna zabawa rytmiką to zalety tego kawałka. W żywiołowym „Eclipse” można doszukać się wyraźnych wpływów Metal Church z okresu Mike'a na wokalu. Christian Mistress nie boi się sięgać po elementy stricte rockowe i taki „Walking Around” w początkowej fazie ma riff wyjęty jakby z wczesnego Ac/Dc. Na nowej płycie nie zabrakło również stylizacji bardziej speed metalowej. Dobrze to odzwierciedla rozpędzony „Open Road”. Szkoda tylko, że to jedna z nie wielu petard na płycie. Amerykańska formacja na poprzednim albumie zawarła sporo klimatycznych kompozycji i nic dziwnego, że na najnowszym krążku też pojawiły się takie bardziej mroczne, psychodeliczne kawałki. Jednym z nich jest ponury „Ultimate Freedom” o nieco komercyjnej stylizacji. Drugim takim utworem na płycie jest urozmaicony „Lonewild”. Całość zamyka bonus w postaci „TYD” i jest to druga petarda na wydawnictwie, która udowadnia że zespół powinien nieco odejść w kierunku szybszego grania.

3 lata czekania i w sumie dostaliśmy kontynuację poprzedniego albumu. Fakt, że już nie działa w takim sam sposób i już nie jest tak magiczna i zaskakująca jak „Possesion”. Mimo nieco słabszego materiału, jest to wciąż wysokiej klasy granie. Co przemawia za tym wydawnictwem to specyficzny wokal Christine, mroczny nieco psychodeliczny klimat i znakomite odtworzenie riffów, motywów lat 70 czy 80. To jest to i tylko tak trzymać.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 15 grudnia 2015

BLACK TIDE - Chasing shadows (2015)

To już 8 lat istnienia amerykańskiego bandu o nazwie Black Tide. Do dnia dzisiejszego pamiętam ich całkiem udany debiutancki album z roku 2008. „Light from above” to była pozycja skierowana do maniaków tradycyjnego heavy/power metalu, do tych co cenią sobie melodyjność i to ponad świeżość czy oryginalność. Wtedy dali się poznać jako zespół kochający twórczość Iron Maiden czy Judas Priest. Kolejny album przeniósł zespół do świata współczesnego i bardziej nowoczesnego heavy metalu, w którym nie trudno było doszukać się wpływów Bullet For My Vallentine, tracąc wcześniejsze wzorce. W końcu chyba udało się połączyć te dwa światy i znaleźć prawdziwy złoty środek, który pogodzi fanów tych dwóch płyt. Najnowszy krążek zatytułowany „Chasing Shadows” to najlepsze co zespół nagrał do tej pory i to nie żart.

Przede wszystkim zespół wrócił do swojego pierwotnego logo. Powrócono do heavy/power metalu, znów zaczęto stosować coraz więcej elementów wyjętych z twórczości Iron Maiden, czy judas Priest. Najlepsze jest to, że nie boją się wmieszać to utworów nieco metalcorowych, przesiąkniętych Bullet For My vallentine. Wyszła z tego ciekawa mieszanka i choć słychać momentami nieco młodzieżowy feeling to słucha się tego z wypiekami na twarzy. Zespół nagrał niezwykle przemyślany album, który zadowoli nawet bardziej wymagającego fana heavy/power metalu. Płyta kipi energią i każdy utwór ma w sobie coś, co pozwala nam go zapamiętać i na nowo przeżywać. Nieco komercyjne i płaskie brzmienie to jeden z słabych punktów tej płyty, ale na szczęście nie niszczy ostatecznego efektu. Tutaj przemawiają przede wszystkim partie gitarowe, które przebijają wszystko to co zespół stworzył do tej pory. Garcia i Diaz naprawdę wzięli się ostro do pracy i to przedłożyło się na jakość zawartej muzyki. Gitary brzmią soczyście a każdy riff, czy solówka to prawdziwa frajda. Heavy metal ma być zabawą, ma cieszyć słuchacza i zachęcać do wyszalenia się. Ta muzyka nadaję się do tego. „Intro” za wiele nie zdradza, ale przynajmniej spełnia się w roli budowania klimatu. Dalej mamy ostrzejszy „Guidelines” to ciekawa mieszanka power metalu i metalcoru. Dochodzi do skrzyżowania muzyki rodem z Helloween z nowocześniejszym, młodzieżowym metalem spod znaku Bullet For my Vallentine. Dzieje się sporo i nie ma szans nudzić się przy tym. Kolejnym hitem na płycie jest bardziej już melodyjny „Angel in the Dark”. Niby proste i oklepane granie, ale ma w sobie tyle spontaniczności, radości i miłości do metalu, co od razu przerzuca się na słuchacza. Zespół na nowej płycie nie szczędzi naprawdę szybkich, energicznych kawałków co pokazuje melodyjny „Predator”. Tutaj gitarzyści dają niezły popis swoich umiejętności i brakowało tego na poprzednim albumie. Dobrze też wpasował się w całość bardziej hard rockowy „Burn”. Tytułowy „Chasing Shadows” to taka wizytówka tego albumu i tutaj mamy to wszystko co przewija się w tym albumie. Nic nowego co byśmy słyszeli w tym roku, ale zapada to w pamięci, a to już coś. Fanom power metalu na pewno spodoba się chwytliwy „Sex is Angry” czy ostrzejszy „Promised Land”, który zamyka płytę.

4 lata nie zostały zmarnowane i amerykański band w pełni wykorzystał swój potencjał i nagrał najlepszy album w swojej twórczości. Płyta jest zarówno nowoczesna, melodyjna i pełna cech heavy/power metalowych, co bardzo cieszy. Udało się połączyć tradycyjne rozwiązania z nowoczesnym brzmieniem i młodzieżowym pazurem. Kupuje to co Black Tide zaprezentował na „Chasing Shadows”, wam też radzę się zapoznać z tym wydawnictwem.

Ocena: 8/10