poniedziałek, 26 stycznia 2026

STORMZONE - Immortal beloved (2026)

 



Ostatni album brytyjskiego Stormzone ukazał się w 2020 roku, jednak Ignite the Machine był krążkiem wyraźnie słabym i kompletnie pozbawionym zapadających w pamięć momentów. Teraz, po sześciu latach przerwy, zespół powraca z nowym studyjnym wydawnictwem zatytułowanym Immortal Beloved, które ujrzało światło dzienne 23 stycznia nakładem wytwórni Escape Music.

Ze starego składu ostał się jedynie wokalista John Harbinson. W 2025 roku do zespołu powrócili perkusista Glenn Gray oraz gitarzysta David Shields, znany z Ironheart. Rok wcześniej, w 2024, szeregi Stormzone zasilił gitarzysta Shaun Nelson-Frame, również związany z Ironheart, natomiast w 2025 roku stanowisko basisty objął Dave McVeigh. Nowy skład, nowy materiał — pozostaje więc sprawdzić, czy zespół w końcu jest w stanie wyrwać się z przeciętności.

Miałem już kilka podejść do twórczości Stormzone, jednak każde kończyło się podobnie: niskich lotów heavy metal z domieszką power metalu i hard rocka — muzyka z kategorii „posłuchać i zapomnieć”. Czas więc sprawdzić, jak prezentuje się nowy rozdział w historii zespołu.

John Harbinson to solidny wokalista, dobrze odnajdujący się w tego typu graniu. Potrafi zabrzmieć agresywnie, a momentami dorzuca hardrockowy pazur. Nie jest to może ścisła czołówka gatunku, ale w ramach tej stylistyki sprawdza się bez zarzutu. Duet gitarowy Nelson-Frame/Shields idzie jednak po linii najmniejszego oporu — bez większych kombinacji, serwując bardzo proste, klasyczne heavy metalowe riffy. Materiał jest wprawdzie zróżnicowany, lecz jako całość brakuje mu spójności. Trafiają się również wyraźnie słabsze momenty.

Jednym z głównych problemów albumu jest jego długość — trzynaście utworów wypełniających niemal godzinę muzyki to zdecydowanie za dużo jak na zawartość, jaką oferuje Immortal Beloved. Całkiem udanie wypada otwierający „Titanic”, utrzymany w mroczniejszym klimacie, z wyraźną nutą power metalu w refrenie. Jest energia i zaangażowanie, dzięki czemu zespół już na starcie robi całkiem dobre wrażenie. Nieco bardziej toporny „Tyrannosaur” również broni się w odsłuchu, oferując solidną mieszankę heavy metalu i hard rocka.

Na plus warto zaliczyć zadziorny „My Immortal Beloved”, przemycający typowe patenty heavy/power metalowe. Nic nowego ani odkrywczego, ale słucha się tego bez bólu. Bardzo ładne wejście klawiszy pojawia się w melodyjnym „The Hammer Has to Fall”. Dalej otrzymujemy hardrockowy „Hands Held High”, który niestety niczym szczególnym się nie wyróżnia. Balladowy „Blood and Tears” również wypada bez wyrazu i polotu. Znacznie ciekawiej robi się przy ostrzejszym „The Reckoning” oraz melodyjnym „Until I Found”, które zahaczają o stylistykę power metalową. Zespół próbuje pokazać pazur w „Heart on Fire”, jednak brakuje tu odpowiedniego dopracowania i wyrazistości.

Stormzone wciąż pozostaje zespołem niszowym, który — mimo szczerych chęci — dostarcza jedynie album średniej jakości. Zmiany w składzie i długa przerwa nie przełożyły się na zauważalny jakościowy skok. To płyta, którą można przesłuchać… i szybko o niej zapomnieć.

Ocena: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz