Amerykański Vanishment działa od sześciu lat i już zdążył udowodnić, że potrafi umiejętnie łączyć stylistykę heavy metalu z thrash metalem. Zespół wie, jak grać ten gatunek, a już na debiucie było słychać wyraźne inspiracje takimi formacjami jak Metal Church, Anthrax czy Exodus. Po trzech latach przerwy band powraca z nowym albumem „…and now we die”, który ukazał się 23 stycznia. Dla fanów takiego grania to zdecydowanie pozycja warta sprawdzenia.
Vanishment to przede wszystkim utalentowany wokalista Rob Robkins, który potrafi śpiewać agresywnie, ale nie stroni też od budowania klimatu i melodii. Jego barwa oraz sposób prowadzenia wokalu dobrze pasują do stylistyki zespołu i mogą przywodzić na myśl wokalistów Anthrax czy Metal Church. Również muzycznie formacja mocno czerpie z klasyki gatunku. Duet gitarowy McAllister / Johnson sprawdza się bez zarzutu i pokazuje, jak dobrze potrafią się wzajemnie uzupełniać. Nie brakuje tu solidnych riffów ani chwytliwych melodii. Oczywiście wszystko to jest dość wtórne i schematyczne — Vanishment nie odkrywa niczego nowego — jednak pasja i zaangażowanie muzyków przekładają się na jakość prezentowanego materiału.
Album jest dobrze wyważony i starannie dopracowany. Bardzo dobrze wypada otwarcie płyty w postaci „Scarred in Fate” — mocny riff oraz spora dawka gitarowych partii i melodyjnych solówek skutecznie napędzają ten numer. Zespół doskonale wie, jak budować chwytliwe melodie, co potwierdza dynamiczny i wpadający w ucho „Darkened Innocence”. Dalej otrzymujemy zadziorny, bardziej heavy metalowy „How I Bleed” — solidny utwór, choć pozbawiony elementu zaskoczenia. Wpływy Exodus czy Kreator słychać wyraźnie w rozpędzonym „Steel Demise”, który jest rasowym killerem. Bardzo dobrze prezentuje się także agresywny „Engraved Under Skin”, gdzie zespół nie boi się sięgać po bardziej melodyjne rozwiązania. Spokojniejszy „Ellipsis” nie do końca pasuje do całości i lekko odstaje stylistycznie. Na zakończenie dostajemy najdłuższy utwór na płycie — „Ashes and Bone”, który w udany sposób podsumowuje cały album. To naprawdę solidna mieszanka heavy metalu i thrash metalu.
„…and now we die” to porządnie skrojona płyta, łącząca melodyjność z agresją i sporą dawką chwytliwości. Album trzyma równy poziom i nie brakuje na nim urozmaicenia. Wszystko brzmi poprawnie, ale niestety jest to granie bardzo wtórne i odtwórcze. Brakuje świeżości oraz wyraźniejszego własnego charakteru. To dobra i godna uwagi płyta, choć w tej stylistyce można było już słyszeć rzeczy bardziej wyraziste.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz