niedziela, 1 lutego 2026

EVERMORE - Mournbraid (2026)


 

Debiut szwedzkiego Evermore bardzo przypadł mi do gustu, dlatego od tamtej pory uważnie śledzę poczynania tej formacji, wyraźnie inspirującej się dokonaniami takich zespołów jak Edguy, Helloween, Gamma Ray czy Nocturnal Rites. Drugi album, „In Memoriam”, był materiałem solidnym, jednak nie wywołał już takiego zachwytu jak debiut. Po trzech latach przerwy zespół powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Mournbraid”. Płyta ukaże się 20 marca nakładem Scarlet Records. Fani power metalu z pewnością nie przejdą obok tej premiery obojętnie — zapewne znajdą się tacy, którzy będą wychwalać album pod niebiosa. Jeśli jednak chodzi o mnie, towarzyszy mi raczej poczucie rozczarowania niż autentycznego entuzjazmu. Evermore wciąż gra swoje, lecz materiał nie powala na kolana tak jak debiut.

Evermore to dziś już marka rozpoznawalna na scenie. Tym razem zespół postawił na dość skromną okładkę, a samo brzmienie jest typowe dla tego rodzaju produkcji — mocne, klarowne i krystalicznie czyste, gdzie każdy dźwięk brzmi soczyście i selektywnie. Muzycy bez wątpienia są utalentowani i wiedzą, co robią. Dużym atutem zespołu pozostaje wokal Johana Haraldssona, który potrafi nadać kompozycjom przebojowości, energii i odpowiedniej dynamiki. Za partie gitarowe odpowiada Johan Karlsson, który wykonuje dla zespołu ogrom pracy. Stawia na klasyczne rozwiązania, jednak tym razem nie wszystkie pomysły okazują się trafione — zdarzają się momenty wyraźnie słabsze. Szkoda, że formacja, która nagrała tak znakomity debiut, zmaga się obecnie z podobnymi problemami.

Album rozpoczyna się w klasyczny sposób — od nastrojowego intra. Na duże brawa zasługuje jednak „Underdark”, który wchodzi z potężną siłą. To power metal pełną gębą, brzmiący jak mieszanka stylistyki Bloodbound, Gamma Ray oraz Primal Fear. Szkoda tylko, że cała płyta nie utrzymuje takiego poziomu energii. Klimatyczny i momentami progresywny „Nightstar Odyssey” przywodzi na myśl dokonania Edguy. To dobry utwór, choć brakuje mu czegoś, co wywołałoby pełną ekscytację. Klasyczny power metal rodem z lat 90. odnajdziemy w rozpędzonym „Titans”, który ponownie mocno nawiązuje do Bloodbound. Tego rodzaju szybki, dynamiczny power metal zdecydowanie najlepiej wychodzi Evermore. Siedmiominutowy „Oath of Apathy” próbuje być monumentalny i nastrojowy, lecz sprawia wrażenie nieco wymuszonego i niepotrzebnie rozciągniętego. Kolejnym mocnym punktem albumu jest energiczny „The Illusionist” — wyraźny hołd dla klasyki power metalu spod znaku Edguy czy Helloween. Partie klawiszy dobrze wypadają w melodyjnym „Armored Will”, gdzie zadziorny wokal i mocniejszy riff skutecznie napędzają utwór, przywodząc na myśl zarówno Bloodbound, jak i Sabaton. Mroczny i ciężki „Ravens at the Gates” momentami kojarzy się z solowymi dokonaniami Halforda i bez wątpienia należy do najmocniejszych kompozycji na płycie — właśnie w takim kierunku powinien zmierzać cały album. Równie dobrze prezentuje się dynamiczny „Mournbraid”, który serwuje mroczny i agresywny power metal.

Nowy album Evermore mógł być wielkim wydarzeniem dla fanów power metalu. Niestety, z dużej chmury spadł raczej niewielki deszcz. Krążek zawiera kilka naprawdę udanych momentów, lecz jako całość jest nierówny i nie dorównuje znakomitemu debiutowi. To solidna porcja klasycznego power metalu, ale nic ponad to. Pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz