piątek, 20 lutego 2026

LIGHTING STRIKES - The King is Victorious (2026)


 "The King Is Victorious” to drugi album amerykańskiej formacji Lighting Strikes. Warto wspomnieć, że początki zespołu sięgają lat 80. Debiutancki krążek ukazał się w 2016 roku, a po niemal dekadzie przerwy grupa powraca z drugim studyjnym wydawnictwem, którego premiera odbyła się 18 lutego. Muzycznie band konsekwentnie stawia na mieszankę hard rocka i heavy metalu, wyraźnie inspirowaną klimatem złotej ery lat 80.

Już sama okładka przyciąga wzrok i zachęca do sięgnięcia po całość. Brzmienie jest dopracowane, nasycone rockowym feelingiem i klasyczną energią. Otrzymujemy solidny materiał, który powinien przypaść do gustu fanom tradycyjnego, gitarowego grania. Lighting Strikes to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Mariano Gardella, którego barwa głosu i charakterystyczna drapieżność świetnie odnajdują się w hardrockowej konwencji. Norifumi Shima na gitarze robi wszystko, by oddać ducha lat 80. – w jego zagrywkach można doszukać się inspiracji takimi zespołami jak Dio czy Black Sabbath. Choć muzycy wyraźnie starają się nawiązać do klasyki gatunku, ostatecznie dostajemy po prostu dobry album z kilkoma wyraźnymi przebłyskami. Do poziomu wybitnego wciąż jednak sporo brakuje.

Już na otwarcie otrzymujemy stonowany, lekko mroczny „Fear of the Unknown”, który pokazuje, jak cennym nabytkiem dla zespołu jest Shima, znany z Concerto Moon. Jego charakterystyczne partie gitarowe od razu przykuwają uwagę. Więcej energii przynosi zadziorny „Voices in My Head”, w którym można wychwycić patenty znane z twórczości Dio czy Rainbow – to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Warto również zatrzymać się przy utworze tytułowym „The King Is Victorious”, opartym na marszowym tempie, epickim klimacie i chwytliwym motywie przewodnim. W takiej odsłonie zespół wypada szczególnie korzystnie. Rockowy „Aim and Shoot” nawiązuje stylistycznie do lat 70., oferując nieco bardziej pokręconą, mniej oczywistą formę. Z kolei „New Beginning” to dynamiczny, wpadający w ucho numer z wyraźnym pazurem.

Piękna okładka i kilka udanych, hardrockowych kompozycji to jednak za mało, by stworzyć album, który na długo zapadnie w pamięci. Choć zespół niewątpliwie potrafi grać i momentami pokazuje swój potencjał, całość pozostawia pewien niedosyt. Brakuje dopracowania, wyrazistej tożsamości i prawdziwych „killerów”, które wyniosłyby ten materiał na wyższy poziom. Szkoda, bo możliwości były zdecydowanie większe.

Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz