piątek, 20 lutego 2026

TEMPLE BALLS - Temple Balls (2026)


 

Fiński Temple Balls to kolejna interesująca i wartościowa formacja w katalogu wytwórni Frontiers Records. Zespół od lat konsekwentnie łączy melodyjny heavy metal z chwytliwym hard rockiem, a w ich muzyce można usłyszeć inspiracje twórczością takich grup jak Crowne,  Sunstorm, Eclipse czy Def Leppard. 13 lutego światło dzienne ujrzał ich piąty album studyjny zatytułowany Temple Balls. To przede wszystkim gratka dla wiernych fanów oraz miłośników gatunku, ale także wzruszający hołd dla zmarłego w 2025 roku gitarzysty Niko Vuorel’i.

Każdy, kto poszukuje radiowych hitów, solidnej dawki rozrywki i hardrockowej energii, znajdzie tu coś dla siebie. Temple Balls doskonale wiedzą, jak pisać przebojowe kompozycje, czego efektem jest kolejny mocny i dopracowany materiał. To prawdziwa uczta dla sympatyków melodyjnego heavy metalu z wyraźną domieszką hard rocka. Szczególnie poruszające jest ostatnie wspólne brzmienie duetu gitarowego Niko/Jiri – chemia między muzykami była wyczuwalna, a ich współpraca owocowała pomysłowymi riffami i wciągającymi solówkami. Na nowym albumie nie brakuje tych charakterystycznych elementów. Wokalista Arde również prezentuje wysoką formę – jego ekspresyjny, hardrockowy styl śpiewania stanowi siłę napędową zespołu. Całość brzmi świeżo, energetycznie i niezwykle melodyjnie.

Materiał dostarcza mnóstwo frajdy od pierwszych minut. Trudno przejść obojętnie obok otwierającego „Flashback Dynamite” czy wpadającego w ucho „Lethal Force” – oba utwory pokazują, że zespół jest w znakomitej dyspozycji. Melodyjny heavy metal w zadziornym wydaniu wybrzmiewa w „Tokyo Love”, który zachwyca chwytliwością. Grupa emanuje pozytywną energią, a w niektórych momentach można wyłapać echa Dynazty czy klasycznego hard rocka spod znaku Def Leppard. W efekcie powstaje wybuchowa i atrakcyjna mieszanka stylistyczna.

W „There Will Be Blood” pojawia się lekko kiczowaty klimat przywodzący na myśl wczesne dokonania Battle Beast, jednak utwór broni się przebojowością. Klimatyczny „We Are the Night” udowadnia, że prosty, nośny motyw gitarowy i chwytliwy refren wciąż potrafią działać bez zarzutu. Miłym zaskoczeniem jest dynamiczny „Hellbound”, w którym zespół podkręca tempo i sięga po ostrzejsze riffy. Słychać, że muzycy nie zamykają się w jednym schemacie, próbując delikatnie urozmaicić formułę.

Bardziej radiowy charakter ma „The Path Within”, natomiast „Stronger Than Fire” ociera się momentami o przesadną słodycz. Na szczęście energiczny „Chasing the Madness” szybko podnosi poziom adrenaliny i pokazuje pełnię możliwości zespołu. Album zamyka solidny „Living in a Nightmare”, który stylistycznie spina całość. Rzeczywiście, druga połowa płyty nie ma już takiej siły rażenia jak pierwsze utwory, jednak całość wciąż utrzymuje bardzo dobry poziom.

Trudno powiedzieć o tej płycie coś złego. Słucha się jej z przyjemnością od początku do końca. Album aż kipi energią, melodyjnością i hardrockowym rozmachem. Największym atutem pozostaje imponująca przebojowość oraz naturalna lekkość kompozycji. Temple Balls w bardzo dobrej formie – album, który można brać w ciemno.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz