Nie trzeba być detektywem, by odkryć, co może kryć się pod tą miłą dla oka, utrzymaną w fantasy okładką. To oczywiście klasyczna oprawa dla albumu z kręgu power metalu. Szwedzki Vandor, obecny na scenie od 11 lat, powraca ze swoim trzecim albumem studyjnym zatytułowanym „The Ember Eye Part II: The Portal of Truth”. Zespół od początku kariery serwuje prosty, klasyczny europejski power metal, oparty na schematach wypracowanych przez takie formacje jak Helloween, Edguy, Insania czy wczesna Avantasia. Nic odkrywczego Vandor tu nie prezentuje — najnowszy album to solidny krążek, który jednak nie zaskakuje i nie wnosi niczego świeżego do gatunku.
Po pięciu latach oczekiwania na nowy materiał zespół wciąż trzyma się sprawdzonej stylistyki. Całość brzmi dość banalnie i przewidywalnie. Mocnym punktem Vandor pozostaje wokalista Vide Bjerde, który świetnie odnajduje się w wysokich rejestrach. Stawia na klimat i klasyczny wydźwięk, wokalnie czerpiąc garściami z Michaela Kiske czy Tobiasa Sammeta. Vide Bjerde wraz z Jackiem L. Strömem tworzy zgrany duet gitarowy. Choć muzycy grają sprawnie i melodyjnie, nie potrafią niczym szczególnym zaskoczyć — opierają się na ogranych patentach i dobrze znanych motywach. Brakuje tu pomysłowości, drapieżności i odpowiedniej mocy. Wszystko jest zbyt łagodne, jakby pozbawione pazura.
Początek albumu prezentuje się jednak bardzo obiecująco i przywołuje na myśl klasyczne power metalowe wydawnictwa. „Turn to the Light” to wyraźny ukłon w stronę wczesnego Helloween czy Edguy — bardzo udany otwieracz. W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony „Another Life”, który mimo wtórności dostarcza sporo frajdy i stanowi znakomitą podróż w czasie do lat 90. Dalej pojawia się radosny, pozytywnie zakręcony „Portal of Truth”, będący kolejnym hołdem dla stylistyki Edguy i Helloween. Zespół konsekwentnie robi swoje, oferując klasyczny europejski power metal również w utworze „Disease”.
Dobrze słucha się także „Last One of My Kind”, opartego na szybkim tempie oraz prostym, chwytliwym motywie. Niestety, i tutaj nie sposób oprzeć się wrażeniu banalności i braku oryginalności. Sześciominutowy „Storm in My Heart” okazuje się zbyt długi i zbyt spokojny — w takiej odsłonie Vandor wypada dość blado i traci impet.
Radosny power metal jest tu obecny, ale całość brzmi oklepanie, bez świeżości i drapieżności. To płyta z kategorii „do jednorazowego przesłuchania i szybkiego zapomnienia”. Nie pomagają ani talent wokalisty, ani liczne nawiązania do twórczości Helloween czy Edguy. Vandor po raz kolejny serwuje solidny power metal — i niestety nic ponadto.
Ocena: 6/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz