niedziela, 26 czerwca 2011

DIO - Magica (2000)

Koncept i Ronnie James Dio? Mogłoby się wydawać nie możliwe, ale jednak nadszedł w końcu ten dzień w którym to światło dzienne ujrzał pierwszy koncept album mistrza Dio.
Sama historia jest z pogranicza s-f , są obcy ,jest niby walka dobra ze złem i trzeba przyznać, że wszytko zostało otoczone niesamowitym klimatem.
Magica to album, który można uznać za powrót Dio to konkretniejszego grania, 2 poprzednie były nieco dziwne,a tutaj jest muzyka, która bardziej odpowiada, przynajmniej mi. Ten album został przyrządzony w dość mocnym składzie Dio -wokal, Goldy -gitara ,Bain-bas oraz Wright -perka.
Czy ten skład mógł zawieść ? Otóż NIE! Ale powodów do skakania z radości też nie ma.
Uważam że można było nieco podkręcić śruby, nieco przysiąść i nagrać naprawdę coś unikatowego, coś potężnego. No cóż jest dobrze, bardzo dobrze, ale o o genialności nie ma mowy.

No to przejrzyjmy się bliżej temu krążkowi........
Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę to na niezbyt udaną okładkę
Ale olałem to bo przecież najlepsze w tym wszystkim jest przecież zawartość, a nie jakaś głupia okładka. No na albumie znalazło się trochę tych kompozycji bo aż 14.
I postaram się wam je nieco przybliżyć:
No jak to bywa w tego typu albumach, trzeba zacząć od klimatycznego intra, w tym przypadku jest to „Discovery” i cholernie mi się poda utrzymanie tego w klimacie sience -fiction.
Ale nie bardzo rozumiem obecność takiego drugiego intra- „Magica Theme” ?
Dobra szybko przeleciało i już słychać prawdziwy utwór z prawdziwego zdarzenia- „Lord of The Last Day”, który jest udaną wycieczką w przeszłość, kiedy to Dio był wokalistą Black Sabbath. Ano tak, kawałek mocno czerpie z tego okresu.
A co do wykonania, to nie ma się zbytnio do czego przyczepić, wszystko brzmi tak jak powinno i zwrócę uwagę na znakomitą formę Ronniego!
I mogło by się wydawać, że album będzie ala Black Sabbath,no ale gdy wkracza „Fever Dreams”, który jest jednym z najlepszych utworów na albumie, to przypomina mi się nikt inny jak Ritchie Blackmore i Rainbow, z którym Dio też miał do czynienia. Już sam riff iście Blackmurowy i chyba gdzieś kiedyś podobny stworzył,ale co z tego skoro tutaj się prezentuje znakomicie. I zwrócę tutaj uwagę Wrighta, który wali znakomicie w gary, kto by pomyślał, że kiedyś był członkiem hard rockowej legendy- Ac/Dc?
Genialnym kawałkiem jest też „Turn To Stone”, który podobnie jak poprzednik też ma nieco zapędy pod Rainbow.
Utwór bardzo energiczny i utrzymany w znakomitym tempie,noi jak fajnie buja,czyż nie?
No no no nawet taki „Feed My Head” zaliczam do czołówki najlepszych utworów na albumie, a to za sprawą mistrzowskiego refrenu! Ale nie tylko, partie instrumentalne, zwłaszcza gitarowe niszczą. No i bardzo udane zmiany temp, zwolnienia i przez to robi się bardzo klimatycznie.
Nawet jeśli się nie jest fanatykiem tego gościa to trzeba docenić owy utwór,bo jest tego warty.
Nie mogło też zabraknąć czegoś w stylu „Holy Diver” czy też „Egypt”, no myślę, że „Ebeil” nie jest gorszy od tych kultowych kawałków. Podobne tempo, wybijający się bas z pośród reszty instrumentów. No i są podobnie rozbudowane . Co jest jeszcze tutaj warte uwagi?
Klawisze drodzy czytelnicy, momentami sprawiają jakbym był w operze
I pierwsza część albumu była można by rzec fantastyczna, no cóż druga może nieco co być już monotonna i nieco inna od pierwszej.
Chails” choć nieco bardziej rockowy to jednak jest co najwyżej dobry i nie umywa się do początkowych kompozycji.
Nie powala też kolejny utwór- „As Long its not About Love” niby taka ballada, ale czy jest genialna? No właśnie nie bardzo, choć muzycy starają się wyciągnąć ją na wyżyny swoich możliwości to jednak nie uratowało tego utworu od nudy.
Dobrze się prezentuje „Losing My Insanity”, ale też jest to utwór tylko dobry, choć ma potencjał na coś więcej. Dobre tempo, mocny wokal Dio oraz udany riff. No, ale nie powala, a w przypadku Dio powinien, a najlepsze co tutaj słuchacza może spotkać to godne uwagi solówki!
Choć poprzednie utwory już nieco mogły przynudzać,to uważam że punktem kulminacyjnym jest „Otherworld” którego ciężko słucha się tego, bo i riffy jakieś takie nijakie, a refren też nie rzuca na kolana, i w ogóle ciężko napisać coś pozytywnego na temat tego utworu.
I gdy zawsze docieram do „Magica -reprise” to się zastanawiam po jaką cholerę to wstawiali?
Podobnie ma się rzecz z kolejnym utworem „Lord of the Last Day- reprise”
I mogło by się wydawać, że nic już nas nie zaskoczy to jednak wkracza Magica story i robi taki zamęt i psuje tylko dobre wrażenie jakie sobie wypracowali na początku, no wiem, że bardzo fajnie jest poznać o czym jest historia,ale można to było napisać w środku książeczki do płyty, a nie zapychać album taki czymś. Tak zmarnować 18 minut,no porażka.

I kiedy płyta się kończy ja jako słuchacz i jako fan mam mieszane uczucia, no bo album pod koniec jest monotonny i zapchany nie potrzebnymi utworami .Pierwsza 7 była znakomita bardzo fajnie zróżnicowana i utrzymana na poziomie do jakiego nas przyzwyczaił Ronnie James Dio! Jednak końcówka albumu psuje nieco efekt albumu.
Szykując wad w innych kwestiach jest ciężko, bo i produkcja jest bardzo dobra, aranżacje również, podobnie jest z formą muzyków. Problem tkwi w samych kompozycjach. Choć są zróżnicowane to jednak nie utrzymane na takim samym wysokim poziomie, a szkoda,bo mogło być naprawdę lepiej.

Choć w roku 2000 było o wiele ciekawszych albumów to jednak Dio wydał naprawdę ciekawy album,godny jego dokonań. Może nie jest tak genialny jak choćby the Last in Line, ale prezentuje się całkiem przyzwoicie. Za ten album dam przynajmniej 7/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza