Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elegant Weapons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elegant Weapons. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2026

ELEGANT WEAPONS - Evolution (2026)


 

Richie Faulkner wyrósł na jednego z najbardziej intrygujących gitarzystów swojego pokolenia. Jako ważny filar Judas Priest tchnął w legendarną formację nową energię i świeżość, co wyraźnie słychać na albumach Firepower oraz Invincible Shield. Jednocześnie wypracował rozpoznawalny styl – osadzony w klasyce, lecz podszyty nowoczesną dynamiką – czerpiący inspiracje od takich mistrzów jak Ritchie Blackmore, Tony Iommi czy Glenn Tipton.

Z myślą o artystycznej niezależności powołał do życia projekt Elegant Weapons, który już debiutem z 2023 roku zaznaczył swoją obecność na scenie. Teraz, po trzech latach, zespół wraca z albumem „Evolution”.

Tytuł może sugerować rozwój i stylistyczne przetasowania, jednak w praktyce mamy do czynienia raczej z konsekwentną kontynuacją obranego wcześniej kierunku. Elegant Weapons nadal porusza się na styku klasycznego heavy metalu i rasowego hard rocka. Trzonem brzmienia pozostaje gitarowa ekspresja Faulknera – pełna finezji, melodyjnych fraz i sugestywnych solówek. Choć poziom wciąż jest wysoki, trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem zabrakło odrobiny świeżości i elementu zaskoczenia.

Na osobne wyróżnienie zasługuje Ronnie Romero, którego charyzmatyczny wokal znakomicie odnajduje się w tej konwencji. Jego interpretacje dodają utworom głębi i autentycznego, rockowego pazura.

Album, trwający ponad 50 minut, momentami traci impet przez nierówną selekcję materiału. Obok utworów znakomitych pojawiają się kompozycje jedynie solidne, co nieco rozmywa końcowy efekt.

„Evil Eyes” otwiera płytę w przewidywalnym, lecz efektownym stylu, z wyraźnymi odniesieniami do Judas Priest. Znacznie ciekawiej wypada „Generation Me”, w którym pobrzmiewają echa Black Sabbath – cięższe, bardziej klimatyczne brzmienie nadaje mu wyjątkowego charakteru. „Bridges Burn” i „Holler Roller” oferują solidną dawkę klasycznego grania, choć brakuje im wyraźnego punktu kulminacyjnego.

Chwilę oddechu przynosi bardziej liryczne „Come Back to Me”, utrzymane w balladowej stylistyce, natomiast „Thrown to the Wolves” imponuje swobodnym żonglowaniem wpływami Deep Purple i Rainbow. Mniej przekonująco wypada „Shooting Shadows”, który sprawia wrażenie nieco chaotycznego i niedopracowanego.

Kulminacyjnym punktem albumu jest bez wątpienia „Keeper of the Keys”. To ponad siedmiominutowa podróż przez esencję klasycznego heavy metalu i hard rocka – z wyraźnymi nawiązaniami do lat 70. i stylistyki Ritchie Blackmore. Monumentalna kompozycja, dopracowane aranżacje i znakomite partie gitarowe czynią z niej utwór, który wynosi cały album na wyższy poziom.

„Evolution” potwierdza potencjał Elegant Weapons i umacnia ich pozycję na scenie. To album pełen szacunku dla tradycji, solidnie zrealizowany i momentami błyskotliwy, choć nie tak porywający jak debiut.

Ocena: 9/10

sobota, 20 maja 2023

ELEGANT WEAPONS - Horn for a Halo (2023)


A o to i jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów tego roku. Debiut super grupy o nazwie Elegant Weapons. Spory szum wokół samych nazwisk, do tego znakomite single i cała machina ruszyła z wielką pompą. Band powstał w sumie z inicjatywy Richiego Faulknera z Judas Priest, a do współpracy zaprosił Ronniego Romero, Rexa Browna i Scotta Travisa.  Obecnie sekcję rytmiczną tworzą Christopher Williams i Dave Rimmer. Same wielkie nazwiska. To już podgrzało atmosferę co do premiery debiutanckiego krążka zatytułowanego "Horns for a Halo". Richie robi dobrą robotę w Judas Priest, a "Firepower" z jego udziałem to jeden z najlepszych albumów Judasów, a do tego na wokalu czarodziej Ronnie Romero. Czy powstała płyta idealna? Czy to jest płyta roku?

Pod względem samego wydarzenia i owszem. Wielkie nazwiska zebrały się w jednym składzie. Stylistyka też jest bardzo przemyślana. Słychać echa macierzystych kapel, a przede wszystkim Judas Priest, Black Sabbath, Ozziego, Dio, Ufo, czy może nawet gdzieś tam i Rainbow. Jest poważnie, momentami mrocznie, jest ciężko, dominują stonowane tempa i dużo dojrzałego grania, a wszystko to taki hołd dla lat 70 czy 80. Kto kocha miks heavy metalu i hard rocka ten szybko się odnajdzie w muzyce Elegant Weapons. Oczywiście nie można było uniknąć skojarzeń z "Firepower". Niektóre motywy gitarowe idealnie pasują do tamtej płyty, a do tego Andy Sneap zadbał o produkcją tej płyty.

Minusy? Niestety płyta troszkę nie równą, troszkę dałby więcej hitów typu "Do or Die", ale płyta ma swój urok i z każdym odsłuchem dostarcza jeszcze większej frajdy i odkrywa przed nami kolejne bogactwa. Ciężko o dobrą mieszankę heavy metalu i hard rocka i Elegant Weapons bardzo dobrze to robi. Na płycie jest 10 kawałków i całościowo tworzy to nie lada ucztę dla fanów takiego grania.

Zaczynam od mocnego "Dead man walking" i tutaj już na wstępie słychać wyraźne wpływy Judas Priest. Nie brakuje też hard rockowego feelingu. Sam riff brzmi znajomo i zalatuje Judas priest, co nie jest wcale złe. Ronnie Romero nadaje kawałkowi pazura i takiego klimatu lat 70 i 80. Utwór zapada w pamięci. Początek płyty jest właśnie bardzo przebojowy i bardzo taki energiczny. Osobiście dałby tutaj więcej petard typu "Do or Die". To taka stara szkoła heavy metalu i można tutaj doszukać się coś z Dio, coś z Judas Priest, ale nie tylko. Richie porywa znakomitą grą i mocarnym riffem, no a Ronnie powala na kolana swoim śpiewem. No jest moc i nic dziwnego, że ten utwór promował ten album. Trzeci utwór zatytułowany "Blind leading the blind" brzmi jak zaginiony utwór z "Firepower". Ten riff, ta moc i ten klimat lat 70 czy 80.  Wszystko brzmi klasycznie, a zarazem bardzo współcześnie i to jest piękne. Można rzecz, że na tym etapie kończą się typowa przebojowość. Teraz band zaczyna uderzać w bardziej ambitne rozwiązania. "Ghost of You" to utwór, które spełnia cechy ballady, choć to kawałek z ciekawym, mrocznym klimatem. Refren znakomicie buja i znów przenosi nas do lat 70. Można tutaj doszukać się pewnego romantyzmu Rainbow, choć to zupełnie nieco inne klimaty. Dalej mamy stonowany, a zarazem zadziorny "Bitter pill", który ma sporo elementów Black Sabbath. Ciekawie to brzmi, ale dobrze jest widzieć, że Richie chce tutaj tworzyć coś swojego, a nie kopiować Judas Priest. Troszkę za mało konkretów w "Lights out", choć sam utwór jest solidny.  Za brakło mi tutaj wyrazistego riffu i nieco ciekawszej melodii. Tytułowy "Horns for a Halo" to znów mroczny klimat i coś na miarę twórczości Black Sabbath. Niby nic odkrywczego, a zagrane z pomysłem i pazurem. To kolejny bardzo ważny punkt tej płyty. Ronnie Romero idealnie pasuje do takiego grania. 7 minutowy "White Horse" pokazuje może nieco progresywne oblicze zespołu i znów sporo elementów Judas Priest można usłyszeć. Partie klawiszowe momentami zabierają nas do muzyki Rainbow, ale nie to jest głównym składnikiem tego utworu.  Richie znów błyszczy i potwierdza, że to jeden z najważniejszych metalowych muzyków młodego pokolenia. Płytę zamyka "Downfall Rising" i znów mamy ponury klimat i sporo wpływów Black Sabbath. Nic odkrywczego, ale ci muzycy sprawiają, że słucha się to z dużą przyjemnością. Idealnie podsumowanie, co działo się na płycie i jaki kierunek obrał Richie i jego koledzy.

Troszkę do ideału brakuje. Brakuje mi większej melodyjności, przebojowości i może też większej ilości killerów typu "Do or Die". Płyta troszkę traci na dynamice, a wszystko kosztem mrocznego klimatu i zapędów pod Black Sabbath. Wielkie nazwiska gwarantują pewien poziom i tutaj też tak jest. Już na starcie płyta ląduje w innej lidzie. Jest tutaj przede wszystkim jakość i sporo ciekawych pomysłów, które są hołdem dla wielkich kapel i dla złotych czasów, czyli lat 70 i 80. Fani klasycznego heavy metalu pokochają ten album, nie tylko ze względu na nazwiska. Rozrywka na najwyższym poziomie i mam nadzieje, że ta kapela się utrzyma i dostarczy nam jeszcze więcej muzyki. Nie jest to najlepsze co słyszałem w tym roku, ale jest to jedna z tych płyt, do których będę często wracał.

Ocena: 9/10