sobota, 27 sierpnia 2011

ACCEPT- Breaker (1981)

Niemiecka legenda heavy metalu – Accept, która nagrała legendarny „Balls To the wall” czy „ Metal heart” właściwie zaczynała jako hard rockowa kapela. Potem zespół ewoluował i przełomem był nie „Restles and Wild”, a najbardziej nie doceniany album Niemców „Breaker” z 1981 roku. Jest to rok znaczący dla zespołu. Bo prócz albumu, podpisano kontrakt z Gaby Hauke, no a po trzecie zespół wyruszył w tournee z Judas Priest, co przyczyniło się do tego, że ekipa Udo Dirkschneidera była bardziej znana. Produkcją owego albumu po raz kolejny zajął się Dirkiem Steffensem. Zaś Michael Wagene zajął się realizacją dźwięku. Wracając do Gaby Hauke, czy kojarzycie ksywkę Deaffy, która nie raz widnieje przy kompozytorach? No Gaby i Deaffy to ta sama osoba i trzeba przyznać że odegrała ona znaczącą rolę nie tylko dla zespołu, ale także dla Wolfa gdyż później była jego żoną. To ona także wpadła na pomysł co imagu takiego wojskowego zespołu i trzeba przyznać wyszło im to na dobre. Album przełomowy nie tylko pod brzmieniem, ale też przede wszystkim pod względem muzyki, tutaj już bardziej słychać heavy metal, a mniej jest hard rocka, chociaż i echa tego gatunku są. Okładki niczym u Scorpionsów wiecznie kiczowate, tak jest i w przypadku „Breaker”, ale jakby nie było owa okładka jest wręcz kultowa.

Zespół nie rachuje i od razu daje na otwieracz skoczny i dość dynamiczny „Starlight” tutaj można już usłyszeć ten styl, który był charakterystyczny dla zespołu przez kolejne lata. Mamy taki rozpoznawalny styl Hoffmana, jest gitarowo, skocznie i bardzo heavy. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza Baltes gdzieś przemycają echa hard rocka. Kawałek jest prosty i bardzo melodyjny. Postęp zrobił nie tylko Hoffman czy Baltes, ale też Dirkschneider, bo mamy tutaj jego charakterystyczne „skrzeczenie” jego to niektórzy określają. Utwór jest krótki i w sumie kto by pomyślał, że będziemy mieć tutaj taki popis gitarowego kunsztu Hoffmana? Jedna z najlepszych na albumie jak dla mnie. Ale to nie otwieracz jest okrytą sławą, lecz tytułowy „Breaker” i mamy tutaj czysty heavy Metal, mamy rasowy Accept. Dynamiczny, przebojowy i bardzo melodyjny. Sekcja rytmiczna, brzmienie i styl grania no i wokal tutaj mamy to co zespół będzie kontynuował będzie na następnych albumach. Prawdziwy klasyk zespołu. Słuchając „Run if you can” mam skojarzenie z motywem „Gorgar” Helloween. Kawałek ma przede wszystkim chwytliwy motyw, taki prosty, ale szczery do bólu. Może nie ma takich ostrych partii gitarowych, może nie ma takiej dynamiki, ale jest to porządny rasowy heavy metal, taki Acceptowy. Udo tutaj nawet śpiewa czysto i wychodzi mu to nawet bardzo dobrze. W riffie słyszę coś nawet ze Scorpionsów. Oczywiście na albumie nie obeszło się bez ballady, a ta czyli „Can't stand The night” to jedna z najpiękniejszych ballad zespołu i w moim prywatnym rankingu też wysoko będzie. Jest zapadający w głowie motyw, jest też chwytający za serce refren, który nadaję się do śpiewania z kolegami przy piwku. Kolejnym klasykiem zespołu jest „Son of a Bitch”. Rasowy kawałek Aceept, nie tylko pod względem tempa, riffu, melodii, czy refrenu, ale także pod względem solówkę. Zaś tekst zalatuje mi starym Ac/Dc. No jak można przejść obok: „Son of a Bitch, you asshole”. No jak to fajnie buja. A skoro jesteśmy przy klasykach, skoro jesteśmy przy największych hitach Accept, to do tych kawałków należy bezapelacyjnie „Burning” który jest bardziej rock'n rollowy, bardziej w stylu Ac/Dc z Bonem Scottem, a także coś z glamowego Slade, czy Sweet słyszę. Sam kawałek bardzo energiczny, utrzymany w takim skocznym tempie. Jest melodyjnie i porywająco, a taki jest rock/n roll. Kawałek może i mało w stylu typowego Accept, ale na koncertach jakoś pasuje do granych utworów zespołu. Zawsze „Burning” będzie dla mnie takim bratem dla „I'm a rebel”. Moim takim prywatnym ulubieńcem jest „Feelings” gdyż mamy taki bardzo melodyjny i rasowy riff. Jest taki pulsujący bas w tle i słychać styl Petera, który będzie słychać na kolejnych albumach. Kawałek pod względem tempa, stylu aranżacji przypomina mi Head Over heels czy też Princes of dawn. To jest właśnie Acept jaki kocham. Znów nieco hard rocka, znów ukłon w stronę Ac/Dc, ale także Judas Priest, bo taki „Midnight Higway” to taki Acceptowa wersja „Living after Midnight”. Kawałek ma fajny taki luzacki klimat, ma tez skoczne tempo i takie radosne melodie. Może i kiczowaty utwór, może bardziej odegrany z dystansem, ale nikt nie zaprzeczy, że to kolejny klasyk Accept. Drugą piekna balladą na albumie jest „Breaking up again” tutaj uczucia tutaj smutek leje się hektolitrami, bardzo wzniosła ballada, o którą ciężko dzisiaj. Do dziś mam wątpliwości czy faktycznie śpiewa tutaj Udo. Jeśli tak, jest to najlepszy kawałek pod względem jego wokalu. Nie doceniany często jest „Down and Out” ale kawałek też jest rasowym kawałkiem Accept, gdzie można się doszukać Judas Priest. Znów bardzo ciekawa solówka, który jest jedną z najciekawszych na albumie.

„Breaker” jest przełomowy, bo tutaj Accept zaczyna na poważnie grać heavy metal, czysty, rasowy, niemiecki z dozą toporności. Tutaj praktycznie wszystko się zaczęło, tutaj po raz pierwszy już można usłyszeć te patenty, które będą wykorzystywane w dalszej karierze. Ciężko znaleźć słabszy kawałek bo i nie ma takiego. Mamy bardzo urozmaicony materiał i to zagrany z pasją. Mamy dwie ballady, mamy rockowe i rasowe heavy metalowe kawałki. No i mamy sporo klasyków jak : Breaker, Burning, Son of a Bitch czy Midnight highway. Pierwszy taki prawdziwy album Accept i pierwszy, który naznacza styl tego zespołu. Mamy Baltesa, Dirkschneidera, Hoffmana i mamy narodziny legendy niemieckiego heavy metalu. Nota: 9/10

2 komentarze:

  1. W "Breaking Up Again" nie śpiewa Udo, tylko basista grupy - Peter Baltes.

    OdpowiedzUsuń
  2. mnie uczono że Wolf, ale na moim ruskim cd nie ma o tym mowy

    OdpowiedzUsuń